Porady dla kaznodziejów
Nasz YouTube - Biblia w formacie wideo i inne materiały.
| Nasz główny kanał w serwisie Telegram. Dobre rady dla kaznodziejów EwangeliiWykłady w Seminarium Teologicznym lub wybrane przemówienia C. H. SpurgeonaSpis treściSkupienie kaznodziei na własnych działaniach O duchowej interpretacji Pisma Świętego PrzedmowaBracie-czytelniku! Przeczytaj tę książkę uważnie, aż do końca. Nie trzeba chyba wspominać o ogromnym, potężnym, wszechogarniającym znaczeniu tego słowa, które zawsze miało i które szczególnie zachowuje dzisiaj. W dzisiejszych czasach nawet ci, którzy nie chcieliby się go uczyć, są zmuszeni przez palącą konieczność opanować tę sztukę, ponieważ w większości przypadków dziś, samymi słowami, możemy bronić siebie i swojej własności. Autor tej książki jest wybitnym mówcą. Na Zachodzie znany jest jako „król kaznodziejów”. Nie ma ani jednego wersetu w całej Biblii, którego nie ujawniałby błyskotliwie i z talentem w swoich kazaniach. Warto zauważyć, że jego kazania zostały opublikowane w 40 tomach. Liczba kazań wydrukowanych w poszczególnych edycjach osiągnęła 2236 do końca 1891 roku. Jednak same pisma Spurgeona mogłyby stanowić odrębną bibliotekę, której lektura zajęłaby lata. Tłumy ludzi gromadziły się, by go słuchać, czasami licząc nawet 25 000 osób. Dwadzieścia pięć tysięcy słuchaczy… Kto z nas słyszał o tak licznej publiczności? Przez 30 lat (1861-1891) Spurgeon głosił kazania w każdą niedzielę przed audytorium liczącym 6000-7000 osób. Podczas jego nieobecności z powodu choroby, jego kazanie było czytane. Wśród słuchaczy Spurgeona byli Chińczycy, Japończycy, Hindusi i Afroamerykanie. Słuchali go Dickens, Tennyson, Palmerston, Gladstone, Livingstone i inni znani ludzie w Anglii. Zapotrzebowanie na jego kazania było zdumiewające. Sprzedawano średnio 30 000 egzemplarzy każdego z jego kazań. Łącznie wydrukowano do 100 000 000 kazań w samym języku angielskim. Miał on własne „Kolegium Kaznodziejów”, do którego młodzi ludzie przybywali z całego świata, aby studiować kaznodziejstwo pod okiem tak znanego kaznodziei. W latach 1865–1889 absolwenci tego kolegium ochrzcili 83 067 osób. Dzieła Spurgeona od dawna tłumaczone są na wszystkie języki europejskie, z wyjątkiem, oczywiście, rosyjskiego, i nadal ukazują się w nowych wydaniach. Taka jest potężna moc i urok tego kaznodziei. Upadek rosyjskiego kaznodziejstwa w naszych czasach zmusił nas do przedstawienia naszym czytelnikom, w skróconej i przeredagowanej formie, jedynie bardzo niewielkiej części dzieł tego najpłodniejszego i najbardziej utalentowanego angielskiego kaznodziei. Mamy nadzieję, że uważny czytelnik wyciągnie z tej książki wiele cennych lekcji. Co więcej, pod wpływem tej książki, być może po raz pierwszy, uważny czytelnik dostrzeże i zrozumie z niezwykłą jasnością i głębią swoje bezpośrednie i najświętsze obowiązki i wyłoni się z otchłani ciemności, w której dotychczas pogrążał się w mroku. Oświecić czyjąś ścieżkę życiową to wielka rzecz. Jakże pożądane byłoby, aby każdy z naszych kościołów, nawet najskromniejszy, rozbrzmiewał odtąd nieustającym słowem dobrej nowiny Ewangelii Chrystusa, rozgrzewał i pieścił duszę każdego świeckiego, na zawsze związał ją najmocniejszymi więzami z Chrystusem, całkowicie podporządkował każdego Panu. Nie potrzebujemy retoryki, leczewangelia ChrystusaNaszym obowiązkiem jest nieustanne ewangelizowanie. Skoro apostoł powiedział: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”, to cóż możemy powiedzieć? Jesteśmy następcami Zbawiciela i apostołów i spoczywa na nas teraz najświętszy obowiązek niesienia świętej, dobrej nowiny o zbawieniu całej ziemi. I biada nam, jeśli tego nie uczynimy! Gdybym choć w części przyczynił się do rozwoju naszego krajowego kaznodziejstwa tą książką, nie uznałbym, że moja znaczna praca włożona w opublikowanie tej książki w języku rosyjskim poszła na marne. Rektor Moskiewskiej Akademii Duchownej, biskup Evdokim Moskiewska Akademia Duchowa, 4 grudnia 1908 r. WstępPublikuję te wykłady na pilną prośbę kaznodziejów, którzy słuchali ich w latach studenckich. Nie mogę jednak tego uczynić bez poprzedzenia publikacji krótkim wyjaśnieniem, ponieważ wykłady te nie były pierwotnie przeznaczone do publikacji i prawdopodobnie nie wytrzymają surowej krytyki. Moje wykłady na uczelni miały charakter konwersacyjny: były prowadzone, że tak powiem, w przyjacielskiej atmosferze i zawierały wiele anegdot, często nawet humorystycznych; celowo układałem je w ten sposób, aby lepiej osiągnąć swój cel. Spotykając się ze studentami dopiero pod koniec tygodnia, często uważam ich za zbyt wyczerpanych poważną pracą i dlatego uważam za konieczne, aby moje wykłady były jak najbardziej ożywione i interesujące. W ciągu tygodnia tak ciężko pracują nad przedmiotami klasycznymi, matematycznymi i teologicznymi, że w końcu potrafią docenić tylko to, co szczególnie ich interesuje, co znajduje największy dostęp do ich serc. Nasz czcigodny Profesor Rogers porównuje moje piątkowe wykłady do ostrzenia gwoździ: wszystko jest już przygotowane w ciągu tygodnia: kształt główki, prostota trzonka, zastosowanie metalu, polerowanie; cała praca musi kończyć się jedynie wysiłkiem, aby jak najdokładniej naostrzyć czubek gwoździa. Aby wykładowca osiągnął pożądany rezultat, nie powinien ani się osłabiać, ani wymagać od słuchaczy zbytniego wysiłku. Czuję się jak w domu wśród moich młodszych braci, w łonie własnej rodziny i rozmawiam z nimi bez najmniejszego skrępowania. Życzliwi czytelnicy sami się o tym przekonają z moich wykładów i mam nadzieję, że wszyscy, którzy zechcą zaszczycić mnie swoją opinią, wyrażą ją równie szczerze. Całkiem możliwe, że niektórzy będą złośliwie drwić z mojego ciągłego odwoływania się do własnej osoby, moich metod, moich doświadczeń. Ale to również jest zgodne z moimi intencjami. Świadomie nadałem mojej pracy nieco autobiograficzny charakter, ponieważ moje własne doświadczenie, jakiekolwiek by ono nie było, jest najważniejszą rzeczą, jaką mogę przekazać, i, przynajmniej dla moich uczniów, ma ogromne znaczenie. Nie sposób byłoby tu przytoczyć doświadczeń innych, gdyby sami ich nie wyrazili. A jeśli opisuję tu to, czego doświadczyłem, staram się jedynie sumiennie wyrazić wdzięczność moim godniejszym poprzednikom. Czy u podstaw tego leży egoizm, niech czytelnik oceni, w zależności od stopnia okrucieństwa lub łagodności jego własnego charakteru. Z pewnością nikt nie zbeszta ojca, który opowiada synom historię swojego życia, uważając to za najlepszy sposób przekazania swoich zasad. Z pewnością nikt nie potępi starego żołnierza, który, opierając kulę na ramieniu, pokazuje, jak walczyć i wygrywać bitwy. Proszę również o udzielenie mi pobłażliwości w tych przypadkach. Publikując te wykłady, kieruję się wyłącznie pragnieniem ożywienia w pamięci moich słuchaczy wszystkiego, co kiedyś im powiedziałem, a także polecenia tego innym osobom spoza audytorium. Nasze czasy są niezwykle praktyczne i wymagają od kaznodziei nie tylko ortodoksji i duchowości, ale także…bezpłatna, przystępna prezentacja i umiejętna komunikacja ze słuchaczamiWszelki formalizm dobiegł już końca; sukces wszystkiego zależy teraz od prawdy życia. Ogromna odpowiedzialność związana z powołaniem kaznodziei wymaga obecnie najwyższego wysiłku wszystkich duchowych sił. Poświęcenie tej pracy choćby połowy serca oznacza kpiny z Boga i człowieka. Czyż możemy być spokojni, będąc świadkami duchowego upadku innych? A jednak wszyscy skłonni jesteśmy przymykać na to oczy i udawać głupie dziewice Ewangelii. Dlatego starałem się wyrazić wszystko, co nagromadziło się w moim sercu, aby pomóc innym przezwyciężyć tę ospałość. Niech Pan, który trzyma wszystko w swoich rękach, pobłogosławi tę radę moim młodszym braciom; będzie to najlepsza nagroda za moje trudy, a ja podziękuję Mu wtedy z całego serca. C. Spurgeon Wykład 1Skupienie kaznodziei na własnych działaniach"Zwróć uwagę na siebie i na naukę" (1 Tym.4:16) Każdy rzemieślnik doskonale wie, że musi zawsze utrzymywać swoje narzędzia w idealnym porządku, bo „jeśli siekiera się stępi i ostrze jej nie będzie naostrzone, wtedy będzie musiał się wysilać” (Księga Koheleta 10,10). Jeśli narzędzia bednarza się stępią, dobrze rozumie, jak trudno będzie im pracować, aby zapewnić sobie sukces w pracy. Michał Anioł, ukochany Muz, przywiązywał do tego tak wielką wagę, że sam wykonał pędzle; i może służyć jako przykład wielkiego miłosierdzia Bożego, którym zawsze obdarza On w sposób szczególny swoich prawdziwych sług. Oczywiście, dla Pana wszystko jest możliwe. On może obrócić nawet słabe kazanie na korzyść swoich słuchaczy. Nie potrzebuje żadnych narzędzi, aby dokonać swojego dzieła. Może, bez pomocy kaznodziejów, samym działaniem Ducha Świętego, zbawić dusze swojego ludu – ale nie powinniśmy oczekiwać, że będzie stale interweniował w naszym życiu. Jego moc jest nieograniczona. Może działać we wszystkim zgodnie ze swoją świętą wolą, ale my jesteśmy zobowiązani do przestrzegania praw ludzkiego życia, które ustanowił na ziemi. Sami odnosimy większe sukcesy, gdy jesteśmy w bardziej duchowym stanie umysłu. Innymi słowy, najlepiej spełniamy wolę Pana, gdy nasze władze duchowe są w doskonałym porządku, a gorzej postępujemy, gdy ten porządek zostaje zaburzony. To prawda, do której musimy się dostosować. Jeśli Pan czyni wyjątki, służą one jedynie jako kolejny dowód na to. Zatem sami jesteśmy, w pewnym sensie, narzędziami, które sami sobie stworzyliśmy i dlatego musimy utrzymywać się w porządku. Jeśli chcę głosić Ewangelię, potrzebuję własnego głosu; dlatego muszę dążyć do jego wzmocnienia. Mogę rozumować tylko własnym umysłem i czuć własnym sercem – muszę zatem rozwijać swój umysł i rozpalać serce. Mogę cierpieć i walczyć o duchowe zbawienie innych tylko w mojej własnej naturze, odnowionej przez Chrystusa – muszę zatem pilnie podtrzymywać w sobie szczere uczucie miłości „w Chrystusie Jezusie”. Na próżno będę zapełniał moją bibliotekę, organizował zgromadzenia i snuł plany, jeśli nie zadbam również o stan mojego serca. Książki i wszelkiego rodzaju zewnętrzne środki i instytucje są jedynie ostatnią bronią mojego świętego powołania; jego najważniejszą bronią jest moja własna osoba, mój umysł, moja dusza i moje ciało. Moje władze duchowe i moje życie wewnętrzne – to jest moja prawdziwa broń w tej świętej walce. McCheyne w liście do jednego ze swoich duchowych przyjaciół, który wyjechał na kontynent, aby uczyć się niemieckiego, wyraża się w dokładnie tym samym duchu, mówiąc: „Jestem pewien, że pilnie uczysz się niemieckiego, ale nie zapominaj też rozwijać swojego wewnętrznego człowieka – mówię o twoim sercu. Jak starannie oficer dba o to, aby jego szabla była zawsze dobrze naostrzona i jasno świeciła; stara się usunąć z niej najmniejszą skazę. Wyobraź sobie, że jesteś mieczem i narzędziem Pana – narzędziem wybranym przez Niego dla uwielbienia Jego Imienia. Sukces przedsięwzięcia zależy w najwyższym stopniu od czystości i doskonałości narzędzia. Pan błogosławi nie tyle błyskotliwe zdolności, co pragnienie upodobnienia się do Chrystusa. Zaiste,taki„Kaznodzieja jest potężną bronią w rękach Pana”. Kiedy kaznodzieja Ewangelii zaniedbuje własne życie duchowe, jest to wielkie nieszczęście zarówno dla niego samego, jak i dla jego dzieła. A jak łatwo, bracia moi, wpaść w taką sytuację i jakże musimy się przed nią chronić! Pewnego razu, gdy jechałem pociągiem ekspresowym z Bert do Edynburga, nasz pociąg został nagle zmuszony do zatrzymania się, ponieważ pękła mała śruba w lokomotywie. Kiedy w końcu ruszyliśmy, poruszaliśmy się niezwykle wolno, ponieważ w lokomotywie pracował teraz tylko jeden tłok zamiast dwóch. Brakowało tylko jednej małej śrubki. Gdyby była na swoim miejscu, jechalibyśmy z pełną prędkością, ale brak tej małej śrubki był jedyną przyczyną zakłócenia. A na jednej linii kolejowej w Stanach Zjednoczonych pociąg został nawet zmuszony do zatrzymania się z powodu much, które dostały się do skrzyni olejowej kół wagonu… Te przykłady jasno pokazują, że osoba zdolna do owocnej działalności pod każdym względem może zostać całkowicie bezużyteczna z powodu jednego małego niedociągnięcia. Jest to szczególnie godne ubolewania, gdy dotyczy wielkiego dzieła ewangelicznego kaznodziejstwa. Straszne jest, jeśli jego głęboko uzdrawiający efekt zostanie utracony z powodu niegodności samego kaznodziei. Wszyscy wiedzą, jak woda ulega zepsuciu, przepływając przez ołowiane rury. Podobnie Ewangelia, przechodząc przez usta ludzi duchowo chorych, może zostać tak zniekształcona, że zaszkodzi nawet słuchaczom. Jeśli sam kaznodzieja prowadzi złe życie, jego kazania będą mało przydatne; w każdym razie sukces nie przewyższy oczekiwań. Wiele zostanie zasiane, ale mało zebrane; procent korzyści będzie zbyt mały. Mówią, że powodem przegranych dwóch lub trzech bitew w ostatniej wojnie amerykańskiej było to, że niektórzy nieuczciwi dostawcy dostarczali armii kiepski proch, przez co strzały nie trafiały w cel. Z nami może być tak samo. Możemy zbłądzić, całkowicie minąć się z celem i tylko tracić czas – ponieważ nie będziemy mieli w sobie prawdziwej, żywotnej siły, która jedynie, wspomagana Bożym błogosławieństwem, może dać nam sukces. Strzeżcie się, abyście się nie stalitakikaznodzieje! Przede wszystkim, my sami powinniśmy starać się zdobyć mocną nadzieję na osiągnięcie przyszłej szczęśliwości. Kaznodzieja łaski Ewangelii musi przede wszystkim być jej godny; to bardzo prosta, a zarazem bardzo ważna prawda. Żaden stopień wykształcenia ani stypendium nie dają boskiego powołania do głoszenia. Jego nieodzownym warunkiem jest autentyczne, prawdziwe życie w Bogu. I bez względu na to, jak wielka jest „chwała” kaznodziei, nie jest on kaznodzieją, jeśli brakuje mu tego warunku. „Najpierw przyozdabiaj siebie, a potem swoich braci” – mówią rabini. „Ręka, która ma oczyszczać innych” – mówi św. Grzegorz – „sama musi być czysta”. Nawrócenie jest warunkiem koniecznym dla kaznodziei. Wy, kandydaci na naszą ambonę – wy „musicie się narodzić na nowo!”. I nikt nie może z przekonaniem zakładać istnienia tego najistotniejszego warunku w sobie. W tym przypadku bardzo łatwo możemy popełnić błąd. Uwierzcie mi, wcale nie jest łatwo rozpoznać i określić swoje powołanie i przeznaczenie „z góry”. Świat jest pełen błędów, pełen ludzi przepełnionych pychą, wielu pochlebców, niczym sępy krążących wokół trupa, kurczowo trzymających się kaznodziei. Nie możemy całkowicie zaufać nawet własnym sercom: w nich prawda leży tylko bardzo, bardzo daleko – w samej jej głębi. I musimy poważnie i bardzo uważnie badać samych siebie, abyśmy sami nie zostali uznani za winnych tego, co głosimy innym. Jakże okropnie jest być kaznodzieją Ewangelii, a mimo to nie być nawróconym! Niech każdy z was tu obecnych powie sobie: „Jakże okropnie by było dla mnie, gdybym nie był przepełniony mocą prawdy, którą za chwilę będę głosił!” Kaznodzieja nienapełniony tą mocą jest jedynie zlepkiem sprzecznych elementów. Pasterz dusz, który nie odrodził się duchowo, jest niczym więcej niż ślepcem, który wstąpił na ambonę optyki, wykłada o prawach widzenia, opowiada słuchaczom o delikatnych barwach i subtelnych przejściach światła i cienia, a jednocześnie pozostaje w całkowitej ciemności! To głuchy człowiek, który został profesorem muzyki, znawcą melodii i harmonii niedostępnych dla jego słuchu! To zwykły kret, który podejmuje się nauczyć młode orlęta latać! W razie potrzeby można by tu przytoczyć jeszcze wiele porównań. Taka osoba znajduje się w fatalnej sytuacji. Podjęła się zadania, do którego jest zupełnie nieprzygotowana, a za które będzie musiała ponieść wielką odpowiedzialność – ponieważ sama je wybrała. Niezależnie od tego, jak wspaniałe są jej naturalne zdolności i duchowe dary, nie nadaje się do tego duchowego zadania, jeśli jej własne życie duchowe nie będzie wzniosłe, a jej bezpośrednim obowiązkiem w takim przypadku jest wyrzeczenie się powołania, dopóki nie spełni pierwszego warunku. Straszne jest byćpodobnyproboszczem również pod innym względem. Jeśli proboszcz nie ma powołania „z góry”, jakże nędznie się wtedy czuje! Czy duchowy postęp i sukcesy jego parafian mogą go wtedy pocieszyć? Co musi czuć, gdy słucha wołań o pomoc i westchnień pokutujących, ich wątpliwości i lęków, ich obaw o przyszłość? Przecież może tylko…być zaskoczonym- jak słowa jego kazania mogły wywołać tak silny efekt, skoro przecież słowaniewiernyZ Bożej łaski słowa kaznodziei mogą mieć dobroczynny wpływ na ludzkie dusze, nawet jeśli Pan sam kaznodzieja nie rozpoznaje! I jakże zdumiony musi być taki człowiek, gdy duchowo dojrzali chrześcijanie zadają mu pytania o jego wewnętrzne zmagania! Jak bezradny musi się czuć na tej drodze, którą podążają już jego duchowo odrodzeni słuchacze! Jak może dzielić z nimi ich radosne nadzieje na łożu śmierci czy radość z łamania chleba? Często zdarza się, że młodzi ludzie, przeznaczeni do powołania, którego nie lubią, wolą uciec i wypłynąć w morze, niż podjąć się tego nienawistnego zadania. Ale dokąd może uciec człowiek, który przyjął swoje święte powołanie do życia i nie czuje się na siłach, by je wypełnić? Jak może przyciągnąć serca do Chrystusa, jeśli sam jest całkowicie obcy Jego zbawczej miłości? Zaiste, to straszna niewola! Sam widok kaznodziei powinien być dla takiego człowieka odrażający… I jakże zupełnie bezużyteczny musi być taki człowiek! Musi prowadzić podróżników ścieżką, o której sam nic nie wie, sterować statkiem do portu, którego zupełnie nie zna! Musi nauczać i pouczać innych w tym, o czym sam nie ma zielonego pojęcia. Jest niczym chmura bez deszczu, drzewem, które wydaje jedynie liście. Spragniona karawana wędruje przez bezwodną pustynię, niemal zapadając się pod palącymi promieniami słońca; spieszy do długo oczekiwanej wiosny, przybywa – o zgrozo! – i nie znajduje ani jednej kropli wody! Tak samo dusze dręczone pragnieniem wizji żywego Boga, docierając do duchowo martwego pasterza, mogą zginąć na zawsze, nie znajdując w nim ani kropli „żywej wody”. Lepiej zniszczyć wszystkie kaznodziejskie ambony, niż posadzić na nich ludzi, którzy nie rozumieją, którzy nie rozpoznają tego, czego nauczają… Niestety, ci duchowo martwi pastorzy wywierają jeszcze bardziej zgubny wpływ, ponieważ prawie zawsze udaje im się wznieść na szczyt. Niedawno czytałem o podobnym przypadku. Żadne podstępy złego ducha nie mogłyby wyrządzić ludziom większej krzywdy niż pewien pastor, który zainstalował w kościele piękne, drogie organy dla swoich świeckich, światowych, wybitnych parafian. Czyż nie sprowadził zguby na ich dusze? Ludzie przychodzą do kościoła, wygodnie rozsiadają się na swoich miejscach i nie mają wątpliwości, że są prawdziwymi chrześcijanami; podczas gdy cała ich religia polega jedynie na słuchaniu wspaniałego kaznodziei, czerpaniu przyjemności z muzyki – a może także na rozkoszowaniu się jego dobrymi manierami i „elegancją”… Krótko mówiąc, w kościele człowiek czuje się jak w operze: być może przyjemność jest tu nieco mniejsza z estetycznego punktu widzenia, ale z pewnością nie ma już modlitewnego nastroju. Tysiące ludzi znajduje w tym pocieszenie, a nawet dziękują Bogu, że są pobożnymi chrześcijanami, ale w rzeczywistości żyją daleko od Chrystusa, ich serca są od Niego oddalone. Są pobożni tylko z pozoru, ale brakuje im łaskawej mocy Chrystusa. A osoba stojąca na czele takiej wspólnoty, w której dostrzega się jedynie zewnętrzne pozory religii, jest bardziej narzędziem diabła niż sługą Boga. Wpływ niewierzącego pastora może być zgubny, nawet jeśli nie okazuje on na zewnątrz swojej niewiary. Brak wewnętrznej, podtrzymującej siły duchowej sprawia, że prędzej czy później potknie się, a jaka będzie jego sytuacja? Straszne jest też pomyśleć, jaka śmierć czeka taką osobę i jaki będzie jej los po śmierci!Prorok opisuje zstąpienie króla Babilonu do piekła, jak wszyscy królowie i władcy ziemi, których zniszczył i których królestwa obalił, witają go tam, jak wszyscy wstają ze swoich miejsc i witają go z złośliwą kpiną: „Czyż nie stałeś się nam równy?”. I czyż nie możemy sobie wyobrazić takiego człowieka, który był kaznodzieją, ale nie miał Chrystusa w sercu? Czyż nie możemy sobie wyobrazić jego zstąpienia do piekła… wyobraźmy sobie, jak wszystkie dusze, które zniszczył, wszyscy ateiści z jego dawnej wspólnoty, spotkają go tam. Czyż nie zawołają do niego: „Lekarzu, dlaczego sam się nie uzdrowiłeś? Dlaczego pojawiłeś się w tym królestwie wiecznej ciemności, ty, który udawałeś lampę Bożą?”. Zaprawdę, straszną rzeczą jest tak zginąć! Straszne jest, gdy człowiek, który stał w cieniu ambony, tak zginie – ale jeszcze straszniejsze jest, gdy w ten sposób rzuci się z tej ambony! W jednym z dzieł N.N. (ponieważ prezentowane rosyjskie tłumaczenie z 1908 roku często pomija nazwiska autorów cytowanych cytatów itp., a nie da się uzupełnić luk, autorzy itp. są oznaczani (tu i dalej) łacińskimi literami N.N., a pominięte nazwy źródeł trzema gwiazdkami – red.), pod tytułem „Westchnienia z głębin piekieł” znajduje się straszliwy fragment: „Ile dusz, nie zdając sobie z tego sprawy, zostało na zawsze zrujnowanych przez ślepych pasterzy duchowych swoimi kazaniami, tak zgubnymi dla duszy, jak arszenik dla żywego organizmu! Ileż ciąży na sumieniu niektórych z nich! O ty, mój przyjacielu, który zamierzasz nauczać lud – któż wie, jak nieznośnie trudne to będzie dla ciebie! Czyż nie będzie ci ciężko, gdy cała twoja parafia pójdzie za tobą do piekła i będzie ci wypominać: „Oto człowiek, któremu zawdzięczamy to, że tu jesteśmy!” „Bałeś się nam ujawnić swoje rany, żeby nie stracić naszego dobrego zarobku! Przekleństwo na tego nikczemnego, ślepego przewodnika, który nie tylko nie zdołał uchronić się przed wieczną zagładą, ale jeszcze nas tu ze sobą przyciągnął!” W swoim dziele „Jaki powinien być kaznodzieja” pisze między innymi: „Zwracaj uwagę na siebie, abyś sam nie został pozbawiony tej dobroczynnej mocy Boga, o której mówisz innym, tego zbawczego wpływu Ewangelii, którą głosisz. Uważaj, aby twoje serce nie zapomniało o Zbawicielu, o konieczności wiary w Którego nauczasz innych, i nie utraciło Jego zbawczych darów. Uważaj na siebie, abyś nie zginął przed innymi, abyś sam, pozbawiając innych pożywienia, nie umarł z głodu. Chociaż Bóg dał nam obietnicę, że „mądrzy będą świecić jak blask sklepienia” (Dn 12,3), ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy sami się do Niego zwrócą. Twoja własna szczerość w wierze jest pierwszym z tych warunków. Jest wielu ludzi, którzy nauczali innych prawdy, aby wybawić ich od mąk piekielnych, ale sami nie mogli się przed nimi ocalić. W piekle będzie wielu kaznodziejów, którzy będą żądać od słuchaczy niewiarygodnych wysiłków, aby uciec z tego miejsca Czy rozsądna osoba może domagać się od Boga zbawienia dla siebie tylko dlatego, że głosiła innym wielkie prawdy, którymi kierowała się w życiu?sięCzy zaniedbaliście to? Wierzcie mi, bracia, Pan nigdy nie okazał miłosierdzia nikomu tylko dlatego, że był kaznodzieją – nawet dobrym – ale tylko wtedy, gdy zasłużył na to własnym życiem, jeśli szczerze i wiernie służył dziełu swego Pana. Dlatego przede wszystkim uważajcie na siebie, abyście praktykowali to, co głosicie innym; wierzcie w to, czego codziennie nauczacie innych; przyjmijcie do swoich serc tego Chrystusa, którego ofiarowujecie innym. Bo Ten, który nakazał wam miłować bliźniego jak siebie samego, pokazał wam przez to przykazanie, że macie miłować również siebie samych, a nie ich nienawidzić, zbawiać siebie i bliźnich, a nie niszczyć ich. Bracia moi! Rozważcie dobrze te słowa. Nie mam nic do dodania; proszę was tylko, abyście się zastanowili i wykorzystali wszystko, co usłyszeliście. Jeśli ktoś to maważnypowołanie,tym bardziej konieczne i bardzo ważne jest, aby osobiste życie duchowe takiego kaznodziei było wysoko postawione. Nie może zadowalać się jedynie tym, że zalicza się do grona wierzących. Musi być dojrzałym chrześcijaninem, mocno wypróbowanym w wierze, gdyż słudzy Chrystusa są „wybrani spośród wybranych”. Gdyby został powołany do jakiejś innej, zwyczajnej pracy, mógłby zadowolić się niczym, choć nawet wtedy to zadowolenie można by nazwać niedbalstwem lub zaniedbaniem. Lecz w tak ważnej sprawie, na tak straszliwie odpowiedzialnym stanowisku, musi on dołożyć wszelkich starań, aby zdobyć siłę duchową niezbędną do tego zadania. Siła życiowa jego pobożności musi być bardzo silna i stabilna, a jego wiara głęboka i jasna. Musi odznaczać się stanowczością, być niezwykle aktywny, a wewnętrznie, duchowo, musi być całkowicie zdrowy. O starożytnych Egipcjanach mówi się, że wybierali kapłanów spośród swoich najuczonych filozofów i tak bardzo ich szanowali, że wybierali spośród nich nawet swoich królów. Tak więc i my musimy wybierać do służby Panu najgodniejszych wojowników z całej armii chrześcijańskiej, takich, którzy będą…NaprawdęSą w pełni tego godni. Lecz ci, którzy są niezdolni, bojaźliwi, niespokojni, oddani swemu cielesnemu życiu – tacy ludzie nie nadają się do wysokiego powołania pastora Kościoła. W końcu są pewne zadania, których nigdy nie powierzylibyśmy słabym lub nieszczęśliwym. Jeśli ktoś nie może pracować na dachu, jeśli ma słabą głowę i taka praca jest dla niego niebezpieczna, niech wybierze pracę na dole, na ziemi, gdzie nie będzie narażony na zawroty głowy. Podobnie są ludzie z duchowymi defektami, którzy nie mogą i nie powinni podejmować się wysokich duchowych obowiązków. Jeśli nawet najmniejszy sukces spotka taką osobę, natychmiast stanie się z niego dumna – wada tak często spotykana wśród naszych kaznodziejów, która, zamiast służyć ich ozdobie, prowadzi wprost do zguby. Gdybyśmy chcieli bronić naszego domu przed wrogami, nie uzbrajalibyśmy naszych chłopców i dziewcząt w szable i broń. Tak jest i tutaj. Nie da się postawić na ambonie każdego nowicjusza, błyskotliwego, ale niedoświadczonego w życiu duchowym, by bronił Prawdy. Bojaźń Boża musi kierować mądrością młodego człowieka, inaczej nie wolno mu głosić Słowa. Dopóki jego umysł i serce nie zostaną oświecone łaską Bożą, niech czeka na swoją kolej. Kaznodzieja musi z całą pilnością dążyć do wzmocnienia najwyższego poczucia moralności. Wielu może być bardzo odpowiednich do każdego dzieła, ale wielu z nich jest całkowicie nie do zniesienia na ambonie kościelnej. Jestem bardzo surowy wobec chrześcijan, którzy popadli w grzech ciężki. Cieszę się, gdy szczerze żałują i z mieszaniną strachu i nadziei powracają na porzuconą ścieżkę. Ale poważnie wątpię, aby ktokolwiek, kto popełnił grzech ciężki, mógł wkrótce wrócić na ambonę kościelną. John Angell James mówi: „Kiedy kaznodzieja prawdy wszedł na ścieżkę grzechu, nie może ponownie rozpocząć głoszenia, dopóki jego pokuta nie odpokutuje w pełni za swoje przestępstwo”. Ale to odkupienie nie jest łatwe. Takie pokutujące upadłe osoby mogą zostać przyjęte do społeczności chrześcijańskiej; mogą następnie zasiadać na ambonie kościelnej, jeśli Bóg im na to pozwoli. Nie w to wątpię, ale w to, czy jest to wolna wola Boga. Jestem przekonany, że musimy być bardzo ostrożni, wynosząc na kazalnice kościelne osoby, które już udowodniły, że brakuje im siły duchowej, aby wytrzymać próby tego powołania. Są zadania, które mogą wykonać tylko najsilniejsi i najzdrowsi. My, powołani przez Pana do pracy w Jego winnicy, musimy modlić się do Niego o pomoc, abyśmy mieli dość sił, by wiernie wypełniać nasze obowiązki, abyśmy nie ulegli pokusom szatana, na szkodę naszych współwyznawców i na własną zgubę. Musimy stawić mu opór w pełnej zbroi Bożej, aby przewyższyć innych w duchowym rozwoju. Ofiarowanie, ubóstwo, wytrwałość i nieskończona cierpliwość – to nasze stałe towarzyszki. Jeśli chcemy wiernie i sumiennie wypełniać nasze obowiązki, musimy nieustannie pozostawać w najściślejszej wspólnocie z Panem. Pamiętajcie mocno, że gdy jesteście pastorami, całe wasze życie, cała wasza aktywność będzie zależeć od stopnia waszej pobożności. Jeśli wasza gorliwość osłabnie, wasza modlitwa kościelna również będzie uboga; wasza modlitwa domowa będzie jeszcze słabsza, a co najgorsze, wasz duchowy postęp. Gdy wasza dusza wyschnie, wasi słuchacze zauważą, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, że wasze kazania nie mają już na nich tak dobroczynnego wpływu. Wyczują wasze duchowe zubożenie, zanim wy sami je zauważycie. Wasze kazania ujawnią wasz wewnętrzny upadek. I bez względu na to, jak elokwentnie będziecie mówić, wasz brak duchowej siły będzie wyraźnie odczuwalny w każdym słowie. Bez względu na to, jak bardzo możecie być rozdarci, jak Samson, wkrótce przekonacie się, że utraciliście siły. Wasi parafianie szybko dostrzegą upadek waszego wewnętrznego życia duchowego w codziennych z wami interakcjach. Ich bystre oczy dostrzegą siwienie waszych duchowych włosów na waszym oczach. Kiedy ktoś zapada na chorobę serca, cierpią wszystkie organy ludzkiego ciała: żołądek, płuca, narządy wewnętrzne, mięśnie, nerwy... W ten sam sposób, gdy serce człowieka słabnie,duchowyPod tym względem nieuchronnie wpływa to na wszystkie przejawy jego życia duchowego. Możemy porównać naszych słuchaczy do zegarków kieszonkowych i zegarów na budynkach publicznych. Jeśli nasze zegarki kieszonkowe są zepsute, nikt z tego powodu nie cierpi oprócz nas samych; jeśli zegary kościelne lub miejskie są zepsute, to cała ludność miasta jest w błędzie. A kaznodzieja jest właśnie takim zegarem kościelnym. Wielu nastawia swoje zegarki według jego zegara, a jeśli jego zegarek jest zepsuty, to sprawiają, że inni również się mylą. A kaznodzieja ponosi odpowiedzialność za wszystkie grzechy, które sam powoduje. Czyż to nie straszne, bracia moi? Przerażające jest nawet zatrzymać się na chwilę nad taką myślą, ale mimo to musimy ją sobie jasno wyobrazić, aby lepiej zachować czujność w przyszłości. Myślę też, że powinniśmy prowadzić życie bardziej duchowe niż inni, ponieważ myjesteśmy narażeni na znacznie większe niebezpieczeństwo niż inniWydaje się, że nigdzie nie ma tylu pokus, co wokół ambony kościelnej. Powszechnie uważa się, że praca kaznodziei jest bardzo łatwa i uwalnia go od wielu pokus. W rzeczywistości jednak jesteśmy otoczeni większymi niebezpieczeństwami niż ktokolwiek inny, a nasi wrogowie są o wiele bardziej przebiegli niż wrogowie innych chrześcijan. Wysokość, na której stoimy, oferuje wiele korzyści, ale ta sama wysokość jest również niebezpieczna i dla wielu kaznodziejów okazała się Skałą Tarpejską. Jeśli zapytasz, czym są te pokusy, odpowiem ci: nie mamy wystarczająco dużo czasu, aby je wszystkie wymienić. Są zarówno te bardziej prymitywne, jak i subtelniejsze. Do najprymitywniejszych należą pokusy nieumiarkowania w jedzeniu i grzesznych myśli, zwłaszcza wśród młodych kaznodziejów. Nie będziemy się jednak nad nimi rozwodzić; sam możesz dostrzec wiele podobnych przykładów, jeśli zechcesz przyjrzeć się uważnie otaczającemu cię życiu. Istnieją jednak inne, nieporównywalnie subtelniejsze pułapki, których o wiele trudniej uniknąć, a najniebezpieczniejszą z nich jest wykonywanie naszych obowiązków jedynie zewnętrznie, tak jak słudzy prowadzą jakąś działalność handlową. Jeśli czytamy Pismo Święte jedynie zewnętrznie, jeśli modlimy się jedynie zewnętrznie, nie zagłębiając się sercem w znaczenie tych Pism czy tych modlitw; jeśli obowiązki naszego powołania traktujemy, że tak powiem, formalnie i nie nosimy ich w głębi serca; jeśli nasze osobiste „ja” jest przyćmione w wykonywaniu naszych obowiązków, jest to dla nas doprawdy bardzo bolesna strata. „Nikt” – mówi John Owen – „nie może wygłosić dobrego kazania, jeśli najpierw nie poczuje go we własnym sercu”. O, bracia, jak trudno zachować tę szczerą serdeczność! Nasze powołanie, zamiast ułatwiać nam życie wewnętrzne, z powodu zepsucia naszej natury, wręcz przeciwnie, utrudnia je. Tak więc, przynajmniej, mówię z własnego doświadczenia. Jakże musimy walczyć, by odrzucić tę „urzędowość” i jak ona próbuje nas omotać, tak jak długa szata krępuje biegnącego człowieka, oplatając mu stopy! Strzeżcie się, drodzy bracia, tych i innych pułapek naszego powołania. A jeśli czyniliście to do tej pory, róbcie to nadal, aż do ostatniej godziny waszego życia! Wymieniłem tu tylko jedno z niebezpieczeństw naszego powołania, ale ich liczba jest niezliczona! Zły wróg zbawienia naszych dusz wszelkimi sposobami próbuje zniszczyć pasterzy dusz. „Strzeżcie się” – mówi N.N. – „bo kusiciel najpierw zwróci swój najokrutniejszy atak na was”. Jeśli chcecie być przywódcami tych, którzy z nim walczą, oszczędzi was tylko tyle, ile Pan mu zabroni. Żywi on straszliwą złość wobec was, którzy wyrządzacie mu taką krzywdę. Przede wszystkim nienawidzi Chrystusa, naszego Najwyższego Przywódcy i Zbawiciela, a po Nim jego złość zwraca się przeciwko nam, Jego pomocnikom. Wie, jak ważne dla jego sukcesu jest, aby parafianie byli świadkami grzechów swoich duchowych przywódców. Od dawna wybiera tę metodę prowadzenia wojny; od dawna dąży do „uderzenia pasterza”, aby „owce stada się rozproszyły”. I tak wielki jest jego dotychczasowy sukces, że nie porzuci tej metody. Dlatego strzeżcie się, bracia, wróg zwraca na was szczególną uwagę. Będziesz cierpieć z jego powodu wiele podstępnych prześladowań, nieustannych zmartwień i gwałtownych ataków. Niezależnie od tego, jak inteligentny i wykształcony jesteś, strzeż się, aby cię nie przechytrzył. Diabeł jest większym uczonym od ciebie i bardzo sprytnym dyskutantem. Potrafi przebrać się za „anioła światłości”, aby cię zwieść. Podkradnie się do ciebie i zwabi cię na zagładę, zanim jeszcze podejrzewasz jego obecność. Przejdzie ci niezauważony i pozbawi cię wiary i czystości, tak że nawet nie zauważysz, że je utraciłeś. Sprawi nawet, że będziesz myślał, że robisz postępy w tym, co dawno temu całkowicie utraciłeś. Kiedy cię złapie, nie zauważysz nawet haczyka na jego wędce, a tym bardziej samego przebiegłego rybaka. A jego przynęta będzie dla ciebie tak przyjemna, tak dopasowana do twojego nastroju. Wykorzysta twoje własne poglądy i skłonności, aby zwabić cię w swoje sieci, a kiedy w końcu doprowadzi cię do zguby, uczyni z ciebie narzędzie twojego upadku. O, jakże raduje się ze swego zwycięstwa, gdy udaje mu się odwieść pasterza Kościoła od prawdziwej drogi! „Patrzcie” – mówi do swoich parafian – „oto wasi święci nauczyciele; jakiej surowości od was wymagają, a co sami czynią!” – „Oto” – powie do samego Jezusa Chrystusa – „oto wasi obrońcy! Mogę zmusić twoich najlepszych sług do znieważenia twojego imienia! Mogę zmusić twoich szafarzy, by cię zdradzili!”. Jeśli odważył się wyśmiewać Hioba przed obliczem Pana, mówiąc, że jeśli Pan odbierze Hiobowi jego błogosławieństwa, to „czy On będzie mu błogosławił?”, to co zrobi, jeśli otrzyma nad nami taką władzę? I będzie z was okrutnie kpił, bo udało wam się sprawić, że zapomnieliście o waszych obowiązkach, o waszej odpowiedzialności, zmuszając was do zdrady waszych przekonań i „służenia” jemu, waszemu wrogowi! O, nie spraw mu tej radości, nie pozwól, by traktował cię tak, jak Samson traktował Filistynów, aby nie pozbawił cię twojej wielkiej siły, twojego duchowego wzroku, a potem nie zaczął się z ciebie śmiać! Jeszcze jedno! Musimy bardzo uważać na wzrost pobożności w nas,ponieważ nasza święta sprawa tego bezwzględnie wymagaPraca chrześcijańskiego pastora może być wykonana tylko wtedy, gdy życie duchowe jest w jego odnowionej naturze. Możemy dobrze wypełniać nasze zadanie tylko wtedy, gdy wszystko jest w porządku w nas samych. Jaki jest pracownik, taka będzie praca. Zwalczanie wroga prawdy, obrona twierdz wiary, zarządzanie Bożym światem, pocieszanie pogrążonych w smutku, budowanie sprawiedliwych, prowadzenie słabych, cierpliwe kierowanie zbłąkanymi, zdobywanie dusz i budowanie ich – wszystkie te i podobne prace mogą być wykonane tylko przez tych, którzy Pan obdarował wielką duchową odwagą. Dlatego szukaj siły u Wszechmogącego Pana, a mądrości tylko u Niego, Źródła mądrości – krótko mówiąc, proś o wszystko Boga, od którego wszystko pochodzi. Po trzecie, pastor zobowiązany jest dbać o to, aby jego postępowanie pod każdym względem było w pełni zgodne z jego powołaniem. Opowiadają o kaznodziei, który głosił piękne kazania, a żył tak nędznie, że wszyscy mówili o nim: kiedy stał na ambonie, „nigdy nie powinien był z niej schodzić”; a kiedy nie był na ambonie, „nigdy nie powinien był na nią wstąpić”… Niech Pan nas wybawi od takiej dwoistości! Obyśmy nie byli sługami Boga przy ołtarzu i narzędziami Beliala poza świątynią Bożą. Raczej, jak mówi św. Grzegorz Teolog o św. Bazylim Wielkim, „niech nasze kazania grzmią, a życie jaśnieje”. Ludziom dwulicowym nie ufa się.Oni też im nie wierzą, których czyny nie idą w parze ze słowami. Czyny mówią głośniej niż słowa, mówi niemieckie przysłowie, a najbardziej wymowne słowa kaznodziei są całkowicie przyćmione przez jego złe życie. Możemy budować, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, tylko naszymi rękami; nasze życie powinno pouczać bardziej niż nasze słowa. Ostrzegałbym was bardziej przed „grzechami popełnionymi niż przed grzechami zaniedbania”. Wielu kaznodziejów zapomina służyć Panu po odejściu z ambony. Niech was, bracia, nie znosi sama myśl o staniu się kaznodziejami jak nakręconym mechanizmem, ożywianym nie przez łaskę, która stale w was mieszka, lecz jedynie przez chwilowe wpływy zewnętrzne. Nie bądźcie ludźmi, którzy mogą nazywać siebie kaznodziejami tylko przez pewien czas, podczas gdy wypełniają swoje obowiązki duszpasterskie, ale przestają nimi być, gdy tylko odejdą z ambony. Prawdziwi kaznodzieje głoszą nieustannie. Pasterz, który prowadzi naganne życie, to straszna rzecz. Mojżesz był „jak Pan”, ponieważ był „prorokiem,silny w słowie i czynieSługa Boży musi dążyć do tego, by być jak jego Pan; musi być silny słowem swojej nauki, jak również przykładem swoich czynów – w tym drugim przypadku jeszcze silniejszy. Jedyną „historią” Kościoła, jaką znajdujemy w Piśmie Świętym, jest historia życia i czynów apostołów. Kazania apostolskie, z woli Bożej, nie zostały dla nas zachowane. Były dobre, oczywiście – nieporównywalnie lepsze od naszych kazań – ale Pan pozostawił nam jedynie ich „czyny”. Nie mamy też prawie żadnych dokumentów rejestrujących dekrety apostołów. Kiedy mamy nasze spotkania, wpisujemy nasze wnioski do „protokołów”, ale Pan zapisuje tylko „czyny”… A nasze „czyny” muszą być godne tego zapisu, ponieważ zostaną zapisane bez wątpienia. Musimy żyć ze świadomością wszechwidzącego oka Pana, stale wpatrującego się w nas. Jesteśmy oświecani w każdej minucie, by tak rzec, potężnym, wszechobecnym światłem Boga. Najgłębsza czystość i świętość są najlepszą ozdobą i najniezbędniejszym atrybutem powołania duszpasterskiego. Zwykła doskonałość moralna nie wystarcza; tutaj potrzeba…najwyższyCnota. Życie ściśle moralne jest konieczne, ale musi być niejako uświęcone łaską z góry; w przeciwnym razie zostajemy pozbawieni tego, co szczególnie nas podnosi w oczach Boga i ludzi. Stary N.N. wysoko ceni koniecznośćświętośćżycie dla pasterza Kościoła w jego pracy: „Pozycja i obowiązki pasterza (kaznodziei)”. Mówi tam: „Gdyby Uzza miał umrzeć, bo tylkodotknął Arki PańskiejChoć pragnął jedynie uchronić go przed upadkiem; jeśli to samo spotkało mieszkańców Betszemesz, którzy tylko na niego patrzyli; jeśli śmierć zagrażała nawet zwierzętom zbliżającym się do świętej góry, to jakimi ludźmi muszą być ci, którzy mają zaszczyt „rozmawiać” z samym Panem, „stać przed Nim jak aniołowie”… „nieść Jego imię poganom” – innymi słowy, być Jego ambasadorami na ziemi? „Świętość” – powiedziane jest w psalmach – „jest wieczną ozdobą Twojego domu”. I czyż nie jest dziwne, że naczynia kościelne, ubrania, wszystko może być święte, a tylko ten, na którego szatach widnieją słowa „poświęcony przez Pana” – tylko on sam nie może być uświęcony?! Nie, ci ludzie muszą być „płonącymi i świecącymi lampami w ciemności”, jeśli nie chcą, by ich głoszenie przyniosło jedynie śmierć i zniszczenie. Muszą uzupełniać swoje nauczanie swoim życiem. Jeśli nie ma w nich świętości, to znieważają Tego, który ich posłał i ustanowił, aby nauczali Jego ludu. Tak jak magnes przyciąga przedmioty z żelaza, tak życie pastora powinno przyciągać i pociągać dusze do Chrystusa. I naprawdę smutne jest, jeśli trzyma je zbyt daleko od Niego. Uświęcone łaską Bożą, zdaje się wzywać grzeszników do nawrócenia się do Pana; ma niezwykłą moc przyciągania. Jeremiah Taylor mówi w swoim oryginalnym, kwiecistym języku: „Gołębie Heroda nigdy nie mogłyby przyciągnąć tylu obcych ptaków, gdyby nie zostały namaszczone balsamem arabskim. »Namaśćcie swoje gołębie wonnościami, a będą przyciągać stada ptaków«. Tak i ty, jeśli twoje życie jest dobre, jeśli twoje cnoty pachną, wkrótce przyciągniesz do siebie serca swoich parafian, tak że będą próbowali naśladować twój »zapach«. Ale musisz być inny i musisz być naprawdę, nie na obraz zwykłych ludzi, ale na »obraz Boga«”. A ludzie będą dążyć do tego, by stać się takimi jak ty, jeśli ty sam będziesz dążył do podobieństwa do Boga. Lecz jeśli zatrzymasz się tylko na progu cnoty, jeśli tylko będziesz unikał grzechu, to przyciągniesz do owczarni Chrystusa tylko tych, których tam popycha strach. Czynić to, co najbardziej służy chwale Boga – oto zasada, której musisz przestrzegać. Wszyscy ludzie powinni czynić tylko to, co nieuniknione – to zasada niewolników, a nie nawet dziecinnej miłości. Jakim ojcem możesz być dla ludu, jeśli sam nie masz nawet synowskiej miłości do Boga? Będziesz marną lampą, ledwo zdolną oświetlić jedną osobę, ale nie poprowadzić całego tłumu ani przyciągnąć zewsząd godnych następców swoim jasnym płomieniem. Inny równie znany teolog, biskup Reynolds, przemawia w tym przypadku dobrze i dobitnie: „Gwiazda, która prowadziła Mędrców do Chrystusa, słup ognia, który wskazywał Izraelitom drogę do ziemi Kanaan, nie tylko się ukazał, ale i szedł przed nimi (Mt 2,9; Wj 13,21). Głos Jakuba był bezużyteczny, skoro jego ręce były rękami Ezawa. Zgodnie z prawem, nikt, kto miał jakąkolwiek wadę fizyczną, nie mógł złożyć ofiary Bogu (Kpł 21,17-21). W ten sposób Pan chciał nam pokazać, jak bardzo cnotliwi powinni być Jego słudzy. Na szatach kapłanów musiały znajdować się „dzwonki” i „jabłka” – symbole, emblematy zdrowej nauki i owocnego życia (Wj 28,33-34). Pan wymaga, aby wszyscy, którzy do Niego przystępują, byli czyści (Iz 52,11). Grzechy kapłanów sprawiły, że ludzie odwrócili się od ofiar (1 Sm 28,17-21). 2:17). Zhańbili swoje nauczanie swoim niegodziwym życiem. Błogosławiony Augustyn powiedział: „Swoim nauczaniem wznoszą budowlę, ale swoim życiem ją burzą”. Zakończę tę dyskusję następującymi, pożytecznymi słowami z listu błogosławionego Hieronima do Nepocjana. „Nie pozwól”, mówi, „aby twoje uczynki zhańbiły twoją naukę, aby ci, którzy cię słuchali w kościele, nie pomyśleli o tobie: dlaczego sam nie czynisz tego, czego uczysz innych? Złym nauczycielem jest ten, który uczy innych wstrzemięźliwości, a sam się objada. Jak złodziej może ostrzegać innych przed chciwością? Usta, ręce i serce kapłana Chrystusa muszą być ze sobą całkowicie zgodne”. Bardzo trafne są do tego również eleganckie słowa N.N. z jego dzieła: „Mów dobrze i działaj dobrze”. W Smyrnie żył kiedyś zabawny aktor, który wykrzyknął: „O niebiosa!” – i wskazał ręką na ziemię. Widząc to, Polemon, jeden z najszlachetniejszych obywateli miasta, nie mógł już go słuchać i odszedł w wielkim gniewie, mówiąc: „Ten głupiec nie umie poprawnie mówić rękami; kłamał palcami”. Ci, którzy dobrze czynią, robią dokładnie to samo.oni się ucząi źlena żywo„Używają słowa „niebo” tylko na językach, ale rękami wskazują na ziemię. Nie tylko kłamią językiem, ale i uczą złej pobożności rękami; nie żyją zgodnie ze swoimi naukami. Lecz Ten, który mieszka w niebie, będzie się z nich śmiał i wyrzuci ich od Siebie, jeśli nie zmienią swojego życia”. Nawet w drobnych sprawach pastor musi dbać o to, aby jego życie było zgodne z powołaniem. Musi szczególnie dbać o dotrzymywanie złożonych obietnic. Jego sprawiedliwość musi być nieskazitelna. Prawda musi nie tylko panować w nas, ale także jasno świecić wokół nas. Pewien słynny doktor teologii z Londynu, zmarły już, wspaniały i pobożny człowiek, ogłosił pewnej niedzieli, że chce odwiedzić wszystkich członków swojej parafii i że w tym celu będzie przestrzegał porządku ich miejsc w kościele, aby odwiedzić każdego przynajmniej raz w roku. Mój znajomy, bardzo biedny człowiek, był niezmiernie zadowolony, że kaznodzieja…odwiedzęI on też. Około dwóch tygodni przed tym, jak jego kolej się spodziewała, jego żona pilnie sprzątała mieszkanie, a on sam spieszył się codziennie do domu ze studiów, z radosną nadzieją spotkania z kaznodzieją. Tak minęło sporo czasu. Tymczasem kaznodzieja albo zapomniał o obietnicy, albo znudził się jej spełnianiem, albo z jakiegoś innego powodu nie poszedł do biedaka. Ten w końcu stracił cierpliwość i powiedział mu: „Zwracasz uwagę na bogatych, a o nas, biednych, nie chcesz nawet wiedzieć!”. I ten człowiek przez długi czas unikał wszelkich kontaktów ze swoją parafią, aż pewnego dnia przypadkowo trafił do Exeter Hull i został moim wieloletnim słuchaczem. I niełatwo było mi przekonać go, że proboszcz jest człowiekiem uczciwym i że traktuje wszystkich równo, zarówno biednych, jak i bogatych. Starajmy się unikać wyrządzania takiej krzywdy, a dokładniej, dotrzymywać obietnic. Musimy pamiętać, że oczy wszystkich zwrócone są na nas. Niewielu ma sumienie, by otwarcie łamać prawo na oczach wszystkich – a jednak ta sama jawność nieustannie nas otacza. Tysiące czujnych oczu zwrócone są na nas; żyjmy tak, by nie bać się żadnych świadków, ani na ziemi, ani w niebie. Nasza pozycja społeczna jest bardzo korzystna, jeśli tylko uda nam się ułożyć nasze życie duchowe. Starajcie się, bracia, nie pozbawiać się tej korzyści. Kiedy mówimy wam, drodzy bracia, abyście zwracali uwagę na swoje życie, mamy na myśli: uważnie obserwujcie każdy swój czyn, nawet ten najmniejszy. Unikajcie wszelkich długów i kłótni, starajcie się być ostrożni i dokładni we wszystkim i nikogo w żaden sposób nie obrażajcie. Jednym słowem, unikajcie wszystkich drobnych wad, które nas psują, jak muchy, które wszystko psują. Nieumiarkowanie, które tak bardzo nadszarpnęło reputację wielu z nas, nie może być tolerowane. Musimy być niezwykle ostrożni w kontaktach z płcią przeciwną. Nietolerancja i arogancja, które wielu ośmieszają, również nie mogą być tolerowane. Nasza praca jest zbyt wzniosła i poważna, by ignorować każdy szczegół, który mógłby nam zaszkodzić. Musimy stale dążyć do przestrzegania zasady: „Nie rób nic, co mogłoby się komuś nie podobać, aby nas nie oczerniano ani nie poniżano naszej pozycji”. Ale to nie oznacza, że powinniśmy poddawać się wszystkim kaprysom i zwyczajom społeczeństwa, w którym żyjemy... A w chwilach odpoczynku pamiętajcie, że jesteście sługami Ewangelii! Nawet w czasie odpoczynku wciąż jesteście żołnierzami naszego Pana – i musicie się tak zachowywać! Ale jeśli musimy zwracać uwagę na takie drobiazgi, o ileż bardziej powinniśmy dbać o wielkie obowiązki moralności i honoru? Życie prywatne pastora musi pozostawać w całkowitej harmonii z jego działalnością publiczną. W przeciwnym razie jego słońce wkrótce zajdzie, a im szybciej odejdzie z pracy, tym lepiej, bo pozostając na swoim stanowisku, może jedynie zhańbić swoją świętą pracę i ostatecznie doprowadzić do samozniszczenia. Bracia! Czas przeznaczony na nasz wykład dobiegł końca i musimy go dokończyć. Wykład 2Boże powołanie do głoszeniaKażdy chrześcijanin ma prawo głosić Ewangelię, jeśli jest do tego zdolny; w istocie nie tylko ma prawo, ale jest zobowiązany czynić to, dopóki żyje (Ap 22,17). Głoszenie Ewangelii nie jest przywilejem nielicznych, lecz wszystkich uczniów i naśladowców naszego Pana Jezusa Chrystusa. Każdy z nich jest zobowiązany, zgodnie ze stopniem łaski udzielonej mu przez Ducha Świętego, do pracy dla Pana zarówno wśród swoich współchrześcijan, jak i wśród pogan. Dotyczy to nie tylko mężczyzn: wszyscy wierzący, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, są powołani do tego dzieła, jeśli są w stanie poświęcić się szerzeniu wiary Chrystusa na ziemi. Ta posługa może nie przybierać formy głoszenia – i czasami nie powinna. Kobietom, na przykład, wyraźnie zabrania się publicznego głoszenia (Tm 2,12; 1 Kor 14,34). Mimo to jesteśmy zobowiązani nie „zakopywać w ziemi” daru, który nam dano. W tym wykładzie nie zamierzamy mówić konkretnie o kaznodziejstwie ani żadnej innej formie głoszenia Ewangelii, która jest obowiązkowa dla wszystkich wierzących w ogóle. Chcemy tu mówić jedynie o „pracy” pastora chrześcijańskiego, która obejmuje głoszenie kazań wśród parafian oraz zarządzanie lub administrowanie sprawami duchowymi – o tej „pracy”, o tej posłudze, która wymaga od proboszcza poświęcenia całego życia innym i wyrzeczenia się „wszystkich spraw doczesnych” (2 Tm 2,4) – o pracy, która daje mu prawo do dożywotniego uposażenia na koszt parafii, zważywszy na fakt, że jest on zobowiązany poświęcać cały swój czas sprawom i dobru parafian (1 Kor 9,11; 1 Tm 5,18). Mówi o tym również apostoł Piotr: „Paście stado Boże, które jest u was, strzegąc go nie z przymusu, ale z własnej woli” (1 P 5,2). Ale czy wszyscy chrześcijanie bez wyjątku mogą być zdolni do rządzenia, do duchowego przywództwa? Muszą być też tacy, którzy wręcz przeciwnie, domagają się tego przewodnictwa i nadzoru? Wierzymy zatem, że Pan tak urządził swój ziemski Kościół, że niektórzy chrześcijanie są powołani do rządzenia i nadzorowania, podczas gdy inni dobrowolnie, dla własnego dobra, podporządkowują się tym pierwszym. Nie każdy jest powołany do głoszenia i nauczania, do przewodzenia czy zajmowania stanowisk pasterskich; a ci, którym brakuje niezbędnych umiejętności, nie powinni aspirować do tego wielkiego „dzieła”. Tylko ci, którzy są w pełni przekonani, że otrzymają „taką posługę” – „z łaski Bożej” (2 Kor 4,1) – mogą poświęcić się temu „dziełu”. Nikt nie może zostać „pasterzem” trzody Chrystusa z własnej woli, lecz musi oczekiwać tego powołania od swojego Najwyższego Pasterza. Każdy, kto pragnie być „ambasadorem” Pana na ziemi, musi zostać do tego powołany przez Niego samego. Jeżeli podejmie się on świętej „pracy”, nie mając do niej powołania „z góry”, to czyż Pan nie powie jemu i wszystkim jemu podobnym: „Nie posłałem ich i nie dałem im rozkazu, więc są do niczego” (Jeremiasz 28:32). Jeśli spojrzysz na Biblię, zobaczysz, że wszyscy prorocy i kaznodzieje Starego Testamentu otrzymali swoje powołanie, swoją misję, swoje upoważnienie od Jehowy. Izajasz opowiada nam, jak seraf dotknął jego ust rozżarzonym węglem i usłyszał głos Pana: „Kogo poślemy? Kto pójdzie za nami?” (Izajasz 6,8). A prorok odpowiedział: „Oto jestem, poślij mnie”. Przecież nie poszedł, zanim został powołany przez Pana i zanim otrzymał dar wypełnienia swojego wielkiego posłannictwa. Słowa: „Jakże będą głosić, jeśli nie zostaną powołani?” jeszcze nie padły, ale ich znaczenie zostało już rozpoznane. Prorok Jeremiasz szczegółowo opowiada swoje powołanie. „Wtedy Pan skierował do mnie te słowa: »Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, zanim wyszedłeś z łona matki, poświęciłem cię, aby ustanowić cię prorokiem dla narodów«”. Wtedy rzekłem: „Ach, Panie Boże, nie mogę mówić, bo jestem dzieckiem”. Ale Pan rzekł do mnie: „Nie mów: «Jestem dzieckiem»”. Bo pójdziesz do wszystkich, do których cię poślę, i będziesz mówił wszystko, co ci rozkażę. Nie bój się ich, bo Ja jestem z tobą, aby cię chronić” – mówi Pan. Wtedy Pan wyciągnął rękę i dotknął moich ust, i Pan rzekł do mnie: „Oto włożyłem moje słowa w twoje usta. Patrz, ustanowiłem cię dziś nad narodami i nad królestwami, abyś wyrywał i burzył, abyś niszczył i burzył, abyś budował i sadził” (Jeremiasz 1:4-10). Prorok Ezechiel mówi to samo o swoim powołaniu. Mówi: „I rzekł do mnie: «Synu człowieczy, stań na nogi, a będę z tobą rozmawiał». A gdy mówił do mnie, Duch zstąpił na mnie i postawił mnie na nogi, i słyszałem, jak do mnie mówił. I rzekł do mnie: „Synu człowieczy, posyłam cię do synów izraelskich, do ludu buntowniczego, który zbuntował się przeciwko Mnie; oni i ich przodkowie zbuntowali się przeciwko Mnie aż do dnia dzisiejszego” (Ez 2,1-3). „I rzekł do mnie: „Synu człowieczy, zjedz to, co masz przed sobą, zjedz ten zwój i idź, przemów do domu izraelskiego”. Otworzyłem usta, a On dał mi zjeść zwój. I rzekł do mnie: „Synu człowieczy, nasyć brzuch swój i napełnij wnętrzności swoje tym zwojem, który ci daję”. I zjadłem go, a był słodki jak miód w ustach moich. Potem rzekł do mnie: „Synu człowieczy, wstań i idź do domu Izraela i przemów do nich moim językiem” (Ez 3,1-4). Nie wiemy, jak Daniel został powołany, ale jest to dla nas aż nazbyt oczywiste i zrozumiałe dzięki licznym wizjom, które mu objawiono, a także dzięki oczywistej, wielkiej łasce Bożej, która na nim spoczęła. Nie będziemy wymieniać innych proroków. Wszyscy oni oparli swoje powołanie na słowach: „Tak mówi Pan”. Dla nas, chrześcijan, każdy może zostać pastorem, każdy może głosić i szerzyć Ewangelię, ale zdolność do tej służby i powołanie z góry nie są dane każdemu. Niech nikt nie myśli, że takie powołanie istnieje tylko w naszej wyobraźni i że w obecnych czasach nikt nie jest powołany do tej posługi w żaden szczególny sposób. Powołanie to potwierdza już sama nazwa pastorów w Nowym Testamencie. Apostoł mówi: „Jesteśmy więc posłami Chrystusa” (2 Kor 5,20); a każdy „posłaniec” jest z pewnościąjest wysyłanyich monarcha. Ludzie, którzy twierdzą, że są „posłańcami” Chrystusa, muszą czuć w głębi serca, że sam Pan powierzył im święte dzieło „pojednania” (2 Kor 5,18-19). Jeśli powiedzą nam, że ten tytuł odnosił się tylko do apostołów, odpowiem, że to, co powiedziano w tym liście, odnosi się nie tylko do apostoła Pawła, ale także do Tymoteusza. Zatem nie tylko o apostołach jest tu mowa. W Pierwszym Liście do Koryntian czytamy: „Niech więc ktoś o nas (przez „my” należy rozumieć Pawła i Sostenesa, 1 Kor 1,1) uważa się za sługi Chrystusa i szafarzy tajemnic Bożych” (1 Kor 4,1). Szafarz jest mianowany przez swojego pana. Nie może stać się nim z własnej woli. Jeśli na przykład ktoś z nas pragnie zostać zarządcą wszystkich posiadłości i bogactw, powiedzmy, księcia Westminsteru i postanowi zarządzać nimi sam, bez jego wiedzy, czyż nie będzie mu dane bardzo szybko odczuć swojego błędu? Oczywiste jest, że najpierw trzeba otrzymać powołanie „z góry”, aby stać się „szafarzem Bożym” (Tyt 1,7). Wyrażenie apokaliptyczne"Anioł"(Obj.2:1) oznaczaambasadorJak zatem możemy stać się heroldami Chrystusa? Tylko z Jego wyboru i Jego postanowienia. Jeśli ktokolwiek wątpi, że tytuł „Anioł” odnosi się do kaznodziejów, to do kogo on się odnosi? Do kogo w Kościele chrześcijańskim nakazano im pisać, jeśli nie do człowieka, który zajmował tam najwyższą, najbardziej dominującą pozycję? Tytusowi nakazano sumiennie wykonać powierzone mu zadanie. Dlatego też powierzono mu…powierzonyJego posługa. Niektórzy chrześcijanie są powołani w Piśmie Świętym: „Naczyniami ku czci, uświęconymi i użytecznymi dla Pana, przygotowanymi do wszelkiego dobrego dzieła” (2 Tm 2,21). Sam Pan wybiera naczynia dla swoich celów. Mówi o nich tak, jak powiedział o Pawle z Tarsu: „On jest mi naczyniem wybranym, aby zaniósł imię moje przed pogan” (Dz 9,15). Kiedy Pan wstąpił do nieba, „ustanowił jednych apostołów, drugich proroków, innych ewangelistów, a innych pasterzy i nauczycieli” (Ef 4,11). Czyż z tych słów nie wynika, że po swoim wniebowstąpieniu Pan powołał niektórych na pasterzy wspólnot chrześcijańskich? Zatem zostali powołani przez Boga i nie osiągnęli tej pozycji o własnych siłach. Mam nadzieję, bracia, że i wy pewnego dnia staniecie na czele waszych zborów, nad którymi „Duch Święty ustanowi was biskupami” (Dz 20,28). I modlę się do Pana, aby każdy z was mógł powiedzieć za „apostołem pogan”, że został wybrany „nie od ludzi ani przez człowieka, lecz przez Jezusa Chrystusa i Boga Ojca” (Ga 1,1). Niech spełni się w was starożytna obietnica: „Dam wam pasterzy według serca mego” (Jr 3,15); „Ustanowię nad nimi pasterzy, którzy będą je paśli” (Jr 23,4). Niech Pan wypełni w każdym z was swoją obietnicę: „Jerozolimo, dam ci straż, która będzie cię strzegła dniem i nocą”; a także swoje inne słowo: „Jeśli wydobędziesz to, co cenne, spośród tego, co podłe, będziesz jak moje usta” (Jr 15,19). Niech Pan rozprzestrzeni przez was woń wiary chrześcijańskiej i uczyni was wonią Chrystusa dla Boga „w tych, którzy dostępują zbawienia, i w tych, którzy giną” (2 Kor 2,15). Niech bezgraniczna łaska Boża spocznie na was, abyśmy przez was mogli wychwalać Jego imię i zachować się czystymi od wszelkiego ludzkiego grzechu. Tak jak Pan powołał swoich uczniów, pouczył ich i posłał, by głosili, tak niech pośle was, jako swoich wybranych i sługi, ku pocieszeniu waszych parafian i błogosławieństwu dla całego świata! Ale jak młody człowiek może wiedzieć, czy jest powołany do tej świętej pracy, czy nie?To bardzo ważne pytanie; trzeba je poważnie przedyskutować. Niech Pan nam w tym pomoże. To bardzo smutna prawda, że wielu wybrało złą drogę i się na niej potknęło. To główny powód bezużytecznej pracy wielu kaznodziejów i moralnego upadku współczesnego społeczeństwa chrześcijańskiego. To wielkie nieszczęście, jeśli ktoś popełni błąd w wyborze zawodu i zostanie pastorem nie w swoim powołaniu. Ale jakież to nieszczęście dla samej społeczności – tej, w którą taka osoba się „wkrada”. To straszne, przerażające zło, zdolne do najtragiczniejszych konsekwencji. Czyż nie takich kaznodziejów miał na myśli poeta, pisząc o „człowieku”: „Powiedzcie mi, mędrcy świata, które ze wszystkich żyjących stworzeń we wszechświecie tak często błądzi i zapomina o swoim celu, o swoim przeznaczeniu, jak człowiek? Każde zwierzę wie, co jest dla niego dobre, a co szkodliwe. Tylko człowiek często sprzeciwia się własnemu rozumowi! Tylko człowiek często postępuje wbrew prawom natury!” Kiedy myślę o nieodwracalnej szkodzie, jaką możemy wyrządzić społeczeństwu, niegodnie zajmując kapłańskie stanowiska, drżę na myśl, że wielu z nas wystawia się na próbę zbyt lekkomyślnie i chciałbym, abyśmy traktowali tę próbę poważniej, abyśmy nie przedstawiali się jako chwasty, które jedynie hamują wzrost pożytecznych roślin… Istnieje wiele rygorystycznych sposobów, w jakie można się sprawdzić, jeśli ktoś ma na to szczerą ochotę. Absolutnie konieczne jest, aby nikt nie odważył się wejść na ambonę kościelną bez poddania się takiej próbie. A jeśli ktoś czuje w sobie…ważnyJeśli naprawdę ma powołanie, musi sprawdzić się jeszcze na dwa sposoby. Pierwszy warunek jest dla niego konieczny jako chrześcijanina, ale drugi – nie mniej ważny – jako kaznodziei. Przecież nie da się być jednocześnie dobrym chrześcijaninem bez szczerej wiary w Chrystusa i dobrym kaznodzieją bez powołania Bożego. W obu przypadkach ideał naszej służby, naszego „działania”, staje się jedynie nazwą, pustym dźwiękiem. 1. Pierwszym znakiem powołania Bożego jestpalące, nienasycone pragnienie tej aktywnościZ naszej strony, nieodparte pragnienie dzielenia się z innymi dobrocią, którą Pan wszczepił w nasze dusze. Ktoś, kto dobrze znał N.N., powiedział o nim, że był „nieustannie i nienasycenie chciwy” na „nawracanie” dusz. Chociaż miał wszelkie możliwości uzyskania dobrej, lukratywnej posady na uniwersytecie, wolał jednak stanowisko asystenta kaznodziei, ponieważ „niecierpliwie pragnął bezpośredniej działalności duszpasterskiej”.Nie stań się kaznodzieją, jeśli możesz być spokojny o swoją pracę„- odpowiedział mądrze jeden ze starożytnych pastorów temu, kto zapytał go o tę posługę. Jeśli któryś z obecnych tu studentów może spocząć na laurach, zostając redaktorem, kupcem, lekarzem, prawnikiem, a nawet samym królem, taki student powinien pójść własną drogą. Nie ma w nim żywej iskry Bożej: w przeciwnym razie nie przedkładałby żadnego stanowiska nad to, do którego dąży całą swoją duszą. Jeśli ktokolwiek z was może powiedzieć o sobie, że żadne skarby świata nie są w stanie zmusić go do porzucenia tej posługi, głoszenia Ewangelii Chrystusa, może być pewien – jeśli ma ku temu inne warunki – że…otrzymaneBoskie powołanie do tej posługi. Słowo Boże musi płonąć w nas jasno, inaczej będziemy czuć się nieszczęśliwi, nie będziemy w stanie osiągnąć poświęcenia niezbędnego dla naszej pracy i będziemy mało użyteczni dla tych, których powierzono nam nadzorować. Mam pełne prawo mówić o poświęceniu. Cała praca prawdziwego pasterza dusz jest przepełniona tym poświęceniem. Bez żarliwej miłości do swojej posługi nie zniesie jej. Tylko uzbrojony w tę miłość będziesz w stanie sprostać wszystkim trudnościom naszej pasterskiej „pracy”. Bez niej, bez tej niezbędnej siły nieodpartego powołania Bożego, wkrótce zginiesz i zniszczysz wielu innych. Pragnienie posługi duszpasterskiej musi być owocem spokojnej refleksji. Nie może zrodzić się nagle, bez poważnego namysłu. Musi zostać podjęta w naszych sercach w najczystszych, najświętszych chwilach naszego życia. Musi być przedmiotem naszych najświętszych pragnień, owocem naszych najgorętszych, najgorętszych modlitw. Musi wypełnić nasze serca już wtedy, gdy stoimy na rozdrożu, pośród zmagań z pokusą dóbr doczesnych, bogactwa i wygód życia. Musi to być decyzja spokojna, głęboko przemyślana i całkowicie niezachwiana, gdy wyjdziemy zwycięsko z tej walki. Kiedyś, w dzieciństwie, mieszkając na wsi z dziadkiem, zobaczyłem tłum myśliwych w czerwonych sukienkach goniących lisa po polu. Byłem zachwycony. Moje małe serce waliło jak młotem i chciałem biec za psami. A kiedy potem pytano mnie, kim chcę zostać, zawsze odpowiadałem: „myśliwym”! Piękny zawód, nic dodać, nic ująć! A iluż młodych ludzi pragnie zostać pastorami, tak jak ja, który pragnąłem zostać myśliwym. Oni, tak jak ja, dziecinnie lubią tylko czerwoną sukienkę i dźwięk myśliwskich rogów – czyli zaszczyty, szacunek, spokojne życie, a nawet wyimaginowane bogactwo kaznodziei… Tak, tytuł pastora ma wielki urok dla słabego ludzkiego umysłu, ale ostrzegam wszystkich młodych ludzi, aby nie mylili swoich fantazji o pastorstwie z boskim powołaniem, swoich dziecinnych marzeń z natchnieniami Ducha Świętego. Ponadto należy zauważyć, że pragnienie, o którym mówiłem, musi byćcałkowicie bezinteresownyJeśli ktokolwiek, po pierwszym poważnym zastanowieniu się nad sobą, odkryje w sobie inny motyw pragnienia zostania pastorem niż pragnienie uwielbienia Pana i zbawienia dusz, dobrze by zrobił, gdyby natychmiast wyrzekł się tego powołania. Wtargnięcie sprzedawców i kupujących do domu Bożego jest obrzydliwością dla Pana. Więc to pragnienie musi być w nasmocno, niezmiennieMusi to być stan umysłu w nas, który wytrzyma każdą próbę życia – krótko mówiąc, wewnętrzny impuls, który narasta i wzrasta w nas z latami, napełniając nas żarliwym, nienasyconym, duchowym pragnieniem głoszenia Ewangelii. W takim dążeniu jest wiele piękna i szlachetności. Kiedy widzę to nieodparte, żarliwe pragnienie w piersi młodego człowieka, zawsze trudno mi rozczarować go nieatrakcyjnymi obrazami błyskotliwego życia, powiedzieć mu o jego nieprzydatności do tej wielkiej służby. Czasami – jak omówimy później – trzeba wręcz zgasić ten płomień w nim. Dlatego jeśli nie czujesz w sobie tego płomienia, to, powtarzam, lepiej wrócić do swoich spraw i służyć Panu inaczej. Jeśli płonie w tobie, nie gaś go – chyba że, oczywiście, inne względy wskazują, że ten płomień nie ma boskiego pochodzenia. 2. Poważne pragnienie pracy kaznodziejskiej musi łączyć się także zinne cechy i umiejętności niezbędne każdemu mówcy publicznemuKażdy, kto chce udowodnić swoje powołanie, musi najpierw wykazać, że naprawdę je posiada. Nie oczekuję, że przemówi od razu po raz pierwszy, jak to zrobił na przykład N.N. w późniejszych latach swojej działalności kaznodziejskiej (N.N., kaznodzieja w Cambridge i Leicester (1764–1831), był uważany za jednego z najwybitniejszych kaznodziejów swoich czasów. Niestety, wydrukowano zaledwie kilka jego kazań, które przetrwały do dziś). Jeśli na początku przemawia gorzej niż ten wielki człowiek, nie można go uznać za niekompetentnego tylko z tego powodu. Wiadomo przecież, jaką porażkę N.N. poniósł trzy razy z rzędu na początku swojej kariery kaznodziejskiej. „Jeśli to mnie nie upokorzy, to co?” – wykrzyknął wówczas. Wielu słynnych mówców było początkowo bardzo słabymi mówcami. Nawet Cyceron musiał początkowo zmagać się ze swoim słabym głosem i zażenowaniem, które ogarnęło go na mównicy. A jednak nikt nie powinien uważać się za powołanego do głoszenia, dopóki nie udowodni w praktyce, że jest…MożeMówić. Jeśli ktoś jest prawdziwie powołany do tego zadania z góry, musi otrzymać również dar mowy, który powinien rozwijać do perfekcji. Jeśli w ogóle nie otrzyma tego daru, trudno sobie wyobrazić, że będzie w stanie go rozwinąć. Słyszałem o człowieku, który rozwinął w sobie tak silne pragnienie głoszenia i tak przylgnął do swojego pastora, że ten w końcu zgodził się pozwolić mu wygłosić kazanie próbne. Okazało się jednak, że to pierwsze doświadczenie położyło kres wszelkim jego pretensjom, gdyż wstąpiwszy na ambonę i wygłosiwszy z uczuciem swój tekst, młody kaznodzieja nagle zapomniał o wszystkim, co zamierzał powiedzieć, i powiedział do słuchaczy tylko te słowa: „Bracia moi, jeśli ktoś z was uważa, że głoszenie kazań jest bardzo łatwe, radzę mu wstąpić na ambonę i w ten sposób wyleczyć się ze swojej arogancji!”. Jeśli brakuje ci wystarczających predyspozycji do głoszenia, możesz łatwo przekonać się o tym, przeprowadzając podobny eksperyment. Przynajmniej nie znam lepszego lekarstwa w tym przypadku. Musimy pilnie sprawdzać się w tej kwestii, inaczej nigdy nie będziemy w stanie stwierdzić, czy Pan nas do tego powołał, czy nie. A podczas tej próby musimy często zadawać sobie pytanie, czy w ogóle możemy mieć nadzieję, że nasze głoszenie przyniesie ludziom jakąkolwiek korzyść. Nie możemy jednak w tej sprawie polegać wyłącznie na własnym sumieniu ani na własnym osądzie: wszak nie zawsze potrafimy sprawiedliwie ocenić samych siebie. Niektórzy z nas bardzo szybko przekonują się, że otrzymali pomoc „z góry”… Mogę wręcz pozazdrościć im tej zdumiewającej szczerości i pewności siebie, bo niestety sam zbyt często muszę wzdychać i narzekać na własne niepowodzenia i niedociągnięcia w tej kwestii. Nie powinniśmy zbytnio polegać na własnym osądzie. Powinniśmy szukać go u osób roztropnych, duchowo nastawionych. W wielu naszych parafiach istnieje – nie prawo obowiązujące wszystkich, ale dobry, stary zwyczaj – zgodnie z którym młody człowiek pragnący poświęcić się kaznodziejstwu musi wygłosić kazanie próbne przed parafianami. Ta próba nie jest przyjemna dla młodego kandydata i raczej nie będzie zbyt pouczająca dla parafian. Jest to jednak dobra pokusa, środek próbny: może czasem uchronić całkowicie nieświadomą, nieprzygotowaną osobę przed osądem tłumu. W protokole z posiedzeń parafii Arnsby znajduje się następująca notatka: „Krótki opis nominacji na stanowisko kaznodziei w parafii Arnsby, 13 sierpnia 1780 r.” „Wspomniany N.N. urodził się w Arnsby 2 maja 1764 roku. Od najmłodszych lat był nie tylko bardzo pobożny ioddany sekretnej, serdecznej modlitwie, ale także odczuwał nieodparty pociąg do głoszenia Słowa Bożego. Zanim ukończył siedem lat, komponował już pieśni duchowe, które wyraźnie odzwierciedlały jego głęboką pobożność, rozmyślanie i niezwykłe zdolności twórcze. W wieku od ośmiu do dziewięciu lat napisał kilka takich pieśni, które zachwyciły wielu, a jedna z nich została opublikowana w czasopiśmie duchowym. Pisał również swoje refleksje na różne tematy i wybrane fragmenty Pisma Świętego. Studiował z wielkim entuzjazmem i wkrótce poczynił takie postępy, że wiejski nauczyciel, który go uczył, nie mógł go już nauczyć niczego innego. Został następnie wysłany do instytucji edukacyjnej pod nadzorem kaznodziei N.N. Pozostał tam przez dwa lata i poczynił ogromne postępy w grece i łacinie. W październiku 1778 roku wstąpił do Akademii w Bristolu, wówczas pod kierunkiem kaznodziei Evansa. A 13 sierpnia 1780 roku, mając zaledwie szesnaście lat, sam został mianowany kaznodzieją. Swoje zdolności do tego wielkiego dzieła udowodnił licznymi kazaniami na temat różnych fragmentów Pisma Świętego, wygłaszanymi przez niego na spotkaniach kościelnych. Był członkiem parafii przez cztery lata. Ponadto, wracając do domu, często wygłaszał kazania w niedzielne poranki, na prośbę całej parafii. Parafia jednogłośnie pragnęła, aby został jej kaznodzieją. W tym celu musiał odpowiadać na różne pytania przed całą parafią dotyczące powodów, dla których pragnął posługi duszpasterskiej, oraz przedstawiać parafii swoje przekonania religijne. Gdy wszystko to zostało przez niego dokonane, ku pełnemu zadowoleniu parafii, nastąpił jego wybór. Ojciec nowo wybranego przemówił do niego wówczas słowami: „Przeto, synu mój, umacniaj się w łasce, która jest w Chrystusie Jezusie” (2 Tm 2,1). Podczas wieczornego nabożeństwa tego samego dnia, nowo mianowany kaznodzieja osobiście wygłosił kazanie. W tym przypadku opinie osób prowadzących wysokie życie duchowe są również bardzo cenne. W większości przypadków opinie te są całkiem słuszne. Nie należy jednak przywiązywać do nich decydującej wagi i uważać ich za nieomylne. Należy je traktować jedynie z szacunkiem. Przypominam sobie w tym momencie, jak przekonująco pewna czcigodna, bogobojna staruszka odwodziła mnie od głoszenia kazań. Traktowałem jej słowa z pełnym szacunkiem, ale opinie i rady osób bardziej doświadczonych przesądziły o moim losie inaczej. Młodzi ludzie, którzy wątpią w swoje powołanie, dobrze zrobią, jeśli zaproszą do współpracy najpoważniejszych i najbardziej doświadczonych towarzyszy, gdy zdecydują się spróbować swoich sił w tej dziedzinie… Zauważyłem – podobnie jak nasz czcigodny przyjaciel, pan Rogers – że wy, panowie studenci, rzadko się mylicie w swoichkolektyww osądzaniu siebie nawzajem. Odkąd ten budynek istnieje, nie zdarzyło się ani razu, aby ogólna opinia całego kolegium na temat któregokolwiek z jego członków okazała się błędna. Generalnie ludzie nie są tak niezdolni do osądzania siebie nawzajem, jak się powszechnie uważa. Wy, którzy tak często gromadzicie się tutaj, w audytorium, na modlitwie, w czasie studiów i na różnych nabożeństwach, niejako ocenialiście się nawzajem. Dlatego też nikt z was, kto jest roztropny, nie powinien lekceważyć opinii całej waszej wspólnoty. Temat naszej dyskusji nie zostanie w pełni wyczerpany, jeśli nie dodamy do tego, co zostało powiedziane, że do doskonałego wypełniania obowiązków pastora nie wystarczą zdolności i umiejętności budowania i nauczania, ale niezbędne są również inne cechy. Powinieneś kierować się zdrowym rozsądkiem i dojrzałym doświadczeniem. Musisz posiadać stanowczość charakteru i odwagę. Niezbędna jest również wyrafinowana delikatność i szczera troska. Musisz być w równym stopniu obdarzony zarówno zdolnością rządzenia, jak i budowania. Musisz być zdolny do przewodzenia, gotowy znosić i znosić wszystko. Musisz górować nad wszystkimi innymi ludźmi i być godnym zaszczytnego tytułu ich ojców i mentorów. Przeczytaj uważnie, jakie cechy są wymagane od biskupa w Listach do Tymoteusza (3,2-7) i do Tytusa (1,6-9). Jeśli nie posiadasz ich w obfitości,teMając dary i cnoty, całkiem możliwe, że odniesiecie sukces jako głosiciele Ewangelii, lecz jako pasterze swojej parafii będziecie zupełnie bezużyteczni. 3. Aby jeszcze bardziej przekonać się o prawdziwości swojego powołania, powinieneś zauważyć, że po upływie pewnego czasu od opisanych powyżej testów, musisz z pewnościąbędą jakieś owoce twojej aktywnościJeśli tak nie jest, to wiedz, że się mylisz i wybierz inne zajęcie. Oczywiście nie możemy oczekiwać, żeWkrótceUsłyszymy o naszych sukcesach. Czasami może minąć wiele czasu, zanim w końcu się sprawdzimy. Wydaje mi się, że jeśli czyjeś kazanie nie przyprowadzi nikogo do Chrystusa, to kaznodzieja ten nie ma pieczęci posłańca Bożego. Jest zobowiązany do pracy, niezależnie od tego, czy odniesie sukces w swojej pracy, ale jako herold Słowa Bożego, nie może być przekonany o swoim powołaniu z góry, dopóki owoce tego powołania nie zostaną wyraźnie objawione. Jakże się uradowało moje serce, gdy usłyszałem o pierwszej osobie, która nawróciła się dziękiJaDuszo! Ani pełne zgromadzenia moich słuchaczy, ani pochlebne recenzje moich przyjaciół nie satysfakcjonowały mnie – pragnąłem jedynie szczerej skruchy i łez skruszonych grzeszników! Jakże się radowałem, gdy biedna robotnica wyznała, że rozpoznała swoje grzechy i dzięki nim odnalazła Zbawiciela.kopalniaNiedzielne kazanie? Jakże wciąż widzę tę małą chatkę, w której mieszkała ta robotnica, i jakże piękna wydaje mi się ta biedna chatka! Jak dobrze pamiętam wejście tej robotnicy w szeregi moich parafian, jak w końcu, z najgłębszym spokojem duszy, umarła i przeniosła się do swojej wiecznej ojczyzny! To był mój pierwszy sukces na polu kaznodziejskim i zapewniam was, że był mi bardzo drogi. Byłem gotów zaśpiewać hymn pochwalny Matce Bożej, bo cała dusza moja wielbiła Pana, który wejrzał na moją nędzę, okazał mi wielką łaskę, pomógł mi dokonać czynu, za który, jak sądzę, wszystkie narody powinny mnie wychwalać. Tak wysoko stanęło w moich oczach zbawienie choćby jednej ludzkiej duszy! Podobne apele o oszczędzaniepowinienBądź rezultatem swojej pracy: w przeciwnym razie nie możesz być pewien, że głoszenie jest twoim powołaniem. Pamiętaj o słowach Pana, wypowiedzianych do nas przez proroka Jeremiasza. Słowa te bezpośrednio odnoszą się do tego miejsca i powinny napawać lękiem wszystkich „bezowocnych” kaznodziejów. Pan mówi: „Nie posłałem tych proroków, lecz oni biegli; nie przemawiałem do nich, lecz oni prorokowali. Gdyby stanęli w Mojej Radzie, głosiliby Moje słowa Mojemu ludowi i odwróciliby go od jego złej drogi i od zła jego uczynków” (Jeremiasz 23:21-22). Po prostu nie mogę pojąć, jak możesz spokojnie głosić rok po roku, nie widząc rezultatów swojego głoszenia? Czy nie ma w tobie litości dla tych ginących dusz? Czy nie masz poczucia własnej odpowiedzialności? Jak możesz ośmielać się głosić, daremnie przeinaczając naukę o wszechmocy Pana dla własnej korzyści? Jak możesz zrzucać na Niego swoją winę? Nie, wszystkie twoje zdolności są nic nie warte, twoja filozofia jest daremna, twoja retoryka jest bezużyteczna, nawet twoja wiara jest daremna, jeśli nie potrafisz wskazać żadnych rezultatów swojego nauczania. Jak ludzie mogą być posłańcami Boga, skoro nikogo do Niego nie przyprowadzają? Zaprawdę, lepiej być szmaciarzem albo kominiarzem niż takim suchym, bezowocnym drzewem. Nawet najbardziej błahe zajęcie przynosi ludzkości pewne korzyści. Lecz żałosny człowiek, który stoi na ambonie i nie wychwala Pana swoimi uczynkami, nie przyprowadzając do Niego ani jednej duszy, jest gorszy niż nic niewart. Nie jest godzien chleba, który spożywa. A jeśli odważy się choćby narzekać na skąpstwo swego bytu, to jego własne sumienie musi mu odpowiedzieć: „Nie zasługujesz na to, co posiadasz!”... Bracia, jeśli Pan nie dał nikomu z was żarliwego pragnienia zbawienia dusz ludzkich, niech zostanie kamieniarzem, niech trzyma się z daleka od ambony, jeśli ceni swój duchowy spokój i przyszłą szczęśliwość. 4. Jest jeszcze coś, o czym musimy wspomnieć w naszym studium powołania. Wola Pana dotycząca powołania pastorów i nauczycieli objawia się nam również w osądach pobożnych członków wspólnoty. Aby udowodnić swoje powołanie, wymagane jest, aby…trzoda poczuła pokrzepienie twoimi kazaniamiZazwyczaj sam Pan otwiera drzwi tym, których wzywa do głoszenia w Jego imieniu. Niecierpliwość ma tendencję do otwierania, a nawet wyważania samych drzwi, alewiaraOczekuje przyjścia Pana, a On pojawia się we właściwym czasie. Wraz z Jego powołaniem przychodzi próba. Kiedy wstępujemy na ambonę, aby głosić, poddajemy się osądowi naszych słuchaczy. Jeśli nas potępiają, jeśli nasze słowa nie są dla nich budujące, to niezaprzeczalnym wnioskiem jest to, że nie zostaliśmy wybrani przez Boga. Znaki prawdziwego biskupa są opisane w Słowie Bożym, aby pomóc wierzącym w identyfikacji i rozpoznaniu swoich pastorów. Jeśli nie dostrzegają w nas tych znaków, to jest całkiem jasne i oczywiste, że chociaż potrafimy wystarczająco dobrze głosić,opieka duszpasterskaTo nie nasza sprawa. Parafianie nie zawsze są mądrzy, nie zawsze osądzają według wskazówek „z góry”; wielu osądza jedynie według nakazów ciała. Mimo to – biorąc pod uwagę moje zdolności i cnoty – wolę poddać się decyzji moich parafian niż mojej własnej. W każdym razie jedno jest pewne: czy zgadzacie się z tą decyzją, czy nie – mianowicie, że żaden z was nie może zostać pasterzem dusz bez szczerej zgody członków Kościoła? Ta zgoda, choć nie do końca słuszna, będzie jednak prawdziwym uznaniem waszych predyspozycji do posługi duszpasterskiej. Jeśli naprawdę jesteś powołany przez Pana, nie będziesz musiał długo czekać. Tak jak człowiek wybiera czas na swoją pracę, tak każda praca wymaga odpowiedniej osoby. Każda wspólnota chrześcijańska nieustannie odczuwa pilną potrzebę posiadania „żywego” kaznodziei; Taka osoba jest dla niej cenniejsza niż wszystkie skarby świata. Życie jest ciężkie dla suchych, rzemieślniczych kaznodziejów. Ale namaszczeni przez Boga wybrani nie mogą pozostać bezczynni, bo jest wielu, którzy potrafią ich rozpoznać po kazaniach, a także wiele wdzięcznych serc, radośnie gotowych ich przyjąć. Bądźcie zdolni do swojej pracy, a zawsze będziecie ją mieli. Nie spieszcie się z miejsca na miejsce i nie zmuszajcie się do głoszenia; polegajcie bardziej na swoich darach niż na przypadku, ale przede wszystkim dbajcie o swoją jedność z Panem. Stado rozpoznaje pasterza posłanego im przez Boga; odźwierny otworzy mu drzwi ludzkich serc, a owce będą posłuszne jego głosowi. Kiedy po raz pierwszy wygłosiłem ten wykład, nie znałem jeszcze znakomitego listu Johna Newtona do przyjaciela, który porusza właśnie ten temat. List ten jest tak podobny do moich własnych myśli, że pragnę go tu zacytować, nie obawiając się, że zostanę uznany za kopistę jego myśli, czego wcale nie jestem winny. Oto jego treść: Twój przypadek przypomina mi mój własny; moje pierwsze próby głoszenia kazań były obarczone wieloma trudnościami i wielkim zakłopotaniem; moja bezradność została dodatkowo spotęgowana przez różne, sprzeczne opinie moich towarzyszy. Rada, której pragnę ci udzielić, pochodzi z mojego własnego gorzkiego doświadczenia i dlatego, być może, nie będzie dla ciebie nieprzyjemna. Modlę się do miłosiernego Boga, aby przyniosła ci pożytek. Podobnie jak ty, od dawna zastanawiałem się, na czym właściwie polega powołanie do głoszenia. Teraz wydaje mi się to bardzo prostym zadaniem; być może tobie też nie będzie się tak wydawać, dopóki Pan ci tego nie wyjaśni. Nie mam tu miejsca, żeby powiedzieć wszystko, co mógłbym na ten temat. W skrócie, wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do trzech następujących punktów: 1. Poważne, żarliwe pragnienie tej właśnie działalności. Wierzę, że jeśli ktoś jest przeznaczony do tego dzieła przez Ducha Bożego, będzie je przedkładał nad wszystko inne na świecie, nawet jeśli chwilowo dręczy go jego znaczenie, trudność lub poczucie własnej niegodności. Nic na świecie nie skłoni go do porzucenia go. Uważam, że w tym przypadku pożyteczne jest zbadanie, czy nasze pragnienie głoszenia wzrasta, gdy jesteśmy całkowicie poddani woli Pana. Jeśli tak, to dobry znak. Jeśli jednak ktoś – jak to często bywało do tej pory – chce głosić tylko innym, nie odczuwając w swoim sercu żarliwego pragnienia łaski Bożej, to można się obawiać, że jego gorliwość nie pochodzi od Ducha Świętego, lecz z własnej miłości własnej. 2. Oprócz tego szczerego pragnienia i aspiracji do głoszenia, nasze inne dary, takie jak wnikliwość i elokwencja, muszą być odpowiednio dostosowane do powierzonego nam zadania. Kiedy Pan posyła kogoś, by nauczał innych, z pewnością zapewni mu niezbędne środki. Wielu, jak sądzę, weszło na ten teren z najlepszymi intencjami, a jednak przekroczyło granice swojego powołania lub nawet nie oczekiwało Bożego powołania. Podstawowa różnica między zwykłym chrześcijaninem a duchownym tkwi w szczególnych darach pasterskich, które zostały mu udzielone nie dla niego samego, ale dla zbudowania innych. Dary te, powiadam, muszą być aktualne; nie można się ich spodziewać natychmiast, lecz muszą rozwijać się stopniowo. Są one niezbędne do tego powołania, ale nie są warunkiem wstępnym do wzmocnienia naszych dążeń do niego. Ty, drogi towarzyszu, jesteś jeszcze młody, twój czas jeszcze nadszedł; dlatego myślę, że nie masz powodu, by martwić się teraz, czy posiadasz te dary, czy nie. Wystarczy, że twoje pragnienie jest silne i że jesteś gotowy prosić o nie Pana poprzez modlitwę i gorliwość; na razie jednak ich nie potrzebujesz. (Wahalibyśmy się ująć to w ten sposób. Dary muszą się już objawić, zanim ujawni się nasze pragnienie bycia pastorem. Zasadniczo jednak zgadzamy się z panem Newtonem). 3. Wreszcie – i to, co ostatecznie dowodzi istnienia prawdziwego powołania – są odpowiednie wskazania samej Opatrzności. Zanim jednak te okoliczności nadejdą, będziesz musiał znieść wiele wątpliwości. Przede wszystkim musisz uważać, aby nie interpretować ich zbyt pochopnie na lepsze. Jeśli wolą Pana jest posłać cię do swojej winnicy, to On już wyznaczył ci miejsce i pracę, a jeśli jeszcze ich nie rozpoznałeś, niewątpliwie rozpoznasz je w odpowiednim czasie. Nawet gdybyś posiadał wszystkie cechy aniołów, nie mógłbyś zdziałać niczego dobrego, dopóki nie wybije wyznaczona godzina i Pan nie wprowadzi cię do ludzi, których pragnie nawrócić przez ciebie. Bardzo trudno nam pozostać w granicach wyznaczonych przez rozum, gdy ogarnia nas płonąca gorliwość w pracy. Jeśli nasze serca są przepełnione miłością do Chrystusa i szczerym współczuciem dla losu biednych grzeszników, jakże łatwo jest nam przedwcześnie przekroczyć te granice. „Ale kto głęboko wierzy, nie będzie się spieszył. Przez całe pięć lat sam byłem w podobnej opresji; czasami wydawało mi się, że muszę wystąpić z kazaniem, choćby tylko na ulicy… Słuchałem wszystkiego, co mi to wskazywało, a także wszystkiego, co nie miało z tym nic wspólnego. Lecz Pan miłosiernie i niedostrzegalnie zagrodził mi drogę cierniami; i przez to zostałem uratowany, bo gdybym został pozostawiony samemu sobie, pozbawiłbym się możliwości znalezienia się w kręgu aktywności, w którym raczył mnie umieścić w stosownym czasie. A teraz w pełni zdaję sobie sprawę, że w chwili, gdy chciałem wystąpić z własnej woli – choć mam nadzieję, że generalnie miałem tylko dobre intencje – przesadziłem ze swoimi siłami i byłem daleki od posiadania doświadczenia i duchowej świadomości, niezbędnych do tak wielkiego, świętego dzieła”. Dość już powiedziane; porozmawiamy o tym szerzej, gdy będę miał okazję podzielić się swoimi doświadczeniami z kandydatami na kaznodzieję. W końcu miałem obowiązki przesłuchującego za czasów Cromwella. Chciałem sobie wyjaśnić: czy pomaganie niektórym ludziom w ich dążeniu do kaznodziejstwa jest korzystne? To kwestia wielkiej odpowiedzialności, wymagająca szczególnej uwagi. Oczywiście, nie roszczę sobie prawa do oceny, czy ktoś może zostać kaznodzieją, ale poprzez moje przesłuchania staram się uzyskać odpowiedź lub wyjaśnienie: czy nasze seminarium powinno im pomóc, czy powinniśmy pozostawić ich samym sobie? Wielu naszych życzliwych sąsiadów oskarża nas o prowadzenie tu „fabryki kaznodziejów”, ale oskarżenie to jest całkowicie nieprawdziwe. Nigdy nie próbowaliśmy „z nikogo zrobić kaznodziei”, a nawet gdybyśmy chcieli, nie bylibyśmy w stanie tego zrobić. Do naszego seminarium przyjmujemy tylko tych, którzy już są kaznodziejami z własnej deklaracji. Bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że zostałem nazwany „zabójcą” kaznodziejów, gdyż wielu z tych nowicjuszy otrzymało ode mnie świadectwo swojej „kaznodziejskiej” śmierci. I wspominam to z czystym sumieniem. Zawsze było mi bardzo trudno odwieść młodego człowieka pełnego nadziei od wstąpienia do seminarium. Zawsze kusi mnie, by ulec, ale mój obowiązek wobec parafian wymaga najsurowszej kontroli. Jeśli – na podstawie wszystkiego, co usłyszałem od petenta, na podstawie jego świadectw i zdanego egzaminu – doszedłem do wniosku, że Pan nie powołał go do tego dzieła, zawsze jestem zobowiązany mu to powiedzieć. Wielu młodych ludzi żarliwie pragnie i dąży do zostania kaznodziejami, ale niestety często okazuje się, że kieruje nimi wyłącznie ambitna chęć udowodnienia swojej wartości. Ogólnie rzecz biorąc, należy pochwalić tych młodych ludzi za ich pragnienie awansu, ale ambona nie powinna służyć jako drabina dla ich ambicji. Gdyby na przykład wstąpili do wojska, nie zadowoliliby się osiągnięciem najwyższych rang, ponieważ byliby zdeterminowani, by osiągnąć własny awans. Wszystko to samo w sobie byłoby wspaniałe i godne pochwały. Jeśli jednak popadają w przekonanie, że zostając kaznodziejami, wyróżnią się i odniosą wielki sukces właśnie w tej dziedzinie, to mają wygórowane mniemanie o swoim rodzącym się geniuszu, uważają się za lepszych od wszystkich innych i postrzegają ambona jedynie jako scenę rozwoju swoich rzekomych talentów. Ilekroć spotykałem taką osobę, uważałem za swój obowiązek pozwolić jej pójść własną drogą, ponieważ jestem przekonany, że z takich „geniuszy” nic nie wychodzi, jeśli poświęcają się służbie Bogu. Nie mamy się czym chwalić, a nawet gdybyśmy mieli, to ambona jest najmniej odpowiednim do tego miejscem: tam jesteśmy codziennie zmuszani do wspominania i odczuwania własnej nicości. Nigdy nie udało mi się ułatwić dostępu do ambony ludziom, którzy nawet po nawróceniu okazali swoją duchową słabość, którzy łatwo ulegają obcemu nauczaniu, nawiązują relacje z innymi, a nawet popadają w ciężkie grzechy, bez względu na to, co mi powiedzą. Niechaj, jeśli ich skrucha jest prawdziwie szczera, znajdą miejsce w tylnych rzędach. Nie mogą być z przodu; są na to zbyt niestabilni. Dokładnie w ten sam sposób kieruję tych, którzy nie są w stanie podjąć żadnego wysiłku, ale są uważani za „ludzi w rękawiczkach”, na inną ścieżkę. Potrzebujemy wojowników, a nie elegancików, pracowitych pracowników, a nie nadętych próżniaków. Ci, którzy niczego nie osiągnęli przed wstąpieniem do seminarium, radzimy, aby najpierw zasłużyli na ostrogi, a następnie prosili o pasowanie na rycerza. Ci, którzy żywią żarliwą miłość do świętego dzieła zbawienia dusz, nie będą czekać, aż ukończą edukację, lecz bezzwłocznie zaczną służyć Panu. Przychodzą do mnie ludzie, którzy wyróżniają się wielką gorliwością i żarliwą pasją do swojej pracy, ale najwyraźniej cierpią na brak inteligencji. To młodzi ludzie, którzy potrafią bez końca gadać o niczym, wywracać Biblię do góry nogami i przekręcać ją na wszelkie możliwe sposoby, a mimo to nie potrafią z niej niczego wydobyć. Traktują swoją pracę poważnie, bardzo poważnie. Są jak olbrzymy pracy, ale nic, nawet malutka mysz, nie wychodzi z ich pracy. Wielu takich fanatyków nie potrafi logicznie połączyć i wypowiedzieć kilku następujących po sobie myśli, ich zdolności są bardzo ograniczone, a arogancja sięga granic możliwości. Ci ludzie mogą walić i krzyczeć, hałasować i wściekać się, ale cały ich wrzask i hałas to nic więcej niż dźwięk wydobywany z pustego bębna. Wydaje mi się, że dla tych ludzi nie ma znaczenia, czy są wykształceni, czy nie, dlatego zawsze odrzucałem ich roszczenia do kościelnej ambony. Inna, bardzo liczna grupa ludzi dąży do zasiadania na ambonie, nie wiedząc dlaczego. Nie potrafią nauczać i nie chcą się uczyć, a mimo to wciąż dążą do bycia kaznodziejami. Niczym człowiek, który zasnął na Parnasie, a potem wyobrażał sobie, że jest wielkim poetą, posiadają wystarczającą dawkę bezwstydu, by narzucić zgromadzeniu swoje kazanie i kategorycznie odmawiają poznania czegokolwiek innego. Tacy ludzie zazwyczaj kipią jak wzburzone fale morskie i cieszymy się, gdy w końcu możemy się z nimi pożegnać. Należy również wziąć pod uwagę wady fizyczne. Nie oceniam ludzi po wyglądzie, ale generalnie nie można ignorować cech fizycznych. Na przykład wąska klatka piersiowa nie wskazuje na osobę zdolną do bycia mówcą. Możecie uznać moją opinię za dziwną, ale jestem pewien, że wszechwiedzący Stwórca wszechświata nie przeznaczył człowieka o słabej klatce piersiowej i wąskich ramionach na kaznodzieję… Gdyby chciał, aby był mówcą, dałby mu szeroką klatkę piersiową i zdrowe płuca. Kaznodzieja, który dusi się po długim przemówieniu, powinien rozważyć, czy istnieje inne, bardziej odpowiednie zajęcie. Taka osoba raczej nie może być „powołana” do głoszenia „śmiało i bezlitośnie”. Oczywiście istnieją wyjątki, ale czy można je wykorzystać do zignorowania ogólnej zasady? Osoby z nieprawidłowo ukształtowanymi ustami lub podniebieniem albo z niewyraźną wymową również nie mogą być powołane do głoszenia Ewangelii. Niedawno młody mężczyzna z dziwną, szpecącą wadą szczęki wyraził chęć bycia przyjętym. Polecono go jako niezwykle pobożnego młodzieńca, który nawrócił już wiele dusz do Pana, i żywiono nadzieję, że go przyjmę, ale mimo to wahałem się. Ledwo powstrzymywałem się od śmiechu, gdy głosił kazanie, i myślę, że dziewięciu na dziesięciu jego słuchaczy byłoby równie skłonnych do śmiechu. Musiałem odprawić dwóch innych młodych mężczyzn: jednego, ponieważ jego mowa była niewyraźna z powodu samej grubości języka, który wypełniał całe usta, a drugiego, ponieważ się jąkał. Byłem zmuszony ich odprawić, ponieważ Pan nie dał im organów fizycznych zdolnych do takiego zadania. Musiałem też mieć do czynienia z jednym człowiekiem – z jednym, powiadam? – nie, nie z jednym, ale z dziesięcioma, z dwudziestoma, a może nawet z całą setką takich osób, które przyszły do mnie z oświadczeniem, że bez cienia wątpliwości zostały powołane do świętego dzieła głoszenia tylko dlatego, że okazały się niezdolne do jakiegokolwiek innego dzieła... Oto prawdziwa historia jednego z nich, jako próbka tego, czego czasami musimy słuchać: - Dostałam pracę w kancelarii jednego prawnika, ale nie mogłam znieść siedzącego trybu życia i w ogóle nie lubiłam studiować prawa, a sam los stanął mi na drodze - straciłam pracę. - Co wtedy zrobiłeś? - Za radą przyjaciół otworzyłem sklep drogeryjny. - I czy ci się to udało? „Nie, proszę pana, nie sądzę, żebym był stworzony do handlu; a potem Pan Bóg stanął mi na drodze, zbankrutowałem i znalazłem się w opłakanym stanie. Potem próbowałem założyć agencję ubezpieczeń na życie, otworzyłem szkołę i trochę poeksperymentowałem z herbatą… ale moja ścieżka jest wszędzie usiana cierniami i coś mi mówi, że jestem przeznaczony do bycia kaznodzieją…” A moja zwykła odpowiedź udzielana takim osobom brzmiała następująco: - Rozumiem, o co chodzi. Nie udało ci się nigdzie znaleźć miejsca i myślisz, że Pan wybrał cię, abyś Mu służył. Ale obawiam się, że zapomniałeś, że tylko ci, którzy nadają się na kaznodziejów,najlepsi ludzie, a nie te, które są do niczego! Człowiek, który z powodzeniem służy na ambonie, z pewnością nie zatraciłby się w żadnym innym przedsięwzięciu; byłby również wybitny w każdym innym stopniu. Wydaje się, że wszystko jest możliwe dla człowieka, który przez wiele lat z powodzeniem przewodził wspólnocie chrześcijańskiej i nawrócił setki dusz do Pana. Taki człowiek musi posiadać niezwykłe zdolności i nie może być głupcem ani prostakiem. A nasz Pan Jezus Chrystus zasługuje na to, aby najlepsi, a nie umysłowo słabi i nic niewarci, podjęli się głoszenia Jego cierpień na krzyżu! Osobowość innego młodego człowieka, który kiedyś zaszczycił mnie wizytą, pozostaje niezatarta w mojej pamięci. Na jego twarzy malowało się piętno zarozumiałości i przebiegłości. Pewnego niedzielnego poranka wezwał mnie z zakrystii, oświadczając, że musi mnie natychmiast przyjąć. Jego bezczelność otworzyła mu drzwi. Wchodząc, powiedział: - Panie Kaznodziejo, chciałbym wstąpić do waszego Kolegium i chciałbym zostać natychmiast przyjęty. „Szanowny panie” – zaprotestowałem – „obawiam się, że w tej chwili nie mamy dla pana miejsca, ale weźmiemy pod uwagę pańskie życzenia”. - Ale mój przypadek jest bardzo szczególny; myślę, że nigdy nie miałeś z czymś podobnym do czynienia. - No cóż, zobaczymy. Sekretarka wręczy ci oficjalne podanie o przyjęcie i będziesz mógł przyjść do mnie we wtorek. We wtorek rzeczywiście pojawił się z tą petycją, na którą odpowiedziano w bardzo dziwny sposób. Na przykład, jeśli chodzi o czytelnictwo, twierdził, że przeczytał całą literaturę starożytną i nowożytną, wypisał strasznie długą listę przeczytanych książek i na koniec dodał: „To tylko drobne eksperymenty: przeczytałem nieporównywalnie więcej we wszystkich dziedzinach. Co do kaznodziejstwa” – powiedział – „mógłby przedstawić najlepsze świadectwa, ale nie uważał ich za konieczne, ponieważ moja osobista znajomość z nim powinna mnie od razu przekonać o jego zasługach. Był bardzo zaskoczony, gdy mu powiedziałem: - Szanowny Panie, muszę Pana poinformować, że nie mogę Pana przyjąć. - Dlaczego? „Wyjaśnię ci wszystko szczegółowo. Jesteś tak niezwykle inteligentny, że obraziłbym cię, przyjmując cię do naszej uczelni, gdzie pracują ludzie o przeciętnych talentach; nasz rektor, nasi profesorowie, nasi studenci – wszyscy ci ludzie o ograniczonych możliwościach – a zatem, dołączając do naszych szeregów, bardzo byś się upokorzył!” Spojrzał na mnie z niezadowoleniem i powiedział z godnością: - Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie mogę wstąpić do waszego Kolegium, ponieważ jestem nadzwyczajnym geniuszem i osiągnąłem tak kolosalny rozwój, jaki się rzadko zdarza? „Tak” – odpowiedziałem, być może spokojniej, biorąc pod uwagę ogromne wrażenie, jakie wywarł na mnie jego niezwykły geniusz – „właśnie z tego powodu!” - Ale musicie mi pozwolić pokazać wam moje zasługi jako kaznodziei; wybierzcie jakikolwiek tekst lub podajcie jakikolwiek temat, a ja tutaj, w tym pokoju, bez żadnego przygotowania, wygłoszę takie kazanie, że będziecie zdumieni! - Nie, dziękuję bardzo, ale nie mam ochoty cię słuchać! - Zawracać sobie głowę? Ale zapewniam cię, że to nie będzie ciężar, a największa przyjemność, jaką możesz mieć! Odpowiedziałem, że to wszystko jest całkiem możliwe, ale że uważam się za niegodnego tak wielkiego zaszczytu i pożegnałem się z nim na zawsze. Wtedy ten dżentelmen był mi zupełnie nieznany, ale później pojawił się jako dość „sprytna” postać w wielu raportach policyjnych… Zdarzają się również wypowiedzi, które mogą zaskoczyć – wypowiedzi osób, które najwyraźniej mają spore doświadczenie i wiedzę, i które satysfakcjonująco odpowiadają na wszystkie pytania, z wyjątkiem tych dotyczących doktryny chrześcijańskiej. W takich przypadkach zawsze pada ta sama odpowiedź: „Pan… jest gotów przyjąć wszystko, czego naucza się w Kolegium, cokolwiek by się tam nie działo”. W takich przypadkach również nie wahamy się ani chwili i od razu odmawiamy takim petentom. Wspominam o tym, ponieważ jasno nam to pokazuje, że osoby pozbawione „roztropności” i zdecydowanej wiary nie mogą być wzywane na ambonę. Kiedy młodzi ludzie przyznają, że nie mają jeszcze sprecyzowanych poglądów teologicznych, należy ich odesłać do szkółki niedzielnej, aż je nabędą. Możliwe, że ktoś wkracza do Kolegium pod pretekstem, że jego serce jest otwarte na prawdę, niezależnie od jej formy, i że faktycznie jest „uległy” w tym względzie – ale że nie doszedł jeszcze w swoich sercach do żadnego wniosku co do istnienia „wybrania łaski, co do tego, że Pan kocha swój lud do końca” – wydaje mi się to niedopuszczalne. Pasterz”nie powinno być„od nowych nawróconych” – mówi apostoł; ale człowiek, który jeszcze nie doszedł do takiego wniosku, jest w najwyższym stopniu „neofitą” i powinien zostać bezpośrednio przeniesiony do klasy katechetycznej, aż nauczy się rozumieć prawdy Ewangelii. Ale co najważniejsze, musimy potwierdzić nasze powołanie praktycznymi dowodami naszej pracy. Dlatego wstydem byłoby dla nas rozpocząć naszą podróż bez dokładnego zbadania samych siebie. Moglibyśmy wtedy porzucić ją z hańbą. Naszym najlepszym probierzem jest nasze własne doświadczenie, a jeśli Pan wspiera nas rok po roku i obdarza swoim błogosławieństwem, nie potrzebujemy dalszych testów naszego powołania. Nasze zdolności moralne i duchowe są sprawdzane poprzez naszą pracę na ambonie, a to jest najpewniejszy ze wszystkich testów. Kiedyś w rozmowie z kimś słyszałem o metodzie, którą N.N. zastosował, aby przetestować młodego mężczyznę, który chciał zostać misjonarzem. Młody mężczyzna chciał pojechać do Indii jako misjonarz z ramienia Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego. N.N. został wyznaczony do sprawdzenia jego predyspozycji do tego zadania. Napisał list do młodego mężczyzny, prosząc go, aby przyszedł do niego o szóstej rano następnego dnia. Młody mężczyzna mieszkał dość daleko, ale mimo to pojawił się punktualnie o szóstej. Jednak N.N. wszedł do pokoju, w którym na niego czekał, dopiero po kilku godzinach. Młody mężczyzna był zaskoczony, ale cierpliwie czekał. W końcu pojawił się N.N. i przemówił do niego mniej więcej tak: - Więc, młodzieńcze, chcesz zostać misjonarzem? - Tak, drogi panie. - Czy kochasz Chrystusa? - Mam taką nadzieję! - Jakie wykształcenie Pan otrzymał? - Tak, ale nie obszernie. - No więc, chcę cię sprawdzić: czy potrafisz napisać to słowo?kot? Młody mężczyzna spojrzał na niego zmieszany. Najwyraźniej wahał się z odpowiedzią na tak dziwne pytanie. Wydawał się wahać między ogarniającą go irytacją a potrzebą poddania się, ale wkrótce, odzyskując opanowanie, stanowczo wypowiedział słowa: - Kot. - Bardzo dobrze! - powiedział N.N. - i teraz przeczytaj mi sylaba po sylabie:pies! Młody mężczyzna w końcu się zawahał. Ale kontynuował chłodno: - Spokojnie, nie bój się! Pierwsze słowo przeczytałeś tak dobrze, że mam nadzieję, że drugie przeczytasz równie dobrze. Chociaż to nie lada wyczyn, to i tak nie jest na tyle trudne, żebyś mógł to zrobić bez rumieńca. - Pies. – Zgadza się. Widzę, że umiesz czytać; teraz sprawdzimy, czy umiesz liczyć. Ile to jest dwa razy dwa? Zaskakujące jest, że N.N. nie otrzymał odpowiedzi na to pytanie sam. Jednak cierpliwy młody mężczyzna odpowiedział poprawnie i został zwolniony. Następnie, na posiedzeniu komisji, N.N. sporządził następujący raport w tej sprawie: Mogę z całego serca polecić tego młodego człowieka; sprawdziłem jego kwalifikacje i poddałem go rzadkiej osobistej próbie, której niewielu jest w stanie sprostać. Sprawdziłem jego poświęcenie; przyszedł do mnie wcześnie rano. Sprawdziłem jego cierpliwość, a potem pokorę. Potrafi poprawnie napisać słowa „kot” i „pies” i powiedzieć, że dwa plus dwa równa się cztery! Mógłby być doskonałym misjonarzem! To, co ten czcigodny dżentelmen uczynił z młodzieńcem, musimy uczynić sami ze sobą, jeśli naprawdę pragniemy być prawdziwymi kaznodziejami. Musimy zbadać samych siebie: czy potrafimy znieść trud, zmęczenie, szyderstwa, upór, oszczerstwa i obmowy? Czy potrafimy być ofiarą przebłagalną za wszystkich ludzi i znosić upokorzenia zewsząd dla Chrystusa? Jeśli potrafimy to wszystko znieść, to posiadamy przynajmniej niektóre z cech, które wskazują na te rzadkie cechy, które koniecznie muszą wyróżniać prawdziwego sługę Pana Jezusa Chrystusa. Poważnie wątpię, ilu z nas, wypływając w morze, zastanie swoje statki w idealnym stanie. O bracia moi! Postępujcie ostrożnie, póki jeszcze jesteście w tej bezpiecznej przystani, i starajcie się pilnie okazać godnymi waszego wysokiego powołania. Wiele pokus was spotka i biada wam, jeśli nie wyruszycie im naprzeciw uzbrojeni od stóp do głów! Będziecie musieli stawić czoła przeciwnikom silniejszym od was, dlatego zróbcie wszystko, co w waszej mocy, aby przygotować się do tych trudów. Diabeł cię obserwuje i ma wielu pomocników. Zbadaj siebie i niech Pan przygotuje cię na wszystkie smutki, które z pewnością cię czekają! Niech te smutki nie będą tak dotkliwe, jak te, które spotkały apostoła Pawła i jego towarzyszy, ale mimo to musisz być na nie przygotowany. Pozwól, że przeczytam ci jego pamiętne słowa i zaproszę cię: słuchając ich, módl się, aby Duch Święty dodał ci sił, byś przetrwał wszystko, co cię czeka. „Nie dajemy żadnego zgorszenia w niczym, aby nasza służba nie była zganiona. Ale we wszystkim okazujemy się sługami Boga: w wielkiej cierpliwości, w uciskach, w potrzebach, w utrapieniach, w chłostach, w więzieniach, na wygnaniu, w trudach, w czuwaniach, w postach, w czystości, w wiedzy, w nieskwapliwości, w uprzejmości, w Duchu Świętym, w nieobłudnej miłości, w słowie prawdy, w mocy Bożej; w zbroi sprawiedliwości po prawej i po lewej stronie; w czci i pohańbieniu, w naganach i w chwale. Uważani jesteśmy za oszustów, a jednak jesteśmy wierni; nieznani, a jednak jesteśmy znani; uważani za umarłych, a oto żyjemy; karceni, a jednak nie umieramy; smutni, a jednak zawsze radośni; ubodzy, a jednak wielu wzbogacamy; nic nie mamy, a jednak posiadamy wszystko” (2 Kor. 6:3-10). Wykład 3Tajemna modlitwa kaznodzieiKaznodzieja musi wyróżniać się spośród innych świętym darem modlitwy. Modli się jak zwykły chrześcijanin, aby nie popaść w hipokryzję. Modli się nawet więcej niż zwykły chrześcijanin, aby nie okazać się niezdolnym do pełnienia posługi, którą przyjął. „Byłoby to straszliwą sprzecznością” – mówi Bernard – „gdyby ktoś miał wysoką pozycję społeczną, a jednocześnie niską pozycję duchową – najpierw w hierarchii społecznej, a na końcu w życiu”. Poważna odpowiedzialność posługi duszpasterskiej otacza wszystkie jego działania aureolą świętości, a jeśli jest wierny swojemu Panu, jego modlitewna postawa musi nieuchronnie znaleźć odzwierciedlenie we wszystkich tych działaniach. Jako obywatel modli się za swoją ojczyznę. Jeśli mieszka z kimś pod jednym dachem, pamięta w modlitwie o wszystkich, którzy mieszkają z nim w tym samym domu. Modli się jak mąż i jak ojciec. Stara się ze wszystkich sił, aby jego modlitwa domowa była przykładem dla całej jego trzody. A jeśli ogień wiary płonie słabo w innych domach, to w domu wybranego sługi Bożego musi płonąć żarliwie i nieugaszenie. Istnieje jednak również szczególny rodzaj modlitwy, którą pastor-nauczyciel jest szczególnie zobowiązany strzec zgodnie ze swoim powołaniem – i to właśnie tę modlitwę zamierzamy omówić w tym wykładzie. Poprzez tę modlitwę, jako pastor, musi on w szczególny sposób wznieść się ponad wszystkich innych i zbliżyć się do tronu Najwyższego. Wydaje mi się, że pasterz powinienmódlcie się nieustannieZarówno podczas wykonywania obowiązków, jak i w czasie wolnym, musi nieustannie wznosić wzrok ku niebu i modlić się. Nie chodzi o to, by nieustannie trwał w modlitwie, lecz by nieustannie przebywał w jego duszy. Jeśli szczerze odda się obowiązkom, nie będzie nic robił – ani jadł, ani pił, ani odpoczywał, ani nie kładł się wieczorem, ani nie wstawał rano – bez zwrócenia się z głębi serca ku Panu z żarliwym pragnieniem, z dziecięcą, czystą ufnością do Niego. Tak czy inaczej, modlitwa musi być nieustająca w jego duszy. A któż, jeśli nie chrześcijański pastor, powinien bardziej niż ktokolwiek inny wypełniać przykazanie: „Módlcie się nieustannie!”. Ma on tyle szczególnych pokus, tyle zmagań, tyle trudności i wszelkiego rodzaju smutków. Musi być niejako pośrednikiem między ludźmi a Bogiem; bardziej niż inni ludzie potrzebuje Bożej łaski i miłosierdzia. A jeśli pasterz to zrozumie, będzie się nieustannie modlił do Wszechmogącego, aby obdarzył go siłą do pełnienia jego wzniosłej służby i będzie Go błagał: „Wznoszę oczy ku górom, skąd nadejdzie mi pomoc?”. N.N. napisał kiedyś do bliskiego przyjaciela: „Chociaż często zdarza mi się tracić przytomność umysłu, zawsze wydaje mi się w takiej sytuacji, że jestem jak bezbronny ptak wyjęty z gniazda… I nie potrafię się uspokoić, dopóki nie zwrócę się do Pana jak dawniej, niczym magnes nieustannie dążący do bieguna. Z łaski Bożej mogę powiedzieć wraz z moim przyjściem: „Całym sercem walczę o Ciebie w nocy, a całą duszą rano jestem z Tobą, Panie; moje serce jest nieustannie z Bogiem, cały cel i szczęście mojego życia to dążenie do Niego”. Wasze życie, słudzy Boży, powinno być skierowane ku temu. Jeśli wy, kaznodzieje, zaniedbacie modlitwę, zasługujecie na wielkie współczucie. Jeśli kiedykolwiek zostaniecie powołani do pasterzowania dużej lub małej trzody Chrystusa, a potem osłabniecie w modlitwie, to nie tylko wy, ale i powierzoni wam chrześcijanie zasługują na współczucie. A poza tym będziecie bardzo winni w przyszłości: nadejdzie dzień, który okryje was wstydem i hańbą. Nie muszę chyba mówić wam o ogromnym znaczeniu częstej modlitwy w życiu pastora, ale nie mogę się powstrzymać. Łaska Boża jest dla was nieoceniona, jeśli jesteście posłańcami Pana; a im bliżej Niego jesteście, tym skuteczniej będziecie wypełniać swoją posługę. Ze wszystkich środków, jakie Bóg wam w tym celu dał, nie znam żadnego potężniejszego niż modlitwa. Całe wasze wykształcenie w seminarium jest niczym w porównaniu z duchowym rozwojem, jaki możecie otrzymać w modlitewnej komunii z Panem. Wszystkie nasze biblioteki i sale lekcyjne są puste w porównaniu z maleńką przestrzenią naszych serc. Rozwijamy się, stajemy się silni, przezwyciężamy wszystko poprzez naszą szczerą modlitwę. Twoje modlitwy będą już teraz Twoimi najlepszymi pomocnikamiten czas, kiedy będziesz myślał tylko o swoim kazaniuPodczas gdy inni, jak Ezaw, wciąż szukają swojej ofiary, ty, dzięki modlitwie, znajdziesz przed sobą pięknie przygotowany posiłek i będziesz mógł szczerze powtórzyć słowa Jakuba: „Pan Bóg mi to zesłał”. Będziesz dobrze pisać, jeśli twoje pisma będą wypływać z serca zwróconego z modlitwą do Pana; będziesz dobrze mówić, jeśli w koloniach, w żarliwej modlitwie, będziesz prosić Go o „materiał” do swoich kazań. Modlitwa, jako ćwiczenie duchowe, wiele cię nauczy i pomoże ci wybrać to, co słuszne. Oczyści twoje wewnętrzne oko i pozwoli ci rozeznać prawdę w świetle Bożej łaski. Nie zrozumiesz szybko skarbnicy tekstów, dopóki nie otworzysz jej kluczem modlitwy. Jak cudownie znaczenie Pisma Świętego zostało objawione Danielowi, gdy stał na modlitwie przed Bogiem! Ileż Piotr nauczył się na „dachu”! Samo serce jest najlepszym miejscem do samokształcenia. Komentatorzy są dobrymi nauczycielami, ale samo Źródło Pisma Świętego jest oczywiście nieporównywalnie lepsze. W modlitwie zwracamy się bezpośrednio do Niego i błagamy Go o pomoc. Wspaniale jest zagłębić się w ducha tekstu poprzez modlitwę i zagrzebać się w nim, niczym robak wgryzający się w jądro orzecha. Modlitwa daje nam dźwignię, dzięki której możemy dostrzec wielkie prawdy. Zdumiewające jest, jak umocniły się kamienie, ale jeszcze bardziej zdumiewające jest to, jak niektórzy ludzie mogli osiągnąć tak cudowne zrozumienie wielkich tajemnic doktryny chrześcijańskiej! Czyż modlitwa nie dokonała tego cudu? Żarliwa nadzieja w Bogu przemienia nawet ciemność w światło. Nieustanna, wytrwała modlitwa unosi przed nami tajemniczą zasłonę i udziela nam łaski wglądu w głębię tajemnic Stwórcy. Pewien teolog został kiedyś zauważony podczas debaty, jak nieustannie pisał na kartce papieru przed sobą. Kiedy ciekawscy zajrzeli do jego notatek, zobaczyli w nich jedynie stale powtarzane słowa: „Oświeć mnie, Panie”, „Oświeć mnie, Panie!”. Czyż te słowa nie są rzeczywiście odpowiednie dla osoby, która stara się zrozumieć Pismo Święte, gdy układa swoje kazanie? Z tego źródła, niczym uderzone laską Mojżesza, strumienie głębokich myśli często będą płynąć przed twoimi oczami. Nowe żyły szlachetnego metalu otworzą się przed twoim zdumionym spojrzeniem, gdy będziesz mozolnie, kuty modlitwą, w kamieniołomie Pana. Wielokrotnie będzie ci się wydawać, jakbyś był otoczony ze wszystkich stron, jakby nie było już wyjścia, a potem nagle nowa, zupełnie nieoczekiwana ścieżka otworzy się przed tobą. On, który dzierży klucz Dawida, sam ją wtedy otworzy. Jeśli kiedykolwiek podróżowałeś Renem, prawdopodobnie zauważyłeś podobieństwo górnego biegu tej majestatycznej rzeki do szeregu kolejnych jezior. Z przodu i z tyłu twój statek wydaje się zamknięty wśród masywnych skalistych ścian lub tarasów porośniętych winnicami. Ale potem skręca za róg i nagle, w całym swoim pięknie, jasny, potężny strumień ponownie rwie przed tobą. To samo doświadcza się podczas uważnego studiowania Pisma Świętego. Często wydaje się niemal zamknięty; Wydaje się to wręcz niemożliwe do pojęcia – ale modlitwa napędza nasz statek, wkracza na nowe wody, a jasny, szeroki strumień Prawdy unosi się przed nim i wita go. Czyż to nie wystarczający powód, by trwać w modlitwie i pokładać w niej nadzieję? Nieustannie kieruj wiertło w skalistą masę, zagłęb się w modlitwie tak głęboko, jak to możliwe, a strumienie żywej wody popłyną z głębin Pisma Świętego. Kto chciałby cierpieć dalsze pragnienie, skoro tak łatwo jest zdobyć „żywą wodę”? Najlepsi i najgodniejsi mężowie zawsze uważali modlitwę za najważniejszy element przygotowania do wystąpienia na ambonie. O N.N. powiedziano: „Zadowolony z przekazywania słuchaczom w niedziele tego, co sam z trudem zdobył, nigdy nie wygłaszał kazania bez uprzedniej poważnej refleksji i modlitwy. Sam opowiedział nam o tej zasadzie, gdy kiedyś w rozmowie poruszyliśmy ten temat. Zapytany o swoje przemyślenia na temat przygotowania się przed wystąpieniem na ambonie, przypomniał nam Księgę Wyjścia 27,20, gdzie czytamy: „czysty olej, wyciskany z drzew oliwnych na poświęcenie” rzeczy świętych. Ale jego żarliwość w modlitwie była jeszcze większa. Nie mógł „nasycić się modlitwą przed swoim wystąpieniem na ambonie. Był przepełniony miłością do Pana. A jego kazanie było wiernym przekazem wrażeń, które odczuwał i prawdziwie przeżywał”. Każda jego praca zaczynała się od obowiązkowego przygotowania, przede wszystkim siebie, swojej duszy, do zadania. Ściany jego pokoju często były świadkami jego modlitw i łez, a także lamentacji. (Biografia i dzieła kaznodziei N.N. Jedna z najbardziej użytecznych i najlepszych książek, jakie kiedykolwiek opublikowano. Każdy kaznodzieja powinien ją często czytać.) Modlitwa również będzie pomocna w wygłaszaniu kazania.Nic nie przygotuje cię lepiej do nauczania innych niż rozmowa z Bogiem. Nikt nie jest lepiej przygotowany do nauczania innych Prawdy niż ktoś, kto modlił się o nią do Boga. O Alleyne’ie mówi się: „Wylewał całe swoje serce w kazaniach i modlitwach. Jego prośby i napomnienia były tak szczere, tak pełne życia i przepełnione tak świętą chrześcijańską gorliwością, że całkowicie urzekły jego słuchaczy; dosłownie rozpływał się w miłości do nich, tak że nawet najtwardsze serca zmiękły i rozpłynęły się”. I nigdy nie posiadłby tej potężnej mocy rozpalania serc, gdyby jego dusza nie została roztopiona przez żarliwą, modlitewną komunię ze zmartwychwstałym Panem. Prawdziwie urzekające, poruszające duszę słowa, w których nie ma nic pretensjonalnego, a jedynie wiele szczerych uczuć, mogą być jedynie owocem modlitwy. Żadna elokwencja nie może się równać z elokwencją serca i w żadnej szkole nie można się jej nauczyć inaczej niż u stóp Krzyża Chrystusa. Lepiej byłoby, gdybyś wcale nie zgłębiał ludzkiej elokwencji, lecz napełnił się mocą miłości, która zstąpiła na ciebie z nieba, niż gdybyś posiadał całą elokwencję Kwintyliana, Cycerona i Arystotelesa, lecz nie miałbyś pieczęci apostoła. Modlitwa może nie uczynić cię elokwentnym według ludzkich standardów, ale da ci elokwencję prawdy, ponieważ będziesz mówić z serca. A czyż to nie jest najlepsza elokwencja? Sprowadzi ona ogień niebiański na twoją ofiarę i w ten sposób udowodni wszystkim, że twoja ofiara podoba się Panu. Jakże często, jakby w odpowiedzi na naszą modlitwę, całe strumienie myśli zalewają nas podczas przygotowywania kazania. Zalewają nas również podczas samego kazania. Wielu kaznodziejów, którzy pokładają ufność w Panu, powie wam z całą pewnością, że najlepsze, najbardziej pożyteczne myśli to nie te, które przygotowaliśmy wcześniej, ale te, które przychodzą nagle, niesione niczym na anielskich skrzydłach, niczym niespodziewane skarby zesłane z nieba, niczym nasiona niebiańskich kwiatów spadające stamtąd. Zdarzało mi się to wielokrotnie, a w chwilach zakłopotania, skryta, szczera modlitwa przynosiła mi pomoc. Ale jak możemy się modlić w trakcie samej walki, jeśli wcześniej o tym nie pomyśleliśmy? Wspomnienie zmagań modlitwy „w domu” jest pocieszeniem, pociechą dla kaznodziei w chwilach zagubienia na ambonie; bo Bóg nas nie opuszcza, jeśli o Nim nie zapominamy. A wy, bracia moi, doświadczycie, że modlitwa daje wam siłę dokładnie w tym czasie i godzinie, kiedy jej potrzebujecie. Zstąpi na ciebie, tak jak języki ognia zstąpiły na apostołów. Jeśli w tym czasie osłabłeś, straciłeś ducha, nagle poczujesz się, jakbyś uniósł się na skrzydłach serafinów. Ogniste konie poniosą rydwan, który od tamtej pory ledwo ciągnąłeś, i jak Eliasz wzbijesz się do nieba, uskrzydlony ognistą inspiracją. A po kazaniuModlitwa jest niezbędna. W przeciwnym razie, jakże możemy wyrazić nasze uczucia? Gdzie każdy sumienny, pobożny kaznodzieja znajdzie ukojenie? Jakże inaczej my, którzy stoimy u samych szczytów tego natchnienia, możemy uwolnić nasze dusze, jeśli nie poprzez żarliwą modlitwę? Jakże możemy znaleźć pocieszenie w naszych niepowodzeniach, jeśli nie poprzez westchnienia przed Panem? Jakże często cierpimy na naszych łożach podczas bezsennych nocy, świadomi naszej niegodności! Jakże często pragniemy wtedy pobiec z powrotem na ambonę i powtórzyć w płomiennych słowach to, co zostało powiedziane tak sucho i chłodno! Gdzie znajdziemy ukojenie dla naszych udręczonych dusz, jeśli nie w świadomości naszych grzechów, jeśli nie w żarliwej modlitwie, aby nasza słabość i otępienie nie przeszkodziły w powodzeniu świętego dzieła? Przecież nie możemy wyrazić całej naszej miłości do naszej trzody podczas publicznego spotkania. Jak Józef, kaznodzieja musi czasem szukać miejsc, gdzie może wylać swoją duszę w modlitewnych westchnieniach. Niezależnie od tego, jak otwarcie staramy się wyrażać nasze uczucia, ambona wciąż nas ogranicza i tylko w szczerej modlitwie możemy prawdziwie wylać całą naszą duszę. Jeśli nie potrafimy przezwyciężyć ludzkich słabości przed Bogiem, to przynajmniej spróbujmy Go wstawiać się za nimi. Jeśli nie potrafimy ich zbawić ani nawet przekonać o potrzebie zbawienia, to przynajmniej możemy ubolewać nad ich głupotą i błagać Pana o pomoc. Jak Jeremiasz, możemy powiedzieć tym ludziom: „Ale jeśli tego nie usłuchacie, dusza moja będzie płakać w ukryciu nad waszą pychą; będzie płakać gorzko, a moje oczy zaleją się łzami” (Jeremiasz 13,17). Serce Pana nie może pozostać obojętne na tak żarliwą modlitwę; On w porę obdarza sukcesem gorliwego pasterza – orędownika za grzechy ludzi. Istnieje ścisły związek między takimi modlitewnymi wysiłkami a sukcesem dzieła, jak między „sianiem ze łzami” a „żęciem z radością”. „Dlaczego wasze nasiona tak szybko wschodzą?” – zapytał jeden ogrodnik drugiego. „Bo ja je zmiękczam” – padła odpowiedź. My również musimy łagodzić nasze pouczenia łzami, bo nikt nie jest nam tak bliski jak Pan, a z radosnym zdumieniem zobaczymy, jak szybko przyniosą nam plon. Bracia moi! Proszę was: bądźcie „mężami modlitwy!”. Wtedy – nawet jeśli nie macie szczególnych zdolności – odniesiecie sukces nawet bez nich, jeśli będziecie się modlić dużo i żarliwie. Oczywiście, nawet jeśli nie prosicie Boga o błogosławieństwo dla waszych plonów, On w swojej wielkiej dobroci może je z własnej woli udzielić; ale nie macie prawa oczekiwać takiego błogosławieństwa w takim przypadku, ani nie może wam ono przynieść żadnej pociechy. Wczoraj czytałem dzieło ojca Fabera, byłego pastora w Brompton – dzieło, które przedstawia zaskakującą mieszankę fałszu i prawdy. Opowiada tam następującą legendę: „Pewien kaznodzieja, który nawrócił wielu ludzi do Pana, otrzymał objawienie z nieba, stwierdzające, że żadne z tych nawróceń nie było spowodowane jego zdolnościami ani elokwencją, ale że należy je przypisać mocy modlitwy pewnego świeckiego, który siedział na stopniach prowadzących do ambony podczas kazań i modlił się nieustannie o ich powodzenie”. To samo może spotkać nas wszystkich w Dniu Sądu. Po naszej długiej i żmudnej pracy jako pastorzy, możemy wtedy uświadomić sobie, że cały zaszczyt naszych duszpasterskich osiągnięć należy do innego architekta, którego modlitwy są złotem i drogocennymi kamieniami w oczach Pana, podczas gdy wasze kazania bez modlitwy to tylko siano i pusta słoma… Jeśli nasze kazanie odniosło sukces, to jako prawdziwi słudzy Boży nie powinniśmy ustawać w modlitwie, bo cała nasza parafia woła do nas, niczym Macedończyk do apostoła: „Przyjdź i pomóż nam!”. Jeśli potrafisz się modlić skutecznie, to będziesz musiał modlić się wiele za wszystkich, którzy będą prosić o twoje wstawiennictwo. To również mój los i zawsze cieszę się, że mam ku temu okazję.przekazać mojemu Panu wszystkie te prośbyAle nawet jeśli nikt nie prosi o wasze modlitwy, zawsze macie o co się modlić. Przyjrzyjcie się uważnie swoim parafianom! Wśród nich zawsze są tacy, którzy są chorzy, zarówno fizycznie, jak i duchowo. Niektórzy jeszcze nie zwrócili się do Pana, inni szukają Go i nie znajdują. Wielu jest przygnębionych, a niemało, nawet po nawróceniu na chrześcijaństwo, albo wraca do poprzedniego stanu, albo smuci się. Widzicie łzy wdów i sierot – łzy, które i wy musicie zebrać i zanieść Panu. Jeśli jesteście prawdziwymi sługami Boga, macie obowiązek stawić się przed Nim w pełnym duchowym odzieniu i modlić się za wszystkie powierzone wam osoby. Znam pastorów, którzy sporządzali listy osób, za które uważali się za zobowiązanych do szczególnie żarliwej modlitwy; i nie mam wątpliwości, że te listy przypominały im o wielu rzeczach, o których w przeciwnym razie zapomnieliby. Ale nie tylko twoja parafia będzie się do ciebie rościć. Twój naród, a nawet cały świat, ma do ciebie prawo. Człowiek silny w modlitwie jest płonącym murem dla swojego kraju, jego aniołem stróżem i tarczą. Wszyscy wiemy, że wrogowie protestantów bardziej bali się modlitw reformatora Knoxa niż swoich żołnierzy. Słynny Welch był bardzo silny w modlitewnym wstawiennictwie za swój kraj; powiedział, że „dziwi się, że chrześcijanie leżą całą noc na łóżkach i nie wstają, by się modlić”. Jego żona kiedyś usłyszała, jak żarliwie się modli: „Panie, daj mi moją Szkocję!”. O, gdybyśmy i my mogli się starać i modlić do Boga: „Panie, daj nam dusze naszych słuchaczy!”. Kaznodzieja, który nie modli się żarliwie o swoją pracę, jest oczywiście niczym więcej niż osobą próżną, arogancką i wyniosłą. Zachowuje się tak, jakby ufał sobie całkowicie i dlatego nie miał potrzeby zwracania się do Boga. Jakże straszną, bezpodstawną pychą jest wyobrażanie sobie, że nasze nauki, bez pomocy Ducha Świętego, mogą mieć moc zmusić ludzi do pokuty za grzechy i zwrócenia się do Boga! Jeśli jesteśmy prawdziwie pokorni, nie zdecydujemy się na walkę z wrogiem, dopóki nie otrzymamy od Pana Zastępów upoważnienia i błogosławieństwa, dopóki nie usłyszymy Jego słów: „Idź w tej sile swojej”. Kaznodzieja, który zaniedbuje swoją modlitwę, musi być taki sam w pozostałej części swojej posługi. Nie rozumie swojego powołania. Nie potrafi określić wartości ludzkiej duszy ani w pełni pojąć znaczenia słowa „wieczność”. Jest biurokratą, pochłoniętym pracą kaznodziejską, ponieważ potrzebuje jedynie skórki chleba, którą otrzymuje pastor. Albo jest straszliwym hipokrytą, kochającym chwałę ludzką, a nie pragnącym nawet chwały Bożej. Jest po prostu powierzchownym gadułą, odnoszącym największe sukcesy tam, gdzie niczego się nie wymaga, a podziwia się jedynie zewnętrzny, próżny blask. Nie może należeć do tych, którzy głęboko orzą i zbierają obfite plony. Jest po prostu człowiekiem bezczynnym, nie robotnikiem. Nosi jedynie miano kaznodziei; żyje tylko na zewnątrz, ale w rzeczywistości jest martwy. Kuleje w życiu, jak paralityk w przypowieści, którego jedna noga była krótsza od drugiej – ponieważ jego modlitwa jest krótsza niż kazanie. Obawiam się, że wszyscy powinniśmy się w tym względzie dokładnie zbadać. Gdyby któryś ze studentów twierdził, że modli się tak dużo, jak powinien, pozwoliłbym sobie na poważne wątpliwości co do jego słów. Gdyby duchowny, ksiądz lub diakon, był tu obecny i wypowiedział się o sobie w ten sam sposób, bardzo bym pragnął bliżej poznać tę osobę i jej życie wewnętrzne. Mogę tylko powiedzieć, że sam jestem daleko w tyle za taką osobą; osobiście nie mogę wysuwać takich twierdzeń. Gorąco pragnęłbym mieć taką możliwość. Wstyd się przyznać, ale muszę to zrobić. Niewielu z nas mogłoby się równać z Welchem, o którym już wspominałem. „Wstawał” – mówi jego żona – „nieustannie około czwartej i zawsze był bardzo zirytowany, gdy widział, że któryś z sąsiednich rzemieślników już pracuje, zanim sam wstał do modlitwy. Mówił mi: „Jakże wstydzę się tego hałasu; Czyż nie powinienem czcić mojego Pana bardziej niż oni?” Od czwartej do ósmej spędzał czas na modlitwie, kontemplacji duchowej i śpiewaniu psalmów, co sprawiało mu wielką przyjemność. Praktykował to codziennie, zarówno w samotności, jak i z rodziną. Czasami zostawiał wszystkie parafialne sprawy na całe dnie i udawał się w ustronne miejsce, gdzie oddawał się skrytym praktykom modlitewnym. Czy możemy czytać notatki Edwardsa o N.N. bez rumieńca? „Jego życie” – mówi Edwards – „pokazuje nam prawdziwą drogę do udanej pracy duszpasterskiej. Szukał tej drogi jak żołnierz dążący do zwycięstwa za wszelką cenę podczas oblężenia lub bitwy, jak człowiek dążący do zdobycia nagrody na wyścigach. Jakże pracował, przepełniony miłością do Chrystusa i Jego trzody, wyrażając tę miłość nie tylko w nauczaniu, publicznym i prywatnym, ale także w modlitwie w dzień i w nocy, w tajnych zmaganiach przed Panem, w wielkich westchnieniach – aż Chrystus go usłyszał! Jakże pragnął „błogosławieństwa” swoich trudów, jak „zachowywał” powierzone mu dusze, za które musiał „odpowiedzieć” przed Bogiem! I jak słodka była dla niego w końcu nagroda, po tych wszystkich długich oczekiwaniach i niezliczonych trudnych, zniechęcających porażkach! Jak prawdziwy syn Jakuba, zniósł walkę ze wszystkimi nocnymi lękami i osiągnął upragniony poranek”. (Życie N.N., misjonarza wśród Indian amerykańskich. Autorstwa Jonathana Edwardsa, C.A., prezesa College of New Jersey. - Londyn 1818). I obyśmy nie wstydzili się również pamiętnika N.N., w którym czytamy: „24 września. Udało mi się zrealizować postanowienie, powzięte wczoraj wieczorem, by poświęcić ten dzień postowi i modlitwie. W pierwszej modlitwie, o uwolnienie od próżnych myśli, w których polegałem na mocy i obietnicach Pana, moja dusza, z Bożą pomocą, na długi czas wyrzekła się świata. Następnie przeczytałem historię Abrahama, aby zobaczyć, jak łaskawie Pan objawił się śmiertelnikom w starożytności. Wtedy, och, jak moja dusza płonęła modlitwą o moje własne uświęcenie! (oczyszczenie). Te godziny były dla mnie najlepsze przez cały ten dzień”. (Życie Henry’ego Martyna, Kapłana Kompanii Wschodnioindyjskiej. Ks. John Sargent, C.A. Rektor w Lavinstone. 1885). Jak wiele tracimy przez zaniedbanie modlitwy, widzimy tylko częściowo, w przybliżeniu. Nikt z nas nie wie, jak bardzo jesteśmy ubodzy w porównaniu z tym, kim moglibyśmy być, gdybyśmy przywykli do życia w bliższej wspólnocie z Bogiem. Wszelkie nasze daremne narzekania i założenia są tu daremne; o wiele korzystniejsze byłoby dla nas zdecydowane postanowienie, że w przyszłości dokonamy własnego, osobistego nawrócenia. Jesteśmy do tego zobowiązani. Cały sekret naszego duszpasterskiego sukcesu niewątpliwie tkwi w modlitewnej sile, z jaką zabiegamy o Bożą łaskę. Cenne błogosławieństwo, o które pasterz błaga Pana w swojej cichej modlitwie, jest czymś nieopisalnym i nieporównywalnym. Łatwiej je poczuć niż wyrazić słowami. To rosa Pańska, to uczucie bliskości Pana. Zrozumiecie, co mam na myśli, nazywając to „namaszczeniem od świętego”. Ale czym ono jest? Co to znaczy głosić znamaszczenieSam kaznodzieja jest doskonale świadomy tego namaszczenia, a słuchacz szybko zauważa jego brak. Każdy wie, jak to jest w świeży, wczesny poranek, gdy perłowe krople rosy lśnią i mienią się na każdym źdźble trawy, oświetlonej jasnym porannym słońcem, ale któż potrafi to opisać, kto może je „przywołać” własną wolą? Oto sekret duchowego namaszczenia; czujemy je, ale nie potrafimy opisać go innym. Jeśli kaznodzieja próbuje wzbudzić to samo uczucie u swoich słuchaczy poprzez udawane ciepło, po prostu ich oszukuje. „Udawanie czułości” – mówi Richard Cecil – „jest niegodne i łatwo ją ujawnić, ale prawdziwe jej odczucie i doświadczenie to najlepsza i najłatwiejsza droga do serc słuchaczy”. Namaszczenia nie da się odtworzyć, a jego „sfałszowanie” jest czymś więcej niż tylko złym; jest po prostu bezcenne. Tymczasem prawdziwe namaszczenie jest absolutnie niezbędne i cenne dla kaznodziei, jeśli pragnie on „zbudować” swoich słuchaczy i poprowadzić ich do Chrystusa. Ta tajemnica objawia się nam pośród naszych sekretnych trudów. W tym czasie rosa Pańska zstępuje na nas i czujemy niebiański zapach, który ożywia nasze serca. Czas, który spędzamy na tej cichej, skrytej, szczerej modlitwie, ma na nas głęboki, życiodajny wpływ. Dawid „stał przed Panem”. Jest coś majestatycznego w tych świętych „staniach”. W takich chwilach duch ludzki staje się niezwykle otwarty, niczym kwiat rozchylający płatki ku słońcu. Samotność, której niektórzy ludzie w ogóle nie mogą znieść, ponieważ ujawnia ich wewnętrzną nędzę, jest lepsza niż pałac królewski dla roztropnych i mądrych. Choć dar mowy jest cenny, pod pewnymi względami ćwiczenie milczenia jest o wiele lepsze. Nie mylcie mnie z kwakrem! Nie, całkowicie zgadzam się z George’em Foxem w tej kwestii. Jestem przekonany, że wszyscy przywiązujemy zbyt wielką wagę do mowy, która jest jedynie zewnętrzną powłoką naszego myślenia. Spokojna refleksja, cicha modlitwa, niewyrażone zachwyty – to właśnie tam znajdują się najcenniejsze diamenty świata. Bracia! Nie pozbawiajcie waszych serc tych skarbów, spoczywających głęboko na dnie morza. Nie pozbawiajcie się życia, które kipi tam w głębinach, w nieustannym pluskaniu się wśród kruchych muszli i spienionych fal przybrzeżnych. Poważnie radzę wam, przyjmując powołanie kaznodziejskie, przestrzegać specjalnych godzin modlitwy. Jeśli wasze zwykłe modlitwy nie orzeźwiają ani nie wzmacniają waszej duszy, jeśli jesteście zbyt zmęczeni, to odpocznijcie na tydzień, a nawet miesiąc. Mamy dni odpoczynku; dlaczego nie mielibyśmy również wyznaczyć dni na własną introspekcję? Wiemy, że niektórzy zamożni studenci znajdują czas na podróż do Jerozolimy; ale czy nie moglibyśmy zarezerwować go na uciążliwą, ale o wiele bardziej pożyteczną podróż do niebiańskiej ojczyzny? N.N., były kaznodzieja w Breston i autor słynnego dzieła „Spojrzenie na Jezusa”, co roku przez cały miesiąc odpoczywał w małej, lokalnej chacie niedaleko Garstangu. Nic dziwnego, że był tak potężnym teologiem, skoro miał tak nieustanną, modlitewną komunię z Bogiem. Słyszałem, że katolicy mają zwyczaj organizowania specjalnych rekolekcji, podczas których duchowni odpoczywają na określony czas, by żyć w całkowitej ciszy, poście i modlitwie. Moglibyśmy się uczyć od naszych oponentów. Jakże wzniośle byłoby, gdyby kilku prawdziwie duchowo usposobionych „braci” od czasu do czasu oddawało się modlitwie! Tylko we własnym gronie mogliby o wiele swobodniej poświęcić się tym zmaganiom. A dla naszych parafian nasze chwile „pokory i modlitwy” mogą być niezwykle pożyteczne, jeśli tylko będziemy ich ściśle przestrzegać. Czasy postu i modlitwy w naszej kaplicy zawsze były dla nas najradośniejsze; w tych chwilach było tak, jakby niebo było dla nas otwarte… Nawet gdybyśmy musieli poświęcić czas tym „szczególnym” modlitwom kosztem naszej działalności publicznej, i tak przyniosłoby to ogromne korzyści naszym parafiom. Nasza cisza może być czasem bardziej pożyteczna niż nasze nauki, jeśli tylko wycofamy się, by porozmawiać z Bogiem. Hieronim dokonał wielkiego czynu, porzucając wszystkie swoje obowiązki, by wykonać dzieło, do którego czuł się powołany z góry. Miał dużą parafię. Powiedział jednak do swojej trzody: „Stoimy przed pilną potrzebą przetłumaczenia Nowego Testamentu i dlatego musicie znaleźć innego pastora. Tłumaczenie musi być gotowe. Postanowiłem udać się na pustynię, by to uczynić, i nie wrócę, dopóki praca nie zostanie ukończona”. I rzeczywiście wycofał się na pustynię, zabierając ze sobą wszystkie swoje rękopisy. Tam modlił się, pracował i wypełnił swoją obietnicę, tworząc łacińskie tłumaczenie Nowego Testamentu, tak zwaną Wulgatę. Tak jak erudycja i cicha, pełna modlitwy praca błogosławionego Hieronima… Tak jak Hieronim dał początek wielkiemu, nieśmiertelnemu dziełu, tak i nasze duchowe zrozumienie będzie szybko wzrastać, jeśli od czasu do czasu oświadczymy naszym parafianom: „Drodzy przyjaciele, musimy się na chwilę wycofać, by w samotności umocnić naszego ducha”. I choć wówczas nie napiszemy łacińskiej Wulgaty, nadal będziemy w stanie dokonać dzieł godnych nieśmiertelności. Wykład 4Nasza publiczna modlitwaKościół Episkopalny szczycił się niekiedy, że jego wierni uczęszczają do kościoła na modlitwę i nabożeństwa, podczas gdy dysydenci gromadzą się tylko na kazania. Odpowiadamy, że dotyczy to tylko niektórych, ale nie wszystkich. My również gromadzimy się na nabożeństwa i zapewniamy, że podczas nabożeństw Kościoła nieprymitywnego – czyli naszego – zanosimy modlitwę równie prawdziwą i przyjemną Bogu, jak podczas najbardziej uroczystych i wspaniałych liturgii Kościoła anglikańskiego. Jeśli jednak z tych uwag wynika, że słuchanie kazania nie jest uwielbieniem, to jest to poważne nieporozumienie, ponieważ właściwe słuchanie Ewangelii jest jedną z najszlachetniejszych form uwielbienia Najwyższego. Jest to ćwiczenie, które rozwija wszystkie duchowe zdolności człowieka. Pełne szacunku słuchanie Słowa Bożego uczy nas pokory, wzmacnia naszą wiarę, rozświetla nasze serca radością, rozpala nas miłością, ożywia naszą gorliwość i unosi nas ku niebu. Wiele kazań jest jak drabina Jakuba, po której widzimy aniołów wstępujących i schodzących, a na jej szczycie samego Pana. Często, gdy Pan przemawia do nas ustami swoich sług, wydaje się, że powinniśmy wykrzyknąć: „To nic innego, jak dom Boży, to brama do nieba!”. Wychwalamy imię Pana i wielbimy Go całym sercem, gdy naucza nas przez Ducha Świętego, którym obdarzył ludzkość. Dlatego nie może być tak wielkiej różnicy między głoszeniem a modlitwą, jak twierdzą niektórzy. Jedna część nabożeństwa niepostrzeżenie przechodzi w drugą. Kazanie często prowadzi nas do modlitwy i świętych hymnów. Dobre kazanie to uwielbienie miłe Bogu, jako objawienie Jego łaskawych cech. Głębokie, pełne duszy objawienie Jego Ewangelii wychwala Go bardziej niż cokolwiek innego. Nabożne skupienie się na prawdach ewangelii objawionych przez kaznodzieję jest najlepszą formą uwielbienia Wszechmogącego Stwórcy, a być może nawet najbardziej duchową, do jakiej zdolny jest człowiek. Niemniej jednak powinniśmy – jak mówi starożytny rzymski poeta – wiele się nauczyć od naszych wrogów, a całkiem możliwe, że dlatego, że nasi przeciwnicy, członkowie Kościoła Episkopalnego, słusznie wskazują na pewne słabości w naszym publicznym nabożeństwie. Trzeba przyznać, że nasze ćwiczenia modlitewne nie zawsze są wyrażane w najlepszej formie lub nie zawsze są wykonywane tak, jak powinny. Są domy modlitwy, gdzie te ćwiczenia nie są tak pełne nabożności i żarliwości, jak byśmy sobie tego życzyli; W innych miejscach wręcz przeciwnie, gorliwość łączy się z taką ignorancją, szczerość wypaczają tak gwałtowne przejawy, że żaden rozsądny chrześcijanin nie może spokojnie uczestniczyć w nabożeństwach. Nie wszyscy mamy dar modlitwy w mocy Ducha Świętego i nie wszyscy modlą się jednakowo w duchu i sercu. Wiele pozostaje do poprawy, a w niektórych miejscach jest to wręcz pilnie potrzebne. Dlatego, moi drodzy bracia, pozwólcie mi uroczyście was ostrzec: nie szkodźcie waszym nabożeństwom waszą wolną modlitwą, ale starajcie się pilnie, aby cała wasza święta posługa była na właściwym poziomie. Bądźcie pewni, że swobodna, nieskrępowana modlitwa powinna być w pełni zgodna z Pismem Świętym. Jeśli nie ufacie swoim czynom, nigdy nie uczynicie niczego godnie. Bądźcie głęboko przekonani, że czcicie Pana dokładnie tak, jak nakazuje Słowo Boże i jak Panu się podoba. Wyrażenie „odmawiać modlitwy”, do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni (w Anglii), nie występuje w Piśmie Świętym, jakkolwiek bogate jest ono w cenne wyrażenia religijne; i należy przypuszczać, że go tam nie ma, ponieważ takie pojęcie nie istniało wówczas. Gdzie jest choćby cień liturgii u apostołów? Modlitwa w zgromadzeniach pierwszych chrześcijan nie miała określonej formy. Tertulian pisze: „Modlimy się bez zewnętrznego bodźca, ponieważ modlimy się z serca”. Justyn Męczennik mówi o pierwszym prezbiterze, że „modli się według miary swoich sił”. Nietrudno wskazać, gdzie i kiedy pojawiły się pierwsze modlitwy liturgiczne; pojawiły się i rozwijały stopniowo w Kościele. Bardzo chętnie porozmawiałbym o tym temacie, ale to nie jest na to miejsce. Dlatego przejdę dalej. Naszym zadaniem jest udowodnić wyższość swobodnej modlitwy poprzez to, że czynimy ją bardziej duchowo i żywo niż jakąkolwiek inną.To bardzo smutne, gdy słuchacze mówią: „Nasz kaznodzieja przemawia o wiele lepiej, niż się modli!”. To nie jest zgodne z przykładem Pana; mówił jak żaden człowiek nigdy wcześniej. Co do Jego modlitwy, wywarła ona tak wielkie wrażenie na Jego uczniach, że poprosili Go: „Panie, naucz nas modlić się!”. Kiedy modlimy się publicznie, wszystkie nasze zdolności muszą być w pełni rozwinięte; człowiek musi ukazywać się w całej swojej sile. Nudne, bezduszne mamrotanie modlitwy, którego celem jest jedynie wypełnienie pewnego czasu nabożeństwa, nie jest modlitwą. Taka modlitwa jest raczej udręką dla ludzi i obrzydliwością w oczach Boga. Obecnie najlepszym obrońcą wszystkich modlitewników jest słabość, niewystarczalność naszych spontanicznych, szczerych wylewów. Cały sekret tkwi w tym, że nasze serca nie są wystarczająco zharmonizowane z modlitwą, tak jak być powinny. Musimy utrzymywać stałą komunię z Bogiem, w przeciwnym razie nasza modlitwa będzie nudna i bez życia. Gdyby śnieg nie stopniał na szczytach lodowców i nie spłynął do wąwozów, nie byłoby strumieni nawadniających doliny. Nasza modlitwa w ukryciu to przygotowanie do modlitwy publicznej i nie możemy jej długo zaniedbywać, bo inaczej odbije się to na niej i stanie się zauważalne. Nasza modlitwa nigdy nie powinna spoczywać na ziemi, lecz zawsze wznosić się wysoko.Kiedy zwracamy się do źródła łaski, nasze słowa powinny być uroczyste i pokorne, a nie frywolne i głośne, czy też nieczułe i niedbałe. Kiedy zbliżamy się do Pana, musimy pokłonić się przed Nim z szacunkiem i świętą czcią. Możemy mówić do Niego z odwagą, ale musimy wystrzegać się nadmiernej śmiałości. Kiedy prosimy o cokolwiek, musimy pamiętać, że stoimy przed tronem Wiecznego. I tak jak dworzanin zachowuje się inaczej w pałacu królewskim niż wśród swoich towarzyszy, tak i my powinniśmy zachowywać się inaczej na modlitwie. Zauważyliśmy, że w kościołach holenderskich obecni zakładają kapelusze, gdy kaznodzieja przemawia, ale gdy tylko zaczyna się modlić, zdejmują je. Zwyczaj ten istniał również w dawnych społeczeństwach purytańskich w Anglii i był długo podtrzymywany przez baptystów. Nosili oni kapelusze w tych momentach nabożeństwa, gdy ich zdaniem nie było bezpośredniego odwołania się do Boga, i zdejmowali je, gdy rozpoczynała się modlitwa lub śpiew. Uważam ten zwyczaj za nieprzyzwoity. Niech tylko Pan będzie celem twojej modlitwyStrzeż się rozglądania wokół lub na obecnych podczas modlitwy. Unikaj pustej, modlitewnej elokwencji, by zadowolić słuchaczy. Ich modlitwy nie powinny przekształcać się w „pośrednie” kazanie. Wykorzystywanie modlitwy jako okazji do pokazania swoich zdolności jest niemal bluźnierstwem. Modlitwy pełne elokwencji to w większości modlitwy grzeszne. Nieprzyzwoite jest, gdy grzesznik chwali się „elegancją” swoich słów przed Panem zastępów niebieskich, jednocześnie szukając sukcesu wśród bliźnich. Hipokryci, którzy odważą się to zrobić, poniosą należną karę, ale powinno nas to przerażać. Surowa nagana spadła kiedyś na kaznodzieję, gdy powiedziano mu, dla jego własnej chwały, że jego modlitwa jest bardziej elokwentna niż cokolwiek, co kiedykolwiek usłyszano w bostońskiej parafii. Musimy dążyć do rozbudzenia głębokiej, modlitewnej postawy u tych, którzy słuchają naszych modlitw. Ale każde nasze słowo, każda nasza myśl muszą być skierowane ku Bogu i mogą poruszyć parafian tylko w takim stopniu, w jakim jest to konieczne, aby zanieść ich prośby do Pana. Myśl o swoich parafianach w swoich modlitwach, ale nie ubieraj swoich słów w piękne obrazy dla ich przyjemności. Zwróć wzrok ku niebu, skieruj go uważnie ku niebu! W modlitwie należy również unikać ostrych sformułowań. Muszę przyznać, że je słyszałem, ale uważam, że cytowanie ich tutaj jest nieużyteczne. Obecnie czyni się to rzadziej. Dawniej szczególnie winni byli tego metodyści. Ludzie niewykształceni nieświadomie używają niestosownych sformułowań, zwłaszcza gdy są podekscytowani; ale nie powinniśmy ich za to obarczać odpowiedzialnością. Słyszałem kiedyś modlitwę biednego człowieka: „Panie, spójrz na nasze dzieci; Ty wiesz, Panie, że wróg zastawia na nie sidła, ścigając je jak kot myszy!”. To sformułowanie wydawało się wielu niedorzeczne, ale biorąc pod uwagę poziom wykształcenia tego człowieka, uznałem je za bardzo naturalne i stosowne. I prawie zawsze łagodne napomnienie, kilka dobrych słów rady może zapobiec powtarzaniu się takich sformułowań. My jednak, którzy stoimy na ambonie, musimy się pilnie wystrzegać popełnienia takiego błędu. Biograf pamiętnego amerykańskiego kaznodziei N.N. podaje następujący przykład jego „dowcipu”. Po kazaniu młodego kaznodziei, w którym zaciekle zaatakował doktrynę N.N., zaczął się modlić na zakończenie, aby Pan błogosławił młodemu kaznodziei i udzielił mu wielkiego miłosierdzia, by „zmiękczył jego serce, a także umysł”. Pomijając nietakt takiego publicznego potępienia współkaznodziei, każdy rozsądny człowiek powinien zrozumieć, że dom Boży nie jest miejscem na ordynarne żarty. Całkiem możliwe, że młody kaznodzieja dopuścił się zdrady miłości do drugiego człowieka, ale jego starszy towarzysz zgrzeszył dziesięć razy poważniej, okazując młodym kaznodziejom taki brak szacunku. Król królów powinien słuchać tylko najszlachetniejszych wypowiedzi z naszej strony. Innym błędem, którego należy się wystrzegać podczas modlitwy, jest nieprzyjemna profanacja uczuć religijnych przez wyrażanie żarliwej miłości do Pana.Kiedy słowa „Panie miłosierny”, „Panie najdroższy”, „Jezu najsłodszy” są stale powtarzane bez najmniejszego powodu czy potrzeby – wywołuje to nieprzyjemne wrażenie. Muszę przyznać, że nie odczuwam podobnego wrażenia, gdy słyszę okrzyk „Umiłowany Jezu!” z ust jakiegoś starszego, czcigodnego sługi Bożego. Ale kiedy słyszę tak serdeczne, przyjacielskie przemówienia płynące nieustannie z ust ludzi, którzy nie noszą żadnej „chrześcijańskiej” godności, zawsze gorąco pragnę, aby ktoś nauczył ich prawdziwego rozumienia relacji człowieka z Bogiem. Słowo „umiłowany” w naszym codziennym użyciu stało się tak pospolite i nieistotne, w niektórych przypadkach pozornie tracąc swoje prawdziwe znaczenie, że przepełnianie nim modlitwy nie służy żadnemu budującemu celowi. Jednak najmocniej należy wyrazić sprzeciw wobec ciągłego powtarzania słowa „Panie”, szczególnie często spotykanego wśród nowicjuszy w kaznodziejstwie. Doprawdy bolesne jest słyszeć, jak bezustannie powtarzają: „O Panie! O Panie!” Przykazanie: „Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego, nadaremno” jest bowiem przykazaniem świętym, a jeśli ktoś może mimowolnie, z powodu niewiedzy, przekroczyć prawo, to złamanie tego przykazania jest grzechem, i to grzechem ciężkim. Imię Boga nie powinno nam zastępować pustych miejsc w kazaniu z powodu braku słów… Starajmy się zawsze używać imienia Jehowy z najwyższą czcią. Żydzi w swoich świętych księgach pozostawiali puste miejsca tam, gdzie powinno było pojawić się imię „Jehowa”, lub zastępowali je wokalizacją imienia Boga, „Adonaj”, ponieważ uważali imię Jehowy za zbyt święte i wielkie, by używać go na co dzień. Możemy nie być tak przesądni, ale dobrze by było, gdybyśmy w tym przypadku mieli taką samą głęboką cześć jak Żydzi. Podobnie, ciągłe używanie: „O!” i innych podobnych okrzyków również powinno zostać znacznie ograniczone. Młodzi kaznodzieje również często popełniają ten błąd. Należy również unikać zwracania się do Boga w modlitwie w formie żądań. To piękne i budujące, gdy człowiek zmaga się duchowo z Panem i mówi do Niego: „Nie odstąpię od Ciebie, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Należy to jednak mówić z ciepłem, a nie w tonie groźby, jakbyśmy mogli dyktować Panu wszystko i zmusić Go do błogosławieństwa. Należy pamiętać, że chociaż możemy zmagać się z Panem, nie możemy zapominać, że nadal jesteśmy tylko grzesznymi ludźmi. Nawet Jakub utykał na biodro po nocy zmagań z Bogiem. A sam Pan uczy nas, by mówić nie tylko „Ojcze nasz”, ale „Ojcze nasz,Który jest w niebieW naszych prośbach do Boga musi być szczerość, serdeczność, ale pełna szacunku; śmiałość, ale taka, która pochodzi z łaski Bożej i jest działaniem Ducha Świętego w nas; nie śmiała śmiałość buntownika przed Panem, którego obraził, ale uległa śmiałość dziecka, które boi się, ponieważ kocha, i kocha, ponieważ się boi. Nigdy nie przybieraj chełpliwego tonu w modlitwie do Boga. Nie można zwracać się do Niego jak do równego sobie przeciwnika, lecz On powinien Go błagać jedynie jako naszego Pana i Boga. Musimy być pokorni i uniżeni przed Nim w głębi naszych serc i taka powinna być nasza modlitwa. Jeśli mówisz, że się modlisz, to módl się naprawdę, nie rozważaj i nie mów o modlitwie.Biznesmeni mawiają: „Na wszystko jest miejsce i wszystko powinno mieć swoje miejsce”. Dlatego wygłaszaj kazania i módl się podczas modlitwy. Rozmowy o naszej bezradności i słabości wplecione w modlitwę to nie modlitwa. Dlaczego nie stoisz bezpośrednio w modlitwie, a raczej się za nią chowasz? Dlaczego dyskutujesz o tym, co chcesz zrobić, zamiast od razu zacząć działać z Bożą pomocą? Zacznij natychmiast prosić o tę pomoc i zwróć twarz ku Panu! Błagaj Go o wszystkie wielkie i nieustanne potrzeby swoich parafian; nie zapominaj, dlaczego się teraz zebrałeś. Pamiętaj o chorych, ubogich, umierających, poganach, Żydach i wszystkich zapomnianych, o nędzarzach! Pamiętaj o młodych i starych, nawróconych i zaniedbanych, wiernych i upadłych! Nie skręcaj ani w prawo, ani w lewo, lecz kieruj swoją drogę prosto przed siebie, bruzdą prawdziwej modlitwy. Niech twoje wyznanie grzechów i wyrazy wdzięczności będą całkowicie szczere i autentyczne. Proś z taką śmiałością, aby było oczywiste, że masz absolutną wiarę w Pana i nie wątpisz w spełnienie przez Niego twoich próśb. Mówię to, ponieważ modlitwa wielu pozostawia takie wrażenie na zewnętrznym obserwatorze, jakby, choć uznają ją za niezwykle ważną i konieczną czynność, mieli jedynie bardzo skąpe, nieistotne zrozumienie jej korzyści i znaczenia. Ty jednak modlisz się w taki sposób, aby było jasne, że już wystawiłeś swojego Pana na próbę, jesteś przekonany o realności Jego pomocy i dlatego teraz przychodzisz do Niego ponownie z całkowitą ufnością. Módl się dla samej modlitwy, a nie oddawaj się oratorstwu, nie wplataj kazania w naszą modlitwę – a tym bardziej nie wykorzystuj jej do ganienia innych i „wylewania ciężaru na serce”, jak to się czyni dzisiaj. Inną wielką pokusą może być sposób, w jaki odmawiane lub czytane są podczas nabożeństw nakazywane modlitwy. Modlitwy kościelne są często recytowane pospiesznie i zupełnie bezczelnie, niczym uliczne pieśni. Święte słowa wypowiadane są bez względu na ich głębsze znaczenie, niczym paplanie. Nierzadko, ale często, uczestniczy się w nabożeństwach episkopalnych, gdzie wzrok nie tylko parafian i chóru, ale nawet samego proboszcza wędruje po całym kościele, a podczas czytania modlitwy wyraźnie odczuwa się, że serca wiernych są dalekie od odczytywanej modlitwy (dla zachowania bezstronności należy przyznać, że takie swobodne podejście do modlitwy stało się w ostatnich latach rzadsze). Byłem świadkiem anglikańskiego nabożeństwa pogrzebowego, które zostało tak bezceremonialnie „zaduszone”, że musiałem zebrać cały szacunek dla świętego miejsca, aby powstrzymać się od wyrażenia oburzenia. Byłem w szoku, widząc, jak pospiesznie „odprawiano” całą liturgię w obecności pogrążonych w żałobie krewnych, jakby proboszcz miał jeszcze wiele podobnych zadań do wykonania i spieszył się, by je dokończyć za wszelką cenę. To, co mówił, jakie błogosławieństwo udzielał swoim rozpaczliwym okrzykom, pozostało dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Doprawdy przerażająca jest myśl, jak ta skądinąd niezwykła liturgia za zmarłych została niemal doszczętnie zniszczona przez niedbałego proboszcza i przekształcona w coś strasznego przez pośpiech i niedbalstwo w jej sprawowaniu. Opowiedziałem wam o tym tutaj, ponieważ jeśli Kościół Episkopalny ostro krytykuje nasze spotkania modlitewne, możemy odpowiedzieć równie poważnym oskarżeniem. Lepiej oczywiście próbować naprawić własne błędy niż obwiniać innych. Jeśli chcemy, aby nasza publiczna modlitwa była taka, jaka być powinna, musi przede wszystkim płynąć prosto z naszych serc. Modlący się muszą poważnie i głęboko wniknąć w temat swojej prośby. Musi to być prawdziwa modlitwa. A jeśli tak, to niczym miłość, zakryje ona liczne niedociągnięcia modlącego się. Można wybaczyć komuś nadmierną śmiałość, a nawet niepochlebne wypowiedzi, jeśli widzi się, że mówi z głębi serca, rozmawiając ze swoim Stwórcą, a wszystkie jego błędy wynikają jedynie z braku wykształcenia, a nie z duchowych czy moralnych wad. Ci, którzy zwracają się do Boga w modlitwie, muszą poświęcić tej modlitwie całe serce, ponieważ modlitwa połowiczna jest najgorszym przygotowaniem do głoszenia. Modlitwa połowiczna... cóż może być bardziej odpychającego dla słuchaczy? Niech cała twoja dusza wyleje się w tym świętym dziele! Włóż w to całą swoją siłę. Módl się w taki sposób, aby przyciągnąć wszystkich twoich słuchaczy do tronu Pana! Módl się, aby mocą Ducha Świętego, który na tobie spoczął, On wyraził ci pragnienia i myśli wszystkich obecnych na spotkaniu i aby w twoim życiuzjednoczonyJednym głosem, wszystkie setki serc twojej trzody, płonące świętym ogniem, zjednoczcie się!.. Wtedy nasza modlitwa musi być nadalostrożnyNie sugeruję, aby modlitwa obejmowała najbłahsze wydarzenia w życiu parafian. Modlitwa publiczna nie musi sprowadzać się do gazetowego sprawozdania z wszystkich wiadomości tygodnia ani do listy narodzin, zgonów i ślubów parafian – ale najważniejsze, ważne wydarzenia w życiu parafii powinny być z modlitwą wspominane przez troskliwe serce proboszcza. Powinien on zanosić przed tron Najwyższego wszystkie radości i smutki swoich braci i prosić Boga o błogosławieństwo dla swojej trzody we wszystkich jej próbach, czynach, obowiązkach i przedsięwzięciach. Powinien również prosić Boga o przebaczenie za wszystkie niezliczone grzechy swoich parafian. Następny,nie rób swojej modlitwy zbyt długąWydaje mi się, że John MacDonald zawsze mawiał: „Jeśli jesteś w duchu modlitwy, nie marnuj czasu na modlitwę zbyt długą, aby inni, którzy nie są w tak podniosłym nastroju, nie pozostali w tyle; a jeśli nie jesteś w duchu modlitwy, nie módl się zbyt długo, aby twoi słuchacze się nie zmęczyli”. Livingstone mówi o Robercie Bruce’ie z Edynburga, znanym współczesnym Andrew Melville’a: „Nikt w jego czasach nie przemawiał z taką mocą i łaską Ducha Świętego jak on. Nikt nie mógł się pochwalić wygłoszeniem tylu przemówień, co on. Wielu jego słuchaczy twierdziło, że od czasów apostołów nikt nie przemawiał z taką mocą jak on… W obecności innych modlił się bardzo krótko. Ale każde jego zdanie było jak ostra strzała wymierzona prosto w niebo. Słyszałem, jak mówił, że męczą go długie modlitwy innych kaznodziejów. Ale gdy był sam, poświęcał wiele czasu swojej modlitewnej pracy”. W szczególnych momentach, gdy nasz nastrój modlitewny jest szczególnie głęboki, możemy poświęcić na modlitwę poranną nawet 20 minut, ale nawet to nie zdarza się często. Nie można modlić się sekretną modlitwą serca zbyt długo… Nie ograniczamy Cię tutaj do 10 minut, 10 godzin, ani nawet 10 tygodni, jeśli sobie tego życzysz. Mówimy jednak o…publicznymodlitwa odmawiana przed lub po kazaniu, a w przypadku tej modlitwy jej czas trwania 10 minut jest lepszy niż 15 minut. W tysiącu osób, kto by narzekał nazwięzłośćTwoja modlitwa, podczas gdy całe tłumy powiedzą wręcz przeciwnie, że jej długość ich męczy. „Wprawił mnie w dobry nastrój swoją modlitwą” – powiedział kiedyś George Whitefield o znanym kaznodziei – „i gdyby wtedy przestał, wszystko byłoby w porządku, ale on kontynuował i zepsuł mi dobry nastrój swoją modlitwą”. Pan wciąż okazuje swoją niezmierzoną cierpliwość, oszczędzając takich kaznodziejów. Wyrządzają tak ogromną krzywdę swojej trzodzie, a On nadal toleruje ich w swoim miłosierdziu i pozwala im nadal Mu służyć. Współczuję tym nieszczęśnikom, którzy są zmuszeni słuchać publicznej modlitwy przez pełne 25 minut przed lub po kazaniu, a potem prosić Boga o przebaczenie za jej krótkość! Skróć więc swoje modlitwy przed kazaniem z wielu powodów. Po pierwsze, ponieważ zmęczysz zarówno siebie, jak i swoich parafian; po drugie, ponieważ zbyt długie kazanie pozbawia słuchaczy wszelkiej przyjemności z jego słuchania. Suchy, ciężki, rozwlekły strumień modlitewnych słów przytępia uwagę słuchacza, przytępia, że tak powiem, jego słuch. Tymczasem pod żadnym pozorem nie należy zasłaniać ucha słuchacza ziemią lub kamieniami tych bram, które prowadzą nas bezpośrednio do serca. Bramy te muszą być całkowicie wolne, aby wpuścić Świętą Ewangelię. Długie modlitwy składają się głównie z powtórzeń lub bezużytecznych wyjaśnień, które są całkowicie niepotrzebne Bogu, albo zniżają się do poziomu zwykłego kazania. Nie ma potrzeby powtarzania całego katechizmu podczas modlitwy. Nie należy również omawiać w nim własnych lub cudzych doświadczeń. Nie ma też potrzeby cytowania całej serii fragmentów, zaczynając od Dawida, a kończąc na Księdze Daniela i pisarzach Nowego Testamentu, Piotrze i Pawle, i tak dalej, z niezmiennym zwrotem: „Tak powiedział Twój sługa od dawna”. Należy zbliżyć się do Boga w modlitwie, ale nikt nie będzie wymagał, abyś przedłużał ją tak bardzo, że wszyscy słuchacze z niecierpliwością będą czekać na twoje „amen”. Nie mogę się powstrzymać od udzielenia krótkiej rady: nie udawaj, że zaraz skończysz, a potem nagle zacznij od nowa i módl się przez kolejne pięć minut. Jeśli słuchacze zobaczą, że zaraz skończysz modlitwę, nie będą w stanie nagle skupić się na niej ponownie. Znam kaznodziejów, którzy sprawiali wrażenie, że zaraz skończą modlitwę, a potem zaczynali ją od nowa dwa lub trzy razy. To skrajnie nierozsądne i ma nieprzyjemny wpływ na obecnych. Kolejna zasada:unikaj nadmiernie „przenośnych” wyrażeńBracia moi, nie potrzebujecie tych nieestetycznych sformułowań; zostawcie je w spokoju; ich czas minął. Nie wiem, jak skutecznie bronić się przed tymi nadętymi sformułowaniami w sferze modlitwy. Niektóre z nich to zwykłe wymysły, inne to fragmenty zapożyczone z apokryfów; a wreszcie są i takie, które pochodzą z Pisma Świętego, ale w powszechnym użyciu są całkowicie zniekształcone. Już w 1861 roku napisałem w jednym z naszych dzienników następujące słowa dotyczące takich nieestetycznych sformułowań: „Takie stereotypowe sformułowania w modlitwie są wielkim złem. Któż zdoła obronić na przykład tak lubiane zdanie:„Nie chcemy się na Ciebie spieszyć, tak lekkomyślnie to zrobiliśmy(!)„Koń dąży do bitwy”Jakby konie potrafiły kierować się rozumem i jakby nie lepiej było mówić o sile i mocy konia niż o niezdarności i głupocie osła! Inny przykład:„Jestem twoim nędznym, niegodnym prochem”„Proch i popiół” to tytuł nadawany najbardziej aroganckim osobom na zgromadzeniach religijnych, często nawet przez najbogatszych i najbardziej światowych. Słyszeliśmy o pobożnym człowieku, który prosząc o błogosławieństwo dla swoich dzieci i wnuków, był tak przyćmiony blaskiem tego wyrażenia, że zawołał: „O Panie! Błogosław proch Twój i proch prochu Twojego, i proch prochu Twojego!”. Kiedy Abraham powiedział: „Oto ośmielam się mówić do Pana: jestem tylko prochem i popiołem”, to wyrażenie było bardzo trafne i wzruszające; ale zniekształcone i nadużyte, całkowicie zmienia swój charakter. Zauważyłem, że niektórzy ludzie modlą się z otwartymi oczami. Ten zwyczaj jest nienaturalny, nieprzyzwoity i nieprzyjemny. Czasami otwarcie oczu i wzniesienie ich ku niebu jest całkiem stosowne i wzruszające, ale rozglądanie się dookoła, zwracając się w modlitwie do niewidzialnego Boga, jest po prostu nieprzyzwoite. Już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Ojcowie Kościoła stanowczo sprzeciwiali się tej nieprzyzwoitej praktyce. Gestykulacja podczas modlitwy jest również niedopuszczalna. Dopuszczalne jest również okazjonalne podnoszenie rąk, na przykład podczas kazania; czasami może to być bardzo stosowne. Zachowaj rozróżnienie w kolejności swoich modlitwWiele rzeczy wymaga twojej uwagi: cała parafia ze wszystkimi jej słabościami, niepowodzeniami, smutkami i pociechami; cały otaczający świat, sąsiednie wspólnoty, jeszcze nienawróceni słuchacze, dzieci – jednym słowem, cały kraj. Nie powinieneś modlić się o wszystkie te rzeczy za każdym razem, bo twoja modlitwa będzie zbyt długa i nieciekawa. Ale o to, co jest najwyższe w twoim sercu, powinieneś modlić się przede wszystkim. Pod kierownictwem Ducha Świętego możemy uporządkować tematy naszych modlitw tak, aby całe nabożeństwo, włączając w to śpiew i kazanie, stanowiło jedną harmonijną całość. Taka jedność w nabożeństwie, nie niewolniczo, lecz mądrze utrzymywana, jest bardzo atrakcyjna i podnosi ogólne wrażenie. Niektórzy kaznodzieje nie potrafią jednak utrzymać tej jedności, lecz „wędrują z Anglii do Japonii i wplatają w nią wszelkie napotkane tematy. Wy, którzy osiągnęliście jedność w swoim nauczaniu, musicie pójść jeszcze dalej, rozwinąć pewien stopień jedności w całym nabożeństwie, tak aby jeden i ten sam temat zajmował pierwsze miejsce w śpiewie, modlitwie i czytaniu.To jest zabronionePolecam niektórym kaznodziejom zwyczaj powtarzania tematu kazania w modlitwie końcowej. Może to być pouczające dla słuchaczy, ale takie cele są obce modlitwie. To chełpliwe, nieprzyzwoite i dziecinne. Nie naśladujcie tego zwyczaju. Strzeż się także pożądania, które jest jak jadowity wąż.okazywać udawane natchnienie lub entuzjazm podczas publicznej modlitwyNie próbuj udawać natchnionego. Módl się tak, jak prowadzi cię serce, pod wpływem Ducha Bożego, a jeśli czujesz się suchy i zmęczony, zwróć się bezpośrednio do Pana. Nie ma nic złego w bezpośrednim wyznaniu Mu i proszeniu o Jego pomoc i prowadzenie. To będzie modlitwa naprawdę Mu miła, ale udawane ciepło to haniebne kłamstwo. Nie naśladuj kogoś, kto jest prawdziwie natchniony. Być może znasz pobożnego kaznodzieję, który w takich chwilach głęboko wzdycha, albo kogoś, czyj głos staje się wtedy piskliwy. Nie krzycz więc ani nie jęcz, próbując udawać, że jesteś tak pogrążony w modlitwie jak oni. Zawsze bądź tak prosty i naturalny, jak to możliwe, i proś Boga, aby cię we wszystkim prowadził. Na koniec powiem wam jeszcze jedną rzecz:przygotuj się na modlitwęPatrzysz na mnie ze zdziwieniem i pytasz, co mam na myśli w tym kontekście. A ja ci odpowiem następująco. Na spotkaniu kaznodziejów pojawiło się kiedyś pytanie: czy kaznodzieja powinien przygotowywać się do modlitwy? Niektórzy odpowiedzieli przecząco i obszernie to udowodnili. Inni, równie stanowczo, odpowiedzieli: „Tak!” i trudno było im zaprzeczyć. Myślę, że obie strony miały rację. Pierwsza rozumiała słowo „przygotowanie” do modlitwy jako wstępny dobór wyrażeń i konsekwentne przedstawienie pewnych myśli. Wszystko to, argumentowali, nie nadaje się do nabożeństwa, ponieważ odprawiając je, oddajemy się kierownictwu Ducha Bożego, który inspiruje nas, co i jak mówić. W pełni zgadzamy się z tymi spostrzeżeniami, ponieważ jeśli zapiszesz swoją modlitwę z wyprzedzeniem i zapamiętasz wszystkie prośby, to lepiej będzie czytać modlitwy bezpośrednio z książki. Druga strona przez słowo „przygotowanie” rozumie coś zupełnie innego, mianowicie przygotowanie nie umysłu, lecz serca, polegające na poważnym wstępnym omówieniu znaczenia modlitwy, na zastanowieniu się nad tym, co jest wymagane dla zbudowania dusz, na kontemplacji obietnic, do których możemy się odwołać; poprzezpodobnyPo przygotowaniu staniemy przed Panem z modlitwą zapisaną na tablicach naszych serc. W każdym razie jest to lepsze niż rzucenie się do Niego bez zastanowienia, „na chybił trafił”, bez konkretnego celu czy pragnienia. „Nigdy nie znudzę się modlitwą” – powiedział kiedyś ktoś – „jeśli stale myślę o konkretnym celu mojej modlitwy”. Bracia, czy wasza modlitwa jest taka? Czy staracie się osiągnąć odpowiednie nastawienie, przygotowując się do przewodzenia swoim parafianom w modlitwie? Czy z należytą starannością przedstawiacie Panu swoje prośby? Uważam, drodzy bracia, że powinniśmy przygotowywać się do publicznej modlitwy naszą skrytą, szczerą modlitwą. Poprzez bliską więź z Bogiem powinniśmy dążyć do utrzymania ducha modlitwy, a wtedy nasze modlitwy będą dokładnie takie, jakie być powinny. Inną rzeczą, na którą możemy sobie pozwolić, jest nauka na pamięć psalmów i innych fragmentów Pisma Świętego, których znajomość może być dla nas pożyteczna w modlitwie. O św. Janie Chryzostomie mówi się, że znał Biblię tak dobrze, że potrafił wyrecytować każdy fragment z pamięci; nic więc dziwnego, że nazywano go „Chryzostomem”. A w naszej wspólnocie z Bogiem najwłaściwszym dla nas językiem jest użycie słów Ducha Świętego. Dlatego radzimy wam, abyście lepiej utrwalali w pamięci natchnione, modlitewne wylewy Pisma Świętego. Ciągła lektura wzbogaci nasze umysły. Nasiona modlitwy zasiane w ten sposób w naszych sercach niewątpliwie będą nieustannie przynosić złote plony. I tak jak Dawid później użył miecza Goliata, tak i my będziemy nieustannie używać świętych słów, aby ułatwić spełnienie naszych próśb. Niech wasze modlitwy będą żarliwe, ożywiające, żarliwe i godne wysłuchania. Modlę się do Pana, abyście nauczyli się Mu jak najlepiej służyć w waszych publicznych modlitwach. Niech wasze modlitwy będą proste i szczere. A jeśli kiedykolwiek wasi parafianie nie będą w pełni zadowoleni z waszych kazań, niech jednocześnie poczują, że wasza modlitwa wynagrodziła wszystko. Można i należy powiedzieć na ten temat jeszcze wiele, ale nie pozwala nam na to ani czas, ani siły, dlatego kończymy nasz wykład. Wykład 5Treść kazaniaWszystkie kazania muszą mieć konkretną treść, która musi być żywa, żywotna, mocna, poważna i budująca. Wchodzimy na ambonę nie tylko po to, by popisać się elokwencją, ale by przekazać słuchaczom najpoważniejsze, najgłębsze prawdy, prawdy życia, dlatego nie możemy zrezygnować z samych pięknych, lecz niewyraźnych frazesów. Zakres, z którego czerpiemy nasze myśli, jest niemal nieograniczony, dlatego nie mamy wymówki, jeśli nasze kazanie jest suche i bez życia. Jeśli przemawiamy do ludzi wjako posłańcy BogaNie ośmielamy się narzekać na brak materiału, ponieważ to, co mamy mu przekazać, jest już nim przepełnione. Musimy wykładać całą Ewangelię z naszej ambony; musimy głosić współczesnym chrześcijanom z jej szczytu całąwiara, raz przekazana ludziom przez samego Pana i apostołów. Prawda zawarta w nauczaniu Chrystusa Jezusa musi być przekazywana ludziom w taki sposób, aby nie tylko usłyszeli świętą Ewangelię, ale takżeZrozumianyJego. Nie służymy przy ołtarzu „nieznanego Boga”; głosimy jako czciciele Tego, o którym napisano: „Dlatego ufają Tobie ci, którzy znają Twoje imię”. Umiejętność „ułożenia” kazania jest bardzo przydatna, ale co, jeśli nie ma materiału do tego „ułożenia”? Ten, kto umie jedynie „ułożyć”, jest jak człowiek, który jest znakomitym rzeźbiarzem, ale stoi przed pustą tacą. Tylko prości komicy mogą sobie wyobrazić, że osiągnęli wszystko, co konieczne, jeśli rozpoczną swoje kazanie od odpowiedniego, interesującego wstępu, wygłoszą je płynnie i pięknie, a zakończą głośno i pompatycznie. Prawdziwy sługa Chrystusa wie, że pierwsza, najważniejsza zaleta kazania leży nie w jego zewnętrznej prezentacji, lecz w prawdach, które wyraża. W tym przypadku nic nie zastąpi ubóstwa treści i zbudowania. Cała elokwencja świata to nic więcej niż puste plewy w porównaniu z kłosem pszenicy na polu. Ewangelia jest dobrą nowiną o naszej obecnej i przyszłej szczęśliwości; To elokwencja życia, a nie puste słowa. Nieważne, jak piękny jest kosz kwiatów, cóż w nim jest, jeśli jest pusty? Nawet najwymowniejsze kazanie, pozbawione jakiegokolwiek wewnętrznego wdzięku, jest jedynie żałosną, pustą paplaniną. Niczym chmura unosi się nad głowami słuchaczy, nie zsyłając ani kropli życiodajnego deszczu na wyschniętą ziemię. A dusze, które już dojrzały w świadomości swoich duchowych potrzeb, doświadczają po jego wysłuchaniu jedynie dotkliwego rozczarowania lub jeszcze większej krzywdy. Styl kazania może być równie zachwycający, jak dzieła pisarki, o której powiedziano: „Pisze kryształowym piórem zanurzonym we wczesnej, świeżej rosie, pisze na srebrnym papierze i używa pyłu ze skrzydeł motyli zamiast piasku”. Ale jeśli chodzi o ratowanie ludzi, których dusze są w niebezpieczeństwie, cała ta elegancja jest „mniej niż niczym”. Konie ceni się nie ze względu na bogactwo uprzęży, lecz piękno ich budowy i rasy. Podobnie kazania, słuchane przez inteligentnych słuchaczy, ceni się według zawartych w nich prawd ewangelii i siły ducha. Bracia, rozważcie uważnie swoje kazania! Ustępujcie w szczegółach, ale bardziej dążcie do całości. Nie przejmujcie się ilością wypowiadanych słów, lecz starajcie się wywyższać wartość ich wewnętrznej treści. Głupotą jest być rozrzutnym w słowach, a jednocześnie skąpym w przedstawianiu prawdy. Można się szczerze zgodzić, że człowiek, który stracił rozum, byłby zadowolony, gdyby powiedziano o nim to samo, co o Gratianie w „Kupcu weneckim” Szekspira: „Gratiano wygłasza masę błahostek, więcej niż którykolwiek inny mieszkaniec Wenecji; podstawą jego przemówień są dwa ziarna pszenicy ukryte w dwóch kwadracikach słomy; będziesz szukał cały dzień, aby je tam znaleźć; a gdy je w końcu znajdziesz, okaże się, że nie były warte szukania”. Wspaniale jest dążyć do oddziaływania na emocje słuchaczy, ale nawet tutaj potrzebna jest pomoc prawdziwego zbudowania; bez niego to tylko lekki cios w pułk strzelców, niszczący proch, ale nie strzelający pociskiem. Bądźcie pewni, że nawet najpotężniejszy ogień, który zapala lont, rozwieje się w dym, jeśli nie zostanie podsycony palną substancją „zbudowania”. Boską zasadą jest „włożenie” prawa w „myśli”, a następnie „wypisanie” go „w sercach”: najpierw umysł zostaje oświecony, a następnie przezwyciężone zostają namiętności. Przeczytajcie List do Hebrajczyków 8:10 i naśladujcie przykład Pana. Można by tu skomentować ten fragment Pisma Świętego: „Kaznodzieje powinni naśladować samego Pana w tym i, o ile to możliwe, budować ludzi w tajemnicach pobożności, pouczać ich, jak wierzyć i żyć, a następnie starać się ich rozpalać do pilnego praktykowania tego, czego się nauczyli. W przeciwnym razie wasz trud pójdzie na marne. Zaniedbanie tego jest główną przyczyną większości błędów współczesnej ludzkości”. Mógłbym dodać, że te ostatnie słowa są jeszcze bardziej aktualne w naszych czasach, kiedy różni nauczyciele sieją straszliwe spustoszenie wśród chrześcijan. Zdrowa doktryna jest najlepszą obroną przed wszelkimi fałszywymi naukami, które napierają na nas zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Rzetelne przedstawienie prawd Pisma Świętego jest tym, czego pragną nasi słuchacze i co powinni od nas otrzymać. Mają prawo oczekiwać od nas poprawnej interpretacji Pisma Świętego, a jeśli jesteście jak „anioł nauczający, jeden z tysięcy”, o którym mowa w Księdze Hioba (33,23), jeśli jesteście prawdziwymi posłańcami Boga, to w pełni zadowolicie swoich słuchaczy. Jeśli jednak wasza interpretacja prawd okaże się nieudolna, będzie to bardzo złe, tak złe, jak gdyby w chlebie w ogóle nie było mąki… Wiele kazań, jeśli oceniać je nie pod kątem długości, lecz pod kątem głębi ich wewnętrznej treści, to jedynie żałosne przykłady fałszywej, pobożnej elokwencji. Wierzę, że następująca obserwacja jest bardzo prawdziwa: Kiedy ktoś słucha wykładu z astronomii lub geologii, bardzo szybko nabywa właściwego zrozumienia systemu i światopoglądu czytanego przez nauczyciela. Jeśli słuchasz przeciętnego kaznodziei, nie zdobędziesz jasnego zrozumienia jego systemu teologicznego, nie tylko w ciągu 12 miesięcy, ale nawet w ciągu 12 lat. Jeśli to prawda, to z pewnością jest to wielkie zło, którego nie sposób wystarczająco żałować. Niejasne wypowiedzi wielu na temat największych prawd boskich, mgliste zrozumienie przez innych fundamentalnych nauk Słowa Bożego, niestety, dostarczyły wystarczających podstaw do krytyki. Bracia, jeśli nie jesteście prawdziwymi teologami, jesteście bezwartościowi w swoim powołaniu kaznodziejskim! Możecie być znakomitymi mówcami i wygłaszać znakomite przemówienia, ale bez prawdziwej znajomości Ewangelii i bez umiejętności głoszenia jej innym, będziecie niczym więcej niż „miedzią brzęczącą lub cymbałem brzmiącym”. Puste słowa często służą jako listek figowy, ukrywający teologiczną ignorancję kaznodziei. Zamiast zdrowego i prawdziwego zbudowania, oferowane są pompatyczne wypowiedzi; zamiast mocnych, praktycznych myśli – głośne frazy retoryczne. Tak nie powinno być, drodzy bracia. Nadmiar pustej deklamacji i brak duchowego pokarmu zamienia ambonę w naczynie pompatycznej, pustej mowy i budzi pogardę słuchaczy zamiast szacunku. Jeśli my, kaznodzieje, nie potrafimy budować naszych parafian, nie potrafimy dać im prawdziwego pokarmu duchowego, to lepiej spróbujmy czegoś innego... W przeciwnym razie będziemy jak cesarz Neron, który zajmował się muzyką, podczas gdy Rzym płonął, wysyłając statki do Aleksandrii po piasek na scenę teatralną, podczas gdy cały jego naród umierał z głodu. Dlatego też nalegamy, aby każde kazanie zawierało bogatą treść budującą; a następnie żądamy, abyta treść odpowiadała tekstowiZgodnie z zasadami retoryki, treść kazania powinna wypływać z tekstu, im jaśniej to uczynimy, tym lepiej; w każdym razie powinna przynajmniej pozostawać z nim w ścisłym związku. Można pozostawić szerokie pole do interpretacji duchowej; ale ta swoboda nie może przerodzić się w rozwiązłość i nigdy nie wolno zapominać o związku między kazaniem a tekstem. Niedawno zdarzyło mi się usłyszeć dziwny tekst, który mógł być albo stosowny, albo niestosowny, w zależności od punktu widzenia. Pewien właściciel ziemski rozdał jaskrawoczerwone szale wszystkim biednym staruszkom w swojej wiosce. Ubrane w nie staruszki przyszły następnego dnia do kościoła i stanęły tuż przed amboną, z której dobiegał tekst kazania jednego z kaznodziejów: „Nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak przyodziany, jak jedna z nich”. Mówią też, że później, gdy ten sam dobroczyńca parafian rozdał każdemu członkowi rodziny we wsi porcję ziemniaków, pastor wygłosił kazanie na podstawie tekstu: „I mówili między sobą: To jest manna!”. Nie wiem, czy ten tekst jest w tym przypadku odpowiedni, ale myślę, że nie był zbyt mądry... Wielu kaznodziejów zazwyczaj żegna się z tekstem zaraz po jego wygłoszeniu. Uhonorowawszy wybrany fragment lekturą, nie wiedzą, co z nim dalej zrobić. Niejako zakładają kapelusz w tym najciekawszym momencie i ruszają na poszukiwanie nowych, świeżych pól i łąk… Ale po co im ten tekst? Po co go tak forsują, po co się tak ograniczają? Po co używają tekstu jako platformy do wsiadania na swojego bosego Pegaza? Zaprawdę, słowo Boże nie zostało nam dane po to, by służyło za przelotki, przez które tacy pustogłowi mogliby włożyć swoje siedmiomilowe buty i podróżować w nich od bieguna do bieguna! Najlepszym sposobem na zachowanie różnorodności w kazaniu jest zwrócenie przez kaznodzieję szczególnej uwagi na wewnętrzne, ukryte znaczenie każdego wybranego fragmentu. Nie ma dwóch tekstów o dokładnie tym samym znaczeniu; coś nieuchronnie nadaje każdemu pozornie identycznemu fragmentowi odrębny smak, odrębny niuans. Nie zbaczaj ze ścieżki objawionej ci w modlitwie, a nigdy się nie powtórzysz ani nie zabraknie ci materiału. Kazanie wywiera szczególnie silny wpływ na sumienie słuchaczy, gdy przedstawia słowo tak, jakby pochodziło z ust samego Boga, gdy nie jest wykładem z Pisma Świętego, lecz samym Pismem. Tak wiele zawdzięczamy natchnieniu Pisma Świętego, że jeśli podejmujemy się głoszenia kazania na podstawie tekstu, nie wolno nam go odkładać na bok, aby zrobić miejsce na własne interpretacje. Jeśli wy, bracia, przywykliście ściśle trzymać się znaczenia Pisma Świętego, to radzę wam, abyście trzymali się dokładnie tych słów, które są w nim użyte.Pismo Święte przez samego Ducha Świętego; ponieważ, chociaż w wielu przypadkach kazania na ogólne, budujące tematy są nie tylko dozwolone, ale także całkiem stosowne, to jednak takie kazania, które są wykładem natchnionych przez Boga słów Pisma Świętego, są najbardziej użyteczne i najbardziej lubiane przez naszych parafian. Szczególnie kochają, gdy najświętsze słowa są przez nich objaśniane i wyjaśniane. Ludzie nie zawsze są w stanie zrozumieć znaczenie Pisma Świętego - z wyjątkiem kilku dobrze znanych fragmentów - i rozpoznać prawdę, pozbawioną niejako jej cielesnej osłony. Kiedy słowa Pisma Świętego są często powtarzane i wyjaśniane, jak na przykład pan I. w Botha (słynny kaznodzieja w Anglii, który zmarł w połowie tego (XIX) wieku i pozostawił wiele drukowanych kazań), wtedy słuchacze otrzymują o wiele więcej zbudowania, a to, co usłyszeli, jest lepiej zakorzenione w pamięci słuchaczy. Masz więc mnóstwo materiału do swoich kazań, który z każdą minutą i sekundą rozwija się w tobie dzięki najbardziej natchnionemu, wiecznie żywemu i nowemu Słowu Bożemu, tak jak fiołki i pierwiosnki wyrastają prosto z ziemi, albo jak miedź wypływa z plastra miodu. Upewnij się, że wszystko, co głosisz, jest rzeczywiście budujące i ma znaczenie w życiu człowieka.Nie budujcie swej budowli z drewna, siana czy słomy, lecz ze złota, srebra i drogocennych kamieni. Nie trzeba was chyba ostrzegać przed jeszcze rażącą degradacją ambony – w przeciwnym razie można by tu przytoczyć przykład słynnego mówcy N.N. Ten gadatliwy awanturnik zwykł wybierać wydarzenia dnia jako temat swoich codziennych błazeństw na ambonie, a w niedziele podobnie wygłaszał przed słuchaczami rozmaite teologiczne tematy. Jego „sława” składała się z wulgarnych dowcipów, a także z tonu głosu i gestów. Pewien satyryk powiada o nim: „Nieodparty strumień bzdur płynie z jego ust”. Ale byłoby lepiej, panowie, gdybyśmy się nigdy nie urodzili, gdyby ktoś mógł słusznie powiedzieć o nas coś podobnego; choćby z obawy przed utratą wiecznej szczęśliwości, jesteśmy zmuszeni mówić z ambony tylko o wzniosłych prawdach wieczności, a nie o niczym ziemskim. Istnieje wiele innych, jeszcze bardziej urzekających sposobów konstruowania tych struktur z siana i słomy, ale nie powinniśmy dać się im zwieść. Ta uwaga jest szczególnie ważna dla tych dżentelmenów, którzy w swoich kazaniach łączą górnolotne frazy i łacińskie cytaty z prawdziwą głębią myśli. Niektórzy nauczyciele homiletyki zalecają – jeśli nie słowami, to przykładem – stosowanie takich frazesów i górnolotnych słów. Tacy nauczyciele są bardzo niebezpieczni dla młodych kaznodziejów. Wyobraź sobie kazanie rozpoczynające się od następującego, potężnego i zdumiewającego zapewnienia, które powinno wzbudzić w tobie poczucie wzniosłości i piękna:„Człowiek jest istotą moralną!”Ten błyskotliwy kaznodzieja mógłby równie dobrze wykrzyknąć: „Kot ma cztery łapy!”. Pierwsza uwaga byłaby równie zdumiewająca, jak druga. Przypominam sobie kazanie pewnego pisarza, który uważał się za głębokiego myśliciela i który niemal oszołomił słuchaczy słowami o długości dwóch metrów. Gdyby je jednak dokładnie przetrawić, można by je sprowadzić do następującego krótkiego fragmentu: „Człowiek ma duszę; dusza ta będzie nadal żyć na tamtym świecie, dlatego musi zadbać, aby osiągnęła tam wieczną szczęśliwość”. Nikt nie może zaprzeczyć tej prawdzie, ale nie stanowi ona tak nowego odkrycia, by koniecznie trzeba ją było ogłaszać biciem w bęben i całą falangą pompatycznych frazesów, aby przyciągnąć uwagę opinii publicznej. Sztuka wyrażania najpowszechniejszych prawd głośnymi, pompatycznymi i chełpliwymi frazesami jeszcze wśród was nie zanikła, choć jej całkowity i ostateczny upadek byłby (używając podobnie „dźwięcznego” określenia) „prawdziwą katastrofą”, której nasza świadomość religijna powinna żarliwie pragnąć. Takie kazania są zazwyczaj uważane za wzór doskonałości, ale w rzeczywistości są niczym więcej niż bąbelkami powietrza, niemal nieważkimi, które można nadmuchać do tego stopnia, że przypominają wielobarwne balony sprzedawane na ulicach ku uciesze naszych dzieci. To porównanie jest niestety trafne również dlatego, że takie kazania, podobnie jak te kolorowe balony dla dzieci, często są mieszane z trującymi substancjami do barwienia – substancjami, które mają szkodliwy wpływ na niektóre słabe umysły. Wstydem jest wchodzić na ambonę, by wylewać na zgromadzonych strumienie pustych słów, niekończące się wodospady wzniosłych frazesów, wśród których rozpływa się jedynie kilka dobrze znanych i zrozumiałych prawd, niczym homeopatyczne krople w oceanie pustej mowy. Zaprawdę, lepiej jest przekazywać ludziom surowe prawdy, kawałki surowego mięsa siekane na bloku rzeźnickim, niż podawać im z wykwintną kurtuazją na drogim porcelanowym talerzu pyszny kawałek „niczego”, ozdobiony zielenią poezji i polany sosem „lomagna”. Będzie to dla ciebie wielkim szczęściem, jeśli będziesz tak prowadzony przez Ducha Świętego, że zawsze będziesz miał siłęjasno przedstawił wszystkie prawdy EwangeliiŻadna prawda nie powinna być ukrywana. Doktryna „ciszy umysłu”, tak odrażająca dla nas, gdy głoszą ją jezuici, nie jest lepsza, jeśli ją przyjmiemy. Absolutnie nieprawdą jest, że niektóre prawdy są tylko dla „wtajemniczonych”. Nie ma w Biblii niczego, co obawiałoby się ujawnienia. Milczenie dla ostrożności jest tchórzliwą zdradą w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Najlepszą taktyką jest nie angażować się w politykę, lecz przekazywać ludziom każdy atom prawdy przekazanej nam przez Boga. Prawa harmonii wymagają, aby głos jednej prawdy nie zagłuszał wszystkich innych; wymagają również, aby ciche, delikatne dźwięki nie ginęły pośród zgiełku i grzmotu innych. Każdy dźwięk nakazany przez Najwyższego Przewodnika musi być poprawnie wykonany, a każda nuta musi rozbrzmiewać z odpowiednią siłą. Każda nuta musi wyróżniać się z należytą wyrazistością. A twoim tematem, twoim zadaniem musi być cała prawda objawiona ci przez Boga we wszystkich jej harmonijnych proporcjach. Na koniec, jeśli macie zamiar, bracia, głosić w swoich kazaniach wielkie, wieczne prawdy, tonie należy się ich, że tak powiem, czepiać ze wszystkich stronNauki, które nie są kluczowe dla zbawienia duszy i nie są niezbędne do praktycznego zastosowania prawd chrześcijańskich, nie powinny być przedstawiane na każdym nabożeństwie. Wszystko musi być proporcjonalne, ponieważ w Piśmie Świętym wszystko jest ważne i konieczne. Jesteście zobowiązani głosić całą wielką Prawdę, a nie tylko jej fragmenty. Dlatego nie bądźcie jednostronni. Nos, na przykład, jest jedną z głównych części ludzkiej twarzy; ale jeśli ktoś stale rysuje tylko nos, nigdy nie będzie w stanie przedstawić całej twarzy. Podobnie, jednostronne nauczanie, jakkolwiek rozsądne, jeśli zostanie nadużyte, nigdy nie doprowadzi waszego nabożeństwa do harmonijnej całości. Nie zamieniajcie punktów drugorzędnych w główne. Nie przedstawiajcie tła wydarzeń ewangelicznych w tych samych żywych barwach, w jakich przedstawiacie wszystkie wielkie rzeczy na pierwszym planie. Na przykład, czy wasze dyskusje o wielkich zadaniach sublapzarianizmu i supralapzarianizmu, czy też o różnych systemach chiliastycznych, mogą być budujące dla biednej wdowy z siedmiorgiem dzieci, która słucha waszego kazania i żyje jedynie z pracy własnych rąk? Czyż nie byłoby dla tej biednej wdowy bardziej interesujące wysłuchanie kazania o miłosierdziu Pana, o Jego trosce i trosce o Jego stworzenie, niż wysłuchanie wykładu o tych głębokich tajemnicach? Jeśli będziecie jej mówić o niesłabnącej dobroci Pana wobec Jego ludu, pocieszycie ją w jej życiowych zmaganiach, ale waszymi dyskusjami o tych poważnych kwestiach tylko ją zmieszacie lub – sprowadzicie na nią sen… A jednak macie setki takich słuchaczy, i wszyscy oni…powierzonydo ciebie. Naszym głównym tematem musi być radosna nowina zesłana nam z nieba: nowina o naszym zbawieniu przez odkupieńczą śmierć Chrystusa na krzyżu, nowina o wielkiej łasce obiecanej każdemu, nawet największemu grzesznikowi, jeśli tylko żarliwie uwierzy w Jezusa Chrystusa. W wielkie dzieło głoszenia EwangeliiMusimy wykorzystać wszystkie siły naszego umysłu, pamięci, wyobraźni i elokwencji, a nie poświęcać uwagi jedynie sprawom drugorzędnym. Musimy poświęcić się o wiele poważniej głoszeniu Ewangelii, tej dobrej nowiny, niż jakiemukolwiek innemu tematowi, który może się pojawić. Bądźcie pewni, że gdybyśmy posiadali inteligencję Locke’a czy Newtona, albo elokwencję Cycerona, wystarczającą, by głosić jedynie słowa: „Wierz i żyj tą wiarą”, te cechy nie okazałyby się dla nas zbędne. Przede wszystkim zatem, bracia, głoście prostą naukę Ewangelii! Nieustannie głoście waszej trzodzie jedyną zbawczą prawdę – ukrzyżowanego Chrystusa. Znam jednego kaznodzieję, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandała, ale którego kazania są jedynie świętymi obrazami – miniaturami… O mało nie powiedziałbym: świętymi zabawkami. Wspaniale opisuje dziesięć rogów „Bestii” i cztery oblicza Cherubinów, a także pięknie mówi o duchowym znaczeniu nakrycia przybytku, typologicznym znaczeniu złożonych filarów arki, przymierza i okien Świątyni Salomona. Jednak w swoich kazaniach ledwo dotyka ludzkich grzechów, pokus ani potrzeb współczesnych ludzi. Takie kazania przypominają mi lwa polującego na myszy albo okręt wojenny goniący pustą beczkę, która wpadła do morza. Tematy ledwie dorównujące znaczeniem „żydowskim bajkom” cytowanym przez apostoła Pawła, są wynoszone do rangi czegoś niezwykłego przez tych mikroskopijnych teologów, dla których pikantność takich dociekań jest nieporównywalnie bardziej atrakcyjna niż zbawienie dusz ich trzody. Być może czytaliście w historii świata, że król perski był znany jako wprawny łowca kretów, albo że inny król, król Lidii, był znakomitym wytwórcą igieł do szycia; ale zajęcia te nie są dla nas dowodem na to, że byli to wielcy i chwalebni władcy.I w naszej pracyTego rodzaju niegodne działania, całkowicie sprzeczne z naszym tytułem „posłańców Boga”, nie powinny mieć miejsca. Niektórych ludzi, jak starożytni Ateńczycy, nieustannie dręczy pragnienie słuchania nowych rzeczy, mówienia o nowych rzeczach. Chwalą się swoim oświeceniem, wierząc, że otrzymali szczególne natchnienie z góry, dające im prawo do potępiania wszystkich, którzy nie należą do ich bractwa. Jednakże „objawienie”, które otrzymują z góry, często sprowadza się do powierzchownych aspektów nabożeństwa lub do interpretacji niejasnych proroczych fragmentów Pisma Świętego. Takich kaznodziejów można opisać słowami poety o oceanie, który „wznieca burzę, by pokazać lekkie piórko na falach lub by utopić muchę”. Ale jeszcze gorsi są ci, którzy sieją wśród wierzących wątpliwości co do autentyczności pewnych fragmentów lub prawdziwości danych przyrodniczo-historycznych Pisma Świętego. Z ciężkim sercem wspominam kazanie, którego wysłuchałem pewnej niedzieli – zwane „kazaniem” – którego tematem była błyskotliwa dyskusja na temat tego, czy anioł rzeczywiście zstąpił, by poruszyć wody Sadzawki Betesda w Siloe, czy też było to jedynie okresowe źródło, wokół którego żydowski przesąd stworzył całą legendę. Chorzy, niemal umierający ludzie zbierali się, by usłyszeć pocieszające słowo o drodze do wiecznej szczęśliwości, i byli nagradzani takimi drobiazgami! Przychodzili po chleb, a dostawali kamień; owce rzuciły się do pasterza, ale nie otrzymały od niego pożywienia. Muszę przyznać, że rzadko słyszę prawdziwie, sensowne, dobre kazanie; a kiedy już je słyszę, prawie zawsze jestem bardzo nieszczęśliwy. Jedno z ostatnich kazań, które słyszałem, było obroną dzieła Jozuego w odniesieniu do zniszczenia Kananejczyków, a inne poświęcone było udowodnieniu, że człowiekowi nie jest dobrze być samemu… Nie mogłem się dowiedzieć, ile dusz nawróciło się do Chrystusa słuchając tych kazań; ale mam powody sądzić, że uczucie niebiańskiej radości nie rozgrzało serc słuchaczy w tamtym czasie. Myślę, że moja następna uwaga będzie w większości przypadków zbędna, dlatego trochę wstydzę się ją wypowiedzieć:Nie obciążaj swego kazania zbędną treścią.Nie da się zawrzeć wszystkich prawd w jednym kazaniu. Kazania nie powinny być podręcznikami teologii. Łatwo może się zdarzyć, że mówiąc zbyt długo i rozwlekle, nasycisz słuchaczy, zamiast obudzić w nich jeszcze większe pragnienie, jeszcze większe pragnienie duchowego pożywienia. Stary kaznodzieja podczas spaceru zwrócił uwagę młodego towarzysza na pole żyta i powiedział: „W twoim ostatnim kazaniu było za dużo treści i nie było ono wystarczająco jasno i przyzwoicie ułożone; można je porównać do tego pola, które ma dużo pożywnej substancji, ale jeszcze nie nadaje się do jedzenia. Tymczasem twoje kazanie powinno być porównane do chleba, w którym pożywna substancja jest już przetworzona i gotowa do spożycia. Myślę, że głowy naszych słuchaczy nie są w stanie przyswoić sobie tyle teologii, co głowy naszych przodków, ponieważ mogli słuchać przez 3–4 godziny bez przerwy, wchłaniając do 16 uncji teologii, nieprzygotowanej i nierozcieńczonej. Nasze słabsze pokolenie ledwo znosi nawet jedną uncję, i to w postaci skoncentrowanego ekstraktu lub oleju z niego zrobionego, a nie czystej substancji teologii. Naszym współczesnym zadaniem jest wyrazić wiele w kilku słowach, ale nie za dużo i bez długich wyjaśnień. Jedna myśl utrwalona w umyśle jest o wiele lepszapięćdziesiąt, ale tylko te, które przeleciały mi koło uszu. Jeden gwóźdź, mocno i stanowczo wbity, trzyma się lepiej niż cały tuzin gwoździ wbitych w ścianę, które można łatwo wyciągnąć naraz. Nasz materiał powinien być również dobrze umieszczony., zgodnie z dawno sprawdzonymi prawami architektury duchowej. Twoja myśl musi się wznosić, wznosić; z każdym piętrem twoje nauki powinny się wznosić, każde drzwi powinny prowadzić od jednego jasnego dowodu do drugiego – a cała konstrukcja powinna ostatecznie prowadzić słuchacza do pięknej komnaty, z której okien ujrzy prawdę lśniącą niebiańskim światłem. Znane motto odnosi się również do kaznodziejstwa: wszystko jest dobre na swoim miejscu. Zachowaj porządek w swoich kazaniach. Nie rozpraszaj myśli, lecz układaj je tak harmonijnie, jak to możliwe. Porządek – to najwyższe niebiańskie prawo – nie może być zaniedbywany przez posłańców z nieba. Nauki, które głosisz, muszą być przedstawiane jasno i zrozumiale i nie mogą powodować nieporozumień.A w tym celu, przede wszystkim, niech będzie dla was jasne. Niektórzy kaznodzieje zdają się być otoczeni czymś w rodzaju pary i głoszą w jej obłokach; głoszą, jakby byli otoczeni mgłą i głoszą we mgle. Waszych parafian powinniście prowadzić na stały ląd prawdy, a nie błądzić w świetlistej mgle waszych kazań. Rozważania filozoficzne wprowadzają niektórych w stan półupojenia, w którym albo nic nie widzą, albo postrzegają wszystko w niewłaściwym świetle. Autorzy powieści sensacyjnych zawracają głowy wielu uczciwym ludziom, którzy pilnie starają się zrozumieć ich fantazje, wyobrażając sobie w ten sposób wzniesienie się na szczyty współczesnej wiedzy. Czyż nie chodzimy do teatru, aby móc właściwie oceniać nowe sztuki? Czyż nie chodzimy na wyścigi konne, aby właściwie zrozumieć te popularne przyjemności i związane z nimi zawody? Ja ze swej strony uważam, że można porównać czytelników niesamowitych dzieł z kaznodziejami, o których mówimy. Gdyby ludzie nie zwracali uwagi na te martwe publikacje prasowe, dawno zniknęłyby one z rynku. Prawdziwy kaznodzieja musi być wolny od wszelkich zewnętrznych wpływów; tylko wtedy zostanie w pełni zrozumiany przez swoich parafian. Ten, kto chce zrobić wrażenie, musi najpierw zostać zrozumiany. Jeśli jesteśmy zdecydowani oferować naszym parafianom świętą prawdę, czystą doktrynę, w pełni zgodną z Pismem Świętym, i jeśli przekazujemy im to w sposób, który w najmniejszym stopniu nie zaciemni ich umysłu, tylko wtedy będziemy prawdziwymi pasterzami trzody Chrystusowej i tylko wtedy będziemy pewni duchowego postępu naszych słuchaczy. Staraj się, aby treść twoich kazań była jak najbardziej nowa i żywa.Nie rozwodzić się nad zaledwie pięcioma czy sześcioma tematami i nie powracać do nich z nużącą monotonią. Lepiej byłoby dla nas w takim przypadku nabyć teologiczny „organ” z kilkoma dobrze dobranymi elementami, a zrobiłbyś wrażenie w jakimś małym, odległym zakątku – oczywiście pod warunkiem, że ozdobisz swoje kazanie sporą dawką gorzkiej, zjadliwej kpiny, zaczerpniętej z sąsiedniej octowni, z ludzi, którzy chcą rozmawiać z wierzącymi tylko o ich czysto chrześcijańskich obowiązkach. W takich miejscach nie liczy się ani inteligencja, ani umiejętności kaznodziei; wystarczy tam obecność starego organu i jak najwięcej żółci. My, drodzy bracia, radujemy się, że przed nami otwiera się nieporównanie większy obszar prawdy objawionej w Ewangelii. Wszystko, czego ci dobrzy ludzie nauczają o łasce i najwyższej mocy Boga, uznajemy również z tą samą stanowczością i determinacją; Nie ośmielamy się jednak zamykać oczu na inne aspekty boskiego nauczania Pisma Świętego i czujemy się w obowiązku sumiennego wypełniania naszego obowiązku, głosząc wszystko, co Pan ustanowił dla zbawienia ludzi. Uzbrojeni w bogactwo tematów, starannie opracowanych na podstawie naszego własnego doświadczenia życiowego, z Bożą pomocą nie zmęczymy naszych słuchaczy, lecz całkowicie podbijemy ich serca. Staraj się stale zwiększać treść swoich kazańMusisz zadbać o to, aby treść twoich kazań pogłębiała się wraz z rozwojem twojego własnego doświadczenia duchowego. Nie chcę przez to powiedzieć: głosić nowe doktryny. Wręcz przeciwnie, uważam za szczęśliwego kaznodzieję, który od samego początku swojej posługi pasterskiej tak się przygotował, że przez całą swoją późniejszą, trwającą co najmniej pięćdziesiąt lat karierę, nie byłby zmuszony sprzeciwić się ani jednemu kazaniu, jakie kiedykolwiek wygłosił. Mam na myśli to: staraj się, aby twoje kazania osiągały coraz większą głębię i szczerość, a z pewnością to osiągniesz, jeśli twoje doświadczenie duchowe będzie się rozwijać, jeśli wzrośnie twoja duchowa doskonałość. Tymoteusz nie mógł głosić tak, jak sam apostoł Paweł. Nasze początkowe wysiłki nie mogą być tak udane i owocne, jak te z późniejszych, bardziej dojrzałych lat. Nie możemy stawiać ich za przykład, jeśli nie jesteśmy całkowicie szczerzy. Najlepiej byłoby, gdybyśmy o nich zapomnieli lub przypomnieli sobie tylko po to, by żałować ich przeciętności. W istocie, byłoby źle, gdybyśmy nie zrobili żadnego postępu, studiując przez wiele lat szkołę Chrystusa. Nasz postęp może być bardzo powolny i nieznaczny, ale musi być. W przeciwnym razie musimy się obawiać, że całe nasze życie wewnętrzne albo ulegnie stagnacji, albo stanie się skrajnie niezdrowe. Obyście wszyscy byli godnymi głosicielami Nowego Testamentu. Niech ani jedna jota tego największego świadectwa prawdy nie pozostanie niewyrażona. Niech nie zaginie ono przede wszystkim w was! Słowo „kazanie” oznacza cios: nasze dążenie w tej pracy powinno być skierowane ku temu, abyrozwijaj ten temat z wagą i siłąWygłaszanie prostych kazań moralnych jest jak walka drewnianym mieczem; naszą prawdziwą bronią są wielkie prawdy Objawienia. Trzymajcie się mocno tych prawd, które mają potężny, nieodparty wpływ na serca i sumienia waszych słuchaczy. Trwajcie mocno, jako obrońcy Ewangelii, która szturmuje dusze ludzi. Boskie prawdy są w pełni zgodne z prawdziwymi potrzebami ludzi; łaska Pana pomaga człowiekowi nie tylko je dostrzec, ale także wniknąć w każdy zakątek jego duszy. Istnieje klucz, którym z Bożą pomocą możemy nakręcić mechanizm ludzkiej natury. Weźcie ten klucz w swoje ręce i używajcie go nieustannie. Raz jeszcze wzywam was, abyście mocno trzymali się „staromodnej” Ewangelii, bo zaprawdę posiada ona boską moc, by obdarzyć nas błogosławieństwem i zbawieniem tu i tam. Suma wszystkiego, co pragnąłem wam powiedzieć przy tej okazji, brzmi następująco: Bracia, głoście Chrystusa nieustannie, w każdym czasie. W Nim zawarta jest cała nasza Ewangelia. Jego Osoba, Jego posługa, Jego dzieło muszą być naszym szerokim, wszechogarniającym, stale powracającym tematem. Tym, czego współczesny świat szczególnie potrzebuje, jest nowina o swoim Zbawicielu i sposób na odnalezienie Go. Gdybyśmy potrafili głosić nauki purytanów z żarliwym zapałem metodystów, czeka nas wspaniała przyszłość. Płomień Wesleya i łatwopalny materiał Whitefielda wywołałyby pożar, który spaliłby wszystkie lasy błędów i rozgrzał naszą zimną ziemię do głębi. Musimy nauczać nie filozofii i metafizyki, lecz prostej Ewangelii. Upadek człowieka, konieczność jego duchowego odrodzenia, odpuszczenie grzechów jako konsekwencja ich odkupienia przez Chrystusa i wieczna błogość – to jest nasza broń. Będziemy mieli dość pracy, jeśli zechcemy studiować i głosić te wielkie prawdy. Przeklęta niech będzie wiedza, która usiłuje odwieść nas od naszego wielkiego zadania, lub ignorancja, która usiłuje przeszkodzić nam w jego zrozumieniu. Jeszcze bardziej pragnę, aby żadne poglądy na temat proroctw zawartych w Piśmie Świętym, na temat właściwej struktury Kościoła, na temat polityki, a nawet na najbardziej dogmatyczne kwestie, nie przeszkodziły nikomu z nas w uwielbieniu Krzyża Chrystusa. Zbawienie w Chrystusie – oto temat, którego proklamację chciałbym usłyszeć od was wszystkich. Płonę niecierpliwością, by usłyszeć prawdziwych heroldów cudownej Ewangelii Boskiego Sprawiedliwego. O, gdyby ukrzyżowany Chrystus stał się przedmiotem kazań dla wszystkich sług Bożych na całym świecie! Wybaczcie mi; badania nad miejscem Napoleona w Apokalipsie, spekulacje na temat tożsamości Antychrysta – wszystko to nie powinno być przedmiotem kazań w większości przypadków. Wydaje mi się, że dopóki śmierć wciąż istnieje, wypełniając piekło swoimi ofiarami, szaleństwem jest mówienie o Armagedonie i Sewastopolu, o Sadowej czy Sedanie i próba odczytywania proroctw o losie Niemiec między wierszami Świętej Księgi. Błogosławieni, którzy czytają i słuchają proroczych słów Apokalipsy. Wydaje się jednak, że los tych, którzy uważają się za zdolnych do ich interpretacji, daleki jest od błogosławieństwa, ponieważ czas już pokazał, jak bardzo mylili się wszyscy ci interpretatorzy z pokolenia na pokolenie i że w konsekwencji obecne pokolenie tych proroków zejdzie do tego samego niechlubnego grobu. Wolałbym raczej ciągnąćpalenie marekod ognia, zamiast myśleć o interpretacji wszystkich tych tajemnic. Ocalenie choćby jednej duszy od zagłady jest lepszym osiągnięciem niż otrzymanie tytułu Doktora Doskonałości w dziedzinie teologicznych debat. Kto wiernie i sumiennie objawia wielkość i chwałę Boga w osobie Jezusa Chrystusa, będzie poczytany za większą zasługę w dniu sądu niż ktoś, kto rozwiąże zagadkę Sfinksa i przetnie węzeł gordyjski tajemnic Apokalipsy. Błogosławiona jest posługa takiego kaznodziei, którycałkowicie wypełniony Chrystusem. Wykład 6O zaznaczaniu tekstuBracia moi, wszyscy jesteśmy głęboko przekonani, że musimy zadbać o to, by każda część naszego nabożeństwa była jak najskuteczniejsza. Dobrze wiemy, że zbawienie ludzkiej duszy często zależy od zaśpiewania jednego hymnu. Jeśli tak jest, to z pewnością nie będziemy lekceważyć tak nieistotnej sprawy, jak dobór psalmów i hymnów do naszych kazań. Pewien cudzoziemiec, wcale nie wyróżniający się życiem duchowym, uczestniczył kiedyś w naszym nabożeństwie w Exeter Hall i nawrócił się do Chrystusa po wysłuchaniu hymnu Wesleya: „O Jezu, Ty, który tak miłujesz moją duszę” itd. Po wysłuchaniu tego hymnu powiedział sobie: „Czy Jezus naprawdę mnie kocha? Jeśli tak, to jak mogę żyć w nieprzyjaźni z Nim?” Jeśli wyobrazimy sobie, że Pan może pobłogosławić ze szczególnym powodzeniem jakieś słowo naszej modlitwy o nawrócenie zagubionej chrześcijańskiej duszy, że sama nasza modlitwa może służyć nie tylko zbudowaniu ludu Bożego, ale także sprowadzeniu na niego niezliczonych boskich błogosławieństw, to oczywiście będziemy starać się podchodzić do naszej modlitwy z największą gorliwością i poświęcać jej wszystkie nasze najlepsze siły i dary. Ponieważ jednak czytanie Pisma Świętego może służyć jako największe pocieszenie i zbudowanie, niewątpliwie zawsze będziemy poważnie rozważać, jak najlepiej je wykorzystać i będziemy żarliwie modlić się do Pana, aby On sam prowadził nas w wyborze właśnie tego fragmentu Jego Świętego Słowa, który przyniesie naszym słuchaczom największe korzyści w danej sytuacji. Jeśli chodzi o samo kazanie, powinniśmy szczególnie starannie dobrać odpowiedni tekst do danej chwili. Mam nadzieję, że nikt z nas nie traktuje tej kwestii tak lekko, by twierdzić, że każda okazja jest dobra na głoszenie kazania w danej sytuacji. Nie możemy zgodzić się z Sidneyem Smithem, który udzielił następującej rady jednemu kaznodziei: „Jeśli nie możesz znaleźć odpowiedniego tekstu, mów o słowach: »Partowie, Medowie, Elamici i mieszkańcy Mezopotamii«”. Jakby rzeczywiście można było głosić kazanie o dowolnym tekście. Mam nadzieję, że wszyscy poważnie zastanowimy się przez cały tydzień nad tym, o czym powinniśmy mówić naszym parafianom podczas porannych i wieczornych nabożeństw. I jasne jest dlaczego: chociaż całe Pismo Święte jest pożyteczne i znakomite, nie wszystkie jego fragmenty nadają się równie dobrze do wyjaśnienia pewnych wydarzeń w naszym życiu. Wszystko jest dobre w swoim czasie, a im bardziej aktualny tekst, tym lepiej. Mądry gospodarz dba o to, by zapewnić swoim domownikom jedzenie na czas. Nie dzieli porcji obojętnie, lecz dostosowuje się do potrzeb gości. Tylko człowiek, który podchodzi do swojej pracy całkowicie mechanicznie, niewolnik rutyny, bezduszny automat formalizmu, zadowoli się pierwszą rzeczą, która wpadnie mu w ręce. Ten, kto wybiera swoje teksty jak dzieci zbierające stokrotki i mlecze na łące, gdziekolwiek rosną, nie jest prawdziwym pasterzem swoich parafian, lecz najemnikiem. Ten, kogo sam Bóg powołał do tej wielkiej i świętej służby, musi udowodnić, że jest jej godny. Spośród drogocennych kamieni położonych przed nami, jesteśmy zobowiązani wybrać właśnie ten, który najbardziej lśni w danej chwili. Nie ośmielamy się obciążać uroczystej królewskiej uczty mnóstwem najróżniejszych potraw, na które każdy może rzucić się wedle własnego uznania. Jak doświadczeni słudzy, musimy się zatrzymać i zapytać Najwyższego Gospodarza naszej duchowej celebracji: „Panie, co chcesz, aby znalazło się dziś na Twoim stole?” Niektóre teksty wydają nam się wysoce niestosowne. Chcielibyśmy wiedzieć, co miał na myśli proboszcz, pan Disraeli, rozpoczynając niedawno kazanie w pewnej wiosce słowami: „Ujrzę Pana w ciele moim”. Poniższy tekst, wybrany na kazanie pogrzebowe zamordowanego duchownego, jest również wysoce niestosowny: „Tak Pan daje odpoczynek swoim umiłowanym”. I czyż ten, kto wybrał tekst kazania wygłoszonego sędziom na początku rozprawy, nie był głupi: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni?” Nie daj się ponieść dźwięczności i zewnętrznemu powiązaniu wypowiedzi biblijnych z różnymi okolicznościami życiowymiAtanazy Cloquerel wyznaje, że podczas swojej trzeciej wizyty w Amsterdamie wygłosił kazanie słowami: „Już po raz trzeci przybywam do was” (2 Kor 13,1). Mógł niewątpliwie dodać, że „bardzo trudno mu było rozwinąć w kazaniu myśli stosowne do okazji”. Podobnie było z kazaniem wygłoszonym przy trumnie księżniczki Charlotte. Kaznodzieja wygłosił je w oparciu o tekst: „Była chora i umarła”. Jeszcze gorzej jest jednak pozwolić sobie na głupie żarty na temat tego tekstu, jak to miało miejsce w przypadku kaznodziei, który wybrał następujący tekst na śmierć Abrahama Lincolna: „Abraham umarł”. Tak samo starannie jak powinniśmy wybierać teksty do kazań, tak samo powinniśmy być ostrożni, aby unikaćmonotoniaSłyszałem o teologu, który miał w pogotowiu pięćdziesiąt dwa kazania niedzielne i kilka świątecznych, wygłaszając je kolejno rok po roku. W takim przypadku parafianie nie musieli już prosić proboszcza o powtórzenie kazania, które w kolejne święto uznali za szczególnie popularne. Oczywiście, w takiej sytuacji nie zdziwiłoby nikogo, gdyby wśród słuchaczy takiego mówcy pojawili się naśladowcy młodego Eutychusa w różnych miejscach poza „piętrem”… Niedawno pewien duchowny powiedział mojemu przyjacielowi, mieszkańcowi wsi: „Wiesz, drogi panie D., niedawno poprawiłem moje kazania; nasz dom duszpasterski jest tak wilgotny, zwłaszcza mój gabinet, że moje kazania pokryły się pleśnią”. Mój przyjaciel, który, choć był starszym w kościele, uczęszczał jednak na nabożeństwa dysydenckie, nie był na tyle niegrzeczny, by odpowiedzieć mu w następujący sposób:Oczywiście, to tylko tak ci się wydajeW rzeczywistości sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Twoi parafianie prawdopodobnie słyszeli te kazania tak często, że w istocie nieco spleśniały… Są też kaznodzieje, którzy zebrawszy niewielką liczbę kazań, powtarzają je nieustannie z zadziwiającą dokładnością. Wędrowni kaznodzieje są podatni na tę pokusę jeszcze bardziej niż kaznodzieje, którzy od lat mieszkają w tym samym miejscu. Ale kiedy opanuje ich nawyk zadowalania się „starociami”, wtedy, oczywiście, nadchodzi koniec ich owocnej pracy. Śmiertelny chłód, który wypełnia ich serca, szybko dostrzegają sami parafianie i, niczym papugi, kontynuują swoje wyeksploatowane „próby”… Najlepszym sposobem na kultywowanie lenistwa i zaniedbania jest oczywiście metoda wieloletniego przygotowywania kazań. Ale ponieważ my, drodzy bracia, mamy nadzieję utrzymać się w jednym miejscu przez dłuższy czas, jeśli nie przez całe życie, to potrzebujemy zupełnie innej metody niż ta, którą stosują ludzie leniwi czy wędrowni kaznodzieje. Myślę, że dla niektórych musi to być trudne, podczas gdy dla innych, wręcz przeciwnie, bardzo łatwo jest tworzyć kazania, podobnie jak dla tych, którzy zostali rzuceni przez los do Kościoła anglikańskiego, gdzie kaznodzieja zazwyczaj bierze temat z Ewangelii lub Listów Apostolskich i czuje się zobowiązany – nie na mocy prawa, ale, że tak powiem, starego zwyczaju, tradycji w szerokim znaczeniu tego słowa – do rozwinięcia tego czy innego wersetu w kazaniu. Tam, gdy nadchodzi Wielki Post, święta Bożego Narodzenia, Objawienia Pańskiego czy Pięćdziesiątnicy, kaznodzieja nie musi już dręczyć się myślą: „Co mam powiedzieć wiernym?”. Ma to oczywiście swoje dobre strony. Wiem jednak na pewno, że odwiedzający nie darzą takich kaznodziejów zbytnią sympatią. Przynajmniej wielu pisarzy tego Kościoła narzeka na nudę kazań swoich pastorów i ubolewa nad opłakanym losem świeckich „męczenników” zmuszonych ich słuchać. Niewolniczy nawyk uwzględniania wszystkiego według biegu słońca i faz księżyca, zamiast oczekiwania na natchnienie od Ducha Świętego - to jest, moim zdaniem, wystarczający, zasadniczy powód, dla którego w wielu kościołach - jak przyznają ich autorzy - kazania często nie są niczym więcej niż przykładami "tej zewnętrznie przyzwoitej duchowej ubóstwa", która tylko chroni je przed śmiesznymi, grubymi błędami, ale jednocześnie pozbawia je cudownego piękna przejawów żywej myśli, żywego uczucia religijnego. Dlatego wszyscy musimy uznać za niezwykle ważne nie tylko głoszenie prawdy, ale także dostosowywanie się, w każdym przypadku, do okoliczności danego czasu. Zobowiązujemy się mówić na tematy, które odpowiadają rzeczywistym potrzebom naszych słuchaczy i najlepiej ułatwiają im przyswojenie życia w Chrystusie. Czy trudno jest znaleźć odpowiednie teksty?Pamiętam, że w młodości znalazłem kiedyś krótką uwagę w tomie wykładów z homiletyki – uwagę, która głęboko mnie wówczas zaniepokoiła. Brzmiała ona: „Jeśli ktoś ma trudności z wyborem tekstu, lepiej niech wróci do blatu lub pługa, bo ewidentnie brakuje mu umiejętności niezbędnych do głoszenia kazań”. A ponieważ to właśnie był mój „krzyż”, to właśnie na mnie ciążyło, naturalnie pojawiło się pytanie: czy nie powinienem raczej zająć się jakimś świeckim zajęciem i zrezygnować z głoszenia kazań? Ta ostra uwaga tak bardzo niepokoiła moje sumienie, że nawet zapytałem mojego dziadka, kaznodzieję z 50-letnim stażem, czy kiedykolwiek miał trudności z wyborem tekstu. Przyznał mi szczerze, że zawsze było to dla niego szczególnie trudne i że w porównaniu z tym samo głoszenie kazań nie wydawało mu się już trudne. Pamiętam też następujące słowa czcigodnego starca: „Trudności w tym przypadku wynikają nie z niedoboru odpowiednich tekstów, ale z faktu, że jest ich zbyt wiele, i dlatego zawsze wahałem się, wybierając między nimi”. Bracia, możemy porównać się do miłośnika rzadkich roślin, który widzi się otoczony cudownym pięknem ogrodu, ale ma prawo zerwać tylko jeden kwiat... Wyobraźcie sobie, jak długo będzie się zastanawiał, co wybrać, różę czy lilię, i jak wielkie będzie jego trudy w wyborze jednego spośród tysięcy kwitnących piękności! Osobiście, muszę przyznać, wybór tekstu zawsze mnie zastanawia. Embarras de richesse, jak mówią Francuzi – trudność obfitości bogactwa, bardzo różna od trudności ubóstwa – to właśnie troska o to, jak znaleźć najważniejszą z tak wielu prawd, które wszystkie wymagają naszej szczególnej uwagi, wybrać najważniejszy z tak wielu obowiązków, które wszystkie musimy spełnić, jak uporządkować wszystkie duchowe potrzeby parafian, które wszystkie wymagają równego zaspokojenia. Przyznaję, że często siedzę godzinami, modląc się i rozważając temat, rozważając główne punkty, formułując plan kazania, a potem grzebiąc to wszystko w zapomnieniu, żeglując raz jeszcze po rozległym morzu, coraz dalej i dalej, aż w końcu czerwone światła upragnionego portu pojawiają się przede mną. Wydaje mi się, że w każdą niedzielę wieczorem piszę tak wiele kazań, że gdybym odważył się z nich skorzystać, wystarczyłyby na cały miesiąc. Ale nie mogę się do tego zmusić, tak jak uczciwy żeglarz waha się przed złożeniem ciężkiego ładunku nielegalnych towarów na brzegu. Jeden temat za drugim przelatuje mi przed oczami jak obrazy przed obiektywem fotografa. Ale jeśli nasz duchowy stan umysłu nie jest wystarczająco receptywny, wszystkie te obrazy są dla nas zupełnie bezużyteczne. Ale jaki jest prawdziwy tekst? Jak go rozpoznać?Łatwo to rozpoznać. Jeśli werset tak nas urzeka, że nie możemy się od niego uwolnić, musimy się na nim zdecydowanie zatrzymać. Gonimy, że tak powiem, jak ryba, za wieloma przynętami, ale kiedy naprawdę złapiemy haczyk, nasze dążenie musi się zakończyć. Kiedy tekst całkowicie nas zawładnie, możemy być pewni, że i my go opanowaliśmy i możemy mu się poddać z całkowitym spokojem. Można podać inny przykład. Bierzemy wiele tekstów i próbujemy je roztrzaskać; uderzamy w nie z całej siły młotem, ale wszystkie nasze wysiłki idą na marne. W końcu znajdujemy taki, który roztrzaskuje się od pierwszego uderzenia: lśni jasno, roztrzaskując się na drobne kawałki, a w nim widzimy drogocenny kamień, lśniący cudownymi światłami. Rośnie na naszych oczach, jak nasiono w bajce, wyrastając w drzewo na oczach patrzących. Oczarowuje nas, zachwyca, sprawia, że padamy przed nim na kolana, nakłada na nas brzemię Pana. Z tego łatwo zrozumieć, że to właśnie te słowa Pan nakazuje wam głosić w tej chwili. I bądźcie pewni, że ten fragment Pisma Świętego tak was poruszy, że nie spoczniecie, dopóki nie zrozumiecie go w sposób, w jaki Pan was natchnie. Czekajcie na to słowo wybrane przez Boga, nawet jeśli będziecie musieli czekać do ostatniej godziny nabożeństwa. Spokojne, kalkulujące umysły, które nie doświadczyły tak potężnego, wszechogarniającego, duchowego poruszenia, zrozumieją to, ale dla niektórych z nas jest to prawo serca, którego nie możemy przekroczyć. Pozostaniemy w Jerozolimie, aż zstąpi na nas moc z wysokości. Wierzę „i w Ducha Świętego”. To jeden z artykułów naszego Credo, ale w rzeczywistości rzadko jest on spełniany przez tych, którzy go wyznają. Wielu kaznodziejów jest przekonanych, że sami wybierają tekst, sami analizują jego znaczenie, sami układają swoje kazanie. Ale my w to nie wierzymy. Oczywiście, nasz rozum, nasza wola, pragnienie naszego serca muszą uczestniczyć w tworzeniu kazania. Nie twierdzimy, że Duch Święty zmusi nas do głoszenia wbrew naszej woli. Nie będzie traktował nas jak nakręcony mechanizm. Nie, On postrzega nas jako istoty rozumne, rządzone prawami duchowymi odpowiadającymi naszej naturze. Jednakże pobożne serca nieustannie starają się kierować w wyborze tekstu nie tylko własnym, omylnym rozumem, ale także łaską Ducha Bożego. Pokornie poddają się całkowicie Jego woli i modlą się, aby oświecił ich serca niebiańskim światłem. Gurnall mówi: „Kaznodzieja nie może zdziałać niczego dobrego o własnych siłach. Och, jak długo musi czasami siedzieć, przewracając strony ksiąg i „łamiąc sobie głowę”, aż Pan przyjdzie mu z pomocą. I dopiero wtedy, jakby samo z siebie, wszystko wpada mu w ręce. Jeśli Bóg nas nie natchnie z góry, będzie to tak, jakbyśmy pisali piórem bez atramentu. Kaznodzieja, bardziej niż ktokolwiek inny, musi żyć w całkowitej zależności od Pana”. Więc gdyby ktoś mnie zapytał: „Jak mogę znaleźć najlepszy tekst?”, odpowiedziałbym mu:"Wołajcie głośniej do Pana w tej sprawie!"Harrington Evans w swoim „Podręczniku pisania kazań” ustala pierwszą zasadę: „Módl się do Boga przy wyborze tekstu. Zastanów się dobrze, dlaczego wybrałeś właśnie to miejsce. Rozstrzygnij tę kwestię bezstronnie. A może się zdarzyć, że twoje serce będzieprzeciwko„Wybrany tekst”. Nawet jeśli modlitwa nie otworzy ci drogi do upragnionego skarbu duchowego, i tak przyniesie ci pożytek, choćby dlatego, że się modliłeś. Modlitwa jest naszym najlepszym pouczeniem i najlepszym przewodnictwem. Módl się w duchu Pisma Świętego. Taką modlitwę można porównać do wyciskania soku z winogron, młócenia zboża na klepisku, wytapiania złota z rudy. Modlitwa wykuje z twojej piersi cudowne kazanie. Modlitwa przyniesie podwójne błogosławieństwo: kaznodziei, który ją wygłasza, i parafii, której służy. Jeśli odnajdziesz swój tekst poprzez modlitwę, powinien on być dla ciebie podwójnie cenny. Będzie wtedy posiadał szczególną moc Bożej łaski, zupełnie nieznaną kaznodziei, dla którego wszystkie tematy są obojętne. Po modlitwie mymusimy dołożyć wszelkich starań, aby skupić nasze myśli i nadać im właściwy kierunekZwróćcie należytą uwagę na sytuację waszych słuchaczy. Weźcie pod uwagę stan duchowy każdego z nich, zalecijcie odpowiednie lekarstwo na obecną dolegliwość lub przygotujcie odpowiednie czytania duchowe dla tych najbardziej potrzebujących. Ale pozwólcie, że was przestrzeżę: nie przejmujcie się kaprysami waszych słuchaczy ani żadnymi szczególnymi pragnieniami bogatych i arystokratów. Nie zwracajcie szczególnej uwagi na mężczyznę czy kobietę siedzących na miękkich krzesłach w waszym kościele – chyba że macie pecha i zajmujecie uprzywilejowane miejsca, gdzie wszyscy goście powinni być równi. Bogaty parafianin zasługuje na taką samą poważną uwagę, jak wszyscy inni: nie wolno wam tracić z oczu jego duchowych słabości. Zwróćcie podobną uwagę na biednych, którzy zajmują ostatnie miejsca w waszym kościele i mówcie tak, aby oni również mogli was zrozumieć i aby byli przez was pocieszeni w ich wielkich smutkach. Nie zbaczajcie z prostej drogi, aby zadowolić parafian, którzy są zauroczeni jakąś konkretną prawdą, a głusi na wszystkie inne. Możemy być zadowoleni, mogąc zadowolić takich ludzi, zwłaszcza jeśli ogólnie wyróżniają się pobożnością. Możemy oczywiście zwracać uwagę na ich pragnienia, ale wierność ślubom naszej posługi wymaga, abyśmy nie „tańczyli, jak im zagrają” słuchacze, lecz byli raczej dokładnymi interpretatorami Bożych nakazów. Raz jeszcze przypominam: rozważcie uważnie, czego naprawdę potrzebują wasi parafianie i odpowiednio dobierajcie tematy. Słynny szkocki kaznodzieja MacDonald przytacza następujący, trafny przykład w swoim „Dzienniku roboczym parafii św. Kildy”. Pisze tam: „Piątek, 27 maja. Podczas dzisiejszego nabożeństwa przeczytałem i objaśniłem fragment z 12. rozdziału Listu do Rzymian, co dało mi okazję do przedstawienia mojego poglądu na związek wiary z życiem. Uznałem za konieczne, aby o tym mówić, ponieważ kilka dni wcześniej postawiłem im tak wysokie wymagania, że obawiałem się, iż wielu z nich zwróci się ku antynomianizmowi – skrajności nie mniej niebezpiecznej niż arminianizm”. Zastanów się, które wady są bardziej rozpowszechnione wśród twoich parafian.: próżność, skąpstwo, brak zapału do modlitwy, gniew, pycha, brak miłości do siebie nawzajem, oszczerstwa i podobne niedociągnięcia. Traktujcie wewnętrzne zmagania waszych parafian z grzechem z serdeczną miłością i starajcie się uleczyć ich duchowe rany. Nie ma potrzeby wnikać w szczegóły tych udręk waszych słuchaczy, jak zrobił to jeden czcigodny kaznodzieja, niegdyś znany biskup w tym okręgu, obecnie zmarły. Nieustannie udzielał swojej trzodzie takich rad dotyczących narodzin, zgonów i małżeństw, że dla większości jego stałych słuchaczy stało się jedną z niedzielnych popołudniowych rozrywek wymienianie się zgadywankami, o którym parafianinie mówił w swoim kazaniu tego dnia. Wszyscy tolerowali te dziwactwa czcigodnego pastora, wielu nawet je podziwiało, ale jeśli zrobimy to samo, będziemy tylko wyśmiani. Na co czcigodny starszy może sobie pozwolić z godnością, młody człowiek powinien starannie unikać. Szanowany sługa Boży, o którym wspomniałem, odziedziczył swój nawyk po ojcu. Należał do rodziny, w której dzieci, gdy w ciągu dnia działo się coś niezwykłego, mówiły do siebie: „Poczekajmy do wieczornej modlitwy, wtedy się przekonamy”. Ale odbiegam od tematu. Ten incydent pokazuje nam, jak najszlachetniejszy nawyk może przerodzić się w wadę, ale zasada, o której mówiłem, nie traci przez to swojej ważności. Wszakże zdarza się czasem, że wielu parafian spotykają szczególne cierpienia i smutki, i byłby Pan niesprawiedliwy, gdyby nie zwrócił na nie uwagi. Co więcej, musimy generalnie obserwować stan duchowy naszych parafian; jeśli zauważymy, że zaczynają popadać w obojętność, jeśli obawiamy się, że ulegną jakiejś fałszywej nauce, lub ogólnie, jeśli w nastroju naszej parafii wydarzy się coś niezwykłego, musimy natychmiast pospieszyć z kazaniem, aby pouczyć ich, jak wyjść z kłopotów lub jak im zapobiec. To właśnie stąd, po części, pochodzą widzialne, namacalne owoce daru Ducha Świętego, który gorliwy, uważny pasterz otrzymuje z góry. Troskliwy pasterz często obserwuje swoją trzodę i często działa z powodzeniem, biorąc pod uwagę stan, w jakim ją zastaje. Oczywiście, będzie w stanie właściwie rozdysponować zarówno żywność, jak i lekarstwa dla parafii, w zależności od swojego doświadczenia. A w tym wszystkim możemy działać naprawdę poprawnie tylko wtedy, gdy będziemy dążyć do jak największego zbliżenia się do samego „Wielkiego Pasterza”. Nasza szczera szczerość w głoszeniu nie powinna jednak przerodzić się w nadużycie. Ktoś nazwał ambonę „pałacem bojaźliwych”. I rzeczywiście, jest to całkiem trafna nazwa dla ambony, zwłaszcza gdy zasiadają na niej osoby pozbawione inteligencji, które w rezultacie okrutnie obrażają swoich słuchaczy. A jak inaczej można scharakteryzować proboszcza, który wystawia słabości i wady swoich parafian na publiczne ośmieszenie? Istnieje szczególny rodzaj celowego, pełnego nienawiści, nieuzasadnionego wywyższania własnego ego. Tego właśnie kaznodzieja musi starannie unikać. Ma ono ziemskie pochodzenie i nie można go wystarczająco potępić. Ale istnieje również inne, racjonalne, duchowe, niebiańskie pochodzenie – oddzielenie się od masy innych – do którego wszyscy powinniśmy nieustannie dążyć. Słowo Boże jest ostrzejsze niż „obosieczny” miecz. Dlatego można mu pozwolić ranić i zabijać grzeszników, ale naszym słowom nie wolno czynić tego samego. Prawda Boża trafia w samo serce; Pozostaw to zatem badaniu ludzkich serc. Nie myśl, że możesz mu pomóc obraźliwymi słowami, którymi będziesz obsypywał z ambony. Złym malarzem jest ten, który pod namalowanym portretem musi podpisać imię osoby, którą przedstawia, podczas gdy sam oryginał jest tuż obok. Spraw, by twoi słuchacze zrozumieli, że mówisz o nich, nie wymieniając ich z imienia ani nie wskazując na nich bezpośrednio. Mogą zdarzyć się okoliczności, w których możesz częściowo pójść za przykładem N.N., który powiedział: „Kto wziął łapówkę, może myśleć, że nikt nigdy się o tym nie dowie. Ale on nie wie tego, co ja wiem, i nie tylko ja; być może wie to wielu oprócz mnie. O wy, dający łapówki i przekupieni! Żaden pobożny człowiek nie wziąłby takich łapówek; i nie sądzę też, aby ten, kto je bierze, mógł być dobrym sędzią!”. Jest tu zarówno rozsądna ostrożność, jak i śmiałe potępienie; a jeśli nie pójdziesz dalej w podobnej sprawie, nikt nie będzie mógł cię potępić za osobiste znieważenie kogoś. Następnie, gdy kaznodzieja szuka tekstu, musipamiętaj, co już wcześniej powiedziałNierozsądnie byłoby rozwodzić się nad tym samym tematem i zaniedbywać inne. Tylko głębocy myśliciele potrafią poruszać ten sam temat w serii kazań i niczym obrazy w kalejdoskopie wydobywać ze swoich złotych dusz wciąż nowe myśli, pełne artystycznego piękna. W większości przypadków my, którym brakuje tak niezwykłych zdolności, najlepiej zrobimy, jeśli będziemy starać się urozmaicać nasze kazania. Uważam za pożyteczne częste przeglądanie listy moich kazań, przypominając sobie, czy coś ważnego umknęło mojej uwadze, czy zaniedbałem którąś z chrześcijańskich cnót. Bardzo dobrze będzie również, jeśli zastanowimy się nad tym, na co ostatnio zwracaliśmy szczególną uwagę – czy były to nauki, samo życie, czy nasze własne doświadczenia. Nie chcemy ani stać się antynomistami, ani, przeciwnie, zniżać się do miana nauczycieli zimnej moralności. Naszym jedynym pragnieniem powinno być uczciwe wypełnianie naszych obowiązków, to znaczy z całkowitą doskonałością. Chcielibyśmy, aby każda część Pisma Świętego znalazła pełny oddźwięk w naszych sercach i umysłach. Chcielibyśmy, aby w zakres naszej działalności wchodziło wszystko, cała natchniona przez Boga prawda: historia, symbole, psalmy, przypowieści, doświadczenie, proroctwa, groźby i kary itd. Unikajcie wszelkiej jednostronności, przesady czy umniejszania prawd, które głosicie. Starajcie się również malować wierny obraz prawdy, proporcjonalny pod względem linii i koloru, bez jej poniżania. Nie twórzcie niepoprawnych, krzywych linii zamiast symetrii ani karykatury zamiast wiernego portretu. Ale wyobraźmy sobie teraz, że modliłeś się w głębi serca, długo walczyłeś i błagałeś o pomoc z góry, przemyślałeś wszystko o swojej parafii i jej potrzebach, ale wciąż nie możesz znaleźć odpowiedniego tekstu. Nie smuć się tym i nie rozpaczaj. Gdybyś wyruszał na pole bitwy tylko o własnych siłach, z pewnością trudno byłoby ci wyruszyć do walki bez garści prochu. Ale ponieważ sam twój Najwyższy Przywódca troszczy się o ciebie, nie ma wątpliwości, że ześle ci wszystko, czego potrzebujesz, w odpowiednim czasie. Jeśli ty…Zaufaj Bogu, On nie pozwoli ci się zawieść.Kontynuuj walkę i bądź czujny, bo pracowity pracownik bez wątpienia otrzyma pomoc z góry. Jeśli byłeś leniwy przez cały tydzień i nie przygotowałeś się z należytą starannością, nie możesz oczekiwać pomocy z góry; ale jeśli byłeś pilny i dopiero teraz czekasz, aby poznać wolę swojego Pana, twoje oczekiwanie nie pójdzie na marne. Przypadkowe, nawet drobne wydarzenia, skłonią cię do głębokiej refleksji. Kilkakrotnie doświadczyłem czegoś w tym względzie, co może wydawać się wam bardzo dziwne, ale przecież jestem takim dziwnym człowiekiem. Kiedy jeszcze studiowałem w Cambridge, każdego wieczoru chodziłem do sąsiedniej wioski, żeby głosić kazanie. Pewnego dnia spędziłem cały dzień czytając i rozmyślając nad kazaniem, ale nie mogłem znaleźć odpowiedniego tekstu. Cokolwiek robiłem, nie otrzymywałem odpowiedzi z mojej wewnętrznej lampy, a przez „Urim i Tummim” nie przeświecał mi najmniejszy promyk światła. Modliłem się, medytowałem, przewracałem wersety jeden po drugim, ale nic nie pojawiało się w mojej głowie i, jak mawiał N.N., „to szybowałem, to spadałem w myślach”. W tym stanie umysłu podszedłem do okna i wyjrzałem. I oto, na dachu domu naprzeciwko, po drugiej stronie wąskiej uliczki, w której mieszkałem, zobaczyłem biednego kanarka otoczonego przez wróble, które bezlitośnie go dziobały. Natychmiast w moich myślach pojawił się werset: „Mój udział stał się dla mnie jak ptak cętkowany, zewsząd roi się od ptaków drapieżnych” (Jeremiasz 12,9). Teraz spokojnie wyruszyłem w długą i samotną podróż, podczas której starannie rozważałem znaleziony werset, a następnie głosiłem z taką swobodą, z taką wewnętrzną radością, o wybranym ludzie Boga i jego wrogach. Wierzę, że ten tekst został mi zesłany z góry, choć nie kruk mi go przyniósł, lecz zwykłe wróble. Innym razem, kiedy pracowałem w Waterbeach, zdarzało mi się głosić kazanie w niedzielny poranek. Potem zawsze szedłem na obiad do któregoś z parafian. Niestety, panował tam zwyczaj wygłaszania trzech kazań w niedzielę, a popołudniowe kazanie wypadało tak szybko po posiłku, że przygotowanie się do niego było bardzo trudne. Ach, te nieszczęsne popołudniowe nabożeństwa w naszych angielskich wioskach! Zazwyczaj są one żałosnym marnotrawstwem energii. Pieczona wołowina i pudding obciążają dusze słuchaczy, a umysł kaznodziei również jest w tym czasie bardzo zajęty. O tej porze uwaga wszystkich skupia się bardziej na żołądku. Starałem się jednak tak bardzo ograniczać jedzenie, że udawało mi się zachować dobry humor, a jednak, ku mojemu przerażeniu, czułem, że całkowicie zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Jakkolwiek się starałem, wszystko na próżno. Czasu było mało, zegar już wybił, a ja wyznałem gospodarzowi, że zupełnie nie pamiętam, o czym zamierzałem wygłosić kazanie. „Niech tak będzie” – odpowiedział – „i tak powiesz nam coś pouczającego”. W tej samej chwili z kominka wyleciała płonąca głownia i upadła mi u stóp, spowijając mnie kłębem dymu. „Oto” – powiedział mój gospodarz – „tekst dla ciebie, drogi bracie. Czyż to nie jest „głownia wyciągnięta z ognia”? Nie wyciągnięta, pomyślałem, lecz wyrzucona z ognia. I tak miałem tekst; pozostało mi tylko go rozwinąć. I myślę, że moje kazanie na ten temat nie było gorsze od moich innych kazań, do których przygotowywałem się długo. Było nawet lepsze, bo po nim podeszły do mnie dwie osoby i oświadczyły, że dzisiejsze popołudniowe kazanie obudziło ich uczucia i nawróciło do Chrystusa. W każdym razie uważam za niedogodność, że zapomniałem tekstu, na podstawie którego zamierzałem wygłosić kazanie. Coś jeszcze dziwniejszego przydarzyło mi się na New Rark Street. Niektórzy świadkowie tego zdarzenia są tu nawet dzisiaj obecni. Z radością spędziłem całą pierwszą część niedzielnego nabożeństwa wieczornego i poprowadziłem wiernych w hymnie przed kazaniem. Otworzyłem Biblię, by znaleźć tekst, do którego starannie się przygotowałem, i nagle, niczym lew z zarośli, kolejny werset na innej stronie Biblii przykuwa moją uwagę i całkowicie mnie opanowuje. Moi parafianie śpiewają, a ja wzdycham. Waham się okropnie między dwoma tekstami. Cały mój nastrój wisi jak na szali. Oczywiście chciałem mówić z poprzedniego tekstu, już przygotowanego, ale druga zwrotka nie dawała mi spokoju. Jakby szarpała mnie za sukienkę i krzyczała mi w uszach: „Nie, nie, musisz mówić o mnie. Bóg chce, żebyś poszedł za mną”. Zacząłem się zastanawiać, co powinienem zrobić w tej sytuacji. Nie chciałem być fanatykiem ani niewierzącym. W końcu zdecydowałem: najlepiej będzie, jeśli wygłoszę przygotowane już kazanie, ponieważ wkraczanie na nową drogę było dla mnie bardzo ryzykowne. Ale ponieważ ten nowy tekst nie odbiega ode mnie i być może został mi zesłany przez Boga, postaram się go przyjąć – niech się stanie, jak zechce”. Zazwyczaj szybko zapowiadam tematy po wstępie, ale tym razem nie zrobiłem tego z powodu, który oczywiście rozumiesz. Pierwszą część skończyłem dość szybko i mówiłem wszystko bezpośrednio, improwizując. Podczas drugiej części czułem w sobie jakąś niezwykle potężną siłę, ale co stanie się z trzecią częścią, wciąż nie miałem najmniejszego pojęcia, ponieważ tekst był już całkowicie wyczerpany. Do dziś nie mogę powiedzieć, co bym powiedział, gdybym musiał kontynuować kazanie. Ale pomogła mi zupełnie nieoczekiwana okoliczność. Nagle znaleźliśmy się w całkowitej ciemności: gaz zgasł, a cała świątynia wypełniła się ludźmi od góry do dołu. Co miałem zrobić? Ludzie byli trochę przestraszeni, ale natychmiast ich uspokoiłem, mówiąc, że jeśli gaz zgasł, to wkrótce znów się rozpali. Ja też mogę zrobić to samo. Równie dobrze jest głosić w ciemności, jak i w świetle, choćby tylko… Będą siedzieć cicho i słuchać mnie. Gdybym przygotował moje dalsze kazanie wcześniej, byłoby dla mnie prawie niemożliwe, abym mógł je kontynuować. Ale w sytuacji, w której się teraz znalazłem, wcale się nie wstydziłem. Mój stan duchowy natychmiast przywołał mi na myśl dobrze znany fragment Pisma Świętego, który mówi o chodzeniu człowieka w świetle i w ciemności. Trafne porównania napłynęły mi do głowy w obfitości, zacząłem mówić, a kiedy lampy zostały ponownie zapalone, ujrzałem przed sobą zgromadzenie słuchające mnie w tak ciszy i skupieniu, jakiego żaden człowiek nigdy w życiu nie widział. A co najbardziej niezwykłe, na jednym z kolejnych spotkań dwie osoby poinformowały mnie, że tego wieczoru nawróciły się do Chrystusa. I każdy wrażliwy kaznodzieja, który czujnie obserwuje swój świat duchowy, może – jestem tego całkowicie pewien – przytoczyć wiele podobnych przykładów z własnego życia i pracy. Dlatego mówię wam: wypatrujcie znaków boskiej inspiracji; oddajcie się całkowicie kierownictwu i pomocy Panów, żywa, żarliwa wiara czyni cuda. Jeśli staraliście się z pełnym błogosławieństwem znaleźć Wybierz odpowiedni tekst do swojego kazania, a jeśli nie potrafisz go w pełni opanować, wejdź na ambonę z niezachwianą wiarą, że na pewno znajdziesz słowa, by wyrazić swoje myśli. Pojawią się one w stosownym czasie, by wypełnić twój święty obowiązek. W biografii znanego kaznodziei metodystycznego czytamy: Kiedy pan N.N., po wygłoszeniu kazania w Kornwalii, udał się do domu przyjaciela, ktoś, kto tam był i słyszał jego kazanie, powiedział mu, że tym razem przemawiał wyjątkowo dobrze. N.N. odpowiedział: „Jeśli to prawda, to bardzo zaskakujące, bo zupełnie nie byłem przygotowany na to kazanie. Wszedłem na ambonę z zamiarem mówienia o zupełnie innym tekście, ale kiedy spojrzałem na leżącą przede mną Biblię, tekst, który usłyszałeś, tak mocno przykuł moją uwagę, że odsunął na bok wszystkie moje wcześniejsze myśli. I chociaż w ogóle o tym nie myślałem, natychmiast postanowiłem poruszyć ten temat w moim kazaniu”. N.N., oczywiście, dobrze zrobił, że posłuchał swojego wewnętrznego głosu. Czasami zdarza się, że ktoś całkowicie porzuca przygotowane kazanie i wygłasza je bez przygotowania, polegając wyłącznie na Bożej pomocy. Ty również możesz znaleźć się w sytuacji N.N., który kiedyś musiał wygłosić kazanie w sali Kongresu Narodowego w Nowym Jorku. Opisuje to w liście: „Sala była przepełniona, niektórzy byli młodzi i chłopcy o dość dzikim wyglądzie. Wyszedłem z przygotowanym kazaniem; ale gdy tylko wszedłem na scenę, powitał mnie głośny śmiech, a widząc przed sobą tak rozentuzjazmowany tłum, musiałem porzucić wszelkie myśli o przygotowanym kazaniu. W tym momencie posłużyłem się przypowieścią o synu marnotrawnym i próbowałem zainteresować nią niekonwencjonalną kongregację, co mi się udało. Większość obecnych pozostała na sali i słuchała mnie z uwagą”. Ale byłoby głupotą, gdybym mimo wszystko zdecydował się wygłosić kazanie już przygotowane, ale zupełnie nieodpowiednie na tę okazję! Proszę was, bracia, wierzcie w pomoc z góry i okażcie swoją wiarę w tę pomoc w działaniu. Jest jeszcze inny sposób, który może okazać się wielką pomocą dla biednego kaznodziei, utkwionego w martwym punkcie z powodu braku potrzebnych w danej chwili myśli:To jest ponowne odwołanie się do Słowa BożegoPrzeczytaj rozdział Pisma Świętego i przeanalizuj go werset po wersecie; albo wybierz pojedynczy werset i zanurz się w nim. Możesz nie znaleźć tekstu w tym wersecie lub rozdziale, ale przyjdzie ci on na myśl podczas poważnego, rygorystycznego wykładu świętych prawd. Zgodnie z prawem skojarzeń, jedna myśl prowadzi do kolejnej, aż w końcu pojawi się ta, która doprowadzi cię do poszukiwanego tekstu. Przeczytaj także dobre książki poprawiające nastrójPozwól im cię obudzić. Kiedy chcą nabrać wody z dawno nieużywanej studni, najpierw ją wlewają, a potem zaczynają pompować. Weź jakiegoś starego pisarza, dokładnie przestudiuj jego dzieła, a nawet po prostu je przeczytaj, a poczujesz się, jakby wyrosły ci skrzydła. To zwiększy i ożywi twoje duchowe możliwości. Pozwólcie, że doradzę wam, abyście nieustannie zajmowali się myślami doborem tekstów i pisaniem kazań. Nasze duchowe skupienie musi być nieustannie na tym skierowane. Biada kaznodziei, który straci na to choćby godzinę! Przeczytajcie „Rozprawę o najlepszym wykorzystaniu czasu” Johna Fostera i niech wasza zasada nigdy nie zmarnuje ani minuty. Każdy, kto od poniedziałku rano do soboty wieczorem jedynie marzy i czeka na jakiegoś posłańca z nieba, który przyniesie mu wymagany tekst na kolejne niedzielne kazanie, wystawia Boga na próbę i nie jest godzien, by otworzyć usta do głoszenia. Kaznodzieja nie powinien mieć wolnego czasu. Nigdy nie jest wolny od swojej pracy, lecz musi być nieustannie czujny. Zapewniam was szczerze, nic nie usprawiedliwia was, jeśli nie cenicie swojego czasu. Nie marnujcie go lekkomyślnie, bo za to zapłacicie. Blask waszych kazań szybko zwiędnie, jeśli nie będziecie, jak błogosławiony człowiek z pierwszego psalmu Dawida, rozmyślać dniem i nocą nad prawem Pańskim. Wydaje się niezwykle ważne, abyś marnował czas na rozproszenie uwagi, oszczerstwa i czcze gadanie. Strzeż się pośpiechu z jednego spotkania na drugie, gdzie możesz usłyszeć czczą paplaninę i gdzie jedynie dołożysz swoją cegiełkę do ogólnego szumu i baniek mydlanych. Ten, kto stara się wyróżnić na przyjęciach herbacianych, wieczornych spotkaniach i uroczystościach szkółki niedzielnej, nie wyróżni się w niczym innym. Przygotowanie do kazania to twoje główne zadanie, a zaniedbanie go nie przyniesie chwały ani tobie osobiście, ani twojemu powołaniu. Pszczoły zbierają miód od rana do wieczora, a my musimy stale gromadzić materiały na utrzymanie naszych parafian. Nie mam wysokiego mniemania o posłudze żadnego kaznodziei, który nie jest starannie przygotowany do kazania. Kiedy podróżowałem po północnych Włoszech, zdarzyło się raz, że nasz woźnica zasnął w powozie. Kiedy obudziłem go rano, podskoczył, jakby nic się nie stało, trzy razy strzelił z bata i oznajmił, że jest całkowicie gotowy. Taka jest szybka „toaleta”. Ci z was, którzy potrafią głosić kazania bez żadnego przygotowania, nie gniewajcie się na mnie, jeśli nie przyjdę was wysłuchać. Aktywność duchowa właściwa waszej posłudze musi być nieustanna. Kaznodzieja musi nieustannie kosić siano, zwłaszcza gdy świeci słońce. Czy czasami odczuwacie szczególną skłonność do pisania kazań? N.N. mówi, że gdy zauważa u siebie taki nastrój, robi notatki w notesie, gromadząc w ten sposób materiały do kazań, z których korzysta, gdy nastrój go opuszcza. Thomas Spencer, który niestety zmarł przedwcześnie, napisał: „Prowadzę przy sobie małą książeczkę, w której zapisuję wszystkie fragmenty Pisma Świętego, które wywierają na mnie silne i pełne łaski wrażenie. Gdybym ujrzał takie słowa nawet we śnie, zapisywałbym je. Tak więc, gdy mam zamiar napisać kazanie, otwieram tylko notes i nigdy nie brakuje mi tekstu”. Szukajcie swoich tekstów nawet podczas spacerów po mieście i wsi. Użyj wzroku i słuchu, a zobaczysz i usłyszysz wiele, co wcześniej umykało twojej uwadze. Cały świat jest pełen tematów do kazań – spróbuj je tylko ogarnąć. Rzeźbiarz widzi cudowną rzeźbę ukrytą w każdym kawałku marmuru. Wydaje mu się, że wystarczy usunąć wszystko, co zbędne, a ukaże się ona przed nim w całym swoim pięknie. Tak samo i ty wierz, że wszechświat może dostarczyć ci obfitego materiału do twoich kazań. Bądź mądry i szukaj tego, co niebiańskie, w jego ziemskiej manifestacji. Słuchaj głosu nieba na ziemi i tłumacz go na ludzki język! Sługo Boży! Zawsze pozostań kaznodzieją, zbierając materiał na swoją ambonę z każdego zakątka natury i sztuki, w całym widzialnym świecie i w każdym czasie. Zapytano mnie, czy to dobrze ogłaszać z wyprzedzeniem listy proponowanych kazań. Odpowiadam: Każdemu, co mu się podoba. Nie jestem sędzią innych; ale sam nie ośmielam się tego zrobić i z pewnością poniósłbym wielką klęskę, gdybym to zrobił. Wielu dawnych kaznodziejów jest przeciwko mnie – na czele z takimi jak Matthew Henry, John Newton i wielu innych – ale wyrażam tu jedynie własną opinię i nie zmuszam nikogo do przestrzegania lub nieprzestrzegania moich własnych praw. Wielu sławnych teologów wygłosiło całe serie bardzo cennych kazań na z góry ustalone tematy, ale nie jesteśmy sławni i dlatego jesteśmy zobowiązani do doradzania ludziom takim jak my, aby byli bardzo ostrożni w tej kwestii. Nie ośmielam się nawet ogłaszać, o czym będę mówił jutro, a tym bardziej, co wygłoszę za sześć tygodni lub sześć miesięcy. Robię to po części dlatego, że nie uważam się za wystarczająco utalentowanego, aby zainteresować słuchaczy z wyprzedzeniem i na tak długi czas. Tylko ludzie o ogromnym talencie i głębokiej wiedzy mogą to zrobić. Ci, którym nie brakuje ani jednego, ani drugiego, mogą twierdzić, że oni również są zdolni do głoszenia w ten sposób. Ale ja nie mogę tego zrobić; Większą część mojego sukcesu przypisuję różnorodności, a nie dokładności moich kazań. Być może większość kaznodziejów, jeśli pragnie sukcesu, poradziłaby sobie o wiele lepiej, gdyby spaliła cały swójwstępnykopie ich kazań. Wciąż mam bardzo żywe wspomnienie serii kazań na temat Listu do Hebrajczyków, które pozostawiły głębokie i niezwykle przykre wrażenie na mojej duszy. Jakże często pragnąłem, aby ten list, który sprawił tyle cierpienia biednemu chłopcu, nie dotarł do nas… Po siódmym lub ósmym kazaniu na temat tego listu tylko najbardziej pobożni ludzie byli w stanie słuchać dalej. Oczywiście mówili, że nigdy nie słyszeli tak wspaniałego wykładu; ale co do reszty, wszyscy stwierdzili, że z każdym kazaniem ogarniała ich coraz większa nuda. Ale czy wszystkie takie kazania są takie? Być może nie, ale obawiam się, że w tym przypadku jest bardzo niewiele wyjątków, a nawet o słynnym interpretatorze cudów biblijnych, N.N., mówi się, że rozpoczął swoje słynne wykłady na temat Księgi Hioba z 800 słuchaczami, a zakończył je zaledwie z 8! Jeden z interpretatorów ksiąg prorockich tak wiele mówił o „małym rogu” z wizji Daniela, że pewnego razu zostało mu zaledwie siedmiu słuchaczy... A dla zwykłych słuchaczy takie kazania zawsze wydają mi się kompletną stratą czasu. Ich korzyść jest jedynie pozorna, a w większości przypadków nawet one są szkodliwe. Przestudiowanie całego, długiego listu wymaga geniuszu kaznodziei i nieskończonej cierpliwości słuchaczy. Mam jednak jeszcze głębszy powód, by twierdzić to, co mówię. Wierzę, że kaznodzieja, który naprawdę poważnie traktuje swoje kazanie i jest nim zafascynowany, powinien czuć się zobowiązany do przestrzegania programu w tym względzie. Na przykład, kaznodzieja może ogłosić temat na niedzielę pełen radosnych, uroczystych uczuć, a jednak tego dnia może być w szczególnie melancholijnym nastroju. A jednak musi wlać nowe wino do starego bukłaka, pójść na wesele w łachmanach i z głową posypaną popiołem. A co najgorsze, ten stan umysłu może trwać długo, czasami cały miesiąc. Czy tak właśnie powinno być? Kluczowe jest, aby mówca był harmonijnie zestrojony, nierozerwalnie związany ze swoim tematem. Ale jak można to osiągnąć, jeśli wybrany temat nie jest dostosowany do panujących wówczas warunków? Człowiek nie jest maszyną parową poruszającą się po stalowych szynach; nierozsądnie jest zmuszać go do podążania utartą ścieżką. Wiele zależy od tego, w jakim stopniu nastrój kaznodziei jest zgodny z wybranym przez niego tematem. Osobiście, powtarzam, obawiałbym się z góry określić temat, aby nie znaleźć się w zupełnie innym nastroju w wyznaczonym czasie. Wam, moi młodsi bracia, mówię szczerze i bez wahania: zostawcie ambitne eksperymenty z wcześniej przygotowanymi kazaniami starszym i bardziej doświadczonym mężczyznom! Posiadamy jedynie niewielką ilość duchowych skarbów; rozmieszczajmy je tak ostrożnie, jak to możliwe. Nie wiemy, co może się wydarzyć nawet dzisiaj. Dlatego zwracajmy większą uwagę na codzienne nauczanie. Możesz również zapytać, czy powinieneś głosić kazanie na podstawie tekstów,wybrane dla Ciebie przez innych lub na podstawie tekstów, o których jesteś proszony, aby o nich mówićMoja odpowiedź brzmiałaby następująco: Uczyń regułą, aby nigdy tego nie robić; jeśli konieczne są wyjątki, niech będą bardzo rzadkie i nieliczne. Weź pod uwagę, że nie prowadzisz sklepu, do którego przychodzą klienci i gdzie załatwiasz ich sprawy. Jeśli przyjaciel poleci ci jakiś tekst, rozważ go, oceń jego trafność i zastanów się, jak silnie wpływa on na twój nastrój. Uważnie wysłuchaj sugestii, ponieważ wymaga tego twój obowiązek jako wykształconego człowieka i chrześcijanina. Dopóki Pan, któremu służysz, nie oświeci twojej duszy swoim światłem w danej chwili, nie wygłaszaj kazań na podstawie danego tekstu, bez względu na to, kto cię o to poprosi. Jestem przekonany, że jeśli wzniesiemy nasze myśli ku Bogu i żarliwie pomodlimy się o Jego przewodnictwo w dziele głoszenia, On skieruje nas na właściwą ścieżkę. Jeśli jednak ulegniemy pysze i ułożymy tę ścieżkę według własnego rozumienia, wkrótce przekonamy się, że nawet w tak prostej sprawie, jak wybór tekstu, sami niczego nie zdziałamy bez Chrystusa. Oczekujcie powołania z góry, zważajcie na to, co Pan do was powie, przyjmijcie Słowo Boże, jakby bezpośrednio z Jego ust, a następnie działajcie jak Jego posłańcy, stojąc przed tronem Najwyższego. Oczekujcie – to moja rada dla was – oczekujcie powołania Pańskiego. Wykład 7O duchowej interpretacji Pisma ŚwiętegoWiele podręczników homiletycznych uważa nawet proste duchowe wyjaśnienie dowolnego fragmentu Pisma Świętego wybranego przez kaznodzieję na kazanie za wysoce niestosowne. („Alegoryczna interpretacja Pisma Świętego poniża tekst i zaciemnia zrozumienie zarówno kaznodziei, jak i słuchaczy”. Adam Clarke. Reguła Chesleya: „Strzeż się alegorii i przewrotnej interpretacji duchowej”). „Należy” – czytamy – „wybierać teksty, które mają jedynie jasne, oczywiste, bezpośrednie znaczenie; nie należy odchodzić od dosłownego znaczenia wybranego fragmentu Pisma Świętego; nie należy go adaptować ani poprawiać dla własnych celów; takie działania są jedynie sztuczkami osób źle wykształconych lub sztuczkami duchowych akrobatów, stanowiącymi żałosny dowód ich złego smaku i zuchwałości”. Oddajmy cześć tym, którym się ona należy! Z szacunkiem poddam się jednak opinii tych uczonych panów, ponieważ nie uważam jej ani za sprawiedliwą, ani za słuszną. Kaznodzieja może czerpać wielką i autentyczną naukę nawet z nietypowych, na pierwszy rzut oka dziwnie brzmiących, a jednak interesujących tekstów. I jestem pewien, że gdybyśmy mieli być oceniani przez jury doświadczonych, odnoszących sukcesy kaznodziejów – nie teoretyków, lecz autentycznych obrońców swojej sprawy – większość opowiedziałaby się za nami. Jest całkiem możliwe, że nasi wielcy uczeni mentorzy są zbyt wywyższeni i boscy, by zniżać się do nieistotnych, nieistotnych dzieł ludzkiego umysłu. Ale my, którzy nie rościmy sobie prawa do wyższego wykształcenia, głębokiej wiedzy ani najwyższej elokwencji, trzymamy się właśnie tej metody, tak znienawidzonej przez tych dżentelmenów. Uważamy ją za jeden z najlepszych sposobów uniknięcia starych, utartych ścieżek żmudnej monotonii; wierzymy, że ta metoda dostarcza nam, że tak powiem, soli do przyprawiania wielu nieprzyjemnych prawd. Wielu znakomitych łowców dusz uznało za pożyteczne przykuwanie w ten sposób uwagi słuchaczy, wybierając nowe, wcześniej nieznane ścieżki. Doświadczenie pokazało nam, że się nie mylili; Wręcz przeciwnie, odnieśli sukces. Dlatego, bracia moi, nie bójcie się wybierać tekstów nietypowych, nawet pozornie dziwnych. Szukajcie ich nadal w Biblii i interpretujcie nie tylko ich dosłowne znaczenie, jak nakazuje wam obowiązek, ale także dociekajcie ich ukrytego, wewnętrznego, tajemniczego znaczenia. Postępujcie zgodnie z moją radą w takim stopniu, w jakim się z nią zgadzacie… Pokażcie tym mądrym krytykom, że nie wszyscy czczą złoty posąg, który wznieśli. Radzę wam jednak, abyście uciekali się do mistycznej interpretacji Pisma Świętego tylko do pewnego stopnia. Proszę was: nie nadużywajcie jej, postępując zgodnie z moją radą; nie pogrążajcie się stale i bezmyślnie w „fantazjach”, jak by to nazwał Georg Focke. Nie tońcie się, jeśli zalecono wam kąpiel, i nie wieszajcie się na dębie, ponieważ wytwarza on leczniczą substancję zwaną garbnikiem. Wszystko, co dozwolone, jeśli się go nadużywa, staje się grzechem, tak jak ogień, pożyteczny w palenisku, staje się niebezpiecznym panem, gdy szaleje w płonącym domu. Nadmierne spożycie słodyczy wywołuje mdłości i obrzydzenie, a nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w rozpatrywanym przypadku. Pierwsza zasada, którą należy przestrzegać w tym przypadku, brzmi:Nie musisz narzucać tekstowi pożądanego znaczenia za pomocą dowolnej interpretacji.Nigdy nie należy sprzeciwiać się zdrowemu rozsądkowi. Jakże okrutnie Słowo Boże jest dręczone i dręczone, niczym narzędziami tortur, przez niektórych kaznodziejów, którzy usiłują je zmusić do wyrażenia tego, czego nie wyraża! „Zmiennokształtny”, o którym Rowland Gill opowiada w swoim „Village Talk”, jest tylko jednym z przedstawicieli licznego pokolenia. Ten „szanowany” dżentelmen wygłasza kazanie na podstawie tekstu ze snu piekarza faraona: „Na mojej głowie są trzy kratowane kosze”, a w tym kazaniu mówi o Trójcy Świętej! Jeden z najczcigodniejszych i najdokładniejszych kaznodziejów, wierny sługa Boży, powiedział mi, że od dawna nie widział parafianina w swoim kościele – robotnika i jego żony. Mijała niedziela za niedzielą, a robotnik się nie pojawiał. W końcu, pewnego poniedziałku, spotkał go na ulicy i powiedział: „Drogi I., dawno cię nie widziałem!”. - „Nie, panie X” – padła odpowiedź – „twoje kazania nie są już dla nas tak przyjemne, jak kiedyś; nie są zbyt budujące”. – „Bardzo mi przykro to słyszeć, drogi I”. – „Tak, moja żona i ja uwielbiamy słuchać dobrych, szlachetnych kazań i dlatego ostatnio chodzimy do pana B.” – „Naprawdę! I uważasz go za znakomitego kaznodzieję?” – „Oczywiście, i otrzymujemy od niego tyle pocieszenia! Daje nam obfite, zdrowe jedzenie. Twoje kazanie nas zgłodniało, chociaż zawsze będę cię szanował jako człowieka, panie X.” – „Dziękuję, mój drogi przyjacielu; oczywiście powinieneś pójść tam, gdzie znajdziesz więcej pożywienia. Ale mam tylko nadzieję, że będzie ono całkiem dobrej jakości… Co ci powiedział o zeszłej niedzieli?” – „Och, przeżyliśmy cudowne chwile! – Właściwie nie wiem, czy potrafię ci to przekazać. Wystarczy powiedzieć, że kazanie było cudownie dobre!” - "Ale o co chodziło, ja? - "Pan B. wyjaśnił nam tekst: "Jeśli poczujesz się bardzo głodny w obecności swego pana, przyłóż nóż do gardła." (angielskie tłumaczenie Księgi Przysłów 23:1-2: "Kiedy zasiądziesz do stołu ze swym panem, rozważ dobrze, co masz przed sobą; i przyłóż nóż do gardła, jeśli jesteś głodny"). - "Ale co mógłby powiedzieć o tym tekście?" - "Mogę panu o tym opowiedzieć, panie X., ale najpierw chciałbym usłyszeć od pana, co pan o tym powie?" - "Nie wiem. Ja nawet nie sądzę, żebym wybrał taki tekst. Gdybym miał o tym mówić, powiedziałbym prawdopodobnie, że każdy, kto jest zbyt uzależniony od nadmiernego jedzenia i picia, powinien się tego wystrzegać w obecności ważnej osoby, inaczej nie doprowadzi to do dobra. "Obżarstwo szkodzi człowiekowi również w tym życiu." - "Tak, tak!" - zaprotestował robotnik - "to twój sposób interpretacji martwej litery. Dokładnie to samo powiedziałem żonie; dopiero odkąd zaczęliśmy słuchać pana B., objawiło nam się prawdziwe znaczenie biblijnych wypowiedzi." - "Bardzo możliwe; ale co pan B. powiedział o tym tekście?" - "Powiedział: człowiek z silnym głodem to nowy nawrócony, bardzo spragniony kazań i stale domagający się jedzenia; ale nie zawsze dba o dobre jedzenie." - "No i co dalej, droga ja?" - „Zauważył, że jeśli taka młoda dusza staje przed swoim panem, to znaczy przed legalnym kaznodzieją lub osobą, która naucza wiary tylko zgodnie ze swoim obowiązkiem, to jest w złej sytuacji”. - „Ale co on powiedział o nożu, drogi I.?” - „Pan B. wyjaśnił to tak: słuchanie legalnych kaznodziejów jest bardzo niebezpieczne; człowiek może zginąć słuchając ich, lepiej by mu było od razu poderżnąć sobie gardło nożem!” - I tak - najwyraźniej tematem kazania było niebezpieczeństwo, jakie nowi nawróceni stwarzają, słuchając innych kaznodziejów, którzy nie wypaczają nauki przepełnionej łaską swoimi wymysłami: a korzyścią z tego było to, że słuchaczowi doradzono, by poderżnął sobie gardło, zamiast słuchać swojego byłego kaznodziei! Nic dodać, nic ująć, kaznodzieja doskonale dostosował się do okoliczności!... W innym, podobnym przypadku, odnoszącym się do tekstu Księgi Przysłów 21,17: „Kto lubi rozkosze, popadnie w ubóstwo, lecz kto lubi wino i tłuszcz, nie wzbogaci się”, usłyszeliśmy następujące słowa. Zazwyczaj przypowieści są ulubionym materiałem dla takich interpretatorów. Czcigodny kaznodzieja, o którym mówimy, objaśnił cytowany tekst w następujący sposób. „Kto lubi rozkosze” – chrześcijanin spragniony łaski – „popadnie w ubóstwo”, to znaczy, stanie się ubogi w duchu; „kto lubi wino i tłuszcz” – to znaczy ten, kto korzysta z darów łaski, wina i tłuszczu Ewangelii – „nie będzie bogaty”, to znaczy, nie będzie bogaty we własnych oczach. W konsekwencji, tutaj opisana jest wyższość „ubogich w duchu” i ewangeliczne pociechy, które ich czekają. To niezaprzeczalna prawda, ale moje oko, niedoświadczone w życiu duchowym, w żaden sposób nie jest w stanie dostrzec jej w podanym tekście… Wszyscy słyszeliście słynną interpretację Izajasza 11:8 autorstwa Williama Huntingdona: „Niemowlę będzie się bawić nad jamą żmii, a chłopiec włoży rękę swoją do jamy żmii”. Kaznodzieja powiedział: „Niemowlę” to nowo nawrócony. Żmija to arminianin (lub luteranin, który zaprzecza doktrynie łaski). „Jama żmii” to paszcza arminianina. Następnie następuje lista wszystkich sposobów, w jakie „prosta” chrześcijanka przewyższa arminian… Zwolennicy przeciwnej szkoły teologicznej zawsze byli tak mądrzy, że nigdy nie odpłacali rywalom tym samym. W przeciwnym razie porównaliby ich do „węży” i chełpili się, że bez lęku wyzywają ich z ich „gniazd” do walki… Taki obelżywy język uwłacza tylko tym, którzy go wypowiadają. W końcu istnieją inne sposoby przedstawiania i interpretowania kontrowersyjnych kwestii teologicznych… Głupota w połączeniu z absurdalną pychą i arogancją może jedynie ośmieszyć człowieka. Pewien pastor powiedział mi niedawno, że kiedyś wygłosił kazanie do swoich parafian na temat wersetu o 29 nożach Ezdrasza (1 Ezdrasza 1:9): Chciałbym wierzyć, że obchodził się z tymi ostrymi narzędziami z wielką ostrożnością, mimo to nie mogę powstrzymać się od wyrażenia nadziei, że nie dostrzegł w tej dziwnej liczbie noży odniesienia do 24 starców z Objawienia Jana... W Księdze Przysłów czytamy: „Z powodu trzech rzeczy drży ziemia, a czterech znieść nie może: sługę, gdy obejmie władzę królewską; głupca, gdy nasyci się chlebem; niewiastę bezwstydną, gdy wyjdzie za mąż; i niewolnicę, gdy obejmie miejsce pani swojej” (Prz 30,21-23). Jeden z kaznodziejów interpretuje ten fragment jako opis działania łaski na duszę ludzką, która jego zdaniem niepokoi arminian, a nawet doprowadza ich do całkowitego upadku. „Sługa, gdy obejmie władzę królewską” – według mówcy – to my, biedni, nędzni niewolnicy, gdy będziemy panować z Chrystusem. „Głupiec, gdy nasyci się chlebem” (Czyż to słowo nie odnosi się do słuchaczy, którzy nasycają swoje umysły takimi bzdurami?), to znowu oznacza nas, nędznych, głupich ludzi, karmionych cudowną pszenicą Ewangelii. „Niewiasta bezwstydna, która wyszła za mąż” to biedny grzesznik zjednoczony z Chrystusem. „Służąca, która zajęła miejsce swojej pani” to znów my, którzy podlegaliśmy prawu, ale teraz otrzymaliśmy prawa Sary i zajęliśmy miejsce naszej pani. Oto kilka przykładów „widoków” z dziedziny „tak zwanego duchowego, mistycznego kaznodziejstwa”. Są one tak liczne i cenne, jak te historyczne skarby, które niemal codziennie odkrywane są na polach Waterloo i tak wysoko czczone przez ich naiwnych posiadaczy. Myślę, że macie już dość tych wszystkich przykładów; dlatego nie będziemy tracić więcej naszego cennego czasu. Nie muszę was przekonywać, abyście nie uciekali się do tak absurdalnych metod interpretowania Pisma Świętego. Hańbią one Biblię, urażają zdrowy rozsądek waszych słuchaczy i żałośnie poniżają urząd pastora. Dziki oset Libanu nie zastąpi majestatycznych cedrów Libanu. Unikajcie wszelkiej dziecinnej zabawy z tekstami i ich bezceremonialnego przeinaczania. Bo to może was uczynić mądrymi tylko wśród głupców, ale wśród mądrych z pewnością będziecie głupcami. Nigdy nie oddawaj się duchowym interpretacjom niektórych tekstów, które są bardzo subtelne w swojej głębi. Należy o tym zdecydowanie wspomnieć, ponieważ jest to bardzo powszechne wśród wspomnianych wcześniej „ludzi niewierzących”. Istnieją chrząszcze, które nieustannie krążą po stertach gnoju. Co zaskakujące, chrząszcze mają podobne zajęcia wśród ludzi. Zaangażuj się wTenTylko najbardziej bezwzględny wróg Ewangelii Chrystusa może czynić takie rzeczy w kazaniu. I zaprawdę, jakież straszne rzeczy mówią tacy mówcy odnośnie pewnych fragmentów z ksiąg Jeremiasza i Ezechiela! Tam, gdzie Duch Święty przemawiał zasłonięty i tajemniczy, ludzie zrywali zasłony i mówili tak, jak tylko języki bluźniercze potrafią. Kiedy słyszę takie wyjaśnienia i interpretacje Pisma Świętego, zawsze mam ochotę prosić Pana, aby usunął z ambony mówcę, który hańbi ją swoją bezwstydnością. Chciałbym, aby ani jedna czysta dusza nie obraziła się nawet najmniejszym powiewem niegrzeczności z ambony. Żona Cezara powinna stać ponad wszelkim podejrzeniem, a ambasadorzy Chrystusa nie powinni dopuszczać do najmniejszej ciemnej plamy ani w swoich przemówieniach, ani w kazaniach. Ciągłe pieszczoty i pocałunki spływające z wysokości ambony są nader obrzydliwe. I lepiej byłoby w ogóle nie wspominać o „Pieśni nad Pieśniami” w kazaniach, jeśli to tylko posłuży do zdyskredytowania jej, jak to się teraz często zdarza. Młodzi kaznodzieje powinni o tym szczególnie pamiętać; lepiej zapytać o to starca (dlaczego, po prostu nie rozumiem...), ale młody człowiek nie powinien nawet odrobinę przekraczać granic najsurowszej przyzwoitości. Nigdy nie pozwalaj sobie na robienie duchowych notatek na temat różnych słów i zwrotów Pisma Świętego, tylko po to, by popisać się swoim dowcipem i niezwykłą przenikliwością.. Taki zamiar jest niegodny pochwały, a środki wybrane do jego realizacji są wręcz absurdalne. Tylko wyjątkowo głupi człowiek dążyłby do zdobycia sławy, zadowalając dziewięć na dziesięć osób. Pewien kaznodzieja wpadł kiedyś na pomysł wygłoszenia kazania o słowie „ale”, licząc na aprobatę słuchaczy. Myślał, że słuchacze będą zachwyceni talentem kaznodziei, który potrafił wygłosić całe kazanie na podstawie jednego małego spójnika gramatycznego! Najwyraźniej chciał przekazać w swoim kazaniu następującą myśl: bez względu na to, jak nieskazitelny jest charakter każdego człowieka, każdy i tak będzie miał jakieś braki. „Naaman był wielkim człowiekiem u swego mistrza, ale…”. A kiedy ten wielki kaznodzieja zszedł z ambony, obecni diakoni powiedzieli mu: „Panie N.N., wygłosił pan niezwykłe kazanie, ale… wyraźnie widać z niego, że nie nadaje się pan do naszego kościoła”. Dowcip, który wkłada broń przeciwko sobie w ręce wrogów, nie może być nazwany wielkim! Zastanówcie się, czy takie kazania mogą ujawnić jakiś szczególny geniusz. Przeciwnie, czyż nie obnażają one własnej głupoty? Jeśli chcecie, panowie, naśladować Orygenesa, jego głęboko mistyczne, a zarazem śmiałe interpretacje, to powinniście również przeczytać jego biografię, zwracając szczególną uwagę na poważne błędy, w które wpędził go wielki geniusz tego wybitnego uczonego, tylko dlatego, że bezwarunkowo podporządkował swój rozum nazbyt nieumiarkowanym popędom wyobraźni. Jeszcze jedno zastrzeżenie:nigdy nie przekręcaj Pisma Świętego, aby w ten sposób osiągnąć nową, tak zwaną duchową, mistyczną interpretację. W przeciwnym razie ściągniesz na siebie straszliwą klątwę, która strzeże tego pierwotnego źródła Boskiego objawienia. G. Cook z Maidenhead musiał rozstać się z Williamem Huntingdonem, ponieważ ten „wstawił” następującą interpretację do dziesiątego przykazania. Jakby Pan przemawiał do Swojego Boskiego Syna: „Nie pożądaj żony diabła, to znaczy nie wybranej!” Okropne! Myślę, że obraziłbym nawet twoją wrażliwość religijną, gdybym kazał ci nienawidzić samej myśli o tak bluźnierczej interpretacji Pisma Świętego. Postaraj się, aby Twoi słuchacze nie zapomnieli, że wydarzenia, które im tłumaczysz, rzeczywiście miały miejsce., a nie wytwory wyobraźni czy przypowieści. Pierwotne znaczenie rozważanego fragmentu Pisma Świętego nigdy nie powinno być przyćmione sztucznymi insynuacjami. Powinno być przedstawione jaśniej i zawsze znajdować się na pierwszym planie. Niezależnie od tego, jak je zastosujesz, nie wolno ci zmieniać jego pierwotnego, centralnego charakteru ani spychać na dalszy plan. Biblia nie jest zbiorem pięknych alegorii ani dydaktycznych legend poetyckich. Przekazuje nam rzeczywiste wydarzenia i objawia niezwykle poważne, ważne prawdy. Niech każdy przed twoją amboną poczuje, że sam jesteś głęboko przesiąknięty znaczeniem tych świętych wydarzeń. Nadejdą straszne czasy dla Kościoła, gdy z wysokości jego ambony będzie głoszona niewiarygodna hipoteza, że całe Pismo Święte to nic więcej niż zbiór misternie skonstruowanych mitologicznych baśni, w których jedynie maleńkie ziarenka prawdy unoszą się pośród morza poetyckich, wyobrażonych szczegółów. Ale pomimo tego, co powiedzieliśmy przeciwko duchowej interpretacji Pisma Świętego, istnieje jednak jeden obszar, w którym interpretacja duchowa jest dozwolona. Istnieje obszar Pisma Świętego, w którym ci, którzy otrzymali szczególny dar interpretacji duchowej, mogą odważyć się go zastosować. Na przykład, wielokrotnie wskazywałem, że archetypy Pisma Świętego oferują kaznodziei szerokie pole do takich interpretacji. Jaki pożytek z fragmentów takich jak ten cytowany powyżej z Księgi Przysłów, skoro przed nami, pośród piasków pustyni, stoi sam przybytek przymierza ze wszystkimi jego świętymi naczyniami, z całopaleniami, ofiarami dziękczynnymi i innymi darami? Po co dążyć do czegoś nowego, skoro przed nami wznosi się cudowna świątynia Salomona ze wszystkimi jej cudami? Ci, którzy obdarzeni są największym talentem do typologicznej interpretacji Pisma Świętego, znajdą dla siebie materiał w nieomylnych symbolach Słowa Bożego. Nawet jeśli wyczerpiecie materiał typologiczny Starego Testamentu, nadal pozostanie wam dziedzictwo tysięcy obrazów i przypowieści. A jakiż cenny skarb kryje się w tych obrazach Pisma Świętego, wiemy z dzieła Benjamina Keacha, sporządzonego z tak wielką starannością. Dzieło to, zauważamy mimochodem, zasługuje na krytykę z wielu względów, ale nie tak surową, jak osąd Adama Clarke'a, który stwierdził, że bardziej niż jakiekolwiek inne służy ono jedynie poniżeniu gustu zarówno kaznodziei, jak i jego słuchaczy. Inteligentne wyjaśnienia poetyckich, alegorycznych obrazów Pisma Świętego nie tylko będą chętnie słuchane przez waszych parafian, ale z Bożą pomocą przyniosą im również wielkie korzyści. Załóżmy jednak, że zinterpretowałeś już wszystkie symbole, przeanalizowałeś wszystkie przypowieści i metaforyczne fragmenty Pisma Świętego. Czyż zatem powinieneś po prostu zaprzestać swoich wysiłków? Absolutnie nie! Apostoł Paweł dostrzega tajemnicę w osobie arcykapłana Melchizedeka, gdy mówiąc o Sarze i Hagar, mówi: „To jest przypowieść” (Ga 4,24). Daje tu wyraźny przykład istnienia alegorycznych fragmentów w Piśmie Świętym. A jest ich w Piśmie Świętym wiele. Znajdujemy je w obfitości nawet w historycznych księgach Biblii. Jeden fragment we wstępie do pracy *** na temat symboli Pierwszej Księgi Mojżeszowej dowodzi nam, że osoba o pobożnym usposobieniu może, bez przymusu, alegorycznie interpretować takie fragmenty. Mówi: „Przed nami są księgi życia człowieka i księga natury. Czytamy w niej o początku wszelkiego życia na ziemi, o jego rozwoju. To jest Księga Rodzaju. Dalej widzimy, jak pilnie potrzebne jest ludzkości „odkupienie”, wybrany lud Boży musi zostać zbawiony krwią egipskiego baranka. To jest Księga Wyjścia. Po tym, przed nami przechodzi wewnętrzne życie duchowe wybranego ludu, jego pragnienie komunii z Bogiem, który obiecał mu odkupienie. Czytamy o tym w Księdze Kapłańskiej. Następnie wędrujemy przez pustynię z wybranym ludem, idąc z niewoli egipskiej do ziemi obiecanej, poznajemy wszystkie trudności tej drogi z krainy cudów i ludzkiej mądrości do krainy, gdzie płyną „rzeki mleka i miodu”… To jest Księga Liczb. Teraz pojawia się w nas pragnienie, by w końcu opuścić tę pustynię i udać się do lepszej ziemi, do której jednak wybrany lud Boży od dawna obawiał się wejść – do ziemi, która w pełni odpowiada wszystkim jego pragnieniom, gdzie musi… Poznają moc ich duchowego odrodzenia, gdzie zamieszka, jakby przepowiadając niebiańską błogość. To jest Księga Powtórzonego Prawa, prawo wtórne, wtórne oczyszczenie ludu Bożego. Po tym, wraz z Nim, docieramy w końcu do prawdziwej ziemi Kanaan. Przekraczamy Jordan; doświadczamy fizycznej śmierci, uczymy się, co oznacza „obrzezanie”. Teraz uczymy się, co to znaczy narodzić się na nowo w Chrystusie i „walczyć nie z krwią i ciałem, lecz z władcami ciemności tego świata”. To jest Księga Jozuego. Następnie następuje opowieść o grzechach wybranego ludu Bożego, których przyczyną było to, że zaczęli zawierać sojusze z Kananejczykami, zamiast ich zniewalać. To jest Księga Sędziów. Następnie – w Księgach Królewskich – przed naszymi oczami pojawiają się różne formy rządów, począwszy od pierwszego powstania najwyższej władzy w Izraelu, aż do jej ostatecznego upadku, ponieważ jako kara za grzechy wybranego ludu Bożego, zostaje on oddany w ręce władzy Babilon. Poznawszy wszystkie te smutki i hańbę, widzimy wielu „sprawiedliwych” spośród „wybranych”, którzy starają się, każdy na swój sposób, ocalić lud Izraela w jak największym stopniu. Niektórzy z nich, jak Ezdrasz, wracają do swojej ojczyzny, aby odbudować Świątynię Jerozolimską, czyli przywrócić kult prawdziwego Boga; inni, jak Nehemiasz, powracają, aby za zgodą pogan odbudować mury miejskie, jako swego rodzaju symulakrum dawnej struktury państwowej. Wreszcie, w Księdze Estery widzimy lud Boży ponownie w niewoli, ale teraz zbawiony przez Bożą Opatrzność, chociaż w całej księdze (i to bardzo charakterystyczny znak) imię Boga nie pojawia się ani razu. Nie jestem daleki od doradzania ci uciekania się do tak dziwnych sztuczek, jak te, które wymyślił cytowany powyżej genialny pisarz, który uległ swoim mistycznym skłonnościom. Niemniej jednak będziesz czytał Słowo Boże z o wiele większym zainteresowaniem, jeśli uważnie przeanalizujesz zarówno ogólny układ ksiąg biblijnych, jak i ich kolejność w odniesieniu do wydarzeń typologicznych i osób. Co więcej, sztukę wykorzystywania takich technik można z powodzeniem zastosować wprezentacja wielkichmającyuniwersalne znaczenie prawd zawartych w pojedynczych, małych wydarzeniachMoże to być zarówno pouczające, jak i budujące. Wszystko zależy od perspektywy, jaką przyjmiemy. Wśród licznych faktów biblijnych można odkryć ważne prawa i uniwersalne wskazówki, być może nigdzie indziej nie wyrażone tak jasno jak tutaj. Rozważmy na przykład przykłady przytoczone przez znanego kaznodzieję N.N.: „Zmiażdżyłeś głowę Lewiatana, dałeś go na żer mieszkańcom pustyni” (Psalm 74,14). Wyciągnij z tego lekcję, że najwięksi wrogowie czcicieli Pana zostaną zniszczeni, a pamięć o takich cudach powinna służyć jako pocieszenie dla wiernych. Również: „Wtedy Debora, piastunka Rebeki, umarła i została pochowana pod Betel, pod dębem, który Jakub nazwał dębem żałoby” (Rdz 35,8). Tutaj, według Mojżesza, opowiada się nam o dobrych, wiernych, starych sługach i nieuchronności śmierci. Słowa: „I rzekli słudzy królewscy do króla: My, słudzy twoi, uczynimy wszystko, co się podoba panu mojemu, królowi” (2 Sm 15,15) – te słowa słusznie mogą być powtarzane przez chrześcijan w odniesieniu do Chrystusa. Ale gdyby ktokolwiek krytykował tego rodzaju interpretację, tak skutecznie i mądrze zastosowaną przez pana Yau, nie trzeba by na nią zwracać uwagi. Pomimo moich ograniczonych możliwości, uczyniłem to samo, a wiele przykładów podobnych esejów kaznodziejskich można zapożyczyć z mojej małej książeczki zatytułowanej „Perłowe krople rosy”, napisanej z myślą o wiernej modlitwie. Everard podaje nam interesujący przykład pięknego kazania w swoim dziele „Gospel Treasury”. Tekst pochodzi z Księgi Jozuego (15,16-17): „Kaleb rzekł: «Ktokolwiek zdobędzie Kiriat-Sefer i je zdobędzie, dam mu Achsę, córkę moją, za żonę». Otniel, syn Kenaza, brata Kaleba, wziął go i dał mu Achsę, córkę swoją, za żonę”. Kazanie opiera się na tłumaczeniu hebrajskich imion własnych zawartych w tych wersetach. Czyż nie jest to również najlepszy sposób na pokazanie, że zgłębiamy głębsze znaczenie Pisma Świętego, a nie tylko rozwodzimy się nad słowami lub literami Boskiej Księgi? Wyjaśnienie i doprecyzowanieprzypowieściPosługa Zbawiciela oferuje szerokie pole do objawienia głębokiego, mistycznego i ekonomicznie konstruktywnego zbudowania dla naszych słuchaczy. Ale jeśli to nie wystarczy, pozostają nam cuda Zbawiciela, nie mniej bogate w symboliczną treść. Niewątpliwie te cuda to te same kazania naszego Pana Jezusa Chrystusa, tylko spełnione w rzeczywistości. Posiadamy Jego „słowne” kazania w Jego niezrównanym nauczaniu i Jego „aktywne” kazania w czynach Jego ziemskiego życia. W tym względzie praca N.N. nad cudami Zbawiciela może być dla ciebie bardzo pomocna. Wszystkie chwalebne czyny naszego Pana zawierają w sobie bogate zbudowanie dla nas. Weźmy na przykład historię uzdrowienia głuchoniemego przez Zbawiciela. Jakże wiele zbudowania przedstawia ten cud! I jest to w pełni uzasadnione. Jako przykład wskażmy, jakie myśli mogą zostać objawione kaznodziei w tym przypadku. „Jezus wziął go na bok, z dala od tłumu” – dlatego dusza ludzka musi się skupić i poznać siebie w samotności i ciszy. „Włożył palce w jego uszy”, aby wskazać źródło swojej choroby, a grzesznicy muszą przede wszystkim rozpoznać swój grzeszny stan. „Splunął” – Ewangelia jest najprostszym sposobem otrzymania łaski, a grzesznik pragnący zbawienia musi się ukorzyć, jakby się przed nią uniżył. „Dotknął jego języka” – to ponownie, aby wskazać miejsce choroby; poczucie naszego duchowego ubóstwa powinno się w nas jeszcze bardziej pogłębić. „Spojrzał w niebo” – w ten sposób Chrystus przypomniał cierpiącemu, że jego uzdrowienie może przyjść tylko z góry, prawdę, o której musi pamiętać każdy, kto potrzebuje jakiegokolwiek uzdrowienia. „Westchnął” – i w ten sposób pokazał, że współczucie i litość wielkiego Lekarza są źródłem naszego zbawienia. „I rzekł do niego: «Effatha, to znaczy: otwórz się» – to znaczy, że wielka moc łaski natychmiast, całkowicie i na zawsze udziela uzdrowienia chorym. Podążając za przykładem tej interpretacji cudu uzdrowienia głuchoniemego, rozważ inne cuda Chrystusa, a zobaczysz na własne oczy, że cuda Chrystusa są niczym wielka galeria sztuki, pełna najgłębszych myśli, uczuć i nadziei. Niech jednak wszyscy, którzy podejmują się interpretacji cudów, przypowieści i archetypów, pamiętają, że do tej kwestii należy podchodzić z najwyższą ostrożnością i rozwagą. W tej sali, gdzie wciąż stoi ambona N.N., jego imię powinno być zawsze wspominane z szacunkiem i czcią. Niemniej jednak jego interpretacja przypowieści o synu marnotrawnym wydaje mi się zupełnie absurdalna… Uczony interpretator zapewnia nas, że „tuczone cielę” oznacza Pana Jezusa Chrystusa! Spotkanie z tak wypaczoną interpretacją jest wręcz przerażające. Jego interpretacja przypowieści o miłosiernym Samarytaninie jest dokładnie taka sama. Zwierzę, na którym spoczywa ranny człowiek, jego zdaniem, to ponownie Pan Jezus, a dwa denary wręczone przez miłosiernego Samarytanina jego panu symbolizują Stary i Nowy Testament, czyli przykazania chrztu i komunii… Mimo to ludziom o niezwykłym talencie poetyckim i subtelnej, chrześcijańskiej duszy, takim jak N.N., można pozwolić na pewną swobodę w stosowaniu duchowej interpretacji Pisma Świętego. Czy czytaliście, panowie, jego duchową interpretację znaczenia Świątyni Salomona? To niezwykłe dzieło, pełne błyskotliwych myśli, choć nieco sztuczne. Weźmy na przykład jedno z jego wyjaśnień i zobaczmy, jak pouczające jest. Weźmy na przykład jego interpretację „składanych połówek drzwi świątyni”. Mówi on: „Te drzwi miały dwie złożone połówki, które, jak już zauważyłem powyżej, mają szczególne znaczenie. Ze względu na taką konstrukcję drzwi łatwo popełnić błąd, zwłaszczanowo nawrócony chrześcijanin; może sobie wyobrażać, że całe wejście jest przed nim otwarte, ale w rzeczywistości otwarta jest tylko jego część. Te drzwi nigdy nie zostały przez nikogo całkowicie otwarte, ponieważ nikt nigdy nie kontemplował pełni skarbów ukrytych w Chrystusie. Dlatego mówię: wszyscyprzybyszNawrócony (do tych drzwi), sądząc po tym, co widzi przed sobą, może łatwo się pomylić i bardzo się obawiać, że nie przejdzie przez te drzwi. Co na to powiesz, młody spowiedniku? Czyż to nie stan twojej duszy? I czyż nie dlatego, że uważasz się za zbyt „grubego” dla tych drzwi, czyż nie dlatego, że…wypełniony twoimi grzechami! Lecz, grzeszniku! Nie lękaj się, te drzwi mogą się przed tobą otworzyć. Dlatego jeśli zbliżyłeś się do tych drzwi i myślisz, że są zbyt ciasne, by cię wpuścić, to „pukaj, a otworzą ci”. Pukaj, a zostaniesz wpuszczony (Łk 11,9; J 6,37). Tak więc – kimkolwiek jesteś – przyszedłeś do drzwi, których pierwowzorem były drzwi świątyni Salomona. Nie ufaj swoim pierwszym wrażeniom; nie daj się zwieść, uwierz, że przed tobą stoi niewysłowiona, bezgraniczna łaska Pana. Uwierz, że przed tobą jest Chrystus Zbawiciel. Nie wiesz jeszcze, co ci da Chrystus, bo to są drzwi składane. Pan„On może uczynić o wiele więcej, niż prosimy albo o czym myślimy, według mocy działającej w nas”.(Ef. 3:20). Zawiasy, na których wiszą te drzwi, są ze szczerego złota; ma to nam pokazać, że poruszają się z miłością. Drzwi prowadzące do Pana wiszą na złocie. Słupy, na których przymocowane są te zawiasy, są z drewna oliwnego, aby pokazać nam, że te drzwi nigdy nie powinny poruszać się z trudem ani zbyt wolno, jak to się dzieje z drzwiami bez oliwy. Zawsze otwierają się łatwo tym, którzy do nich pukają. Z tego również widzimy, że Ten, który mieszka w tej świątyni, chętnie wyciąga do nas pomocną dłoń, kocha nas i z życzliwym sercem czyni nam dobro. „Ja”, mówi Pan, „będę się nimi radował, dobrze im czyniąc i osadzę ich mocno na tej ziemi z całego serca swego i z całej duszy swojej” (Jr. 33:41). Olej łaski, który symbolizują te kolumny z drewna oliwnego, jest powodem, dla którego drzwi do nich przymocowane otwierają się przed grzeszną duszą całkiem łatwo i swobodnie”. Mówiąc dalej o tym, że drzwi te zostały wykonane z drewna świerkowego, N.N. zauważa: „Świerk to drzewo, które służy jako domnieczystydo ptaka - bociana, tak jak Chrystus jest dachem i schronieniem grzesznika. Bocian, jak powiedziano w psalmach, mieszka na jodłach; a Chrystus mówi do grzeszników szukających schronienia: przyjdźcie do mnie - a znajdziecie odpoczynek. Pan jest naszą obroną, naszą ucieczką w dniach smutku (5 Mojżesz 14:18; 3 Mojżesz 11:19; Psalm 104:17; 74:2-3; Mt 11:27-28; Hbr 6:17-20). W dziele: „Mieszkanie w Libanie” N.N. również bardzo skutecznie wyjaśnia wiele z tego, co zewnętrzne, w czysto duchowym sensie. Trzy rzędy piętnastu filarów wydają mu się nierozwiązywalną zagadką, ale on ją również przezwycięża. N.N. jest królem i głową wśród alegorycznych kaznodziejów. Dlatego nie powinniśmy schodzić za nim w głębiny typologicznej i symbolicznej mądrości. Był niezawodnym i zręcznym pływakiem; brodzimy jedynie w morzu oświecenia i nie powinniśmy zapuszczać się na większe głębokości, niż jesteśmy przeznaczeni. Kończąc ten rozdział, nie mogę się powstrzymać od podania jeszcze dwóch lub trzech przykładów duchowej interpretacji Pisma Świętego z początków mojej posługi kaznodziejskiej. Nigdy nie zapomnę kazania, które usłyszałem od mojego sąsiada ze wsi. Usłyszałem je z jego własnych ust i mam nadzieję, że takie kazanie nigdy więcej nie zostanie wygłoszone… Tekst brzmiał: „Nocny sowa, sowa i kukułka”. W końcu to niewiele.tworzywoTymi słowami... Ja też tego tu nie znalazłem. Ale kaznodzieja miał w tej sprawie inne zdanie. Zwrócił uwagę, że ptaki te są uważane za nieczyste przez prawo (Mojżeszowe) i dlatego służą jako prototypy naszych grzechów. Nocne marki to przebiegli, chytrzy oszuści, podrabiający produkty odżywcze i próbującyniezauważalnysposób, nie tracąc pozorów uczciwości, oszukać sąsiadów. Ptaki, które nazywałTylkoSowy, to pijacy, którzy oddają się swoim nałogom najchętniej nocą, a w dzień – w dzień są tak senni, że niczym sowy uderzają głowami o napotkane latarnie… Są też sowy wśród tych, którzy udają chrześcijan… Sowa, jeśli ją oskubać, okazuje się małym ptakiem; wydaje się duża tylko dzięki piórom. Podobnie tzw.ChrześcijanieKryją się jedynie za piórami i gdyby pozbawić je ich chełpliwej elokwencji, niewiele by z nich zostało. Co do kukułek, to są one niczym więcej i niczym mniej niż duchowieństwem Kościoła anglikańskiego, nieustannie śpiewającym tę samą pieśń za każdym razem, gdy muszą otworzyć usta w kościele. To ludzie, którzy żyją na koszt kościoła, jak kukułka siedząca na cudzych jajkach… Kukułkami są również ci chrześcijanie – powiedział kaznodzieja, o ile się nie mylę – którzy opowiadają się za wolną wolą… Cóż, czyż ten kaznodzieja niewiele wyciągnął ze swojego tekstu?! Ten sam czcigodny pastor wygłosił kolejne, równie zdumiewające, ale jeszcze bardziej oryginalne i „budujące” kazanie, którego ci, którzy go wysłuchali, nigdy nie zapomną do końca życia… Jego tekst brzmiał: „Leniwy nie piecze swojej zwierzyny” (Prz 12,27). Poczciwy starzec pochylił się nad kazalnicą i powiedział: „Jakiż to leniwy człowiek!”. To był wstęp. Potem kontynuował: „Poszedł na polowanie, po wielu trudach złapał zająca, ale był tak leniwy, że nawet go nie upiekł!” Doprawdy, był strasznym leniuchem!" Poczciwy człowiek próbował przez kilka minut pokazać nam, jak śmieszne jest takie lenistwo, po czym kontynuował: „Ale o tobie można powiedzieć to samo, co o tym człowieku, ponieważ postępujesz dokładnie tak samo. Słyszysz na przykład, że przybywa słynny londyński kaznodzieja z kazaniem, zaprzęgasz konia i jedziesz cztery lub pięć mil, żeby go posłuchać. Ale po wysłuchaniu jego kazania zupełnie zapominasz o tym, by z niego skorzystać. Złapałeś zająca, ale go nie upiekłeś; «Polowałeś na prawdę, ale jej nie przyjąłeś». Następnie zwrócił uwagę, że tak jak jedzenie wymaga wstępnego przygotowania, aby mogło zostać prawidłowo przyswojone przez organizm fizyczny, tak i prawda musi przejść pewien proces, aby mogła zostać z pożytkiem przyjęta przez ludzki duch. Powiedział, że chce pokazać, jak „gotować” lub „smażyć”, czyli przygotować kazanie… i zrobił to w bardzo pouczający sposób. Zaczął tak, jak zwykle zaczynają w książkach kucharskich: „Po pierwsze, weźmy zająca”… Więc zaczął: „Po pierwsze, znajdź prawdziwe kazanie ewangeliczne”. Następnie wyjaśnił, że nie wszystkie kazania są warte takich poszukiwań, że dobre kazania zdarzają się bardzo rzadko, ale że warto poświęcić trochę czasu na wędrowanie, aby znaleźć solidne kazanie. Kiedy w końcu je znajdziesz, znajdziesz w nim wiele elementów, które z powodu duchowej niedoskonałości autora okażą się bezużyteczne i trzeba je usunąć. Dodał, że powiedział, iż należy je należycie przeanalizować i że nie należy wierzyć każdemu słowu autora, kimkolwiek by on nie był… Następnie podał wskazówki, jak „upieczyć” kazanie. Powiedział, że należy je „naoliwić” w pamięci, przewrócić na rożnie refleksji, upiec nad ogniem rozpalonym przez nasze serca – i dopiero wtedy będzie przygotowane i nadaje się do duchowego użytku. Podaję tu jedynie nikły zarys tego, co usłyszeliśmy z ust tego kaznodziei. Choć może się to wydawać zabawne, ci, którzy wówczas słuchali kazania, wcale go nie uznali za zabawne. Było pełne alegorycznych porównań i od początku do końca trzymało słuchaczy w napięciu. – „Jak się masz, drogi Panie X?” – zapytałem pewnego ranka autora tego kazania. – „Och, jestem tak zdrowy, jak to tylko możliwe w moim wieku” – odpowiedział – „ale czuję, że słabną mi siły”. – „Mam nadzieję, że jeszcze długo będziesz zdrowy i że, jak Mojżesz, zejdziesz do grobu z zachowaną zarówno „siłą”, jak i wzrokiem”. – „Bardzo dobrze, drogi przyjacielu” – odpowiedział mi starzec – „ale przede wszystkim należy zauważyć, że Mojżesz wcale nie zszedł do grobu, lecz wszedł na górę, aby tam umrzeć; a potem – jaki jest prawdziwy sens twoich słów? Dlaczego „wzrok Mojżesza” nie był przyćmiony?” „Cóż” – odpowiedziałem cicho – „myślę, że dlatego, że jego właściwy styl życia i spokój ducha pomogły mu przetrwać starość”. „To z pewnością prawda” – zauważył – „ale nie o tym mówię;duchowyJaki jest sens tego wszystkiego? Myślę tak: Mojżesz jest samym prawem; i jakiż chwalebny koniec dał mu Pan, gdy osiągnął szczyt, który ukoronował całe jego dzieło! Jakże wszystkie trudności jego drogi zostały złagodzone i zniweczone za pierwszym dotknięciem ust Boga! I – zwróćcie na to uwagę – powodem, dla którego to prawo już nas nie potępia, nie jest to, że jego wizja jest przytępiona, by nie widzieć naszych grzechów, ani to, że wyczerpała się jego siła potępiania i karania nas, ale to, że sam Chrystus wyniósł je na szczyt góry i przygotował mu tak chwalebny koniec. Taki był jego typowy sposób mówienia i jego typowa metoda głoszenia. Niech jego prochy spoczywają w pokoju! W młodości pasł owce, a w późniejszych latach był duchowym pasterzem ludzi; i, jak mi powiedział, doszedł do przekonania, że pierwsi z jego trzody nie byli bardziej głupi niż „ostatni”… Dusze, które poprowadził do nieba, były tak liczne, że myśląc o nich, możemy porównać się do tych, którzy widzieli, jak chromy człowiek zaczyna chodzić i „skakać” dzięki modlitwom Piotra i Jana. Chcieliby krytycznie odnieść się do jego uzdrowienia, ale „widząc uzdrowionego człowieka” stojącego z Piotrem i Janem, „nie mogli nic powiedzieć”. Na tym zakończę ten wykład. Raz jeszcze wyrażam opinię, że kaznodzieje, kierujący się zdrowym rozsądkiem i dobrym smakiem, mogą, z korzyścią dla naszych słuchaczy, stosować duchową interpretację Pisma Świętego w swoich kazaniach; a przynajmniej mogą w ten sposób wzbudzić i podtrzymać ich zainteresowanie. A uchylenie choćby jednego skrawka zasłony nad niezmierzoną i niewyczerpaną otchłanią odwiecznej mądrości Pisma Świętego – czyż nie jest to praca godna wszelkiej uwagi kaznodziei? Wykład 8O głosieNasza pierwsza zasada dotycząca głosu brzmi: nie polegaj na nim zbytnio i pamiętaj, że najlepszy głos jest bezużyteczny, jeśli nie masz nic do powiedzenia słuchaczom. Każdy głos, jakkolwiek wyćwiczony, jeśli nie przekazuje słuchaczom wielkich i ważnych prawd, będzie jak dobrze prowadzony, ale całkowicie pusty powóz. Demostenes miał rację, dzieląc dobre przemówienia na pierwsze, drugie i trzecie; ale jak można docenić przemówienie, które nic nie zawiera? Człowiek z najpiękniejszym głosem, ale pustą głową i bez serca, będzie jedynie „głosem na pustyni”. Taka osoba może błyszczeć w chórze, ale będzie zupełnie bezużyteczna na ambonie. Głos Whitefielda, pozbawiony duchowej mocy nad sercami i umysłami słuchaczy, nie wywarłby na nich trwalszego wrażenia niż smyczek Paganiniego. Nie jesteście śpiewakami, lecz kaznodziejami; wasz głos jest czymś podrzędnym; nie chełpcie się nimi ani nie przechwalajcie się nimi, jak to robi wielu. Trąbki nie muszą być ze srebra; Róg barani wystarczy. Muszą jednak być odporne na brutalne traktowanie, bo są przeznaczone na pole bitwy, a nie dla przyjemności ucha w salonie. Ale z drugiej strony, ani jedno, ani drugiezaniedbaj swój głos, ponieważ jego moc i piękno mogą znacząco wzmocnić pożądany wpływ kazania. Platon, opisując siłę i siłę elokwencji, wspomina również o głosie mówcy. „Mowa i ton mówcy brzmiały tak donośnie” – mówi – „że dopiero trzeciego lub czwartego dnia oprzytomniałem i uświadomiłem sobie, że jestem na ziemi, gdyż przez jakiś czas byłem gotów uważać się za mieszkańca krain niebieskich”. Wiele cennych prawd zazwyczaj ginie w monotonnej lekturze. Słyszałem kiedyś szanowanego kaznodzieję, który mamrotał swoje kazanie tak żałośnie, że nie mogłem się powstrzymać od porównania jego mowy do brzęczenia pszczoły, która wleciała do statku. Chociaż to porównanie nie jest zbyt istotne, jest prawdopodobne. Wciąż dźwięczy mi w uszach, niczym parodia elegii Graya: „Temat kazania zanika i znika, a wokół panuje senna cisza; pastor monotonnie odmawia wieczorną modlitwę, ale ani jedno oko nie czuwa wśród zgromadzonych”. I jaka szkoda, że człowiek, którego nauki były tak cenne i pięknie wyrażone, zadał śmiertelny cios własnej pracy, grając tylko na jednej strunie, skoro Pan dał mu w tym celu cudowny, wielostrunowy instrument. Och, ten nieszczęsny głos! Grzechotał jak koło młyńskie, zawsze z tym samym, dalekim od muzyki wyrazem, bez względu na to, o czym mówił jego właściciel: niebo czy piekło, życie wieczne czy wieczne męki! Tylko od czasu do czasu jego dźwięk wznosił się lub opadał – zależnie od długości zdania – ale jego ton pozostawał ten sam. Dziwna pustynia dźwięków, surowa, dzika pustynia, gdzie słychać tylko wycie wiatru, gdzie nie ma wytchnienia, rozmaitości, muzycznego piękna, a panuje tylko straszliwa, nużąca monotonia. Kiedy wiatr dotyka strun harfy eolskiej, wprawia je wszystkie w ruch. Jednak niebiańskie tchnienie, przenikające duszę człowieka, zazwyczaj działa tylko na jedną, najbardziej rozstrojoną strunę… I tylko działanie łaski może wyjaśnić, co…odbieraćMimo to słuchacze czerpią pewne korzyści z tego niekończącego się „zamieszania”, jakie im stwarzają niektórzy teologowie. Wydaje się, że bezstronny sąd całkowicie uniewinniłby tych, którzy zasypiają podczas takiego kazania, usypiając słuchaczy jego nużącą monotonią. N.N. przypisuje senność wiernych jednej parafii w Szkocji złej wentylacji w ich kościele. Jest to z pewnością możliwe, ale wydaje się, że główną przyczyną jest zły stan przewodów wentylacyjnych w gardle kaznodziei. W imię wszystkiego, co święte, błagam was, bracia, dzwońcie we wszystkie dzwony waszej dzwonnicy i nie ogłuszajcie słuchaczy brzękiem jednego, żałosnego, zepsutego dzwonu. Jeśli chcesz, aby Twój głos zyskał uwagę, na jaką zasługuje, touważaj, żeby nie wpaść w tak powszechną dziś afektacjęW dzisiejszych czasach zaledwie co dwunasty kaznodzieja przemawia „jak człowiek”, stojąc na ambonie. I ta afektacja nie ogranicza się do protestantów. Abbé Mulloy mówi: „Wszędzie, w każdym miejscu słyszymy ludzi rozmawiających. Rozmawiają na sali sądowej i w parlamencie, ale na ambonie przestają „mówić”. Panuje tu szczególna, nienaturalna intonacja. Taki sposób mówienia jest dozwolony tylko w świątyni, a tutaj, niestety, jest powszechny; w żadnym innym miejscu nie byłby tolerowany. Co powiedzieliby o człowieku, który ośmieliłby się mówić tonem kaznodziei w salonie? Oczywiście, wzbudziłby tylko śmiech. Jakiś czas temu w Panteonie był pewien dozorca, który, objaśniając zwiedzającym piękno zabytków, wpadał w ton naszych kaznodziejów, co nieustannie wzbudzało wesołość słuchaczy, których bardziej bawił sposób jego mówienia niż sam przedmiot jego wyjaśnień. Człowiek, który nie potrafi mówić w sposób prawdziwy i naturalny, nie powinien wchodzić na ambonę. Choć stąd przynajmniej należy wypędzić wszystko, co fałszywe… W naszej całkowitej nieufności musi nadejść czas, by wyrzec się wszystkiego, co fałszywe. A najlepszym sposobem na wyleczenie tej afektacji jest częstsze słuchanie takich monotonnych kaznodziejów. Można się poczuć tak silnie zniesmaczonym ich sposobem mówienia. głosząc, że człowiek wolałby raczej całkowitą ciszę niż ich naśladować. Od chwili, gdy człowiek porzuca prawdomówność i naturalność, traci prawo do zaufania i nie może żądać, by go nadal słuchano. „Wejdźcie do wszystkich okolicznych kościołów i kaplic, a wszędzie zobaczycie, że w większości przypadków nasi kaznodzieje przyjmują jakiś szczególnie uroczysty, niedzielny ton. Mówią swoim zwykłym głosem w domu i wszędzie; ale na ambonie mają zupełnie szczególny głos, tak że nawet jeśli nie są winni grzechu dwujęzyczności, tutajOnidosłowniedwujęzycznyNiektórzy z nich całkowicie się zmieniają i przybierają formalny wygląd, gdy tylko drzwi ambony zamykają się za nimi. Tacy kaznodzieje mogą niemal powiedzieć za faryzeuszami, że nie są tacy jak inni ludzie, choć bluźnierstwem byłoby z ich strony dziękować za to Bogu. Wstąpiwszy na ambonę, nie są już zwykłymi ludźmi z krwi i kości i nie mówią już jak ludzie, lecz wydają jakieś brzęczące dźwięki, przerywane okrzykami „Hm, tak…” i tak dalej, a wszystko to tylko po to, by odrzucić wszelkie podejrzenia, że można być całkowicie naturalnym i mówić z głębi serca… Jak często wydaje się, że to nie duchowa szata, przeznaczona do nabożeństwa, okrywa mówcę, lecz całun, pod którym kryje się jego prawdziwa osobowość, oznaka martwego formalizmu, niestosownego dla godności kaznodziei. Istnieją dwa sposoby wygłaszania kazań, które z łatwością rozpoznasz, bo słyszałeś je już wiele razy. Jeden to pełen zarozumiałości, że tak powiem, profesorski, pompatyczny, górnolotny styl. Ta metoda staje się coraz rzadsza, choć wciąż ma wielu zwolenników. (Tutaj twórca tych wykładów dał słuchaczom wizualną próbkę, wygłaszając…podobny(jak wiersz, którego nie da się przekazać na papierze). Pewnego razu, gdy czcigodny kaznodzieja tak rozsiewał swoje kazania, mężczyzna w środku kościoła zauważył sąsiadowi, że wydaje mu się, jakby kaznodzieja „połknął wielką bryłę owsianki”. – „Nie, Fred” – odpowiedział sąsiad – „jeszcze jej nie połknął, wciąż mu się gotuje w ustach!”. Wyraźnie wyobrażam sobie Johnsona przemawiającego w podobny sposób w Marsh Court i całkiem możliwe, że ten uroczysty ton, jakby zstąpił z Olimpu, może podobać się ludziom, którzy posiadają go z natury. Ale ty zrezygnujesz z niego na zawsze na swojej ambonie. Jeśli jest naturalny, nic nie można mu zarzucić. Ale jeśli jest sztuczny, obraża poczucie przyzwoitości; a w każdym razie każde naśladowanie na ambonie kościelnej graniczy z poważnym przestępstwem. Istnieje jeszcze inny sposób głoszenia kazań i proszę, nie wyśmiewajcie go tutaj. To osobliwy sposób głoszenia, który dąży do wielkiej wyrafinowania, ale w rzeczywistości jest niezwykle afektowany, afektowany, że tak powiem, biegnący na krótkich nogach, zniekształcony do granic absurdu. Nie znam innego sposobu, by go opisać. Wszyscy mieliśmy szczęście słyszeć takie kazania, wygłaszane z przetoką i niewiarygodną afektacją. Tych „manier” jest wiele. Słyszałem ich wiele, od pełnych treści kazań, takich jak Johnsona, po te najbardziej subtelne, pełne najlżejszego „szlachetnego” szeptu; od ryku wołów Baszanu po zwiewny bełkot zięby. I łatwo było mi prześledzić genealogię niektórych z tych naszych współkaznodziejów; dowiedziałem się, jak oni po raz pierwszy wymyślili takie sposoby głoszenia. Ich drzewo genealogiczne można by odczytać w następujący sposób: Ćwierkaj-ćwierkaj, syn Szeptu, syn Afektowanego Głupca, syn Elegancka, syn Afektacji; albo Sztywny, syn Wspaniałego, syn Wspaniałego, który miał wielu synów... Ale zrozumcie mnie dobrze: nie potępiam nawet tych straszliwych potoków dźwięków, jeśli są naturalne. Każdy ptak śpiewa na swój sposób; ale w dziewięciu przypadkach na dziesięć te środki wyrazu są nienaturalne i sztuczne. Jestem pewien, że mają one, że tak powiem, charakter Wieży Babel, a nie dialektu jerozolimskiego, bo język „Jerozolimy”, jakkolwiek osobliwy by nie był, brzmi na ambonie tak samo, jak gdziekolwiek indziej. Nasz przyjaciel z tej szkoły, oczywiście, nigdy nie słyszał, żeby ktoś powiedział tak uroczystym tonem w salonie: „Bądź tak dobry i daj mi jeszcze jedną filiżankę herbaty; i z cukrem, proszę!”. Wydawałby się bardzo śmieszny, gdyby to zrobił; Ale dlaczego zatem to, co nie jest dozwolone w salonie, jest dozwolone na ambonie kościelnej? Twierdzę, że najpiękniejsze dźwięki, jakie może wydawać ludzki głos, powinny być poświęcone głoszeniu ewangelii. A to właśnie dźwięki natura dała człowiekowi do poważnych rozmów. Ezechiel służył swemu Panu najdźwięczniejszymi dźwiękami, na jakie go stać, a Pan rzekł do niego: „Oto jesteś dla nich jak miły śpiewak, o miłym głosie i dobrze grającym” (Ez 33,32). I choć nie miało to wpływu na twarde, kamienne serce Izraela, to jednak było całkowicie właściwe, aby prorok głosił słowo Pańskie najpiękniejszymi dźwiękami swojego głosu i w najprzyjemniejszy sposób. Następny,Każdy, kto ma w głosie jakieś nieprzyjemne cechy, powinien je w miarę możliwości poprawić(John Wesley mówi: „Strzeż się wszystkiego, co osobliwe, afektowane w gestach, wymowie czy akcencie”). Przyznaję, że łatwiej tego nauczyć niż praktykować. Ale na początku swojej kariery kaznodziejskiej młodzi ludzie wciąż potrafią pokonać te trudności. W końcu, czasami przyjeżdżając tu prosto ze wsi, często zdają się przywozić ze sobą aromaty tej czy innej miejscowości. A w mowie występują również szczególne odcienie, specyficzne prowincjonalizmy, które nietrudno rozpoznać. Trudno wyjaśnić przyczynę tego zjawiska, ale wiadomo, że w niektórych angielskich hrabstwach krtanie mieszkańców są tak zbudowane, że wydają się jakby zatkane; w innych ich głosy brzmią z jakimś nieprzyjemnym metalicznym odcieniem. Te naturalne osobliwości głosu mogą być piękne na swoim miejscu, ale ja ich wcale nie lubię. Należy dążyć za wszelką cenę do uwolnienia się na przykład od ostrych, piskliwych, piskliwych dźwięków, a także od stłumionej, nieartykułowanej wymowy, w której żadne słowo nie jest w pełni wymawiane, a raczej stanowi rodzaj gulaszu rzeczowników, przymiotników i czasowników. Równie nieodpowiedni jest „język duchów” lub „język widm”, którym posługujemy się, mówiąc bez poruszania ustami, niczym brzuchomówcy. „Grobowy głos jest dobry dla grabarza, ale głuchy jęk jeszcze ani jednego Łazarza z grobu nie wywołał. Najpewniejszym sposobem na zabicie mowy jest mówienie gardłem, a nie ustami. Takie nadużycia są straszliwie karane przez samą naturę; lepiej uniknąć tej kary od samej natury, unikając przestępstwa przeciwko niej. Być może warto tu również zwrócić uwagę na nawyk przerywania mowy częstymi wykrzyknieniami: „Hm” i „ech”, których również należy starannie unikać. Nie ma najmniejszej potrzeby tych wykrzyknień i choć trudno się ich oduczyć, to jednak ty, który dopiero zaczynasz swoją posługę kaznodziejską, musisz pilnie walczyć z tymi niewolniczymi kajdanami. Należy nawet zauważyć: kiedy zaczynasz mówić, otwórz szeroko usta, ponieważ bardzo często niewyraźne mamrotanie zależy jedynie od tego, że twoje usta pozostają na wpół zamknięte. Nie na próżno ewangelista napisał o Panu: „Onotworzył usta i ich nauczałOtwórzcie szerzej drzwi, z których muszą wyjść tak wielkie prawdy. Unikajcie, bracia, używania nosa jako narządu mowy. Najwybitniejsze autorytety zgadzają się, że nos jest jedynie narządem węchu. Był czas, kiedy takie nosowe dźwięki uważano za ortodoksyjne, ale w naszym zdegenerowanym pokoleniu dobrze zrobicie, jeśli będziecie ściślej podążać za wskazówkami natury i pozostawicie usta ich przeznaczeniu, nie ingerując w narząd węchu. Jeśli wśród obecnych tu studentów jest jakiś Amerykanin, niech mi wybaczy, że zwróciłem mu na to szczególną uwagę. Unikajcie również nawyku naśladowania osób, które nie potrafią wymówić litery „r”. Czasami zdarzają się osoby obdarzone wyjątkowo atrakcyjnym, lekko sepleniącym głosem. To nie może wyrządzić wielkiej szkody.jeśli kaznodzieja jest niski i przystojny sam w sobie, ale może go całkowicie zniszczyć, jeśli na zewnątrz jest odważny i silny. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby św. Eliasz czułyszeptałJego potępienia Achaba, czy apostoła Pawła, przyjemnym głosem wygłaszały pięknie dobrane, piękne frazy na głównym placu Aten. Łagodne, pełne łez spojrzenie i lekko zająknięta mowa potrafią być bardzo wzruszające. Niektórzy ludzie mają naturalną skłonność do takiego stanu i często się w nim znajdują. Ale dla nas naśladowanie takich ludzi jest zupełnie bezużyteczne – delikatnie mówiąc – całkowicie bezcelowe. Mów tak, jak uczy cię twoja natura, a postąpisz słusznie; ale tylko jeśli będzie to natura wyrafinowana, a nie prymitywna, nieokrzesana. Demostenes, jak wiesz, ciężko pracował nad swoim głosem, a Cycero, który z natury miał słabe zdrowie, odbył nawet długą podróż do Grecji, aby rozwinąć swój talent oratorski. Mamy nieporównywalnie ważniejsze zadania niż ci starożytni mówcy, więc starajmy się nie mniej niż oni, aby odnieść sukces i wyróżnić się w naszej pracy. „Zabierz mi wszystko” – powiedział Grzegorz z Nazjanzu – „ale zostaw mi elokwencję, a nie będę żałował podróży, które podjąłem, aby ją zgłębić”. Zawsze mów tak, aby wszyscy mogli cię usłyszeć.Znam mężczyznę, który waży 200 funtów. Powinien mówić tak głośno, żeby wszyscy słyszeli go z daleka, ale jest tak haniebnie leniwy, że ledwo go słychać w pierwszym rzędzie w jego małym kościele. Jaki pożytek z kaznodziei, którego nikt nie rozumie? Taki człowiek powinien, przynajmniej ze skromności, ustąpić miejsca innym, którzy lepiej nadają się do wypełnienia tego zaszczytnego powołania.posłaniec BogaNiektórzy mówią wystarczająco głośno, ale nie dość wyraźnie. Ich słowa przylegają do siebie. Zdają się przeskakiwać, pochłaniając się nawzajem. Wyraźna wymowa jest o wiele ważniejsza niż taki wyścig. Każde słowo musi mieć swój właściwy rytm i nie wolno go okaleczać ani łamać mu nóg w pośpiechu. Bardzo nieprzyjemnie jest słyszeć ciche, niewyraźne mamrotanie osoby, której płuca najwyraźniej są stworzone do głośnej, wyraźnej mowy. Z drugiej strony, kaznodzieja może krzyczeć, ile chce, a i tak nikt go dobrze nie zrozumie, jeśli nie będzie umiał zrównoważyć słów. Niedobrze jest mówić zbyt wolno. Może to mieć nieprzyjemny wpływ na niektórych słuchaczy o żywym temperamencie. Nie da się słuchać z przyjemnością człowieka, który potrzebuje całej godziny, aby przejść ćwierć mili. Jedno słowo dzisiaj, a drugie jutro – to tortura, którą znieść mogą tylko męczennicy. Ale zbyt pospieszne wypowiadanie, żarliwość i turbulencje w mowie są równie niewybaczalne. Takie kazania mogą zrobić wrażenie tylko na obłąkanych, gdyż zamieniają właściwie zorganizowaną armię słów, jaką powinna reprezentować mowa, w rodzaj dzikiego chaosu i nieuchronnie topią wszelkie racjonalne myślenie w całym morzu dźwiękowych erupcji. Straszną karą jest słuchać kaznodziei, który miesza pojęciapot(parowanie) iinspiracje(inspiracja) – kaznodzieja pędzi jak spłoszony koń z szerszeniem w uchu, pędząc, aż całe powietrze uleci mu z płuc i będzie zmuszony zatrzymać się na odpoczynek. Taka praktyka stanowi naruszenie dobrych manier, szczególnie poważne dla słuchaczy, jeśli powtarza się często… Publiczność nie powinna zauważać, kiedy kaznodzieja łapie oddech. Powinno to nastąpić w sposób dla niej całkowicie niezauważalny. Przerywanie kaznodziei z powodu czysto naturalnych funkcji oddychania jest nieprzyzwoite. Podczas normalnego wygłaszania kazania nie należy zbytnio nadwyrężać głosu.Dwóch lub trzech z obecnych tu nadgorliwych braci dosłownie rozdziera sobie piersi całkowicie bezsensownym krzykiem podczas kazania. Ich płuca są podrażnione, a gardła rozpalone od tak szaleńczego wrzasku, że zdają się nie być w stanie się powstrzymać. Z pewnością zasada: „Krzycz głośno i nie szczędź” jest dobra, ale nie należy zapominać o innej maksymie: „Nie czyń sobie krzywdy”. Skoro Twoi parafianie słyszą Cię, gdy mówisz tylko cicho, czy nie lepiej zachować drugą połowę na czas, kiedy będzie potrzebna? Maksyma: „Nie bądź rozrzutny, a nie będziesz w potrzebie” jest tu jak najbardziej trafna. Bądź ostrożny i oszczędny w dobieraniu głosu. Nie przysparzaj słuchaczom bólu głowy, gdy chcesz tylko obudzić ich serca. Chcesz, żeby nie zasnęli na swoich miejscach; ale pamiętaj, że nie wymaga to rozdzierania im uszu. „Pan nie jest w burzy”. A grzmot nie jest błyskawicą. Nikt nie usłyszy cię lepiej, jeśli będziesz próbował krzyczeć najgłośniej, jak to możliwe; wręcz przeciwnie, nadmierny hałas ogłusza uszy, wywołuje pogłos i znacznie osłabia siłę kazania. Dostosuj swój głos do słuchaczy. Jeśli masz przed sobą dwadzieścia tysięcy słuchaczy, wytęż siły i „wymów najgłośniej, jak potrafisz”. Ale nie rób tego w budynku, który ledwo mieści trzydzieści czy czterdzieści osób. Kiedy wchodzę do sali, w której mam wygłosić kazanie, mimowolnie zaczynam się zastanawiać, czy mówić głośno, czy cicho, i zazwyczaj po wypowiedzeniu dwóch lub trzech słów wiem już dokładnie, co zrobić w danej sytuacji. Jeśli uda ci się sprawić, by usłyszała cię osoba siedząca z tyłu kościoła, to bądź spokojny; siedzący przed tobą usłyszą cię dobrze, a w takim przypadku nie musisz wysilać się. Bądź uważny i uważnie obserwuj wszystko. Po co mówić tak głośno, żeby było słychać na ulicy, gdzie nawet nie ma nikogo, kto by słuchał? Niezależnie od tego, czy przemawiasz w domu, czy na zewnątrz, staraj się, by usłyszeli cię tylko ci, którzy są najdalej, a to w zupełności wystarczy. Należy również zauważyć, że należy zachować szczególną ostrożność w pokoju osoby chorej lub niedołężnej, a także w zgromadzeniach, w których mogą przebywać takie osoby. W istocie, siedzenie przy łóżku chorego i wołanie mu do ucha: „Pan jest moim pasterzem” jest okrutne. Jeśli postąpisz tak nierozważnie, to z pewnością po twoim odejściu biedak powie do żony: „O, jak mnie boli głowa! Jakże się cieszę, że ten czcigodny ojciec odszedł! To wspaniały psalm, ma w sobie tyle kojących bodźców; ale gdy go czytał, zdawało mi się, że błyska błyskawica i grzmi, byłem prawie głuchy”… Wiedzcie, bracia, że cichy szept modlitwy jest o wiele lepszy dla chorego niż „odgłos bębnów i huk armatnich strzałów”. Należy również dokładnie przestrzegać tej zasady, abyzmień głośność swojego głosu, gdy jest to konieczneStara zasada głosiła, by zaczynać bardzo cicho, stopniowo podnosić głos i mówić najgłośniej pod koniec. Znieś te zasady; nie są już użyteczne i są bardzo nieprzyjemne dla słuchaczy. Mów cicho lub głośno, zależnie od nastroju chwili; odrzuć wszelkie sztuczne i kapryśne zasady. Sztuczne zasady są ohydne. M. świetnie się z nich śmieje: „Podniecaj się, grzmij, wściekaj, szlochaj aż do piątego słowa w trzecim zdaniu dziesiątego akapitu na dziesiątej stronie! Jakie to będzie łatwe! A przede wszystkim – jakie naturalne!”. Pewien słynny kaznodzieja, naśladując mówcę, który nie mógł mówić inaczej, zawsze rozpoczynał kazanie tak cichym głosem, że nikt nic nie rozumiał… Wszyscy pochylali się do przodu, bojąc się przegapić coś szczególnie interesującego, ale wszystko na próżno: słyszeli tylko jakieś niewyraźne mamrotanie. Nikt by go nie potępił, gdyby nie potrafił mówić głośno, ale stało się tu coś bardzo dziwnego, bo już kilka minut później jego głos wstrząsał całymi sklepieniami budynku… Skoro pierwsza połowa jego kazania nie była ważna, to dlaczego ją wygłosił? Na to musimy odpowiedzieć: ponieważ chciał jedynie zrobić wrażenie.efekt, wrażenie! Wiedział, że mówca, który używa tej techniki, robi na słuchaczach bardzo silne wrażenie i miał nadzieję osiągnąć to samo. Gdyby ktokolwiek z was uciekł się do tak niegodnej metody, życzyłbym sobie, żeby nigdy nie postawił stopy w tym miejscu... Mówię wam poważnie, to, co nazywa się efektem, jest czymś absolutnie obrzydliwym, ponieważ jest fałszywe, sztuczne, fałszywe i godne pogardy. Nigdy nie róbcie niczego, aby osiągnąć taki efekt, a zwłaszcza gardźcie żałosnymi machinacjami różnych małostkowych osobników, którzy dążą do zdobycia aprobaty publiczności wszelkimi możliwymi i niemożliwymi sposobami. Od samego początku zawsze mówcie jasno i wyraźnie. Starajcie się unikać wykrzyczenia wstępu do kazania. Wygłaszajcie go śmiało i od razu przykuwajcie uwagę wszystkich swoim tonem. Nie zaczynajcie od najmocniejszego głosu, bo być może będziecie musieli go jeszcze bardziej wzmocnić w miarę trwania kazania; ale mówcie wyraźnie od samego początku. Od czasu do czasu ściszajcie głos do wyraźnego szeptu. Ciche, melancholijne, uroczyste dźwięki nie tylko cieszą ucho, ale także korzystnie wpływają na serca słuchaczy. Nie bój się używać nawet niskich tonów, pod warunkiem, że robisz to z wewnętrzną siłą. Są one nie mniej przyjemne w odbiorze niż twoje najgłośniejsze krzyki. Nie musisz koniecznie mówić głośno, aby cię usłyszano. Macaulay powiedział o Williamie Pitcie: „Jego głos, nawet gdy mówił szeptem, był wyraźnie słyszalny w najdalszych zakątkach Izby Niższej”. Słusznie zauważono, że armata, która wydaje najwięcej hałasu, nie zawsze ma największy zasięg. Huk fasetowanej broni nigdy nie wydaje wielkiego hałasu. To nie głośność głosu robi wrażenie, ale siła wyrazu w niego włożona. Jestem przekonany, że można szeptać tak, aby było słychać w każdym zakątku naszej kaplicy, i można krzyczeć dokładnie tak, aby nikt nic nie zrozumiał. Mógłbym wam to teraz wszystko zilustrować, ale myślę, że to niepotrzebne, skoro niektórzy z was, jak sądzę, robią to sami z wielkim powodzeniem. Fale dźwiękowe mogą wpadać do naszych uszu tak szybko, że nie docierają do nerwów słuchowych. Atrament jest niezbędny do pisania, ale jeśli przewrócicie kałamarz i rozlejecie go na papier, nie wyrazicie na nim żadnych myśli. To samo dotyczy dźwięku. Dźwięk to atrament, a jego właściwe użycie, a nie bezsensowne nadużycie, jest niezbędne, aby wyraźnie odcisnąć coś w naszych uszach. Jeśli wszystkie wasze ambicje ograniczają się do pragnienia dorównania głosowi Stentora, który podobno miał metalowe płuca, a którego gardło siłą przewyższało pięćdziesiąt ludzkich krtani, to ryczcie tak głośno, że będzie was słychać na Polach Elizejskich. Ale jeśli chcecie być zrozumiani przez ziemskich słuchaczy i aby oni czerpali z was korzyści, unikajcie zarzutu, że „nie potraficie być zbyt głośni”. Wiecie oczywiście, że ostre dźwięki niosą się najdalej. Osobliwy okrzyk, którego używają podróżnicy na australijskich pustyniach, zawdzięcza swoją niezwykłą moc właśnie tej szczególnej szorstkości. Dzwonek słychać z większej odległości niż bęben. A co najbardziej zaskakujące, im bardziej melodyjny dźwięk, tym głębiej przenika. Gra na pianinie zależy nie od siły uderzenia, ale od rozsądnego użycia klawiszy. Dlatego często należy obniżać głośność głosu, oszczędzając w ten sposób zarówno słuch słuchaczy, jak i własne płuca. Wypróbuj wszystkie metody, od młotka kowalskiego po dziecięcą piłkę. Bądź delikatny jak zefir i głośny jak burza. Krótko mówiąc, bądź tym, kim jest człowiek w swojej codziennej mowie, kiedy mówi naturalnie, namiętnie żąda, szepcze ufnie, w przyjazny sposób, błaga żałośnie lub deklaruje stanowczo i zdecydowanie. Zaraz po złagodzeniu głosu ustaliłem zasadę, której nie można ignorowaćwprowadź modulacje do tonu swojego głosu. Ciągle zmieniaj tonację, ciągle zmieniaj swoją melodię”. Używaj, że tak powiem, basu, altu i tenoru. Błagam cię: rób to jak gdyby z litości dla siebie, a także dla tych, którzy cię słuchają. Pan jest dla nas miłosierny i tak wszystko urządził, że nasza potrzeba różnorodności jest wszędzie w pełni zaspokojona. Miejmy więc litość dla naszych bliźnich i nie dręczmy ich, nie męczmy naszą monotonią. W końcu to prawdziwe barbarzyństwo walić w bębenki słuchaczy przez całe pół godziny tym samym tonem. Nie możesz wymyślić szybszego sposobu na doprowadzenie człowieka do szaleństwa niż włożenie mu do ucha stale brzęczącej muchy lub pszczoły. Jakie masz prawo oczekiwać, że bezbronne ofiary takich twoich kazań dobrowolnie poddadzą się twojemu okrucieństwu? Natura traktuje nieszczęsne ofiary drona z miłosierdziem, sprowadzając na nie spokojny sen, aby nie odczuwały swojej męki. Ale ty wcale tego nie chcesz, więc nie głosisz zbyt monotonnie. Jakże mało kaznodzieje zdają sobie sprawę, że taka monotonia jedynie usypia! Myślę, że zarzuty, którymi nas obsypują gazety, są w większości uzasadnione. Pisali tam: „Wszyscy wiemy, że szum strumienia, szum fal, jęki górskiego wiatru w gałęziach sosen i żałosne gruchanie dzikiego gołębia działają na słuchacza usypiająco, a jednocześnie orzeźwiająco. Nie twierdzimy wcale, że głos naszego dzisiejszego kaznodziei-teologa choć trochę przypominał te słodkie, przyjemne dźwięki; ale jego działanie było zupełnie identyczne i tylko w niewielkim stopniu opierało się usypiającemu wpływowi takiego kazania. Ciekawe, że nawet gorliwi kaznodzieje rzadko mówią o kazaniu, które „obudziło” ich słuchaczy; to dowodzi, że zdecydowana większość ich kazań ma wręcz odurzający wpływ. Ale bardzo źle jest, gdy słuchacz musi wybierać między dwiema rzeczami: tekst wymaga duchowej czujności, a kazanie mówi: słodki sen!”. Niezależnie od tego, jak melodyjny jest Twój głos, jeśli mówiszmonotonnie, wtedy twoi słuchacze szybko zauważą, że słuchanie cię z daleka jest przyjemniejsze niż z bliska. Dla dobra ludzkości porzuć ten niewdzięczny, kaznodziejski ton i mów inteligentnie. Jeśli cię to nie przekonuje, nadal uważam to za tak ważne, że powtórzę ci: jeśli nie posłuchasz mojej rady, nawet z litości dla swoich słuchaczy, to zrób to z litości dla siebie. I dlatego każda zbrodnia, czy to przeciwko prawom natury, czy moralności, pociąga za sobą natychmiastową karę. Zły nawyk monotonnego czytania często prowadzi do niebezpiecznej choroby zwanej ***. Jeśli chcesz zniszczyć sobie gardło, swój głos, możesz to szybko osiągnąć. Ale jeśli chcesz je utrzymać w zdrowiu, to zwróć uwagę na moją radę. Często porównywałem głos do bębna. Gdyby perkusista uderzał wielokrotnie w jedno miejsce swojego instrumentu, tylko przeciąłby tam skórę. I oczywiście bęben wytrzyma znacznie dłużej, jeśli uderzenia będą padać naprzemiennie na całą jego powierzchnię! To samo dzieje się z ludzkim głosem. Jeśli zawsze będziesz mówić tym samym tonem, uszkodzisz sobie jakąś część gardła, co może skutkować katarem tchawicy. Słyszałem od lekarzy, że zapalenie oskrzeli u dysydentów różni się od tej choroby u duchowieństwa Kościoła Anglii. Ton kazań kościelnych w Anglii, bardzo tam lubiany, ma w sobie coś sztucznego, jakby cała dzwonnica utkwiła w gardle kaznodziei. Technika ta jest uważana za najbardziej majestatyczną, arystokratyczną, teologiczną, najbardziej odpowiadającą powołaniu pastora, nadprzyrodzoną, nadludzką… Kto nie zna świętego sposobu wymawiania słów: „Moi drodzy bracia, Pismo Święte w różnych miejscach nas napomina?” Te słowa, niczym dzwon, wciąż brzmią mi w uszach. Jeśli osoba mówiąca w tak nienaturalny sposób nie zachoruje na zapalenie oskrzeli lub inną chorobę, to powiem, że jest to zapewne zasługa jakiegoś szczególnego miłosierdzia Bożego, dla nas niepojętego... Opowiadałem już o takich metodach nonkonformistów i myślę, że oni sami są sobie winni, jeśli ich narządy oddechowe osłabną, jeśli ich drodzy kaznodzieje zamilkną i pójdą do grobu. Aby Cię przedstawićobrońcaMoim zdaniem przytoczę świadectwo N. N., słynnego tragika, którego opinia jest tym cenniejsza, że bada ten temat całkowicie bezstronnie, a ponadto kieruje się własnym doświadczeniem. Mówi on: „Osłabienie dróg oddechowych jest zazwyczaj nie tyle wynikiem napięcia tych narządów, co raczej wynikiem sposobu, w jaki to napięcie powstaje: to znaczy nie z powodu długiej i głośnej rozmowy, lecz z powoduzmianyNaturalny głos. Nie wiem, czy zrozumieją, co próbuję powiedzieć, ale na 10 000 osób prawie nikt nie mówi naturalnym głosem. Jest to szczególnie widoczne na ambonie w kościele. Jestem pewien, że osłabienie dróg oddechowych wynika z wymuszonego wysiłku podczas mówienia.nienaturalnym głosem, co prowadzi do silnego stanu zapalnego, a często nawet do ropienia. Dzień pracy w kościele to nic w porównaniu z odgrywaniem ważnej roli Szekspira na scenie. Nie dorównują temu również najwspanialsze przykłady oratorskie naszych mężów stanu w parlamencie. Jestem przekonany, że choroba znana jako „chrypka kaznodziejska” wynika w dużej mierze z niewłaściwej techniki mówienia. Znałem wielu moich towarzyszy na scenie, którzy cierpieli na tę przypadłość, ale nie sądzę, aby cierpieli na nią ludzie wybitni w swoim talencie w naszej sztuce”. Aktorzy i prawnicy również muszą często nadwyrężać głos, ale nie słychać wśród nich o takiej chronicznej „chrypce”, i oczywiście dzieje się tak dlatego, że nie służą publiczności tak niedbale, jak kaznodzieje swemu Panu. Doktor medycyny N.N. w swojej popularnej pracy o „chorobach gardła i płuc” bardzo mądrze stwierdza: „Z wszystkiego, co powiedziano powyżej o fizjologii narządów głosowych, wynika, że ciągła rozmowa w tym samym tonie jest o wiele bardziej męcząca niż z ciągłymi zmianami intonacji, ponieważ w pierwszym przypadku zajęty jest tylko jeden mięsień lub jedna klasa mięśni, a w drugim cały ich system. Dokładnie tak samo, jeśli ktoś wyciągnie rękę i utrzyma ją pod kątem prostym przez 5–10 minut, wkrótce się zmęczy, ponieważ napięta jest tylko jedna część jego mięśni; „Ta sama ręka może pracować cały dzień, jeśli praca ta rozciąga się na cały układ mięśniowy. A zatem, jeśli duchowny podczas nabożeństwa śpiewa, mówi i czyta w tym samym tonie, można być pewnym, że nadwyręża ścięgna dziesięć razy bardziej, niż jest to potrzebne”. Myślę, że nadszedł czas, aby powtórzyć opinię, którą już wyraziłem, a którą przypominają mi powyższe wersy. Gdyby kaznodzieje przemawiali częściej, ich narządy głosowe i płuca byłyby mniej podatne na takie dolegliwości. Jestem o tym całkowicie przekonany; moje własne doświadczenie i obszerne obserwacje dowodzą, że się nie mylę. Głoszenie kazań tylko dwa razy w tygodniu, panowie, jest bardzo niebezpieczne, ale pięć lub sześć razy, wręcz przeciwnie, jest bardzo zdrowe. Nawet dwanaście lub czternaście razy to nie jest przesada. Handlarz, który byłby zmuszony krzyczeć na ulicach raz w tygodniu, sprzedając swoje warzywa lub ziemniaki, uznałby to za zbyt trudne dla siebie. Ale jeśli krzyczy w ten sposób sześć dni w tygodniu, nigdy nie zetknie się z opisaną powyżej „chrypką”. Cieszę się, że uważam, że przyczyną tej choroby jestzbyt rzadkiekazania, tak jasno wyrażone przez N.N.: „Jestem pewien, że wszystkie podane tu instrukcje będą bezużyteczne bez odpowiedniego, codziennego ćwiczenia głosu. Nic nie wydaje się tak silnie wywoływać tej choroby, jak tymczasowe, długie przemówienia wygłaszane w długich odstępach czasu, do których duchowni są szczególnie zmuszani. Każdy, kto się nad tym zastanowi, z łatwością przekona się o słuszności tego poglądu. Jeśli człowiek, a nawet zwierzę, musi wykonać jakąś pracę wymagającą niezwykłej siły mięśniowej, musi stopniowo, w ciągu kilku dni, przyzwyczajać się do niej. Wtedy nawet ciężka praca, której inaczej nie byłby w stanie wykonać, wyda mu się łatwa. Większość duchownych jest zmuszana do takiej ciężkiej pracy mięśniowej w formie kazania tylko raz w tygodniu, a w pozostałe sześć dni prawie nie musi podnosić głosu. Gdyby kowal lub cieśla zaczął wykonywać swoją żmudną pracę tylko okazjonalnie, od czasu do czasu, stałby się do niej całkowicie niezdolny, całkowicie straciłby zręczność i umiejętności. Przykład najsłynniejszych mówców, którzy kiedykolwiek żyli, jest niepodważalny. pokazuje korzyści płynące z ciągłej, poprawnej praktyki mówienia. Dlatego chciałbym zalecić wszystkim cierpiącym na tę przypadłość, aby czytali na głos dwa razy dziennie, zawsze z tym samym podniesionym głosem, jaki jest wymagany na ambonie, zwracając uwagę zarówno na prawidłowe, normalne ułożenie klatki piersiowej i gardła, jak i na wyraźny, ściśle wyważony akcent słów”. Inny podziela to zdanie. Mówi: „Chłopcy wykrzykujący gazety dowodzą, jak wielkie korzyści dla płuc ludzkich przynosi ćwiczenie głosu na świeżym powietrzu. Co zrobiłby słaby kaznodzieja, nauczając 100 czy 200 słuchaczy słabym głosem, gdyby został zmuszony do wykrzykiwania gazet? W Nowym Jorku ci mali chłopcy – sprzedawcy gazet – stoją na początku jakiejś ulicy, a ich głos pędzi wzdłuż niej niczym piłka rzucona przez sportowca. Radzimy osobom, które chcą przygotować się do jakiejkolwiek działalności oratorskiej, aby przez jakiś czas zostały handlarzami, czyli wykrzykiwały towary na ulicach. Młodzi kaznodzieje powinni na jakiś czas nawiązać współpracę ze sprzedawcami gazet, aż nauczą się otwierać usta, a ich gardła staną się silniejsze i bardziej elastyczne”. Jeszcze bardziej rozsądna zasada brzmi:głos zawsze powinien być dostosowany do tematu kazaniaNie śpiewaj uroczystej, radosnej pieśni, jeśli musisz mówić o czymś smutnym, i z drugiej strony, nie zwlekaj, gdy dźwięki powinny być lekkie i radosne, przypominające anielskie pieśni w niebie. Nie chcę się dalej rozwodzić nad tą zasadą. Zapewniam jednak, że jest ona bardzo ważna i że jej przestrzeganie przyniesie ci ogromne korzyści. Dostosuj swój głos do tematu, a przede wszystkim…zawsze bądź naturalny(Kiedy Johnson został zapytany, czy Witschke przypomina Tulliusza Cycerona, odpowiedział: „Nie, drogi panie, przypomina Edmunda Witschkego”). Wyrzuć na zawsze niewolnicze naśladownictwo! Nie naśladuj głosów innych ludzi, a przynajmniej, jeśli pociąga cię do tego nieodparta chęć, staraj się naśladować doskonałe cechy wielkich mówców, a wtedy twoje nieszczęście nie będzie tak wielkie… Ja sam, ulegając nieodpartemu wpływowi, staję się niekiedy mimowolnym naśladowcą wybitnych kaznodziejów. Każda podróż do Szkocji czy Walii wpływa na moją wymowę i ton mojej mowy. I choć walczę z tym złem, wciąż nie mogę się go pozbyć; jedynym lekarstwem, jakie istnieje, jest próba całkowitego, ostatecznego stłumienia go. A zatem, panowie, powracam raz jeszcze do mojej zasady: używajcie tylko własnego, naturalnego głosu! Nie bądźcie małpami, lecz ludźmi; nie papugami, lecz ludźmi, posiadającymi we wszystkim swoją własną, wrodzoną siłę. Każdy mężczyzna powinien nosić brodę, gdy rośnie, bo wtedy najlepiej pasuje do jego twarzy. Tak samo i wy powinniście mówić, każdy na swój sposób, w harmonijnej jedności z własnym tokiem myśli, własną osobowością. Naśladownictwo jest dobre i stosowne tylko na scenie, ale do świątyni potrzebni są mężczyźni z własną osobowością, uświęceni swoją świętą pracą. Powtarzałbym wam tę zasadę do znudzenia, gdybym myślał, że o niej zapomnicie: bądźcie naturalni, bądźcie naturalni, zawsze bądźcie naturalni! Każde naśladowanie głosu lub manier jakiegokolwiek wielkiego teologa, ukochanego nauczyciela czy profesora niewątpliwie przyniesie wam szkodę. Dlatego też ponownie stanowczo was nalegam: porzućcie wszelkie niewolnicze małpowanie i wznieście się ku własnej, odważnej naturze! Do tego, co zostało powiedziane, musimy dodać:spróbuj przetworzyć swój głosNie szczędźcie wysiłków w tym względzie, bo słusznie powiedziano nam: „Jeśli natura obdarza swoich ulubieńców pełnymi darami, to mogą oni rozwinąć te dary i doprowadzić je do dojrzałości jedynie poprzez poważną naukę i intensywną pracę”. Pomyślcie o Michale Aniele, który pracował tygodniami bez rozbierania się, albo o Händlu, którego klawisze instrumentu były wydrążone jak łyżki, odstałyich wykorzystania. Skoro taka praca jest możliwa dla innych, to my, panowie, nie będziemy narzekać na jej trud i żmudność. Niemal niemożliwe jest zrozumienie zamierzonego celu metody Demostenesa, polegającej na mówieniu z kamieniami w ustach. Ale każdy może zrozumieć korzyści, jakie mógł on odnieść ze swojej „rozmowy” z szalejącymi falami morskimi, ponieważ nauczył się w ten sposób mówić na burzliwych zgromadzeniach swoich współobywateli. To samo można powiedzieć o jego wbieganiu na góry, próbując mówić bez przerwy. To wzmocniło jego płuca. Musimy wykorzystać wszelkie możliwe środki, aby udoskonalić nasz głos, którym mamy głosić cudowną Ewangelię Chrystusa. Zwróć szczególną uwagę na wymowę spółgłosek, wymawiając każdą z nich wyraźnie; one, że tak powiem, nadają wyraz wszystkiemu. Staraj się niestrudzenie, aby nie zgubić ani jednej spółgłoski. Nie ma potrzeby tak bardzo martwić się o samogłoski; nie znikną same z siebie. Pod każdym względem pilnuj siebie, dopóki nie opanujesz całkowicie swojego głosu i nie będziesz miał go pod kontrolą. Poproś przyjaciela, aby zwrócił ci uwagę na twoje błędy; albo, jeszcze lepiej, poproś kogoś nieżyczliwego, kto potraktuje cię surowo i bezlitośnie skrytykuje. Dla mądrego człowieka taki krytyk jest błogosławieństwem; dla głupca jest nieznośną torturą! Poprawiaj się często i pilnie, inaczej niepostrzeżenie popełnisz błędy, przyjmiesz fałszywy ton lub rozwiniesz niedbałe maniery. Dlatego powtarzam: pilnie obserwuj siebie. Nie uważaj za nieistotne niczego, co może przyczynić się do twojego rozwoju. Ale tylko – uważajcie, by te wysiłki nie doprowadziły was do stania się tymi „elegantami na kościelnej ambonie”, których ostatnio mamy tak wielu… Słyszałem o ludziach, którzy spędzają cały tydzień przygotowując się do kazania, studiując jego skutki przed lustrem! Och, jakże żałosny jest nasz wiek, jeśli ignorujemy niedostatki naszego życia duchowego, choćby po to, by nabrać światowego blasku! Lepsza dzika, nieokrzesana surowość kaznodziei z dziewiczych amerykańskich lasów niż wonna wdzięk tych ludzi, pozujących na jakichś zniewieściałych lordów! Nie mogę wam doradzić, byście tak „flirtowali z głosami”, tak jak nie mogę wam doradzić, byście naśladowali „eleganckie” kazanie N.N. z jego diamentowym pierścionkiem na dłoni, pachnącą chusteczką i lornetką. Lalki modowe nie powinny stać na ambonie; ich miejsce jest w witrynie krawieckiej, gdzie można je wystawić z przypiętą do nich karteczką: „Cały garnitur w tym stylu, łącznie z rękopisem, 200 dolarów”. Warto również zauważyć, że rodzice powinni zwracać większą uwagę na stan zębów swoich dzieci, ponieważ problemy z zębami mogą znacząco utrudniać im mówienie. Są osoby z słabą wymową, które po prostu potrzebują konsultacji z dentystą, aby skorygować swoją wadę. Na koniec chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów o gardle: zwracajcie na nie uwagę. Starajcie się, żeby zawsze było idealnie czyste. (Kaznodzieja, którego znam, zawsze przemawia w ten sposób: „Drodzy bracia – hm, hm – to bardzo – hm – ważny temat, o którym ja – hm, hm – chcę dziś mówić, i hm, hm – chciałbym was prosić, abyście poświęcili mi – hm, hm – waszą szczególną uwagę”. Młody kaznodzieja, bardzo pragnąc poprawić swoją mowę, napisał do N.N. prosząc go o radę, co zrobić w danym przypadku; miał zwyczaj bardzo przeciągać słowa. N.N. wysłał mu następującą lakoniczną odpowiedź: „Drogi – hm – bracie – hm! Kiedy – hm – ty – hm – głosisz – hm, – staraj się – hm – nie – hm – mówić – hm – cały czas – hm, hm, hm! Szczerze – hm – kochający – hm – ty – hm – hm.”). Staraj się unikać takich metod. Wszystko to jest całkowicie zrozumiałe u osoby cierpiącej na przeziębienie, lecz bardzo nieprzyjemne, jeśli stanie się to stałym nawykiem. Dlatego wzywam wszystkich, których natchnęła prawdziwa gorliwość, prawdziwa gorliwość, aby byli wytrwali w swoich staraniach. Jeśli poczujesz Słowo Pańskie jak płomień płonący w twoich członkach, przezwyciężysz wszelkie braki w twojej mowie, a lęk uleci daleko od ciebie. Odwagi, młody bracie, bądź wytrwały. Pan, natura i wychowanie znów ci pomogą. Nie będę cię dłużej zatrzymywał, wyrażę tylko życzenie, aby twoja klatka piersiowa, płuca, drogi oddechowe, gardło i wszystkie twoje narządy głosowe służyły ci tak długo, aż nie będziesz miał już nic do powiedzenia. Wykład 9UwagaTen niezwykle ważny temat jest ledwie poruszany w żadnym podręczniku do homiletyki. Trzeba przyznać, że jest to bardzo dziwne, ponieważ kwestia ta jest tak ważna, że zasługuje na więcej niż jeden rozdział w homiletyce. Najprawdopodobniej uczeni homiletycy uważają, że wszystkie ich prace są wystarczająco wypełnione dyskusjami na ten temat, że nie mają już nic do dodania na jego temat. Wierzą, że jak cukier w herbacie, rozpuścił się on w ich umysłach. A jednak to przypadkowo pominięte pytanie stanowi dla nas bardzo złożony i interesujący problem. Oto ono:Jak możemy przyciągnąć i utrzymać uwagę naszych słuchaczy?Musimy bezwzględnie przyciągnąć ich uwagę, inaczej nie będziemy mieli nad nimi żadnej władzy. Musimy też być w stanie utrzymać tę uwagę, inaczej będziemy tylko gadać i gadać, bez najmniejszej nadziei na sukces. Nasi angielscy oficerowie, ogłaszając jakiekolwiek przepisy wojskowe, zawsze używają słowa:"Uwaga!"My, kaznodzieje, musimy wyryć to samo słowo na wszystkich naszych kazaniach. Kaznodzieja absolutnie potrzebuje poważnej, szczerej, intensywnej i nieustannej uwagi wszystkich obecnych na spotkaniach kaznodziejskich. Jeśli myśli słuchaczy są dalekie od naszego tematu, nie mogą oni pojąć prawdy, którą głosimy, całym sercem. To samo stanie się, jeśli nie będziemy starać się obudzić ich duchowych mocy. Grzechu nie da się wydobyć z człowieka, który śpi. Nasi słuchacze muszą być przebudzeni. Muszą zrozumieć, co do nich mówimy i wziąć to sobie do serca, w przeciwnym razie będzie tak, jakbyśmy sami zasnęli. Są kaznodzieje, którzy zupełnie nie przejmują się uwagą swoich słuchaczy. Myślą tylko o tym, jak wypełnić czas przeznaczony na kazanie, i nie obchodzi ich, czy kazanie przyniesie pożytek ich parafianom. Myślę, że im szybciej ci kaznodzieje zapadną w wieczny sen i będą głosić tylko poprzez inskrypcje na swoich nagrobkach na cmentarzu, tym lepiej! Niektórzy z tych pastorów kierują swoje słowa do otworów wentylacyjnych w suficie, jakby próbowali przyciągnąć uwagę istot niebieskich. Inni, wręcz przeciwnie, nie odrywają wzroku od książek, jakby pogrążeni w myślach, uważając się za swoich słuchaczy i poczytując to za wielce zaszczytne. Dlaczego tacy ludzie nie głoszą kazań na amerykańskich preriach, ku zbudowaniu gwiazd na niebie? Mają do tego pełne prawo, jeśli ich kazanie nie ma żadnego znaczenia dla słuchaczy; a jeśli takie kazanie jest jedynie rozmową między kaznodzieją a nim samym, to im bardziej opuszczona publiczność, tym lepiej. Mądry kaznodzieja (bo nie wszyscy są mądrzy!) powinien starać się zainteresować swoim kazaniem wszystkich słuchaczy, od najmłodszych do najstarszych. Musimy starać się nie odciągać od kazania nawet dzieci. „Kto więc”, powiecie, „próbowałby odwrócić ich uwagę?” Zapewniam was, że większość kaznodziejów tak robi, a jeśli dzieci nie zachowują się cicho na ich spotkaniach, często jest to ich własna wina. Czy naprawdę nie da się wpleść w kazanie jakiejś krótkiej historyjki czy przypowieści dla dobra tych dzieci? Czy nie ma sposobu, by przyciągnąć ich uwagę i uspokoić je? Często przemawiam wzrokiem do chłopców z sierocińca siedzących u stóp mojej ambony. My, kaznodzieje, musimy dążyć do tego, by oczy wszystkich naszych słuchaczy były wpatrzone w nas i by ich uszy słuchały tylko nas. Martwi mnie nawet, gdy niewidomy nie odwraca ku mnie twarzy. Jeśli zauważę, że ktoś podczas kazania rozgląda się, szepcze coś albo patrzy na zegarek, natychmiast mówię sobie: to znaczy, że nie przemawiam interesująco i muszę w jakiś sposób spróbować przyciągnąć uwagę słuchaczy. Rzadko muszę się na to skarżyć, ale kiedy tak się dzieje, zawsze się potępiam i przyznaję, że nie mam prawa do niczyjej uwagi, jeśli sam nie wiem, jak ją przyciągnąć. Są słuchacze, których uwagi niełatwo przyciągnąć i którzy zdają się nie chcieć angażować w twoje kazanie. Wytykanie im błędów jest daremne; to jak próba złapania ptaka bukietem kwiatów. W większości przypadków, nawet w takich przypadkach, lepiej zrzucić winę gdzie indziej – na siebie. Pamiętaj o swoim obowiązku – zadbaj o to, by słuchacze uważnie słuchali twoich słów. Musisz starać się złowić rybę na wędkę, a jeśli ryba nie bierze, obwiniaj rybaka, a nie rybę. Zachęcaj słuchaczy do zachowania spokoju i słuchania tego, co Pan Bóg mówi do ich dusz przez ciebie. Kaznodzieja, który zalecał tabakę starszej kobiecie, aby odpędzić senność, w pełni zasłużył na jej odpowiedź: „Nie czułbym tej senności, gdybyś dodał trochę tabaki do swojego kazania”. Jeśli chcemy być wysłuchani, musimy z pewnością dodać tabakę lub jakiś podobny środek pobudzający do naszych kazań. Zlituj się nad swoimi słuchaczami. Zastanówcie się: wielu naszych słuchaczy ma ogromne trudności ze skupieniem się na nas. Wielu z nich w ogóle nie interesuje się kazaniem. Nie odczuli jeszcze łaski Bożej w swoich sercach, a zatem sama Ewangelia nie ma jeszcze w ich oczach wielkiej wartości… Wielu z nich jest przytłoczonych troskami przez cały tydzień. Musicie ich przyzwyczaić do zwracania się do Pana ze swoimi smutkami: ale czy zawsze to robicie? Czy myślicie, że łatwo jest uwolnić się od strachu i niepokoju? Łatwo zapomnieć o chorej żonie i płaczących dzieciach pozostawionych w domu? Bez wątpienia wielu przychodzi do domu Bożego przytłoczonych ciężkimi myślami o swoim ziemskim losie. Rolnik myśli o swoim polu, które musi zaorać i zasiać. Martwi się złą pogodą, złym stanem swojego zboża. Niedawno oprotestowany weksel powiewa przed oczami kupca; martwi się stratami, jakie poniesie z powodu niewypłacalności swoich dłużników. Nic też dziwnego, że pobożną uwagę niektórych naszych słuchaczy rozpraszają kolorowe wstążki na damskich sukniach i skrzypienie męskich butów. Uwierzcie mi, dokuczliwe muchy bzyczą niestrudzenie dookoła. Belzebub, ich bóg, dokłada wszelkich starań, aby wszędzie tam, gdzie przygotowywana jest uczta ewangeliczna, było jak najwięcej nieprzyjemnych przerw dla siedzących przy niej. Te muchy kąsają osobę, której głosisz kazanie, i nieuchronnie jego uwaga skupia się bardziej na nich niż na twoim kazaniu. I czy to cię dziwi? Musisz odpędzić od nich te muchy i przyciągnąć pełną uwagę swoich słuchaczy. Musisz zmusić ich do porzucenia ścieżki, którą podążali przez sześć dni w tygodniu, i poprowadzić ich na nową, bardziej godną ucztę. Musisz mieć w sobie dość siły, by swoim nauczaniem odwrócić ich myśli od ziemi i przynajmniej częściowo przybliżyć ich do nieba. Bardzo często układ pomieszczenia i ciężkie powietrze uniemożliwiają słuchaczom skupienie uwagiJeśli miejsce spotkań – takie jak nasza sala – jest całkowicie odcięte od dostępu świeżego powietrza, obecni mają więcej zmartwień niż oddychanie. Jeśli musisz oddychać powietrzem, które było w płucach innych, cały twój życiowy mechanizm zostaje rozregulowany, a słuchacz prawdopodobnie dozna bólu głowy niż bicia serca. Najważniejszą rzeczą dla kaznodziei, po łasce Bożej i umiejętnościach kaznodziejskich, jest tlen. Módl się, aby bramy niebios otworzyły się przed tobą, ale zacznij od otwarcia okien twojego ziemskiego kościoła. Spójrz na wiele podobnych budynków w naszych prowincjach, a nawet na wiele miejskich kaplic, a zobaczysz, że nawet ich okien nie da się otworzyć… Co powiedzielibyście o domu, którego okna są tak ułożone, że nigdy nie da się ich otworzyć? Czy ktokolwiek z was wynająłby taki lokal? A jednak styl gotycki i nasza naiwna ambicja zmuszają nas, zamiast zdrowego, otwieranego okna, do budowania w naszych kościołach jedynie maleńkich dziurek w suficie lub pułapek na ptaki w oknach. W konsekwencji nasze publiczne zgromadzenia stają się czymś w rodzaju pieca, który Nabuchodonozor zbudował dla Szadraka, Meszaka i Abed-Nega. Gdyby te kaplice były ubezpieczone, nie modliłbym się o ich ochronę przed ogniem. A nawet tam, gdzie okna się otwierają, pozostają zamknięte miesiącami, a powietrze nie jest oczyszczane z niedzieli na niedzielę. To sytuacja całkowicie niemożliwa. Wiem, że niektórzy ludzie nie zwracają na to uwagi. Słyszałem nawet takie uwagi: lis nie umiera od smrodu w swojej norze. Ale my nie jesteśmy lisami; ciężkie powietrze usypia nas i tak samo działa na naszych słuchaczy. Strumień czystego powietrza przepływający przez budynek to prawdziwe błogosławieństwo od Boga dla parafian. On pozwala im lepiej zrozumieć nauczanie, które głosi. Starajcie się wietrzyć pomieszczenia, w których odbywają się wasze spotkania modlitewne, przez cały tydzień. W mojej poprzedniej kaplicy w Tsarklap wielokrotnie powtarzałem diakonom, że górne części ram okiennych powinny zostać całkowicie usunięte. Wielokrotnie o tym mówiłem, ale nigdy nie zostało to zrobione. W końcu, pewnego poniedziałku, zdarzyło się, że wiele z tych szyb zostało wyjętych. Zamieszanie było ogromne, ale winowajcy nigdy nie znaleziono... i bardzo się cieszyłem z tego dopływu tlenu do mojej kaplicy. Czasami słuchaczom przeszkadzają własne nawyki.Nie są przyzwyczajeni do bycia uważnymi. Przyzwyczaili się do przychodzenia do kaplicy, ale nie lubią słuchać kazania. Przyzwyczaili się do sprawdzania każdego, kto wchodzi do kaplicy. Sami wchodzą w nieodpowiednim momencie, często wydając dźwięki nieodpowiednie do miejsca: tupiąc, skrzypiąc, trzaskając drzwiami. Kiedyś przemawiałem do publiczności, która stale zerkała na wchodzących, i pomyślałem, jak sobie pomóc. Powiedziałem: „Moi przyjaciele! Skoro bardzo chcecie wiedzieć, kto tu znowu wchodzi, i skoro bardzo mnie denerwuje, że ciągle się rozglądacie, pozwolę sobie opisać wam każdą osobę, która wchodzi, pod warunkiem, że będziecie siedzieć cicho i patrzeć na mnie, a w ten sposób zachowana zostanie przynajmniej zewnętrzna przyzwoitość w kaplicy”. Opisałem im pierwszą osobę, która weszła, która na szczęście okazała się moim przyjacielem, którego z łatwością mogłem opisać. Opisałem go jako „szanowanego dżentelmena, który zdjął kapelusz przy wejściu” itd. Ale zrozumiałem, że po tym doświadczeniu nie muszę opisywać go dalej, ponieważ mój sposób działania mocno zawstydził moich słuchaczy. Pomógł mi w tym momencie i, jak mam nadzieję, raz na zawsze, ku mojej wielkiej radości. Załóżmy, że uporządkowałeś to wszystko. Oczyściłeś ciężkie, stęchłe powietrze w swoim pokoju, skorygowałeś złe nawyki swoich parafian. Co teraz robisz?Pierwsza złota zasada, która pozwoli Ci zwrócić na siebie uwagęTwoi słuchacze będą mieli następujące informacje:Zawsze mów o rzeczach, których warto słuchaćWiele osób ma instynktowną potrzebę usłyszenia czegoś dobrego i pożytecznego, i dobrze by było, gdybyś zwrócił na to uwagę. Nie byłbym zbyt surowy, gdybym powiedział, że są kaznodzieje, których słowa mają niezwykły związek z ich myślami; w rzeczywistości ich słowa przesłaniają ich myśli, o ile w ogóle jakieś mają. Tacy kaznodzieje rozrzucają wokół całe snopy słomy, wśród których, zdarza się, czasem można znaleźć porządny kłos. Ale bardzo trudno go znaleźć. Żadna wspólnota nie przetrwa długo, jeśli słyszy tylko słowa, słowa, słowa, słowa i nic więcej! Nie przypominam sobie, aby wśród dziesięciu przykazań Pana znalazło się coś takiego jak: „Nie bądź wielkim gadułą”. Ale z pewnością należy dodać do przykazania: „Nie kradnij?”, ponieważ rzucanie pustymi słowami w słuchaczy zamiast duchowego pokarmu jest rodzajem oszustwa. Mówią, że „gdzie dużo gadania, tam nie ma bez grzechu”. Dotyczy to również kaznodziejów. Daj swoim słuchaczom coś, co będą cenić, nad czym będą długo medytować. Przekaż im coś, co może sprowadzić na nich błogosławieństwo, napełniając ich serca uczuciem łaski. Daj im mannę prosto z nieba. Ale nie dawaj im wszystkiego takiego samego i nie w tej samej formie. Daj im pobudzające pożywienie – coś, dla czego będą w stanie wstać z łóżka o północy lub przebiec długi dystans… Możesz to w pełni osiągnąć. A zatem,zrób to w ten sposóbBracia. Czyńcie tak zawsze, a zostaniecie nagrodzeni całą uwagą, jakiej tylko możecie oczekiwać od swoich słuchaczy. Przedstaw materiał, który oferujesz swojej publiczności, w sposób jasny i wyraźny.Wiele od tego zależy. Można nagromadzić masę rzeczy, pięknych samych w sobie, a skończyć z okropną mieszanką. Kiedyś, będąc chłopcem, niosłem w koszyku funt herbaty, ćwierć funta musztardy i funt ryżu ze sklepu. Po drodze spotkałem sforę psów. Pędziłem za nimi przez rowy i płoty. Kiedy wróciłem do domu, ach, w jaki straszny bałagan zamieniła się moja herbata, musztarda i ryż! Dlatego każdy przedmiot musi być starannie zapakowany osobno i mocno przewiązany nicią kazania. To właśnie sprawia, że trzymam się przestarzałej metody: 1, 2, 3. Nikt nie chce pić herbaty musztardowej; tak jak nikt nie będzie lubił takiej mieszanki w kazaniu... Podaj słuchaczom prawdę w tak precyzyjnym, logicznym rozkładzie, że mogą ją łatwo przyswoić i zachować nie tylko w pamięci, ale i w sercach. Staraj się, aby Twoja mowa była prosta i zrozumiała.Pamiętaj, nikt nie skorzysta nawet z najwspanialszego materiału, jeśli go nie rozumie. Jeśli używasz wyrażeń wykraczających poza zrozumienie słuchaczy, to tak, jakbyś mówił do nich na Kamczatce. Przyjmij punkt widzenia ubogiego człowieka i zwróć szczególną uwagę na poziom wykształcenia słuchacza. Możesz się uśmiechać na moje słowa, ale uważam, że to istotne. Musimy podążać ścieżką, którą podążają nasi słuchacze, a nie patrzeć na nich z góry tylko z wyżyn własnej wielkości. Kto może się równać w głoszeniu naszemu Panu? A On nigdy nie przemawiał do nikogo, kto przekraczałby ich zrozumienie, z wyjątkiem, oczywiście, gdy mówił o największych tajemnicach naszego zbawienia. Przedstawiaj wszystko subtelnie i z głębokim namysłem, jasno i prosto, a możesz być pewien, że z łatwością znajdziesz drogę do zrozumienia i serc swoich słuchaczy. Zwróć uwagę na sposób prezentacji.I tutaj starajcie się przyciągnąć uwagę słuchaczy. I tutaj chciałbym wprowadzić następującą, nieodzowną zasadę dla każdego kaznodziei: nie czytaj naszego kazania! Niewielu było kaznodziejów, którzy wywarli silne wrażenie na słuchaczach.czytanieJego kazania, jak na przykład Chalmers. Ale słuchano by go z nie mniejszą uwagą, gdyby głosił je swobodnie. Jednocześnie wszyscy musimy mocno pamiętać, że nie jesteśmy Chalmersami... Ludzie tacy jak on mogą czytać z ambony, jeśli chcą; ale dla nas istnieje „lepszy” sposób. Najlepsze czytanie, jakie kiedykolwiek słyszałem, wciąż pachnie papierem i wydaje się utkwić w gardle. I nie sądzę, żeby papier był dobry dla trawienia. W każdym razie lepiej obejść się bez rękopisu. I najlepiej jest mówić bez rękopisu, a także nie z pamięci. Jeśli nie możesz obejść się bez czytania, powinieneś czytać w najlepszy możliwy sposób. Tylko wtedy możesz mieć nadzieję na przyciągnięcie uwagi słuchaczy. Dodam tutaj następującą uwagę: jeśliJeśli chcesz, żeby cię słuchano, nie mów bez przygotowania, improwizując, w dosłownym tego słowa znaczeniu.To jest tak samo złe, jak czytanie, a nawet gorsze, jeśli kazanie jest napisane improwizacyjnie. Nie wchodź na ambonę, aby wygłosić pierwszą rzecz, jaka przyjdzie ci do głowy, ponieważ ta pierwsza myśl w ludzkim umyśle to zazwyczaj nic więcej niż pusta piana, szczyty myśli. Słuchaczom należy oferować jedzenie nie surowe, ale dobrze ugotowane. Musimy mówić z głębi naszych dusz, żywą mową. Temat naszego kazania musi być przez nas starannie i dogłębnie przestudiowany, nawet dogłębniej niż mógłby to zrobić kaznodzieja przepisujący swoje kazanie na papier. Moim zdaniem najlepszą metodą w tym przypadku jest improwizacja nie tematu kazania, ale słów, którymi jest ono przedstawiane. Nawet jeśli poszczególne wyrażenia wydają się nieprzemyślane, będą mimo to żywe, naturalne, niewymuszone i będą żywo rezonować w sercach wielu. Następnie, aby przyciągnąć uwagę słuchaczy, staraj się brzmieć przyjemniej. Nie mów na przykład zawsze tym samym monotonnym tonem. Zmieniaj swój głos w razie potrzeby. Zmieniaj też tempo lub tempo swojej mowy, zmieniaj jej brzmienie i starannie unikaj niezręcznego, śpiewnego tonu. Nie mów zawsze w tej samej skali. Mów niskim głosem, gdy to konieczne, grzmiącym jak grzmot, a w innych momentach mów swoim własnym głosem, tak jak mówisz zawsze i wszędzie. Różnorodność – za wszelką cenę! Człowiek kocha różnorodność, a Pan nam ją dał. Widzimy ją w naturze, w życiu i w przejawach łaski Bożej; oby znalazła się ona również w naszym nauczaniu. Nie chcę zbyt mocno podkreślać tej kwestii, ponieważ byli kaznodzieje, którzy wiedzieli, jak wzbudzić i utrzymać zainteresowanie słuchaczy treścią kazania, pomimo niedoskonałości jego formy. Gdyby purytański kaznodzieja N.N. był tu teraz obecny, ręczyłbym za uwagę słuchaczy na jego słowa, chociaż bardzo się jąkał. Nie musimy szukać daleko, aby znaleźć podobne przykłady we współczesnym społeczeństwie, ponieważ jest ich bardzo wiele; ale możemy sobie przypomnieć, że nawet Mojżesz nie był elokwentny, a jednak wszyscy słuchali jego słów z uwagą. Wydaje się, że to samo można powiedzieć o apostołu Pawle. Jego duchowy autorytet nad wierzącymi był bardzo wielki, a jednak uwaga jego słuchaczy słabła, gdy jego przemowa stawała się zbyt długa; Co najmniej jeden ze słuchaczy zasnął w trakcie kazania, co miało poważne konsekwencje. Wiele zależy od formy. Jeśli przygotowałeś znakomity materiał na kazanie, byłoby wielką szkodą przedstawić go słuchaczom w tak złej formie. Król nie może jechać na wozie pełnym śmieci; wzniosłych prawd łaski nie można traktować niedbale. Prawdziwie królewskie prawdy wymagają złotego rydwanu. A jeśli ludzie odmawiają posłuszeństwa tym prawdom, to przynajmniej nie dawaj im wymówki. Jeśli nie możemy się w tym względzie poprawić, to przynajmniej spróbujmy zrekompensować nasze braki większą wagą treści. Nie rób zbyt długiego wstępuNie należy dodawać zbyt dużej galerii do małego domu. Pewna szanowana chrześcijanka słuchała kiedyś kazania Johna Gowa, a ponieważ wstęp trwał ponad godzinę, zauważyła, że czcigodny kaznodzieja tak długo rozkładał obrus, że słuchacze tracili apetyt. Szybko więc nakryj do stołu i trzaśnij talerzami i nożami. Być może widziałeś wydanie Doddridge'a „Pochodzenie i rozwój życia duchowego w duszy człowieka”, do którego wstęp napisał John Foster. Ten wstęp, czyli przedmowa, jest nie tylko znacznie obszerniejszy, ale także nieporównywalnie lepszy od samego dzieła. Autorowi trudno oczekiwać, że ktokolwiek, kto przeczytał wstęp, przeczyta jego książkę. Czy to nie absurd? Unikaj takich rzeczy w swoich kazaniach. Staram się, aby moje wstępy były tak skonstruowane, aby słuchacze wiedzieli tylko, o czym będzie mowa. Jeśli wstęp służy tylko temu celowi, może być bardzo interesujący. Dobrze jest przyciągnąć uwagę słuchaczy ujęciem sygnalizacyjnym, aby dać im szansę na przygotowanie się do tego, co nastąpi. Nie zaczynaj od najbardziej wciągającej części, ale upewnij się, że wszyscy z niecierpliwością oczekują tego, co im zaoferujesz. Niech twoje wprowadzenie nie będzie uroczystym, pompatycznym wstępem do niczego, ale raczej drabiną do osiągnięcia czegoś lepszego. Bądź ożywczy od samego początku. Nigdy się nie powtarzajW twoim kazaniu. Często słyszałem teologa, który miał zwyczaj powtarzać co 10-20 zdań: „Jak już zauważyłem” lub „Powtarzam to, co już powiedziałem”. Biedak! Ponieważ nie powiedział nic szczególnego, powtórzenie tego tylko jeszcze bardziej obnażyło ubóstwo całości. Jeśli powiedziano coś bardzo pożytecznego i to w imponujący sposób, to po co to powtarzać? Jeśli powiedziano drobiazg, to po co go pokazywać po raz drugi? Czasami powtórzenie kilku zdań może wywołać wrażenie; ale wszystko może być dobre, jeśli jest całkowicie naturalne, i bardzo złe, jeśli stanie się nawykiem. I dlaczego więc dziwić się, że ludzie nie zwracają wystarczającej uwagi na coś, co słyszą po raz pierwszy, skoro wiedzą, że kaznodzieja z pewnością powtórzy wszystko jeszcze raz?Po drugie, nie powtarzaj ciągle tych samych myśli., tylko poprzez ubranie ich w inną formę lub wyrażenie ich innymi słowami. Niech każde nowe twoje zdanie zawiera coś nowego. Nie wbijaj zawsze tego samego gwoździa młotkiem. Biblia jest bardzo obszerna, więc pokaż ją swoim słuchaczom w całości. Nie uważaj za konieczne wyjaśniania całej treści nauk teologicznych zgodnie z metodą N.N. za każdym razem, gdy głosisz kazanie. Mówię to nie po to, aby umniejszać jego zasługi; jego metoda jest doskonała, gdy dotyczy podręcznika teologii, ale nie nadaje się do głoszenia. Znam jednego teologa, którego drukowane kazania czytają się jak dzieło teologiczne. Nadają się zatem bardziej do czytania na sali wykładowej, ale nie na ambonie kościelnej i prawie nie robią wrażenia na parafianach. Nasi słuchacze potrzebują świeżego, soczystego mięsa, a nie suchych kości technicznych definicji. Te rozróżnienia i definicje są bardzo przydatne; ale jeśli zajmują większość kazania, przypominają tego młodego człowieka, którego całe kazanie składało się z rozwijania różnych definicji. Pewien starszy diakon tak skomentował jego pismo: zapomniał o kolejnym „rozróżnieniu między ciałem a kośćmi...”. Jeśli chcesz utrzymać uwagę swoich słuchaczy, tonie mów zbyt długoPewien starszy kaznodzieja powiedział kiedyś młodemu człowiekowi, który wygłaszał kazanie od godziny: „Mów, co chcesz, przyjacielu; dla mnie to bez znaczenia; ale nie mów dłużej niż czterdzieści minut”. To absolutna prawda: czterdzieści minut, czyli nie więcej niż trzy czwarte godziny, to granica, której kazanie nigdy nie powinno przekraczać. Jeśli ktoś nie jest w stanie powiedzieć wszystkiego, co zamierza w tym czasie, nie będzie tego robił długo. Powinieneś również być wyrozumiały dla swoich słuchaczy, a przynajmniej współczujący, i nie zatrzymywać ich zbyt długo. Temat twojego kazania nie będzie narzekał, ale słuchacze z pewnością będą… Zwięzłość to cnota, którą wszyscy powinniśmy posiadać; nie przegapmy okazji, by dzięki niej zyskać przychylność słuchaczy. Jeśli zapytasz mnie, jak osiągnąć zwięzłość w kazaniu, odpowiem:Lepiej przygotuj się na kazanieSpędzaj więcej czasu w swoim biurze, aby uniknąć zbyt długiego przebywania na ambonie. Zazwyczaj głosimy długie kazania, gdy nie mamy nic do powiedzenia. Kaznodzieja, który dobrze przygotował materiał, nie pozostanie na ambonie dłużej niż 40 minut; jeśli ma mało materiału, będzie przemawiał przez 50 minut; a jeśli nie ma absolutnie nic do powiedzenia, nie opuści ambony przed godziną 13:00. Zwracaj uwagę na sprawy drugorzędne; one również pomogą ci utrzymać uwagę słuchaczy. Jeśli chcesz cieszyć się poważną i stałą uwagą,wtedy może się to zdarzyć tylko wtedy, gdy wprowadzisz swoich słuchaczy w podniosły, pobożny nastrójJeśli Twoi parafianie są dociekliwi, przepełnieni duchem modlitwy, aktywni, poważni i pobożni, to przyjdą do domu Pańskiego z intencją otrzymania tej łaski. Z cichą, serdeczną modlitwą do Pana, aby udzielił im swojego błogosławieństwa przez Ciebie. Kiedy zajmą swoje miejsca w kościele, będą słuchać każdego Twojego słowa i nie znużą się. Będą spragnieni chwil świętego błogosławieństwa, bo już z doświadczenia znają słodycz niebieskiej manny i będą zbierać swoje żniwo. Nikt jeszcze nie przewyższył moich słuchaczy pod tym względem. Wśród takich słuchaczy kaznodzieja czuje się jak w domu. Stosunkowo łatwo jest mi głosić kazania w mojej kaplicy; moi parafianie przychodzą tam z mocnym zamiarem usłyszenia czegoś pożytecznego, a ta intencja w znacznym stopniu przyczynia się do spełnienia ich oczekiwań. Gdyby mieli posłuchać innego kaznodziei z podobnym zamiarem, jestem przekonany, że on również by ich zadowolił. Wyjątki, oczywiście, zdarzają się wszędzie. Kaznodzieja, który dopiero co objął posługę, nie może oczywiście oczekiwać tak intensywnej, skupionej uwagi, jaką cieszy się ktoś, kto stoi wśród swoich parafian niczym ojciec wśród swoich dzieci, związany z nimi tysiącami wspomnień, szanowany przez nich za lata i doświadczenie. Całe nasze życie powinno być takie, aby ta cecha była odczuwalna w naszych słowach, abyśmy nawet w późniejszych latach mogli mówić z nieodpartą elokwencją i zasłużyć nie tylko na uwagę, ale i na pełen miłości szacunek naszej trzody. Wspólnota chrześcijańska spragniona Prawdy i pasterz gorliwie dążący do zaspokojenia tego duchowego głodu będą zawsze w pełnej harmonii, jeśli celem ich wspólnych wysiłków będzie Słowo Pańskie. Jeśli chcesz uzyskać więcej porad na temat tego, jak utrzymać uwagę odbiorców, powiem Ci:sam bądź zainteresowany swoim tematem, a wtedy zainteresujesz nim innych. Te słowa mówią więcej, niż się wydaje; dlatego zamierzam tu zastosować metodę, którą właśnie opisałem jako nieodpowiednią – mianowicie, powtarzam moje zdanie: zainteresuj się własnym kazaniem, a z pewnością zainteresujesz nim innych. Temat twojego kazania powinien być tak ściśle związany z twoją duszą, że mimowolnie poświęcisz wszystkie swoje duchowe siły jego przedstawieniu; a kiedy twoi słuchacze zauważą, jak bardzo jesteś nim przesiąknięty, mimowolnie, stopniowo, również nim się przesiąkną. Czemu dziwi cię, że ludzie nie słuchają człowieka, który nie czuje w głębi duszy pełnego znaczenia tego, co głosi? Czemu dziwi cię, że nie słuchają go z pełną uwagą, skoro on sam nawet nie mówi z serca? Czemu dziwi cię, że ich myśli kierują się bardziej ku sprawom, które mają realne znaczenie w ich życiu, skoro kaznodzieja marnuje cenny czas, mówiąc o rzeczach, które sam zdaje się uznawać za czysto fikcyjne? Roman powiedział, że dobrze jest posiadaćdar głoszenia, ale nieporównywalnie ważniejsza jest umiejętność uchwycenia jego istoty. W tych słowach kryje się wielka prawda. Istotą, że tak powiem, sercem kazania jest umiejętność włożenia w nie duszy, całego żarliwego zapału, jakby stawką było własne życie. Tam, gdzie to się czuje, dążenie do przyciągnięcia uwagi słuchaczy jest już niemal spełnione. Z drugiej strony, jak można mieć nadzieję na zdobycie uwagi słuchaczy samym zapałem, skoro nie ma się im nic do powiedzenia? Przecież ludzie nie będą stale stać u drzwi, by słuchać jedynie bicia w bęben? W końcu wyjdą, by dowiedzieć się, o co chodzi? A gdy znajdą tylko „wiele hałasu o nic”, oczywiście zamkną za sobą drzwi i powiedzą: „Oszukaliście nas i nie podoba nam się to”. Jeśli macie coś do powiedzenia słuchaczom, mówcie z serca, a wtedy wasi parafianie usiądą u waszych stóp. Prawie zbędne jest tutaj mówienie, że dla dobra słuchaczy musimyzilustrować nasze kazania(„Ilustracje” to krótkie, ale znaczące angielskie określenie wszelkiego rodzaju interpretacji, porównań, dowodów itp. za pomocą obrazów, przypowieści, przykładów, opowiadań itp.). Możemy w tym przypadku polegać na przykładzie danym nam przez samego Pana. Prawie wszyscy najlepsi kaznodzieje zawsze używają dużej liczby obrazów, przypowieści, alegorii i opowieści. Ale nie nadużywajcie tego. Niedawno czytałem pamiętnik pewnej Niemki, która przeszła z luteranizmu na naszą wiarę. Mówi o wiosce, w której mieszka: „Mamy tu stację misyjną i młodzi mężczyźni przychodzą do nas, żeby głosić kazania. Nie chcę krytykować tych młodych kaznodziejów, ale opowiadają nam wiele uroczych historyjek i nie sądzę, żeby mieli nam coś więcej do powiedzenia. Tylko że niektóre z tych historii słyszałem już wcześniej; więc ich pojawienie się nie służy mojemu zbudowaniu, tak jak miałoby to miejsce, gdybym ponownie usłyszał jakąś zbawczą prawdę z Pisma Świętego”. Podobne myśli niewątpliwie nasuwały się innym. „Piękne historyjki” są bardzo przydatne, ale nigdy nie powinny stanowić głównej treści waszych kazań. Strzeżcie się tych „pięknych historyjek”, bo są przestarzałe. Słyszałem ich tak wiele, że mógłbym je tu powtórzyć, ale nie widzę potrzeby… Strzeżcie się również tych obszernych, popularnych zbiorów tych „ilustracji”, które są w rękach wszystkich naszych nauczycieli, bo nikt wam nie podziękuje za powtarzanie tego, co wszyscy już znają na pamięć. Jeśli opowiadacie „historię”, niech będzie świeża i oryginalna. Przyglądajcie się uważniej i zbierajcie kwiaty na polach i w ogrodach własnymi rękami; bukiety tych kwiatów będą nieporównywalnie piękniejsze niż zasuszone okazy wzięte ze starych bukietów zebranych przez innych, bez względu na to, jak piękne kiedyś były. Obficie stosujcie stosowne „ilustracje”, ale traktujcie je raczej jako obrazy wynikające z samego tematu niż jako przypowieści zaczerpnięte z cudzych źródeł. Nie myślcie, że wszystko zależy od tych „ilustracji”. Są one jedynie oknem w waszej budowli. Ale jaki pożytek z całego światła, które wpada przez nie do pokoju, jeśli nie ma w nim niczego, co mogłoby oświetlić? Udekoruj swoje dania, ale nie zapominaj, że najważniejsza jest pieczeń na nich podana, a nie ich dekoracja. Musisz przekazać słuchaczom prawdziwe przesłanie; w przeciwnym razie przekonasz się, że dekoracje ich nie zadowolą, a oni nadal będą łaknąć duchowego pożywienia. Ćwicz to równieżTo, co Taylor nazywa „efektem nieoczekiwanego”, ma wielką moc przyciągania uwagi słuchaczy. Nie używaj sformułowań, których wszyscy się spodziewają. Nie podążaj utartymi szlakami. Jeśli powiedziałeś: „Jedynym źródłem błogosławieństwa jest łaska Boża”, nie dodawaj zawsze: „a nie nasze własne zasługi”, ale zmień swoje sformułowanie i powiedz: „Źródłem błogosławieństwa jest łaska Boża; świadomość własnej sprawiedliwości nie może nam jej dać”. Obawiam się, że nie potrafię oddać sprawiedliwości stwierdzeniu Taylora. Mówi on: „Niektórzy z nas robią niewielkie postępy w życiu chrześcijańskim, ponieważ ludzie zazwyczaj robią tylko kilka kroków naprzód, a potem szybko się cofają. Jak statek miotany falami, tak ty przez jakiś czas robisz duże postępy, a potem – jak to ujął? – nagle zanurzasz się w mulistej zatoce”. Czyż nie powiedział również: „Jest przekonany, że jeśli się nawrócą, pozostaną wierni i nie wypuszczą swoich stad na pola zbożowe sąsiada?” Odpowiednie zastosowanie tego systemu pozwala skupić i utrzymać uwagę słuchaczy. W zeszłym roku byłem w Mentone nad brzegiem Morza Śródziemnego, siedząc nad brzegiem. Fale łagodnie rosły, a przypływu prawie nie było, bo wiatr całkowicie ucichł. Fale przetaczały się jedna po drugiej tak spokojnie, że nawet ich nie zauważałem, choć rozbijały się niemal u moich stóp. A potem, jakby ulegając jakiemuś nowemu impulsowi, nagle wdarła się wysoka fala i przemoczyła mnie od stóp do głów. Możecie sobie wyobrazić, jaki byłem spokojny do tej pory, ale nagle zerwałem się na równe nogi i porzuciłem wszelkie marzenia. Powiedziałem do mojego współsługi, który stał obok mnie: „To pokazuje nam, jak powinniśmy głosić; musimy zaskoczyć naszych słuchaczy czymś nieoczekiwanym, aby ich obudzić”. Bracia, atakujcie niespodziewanie! Niech wasza błyskawica rozbłyśnie na czystym niebie! Niech burza się rozpęta, gdy wszystko wokół będzie czyste i spokojne: tym straszniejsza będzie w porównaniu z tym. Ale nie zapominajcie, że wszystko będzie daremne, jeśli sami zaśniecie. Pytacie: czy to możliwe? Nie dość, że jest to możliwe, to jeszcze zdarza się nieustannie, w każdą niedzielę! Wielu kaznodziejów wygłasza całe kazanie, jakby byli pogrążeni w półśnie. Wydaje się, jakby jeszcze nie obudzili się z nocy i nie mogą się obudzić, dopóki nie rozlegnie się huk armaty tuż nad ich uszami. Cicha mowa, banalne wyrażenia i ponura monotonia składają się na całe ich kazanie, a oni sami są zaskoczeni, że słuchacze są tak senni! Muszę przyznać, że w tym przypadku niczemu mnie nie dziwi. Bardzo przydatnym narzędziem w rozbudzaniu uwagi słuchaczy są okazjonalne pauzy. Jeśli od czasu do czasu zatrzymasz konie, pasażerowie w powozie nieuchronnie się obudzą. Młynarz zasypia przy dźwięku kół młyńskich, ale jeśli nagle się zatrzymają, natychmiast zrywa się i pyta: „Co się stało?”. Jeśli nic nie jest w stanie przezwyciężyć senności, która ogarnia ludzi w upalny letni dzień, to kazanie powinno być jak najkrótsze. Jeden z kaznodziejów, widząc, że jego słuchacze są gotowi zasnąć, usiadł i powiedział: „Widziałem, że wszyscy chcieli odpocząć, i ja też chciałem odpocząć”. Ledwo zaczął kazanie, gdy zauważył, że słuchacze zaczynają drzemać. Wtedy zawołał: „Przyjaciele, przyjaciele, przyjaciele, to nie przejdzie. Często myślałem, że to ja jestem winien waszej senności; ale teraz zasypiacie, zanim jeszcze zacząłem mówić. Teraz to wy sami jesteście winni. Błagam was, obudźcie się i dajcie mi szansę, żebym mógł wam pomóc”. Słusznie! Naucz się pauzować w czasie. Naucz się przerywać swoją mowę stymulującymi pauzami ciszy. Mowa jest srebrem, cisza złotem, jeśli słuchacze są nieuważni. Jeśli będziesz kontynuować wszystko spokojnym, melodyjnym tonem, całkowicie ukołyszesz słuchaczy do snu; jeśli ich w ten sposób obudzisz, ich sen odleci daleko. Jeszcze raz zwracam uwagę na to, że jeśli chcesz, aby całe Twoje kazanie zostało uważnie wysłuchane przez Twoich słuchaczy, to upewnij się, żesłuchacze czuliŻe interesujesz się tym, co im mówisz. To bardzo ważne, aby nikt nie zasnął w chwili, gdy mógłby usłyszeć coś pożytecznego dla siebie. Słyszałem wiele dziwnych rzeczy; ale nigdy nie słyszałem, żeby ktoś zasnął, gdy odczytywano na jego korzyść czyjś testament, ani żeby skazany zasnął podczas odczytywania własnego wyroku. To, czym ktoś się interesuje, jest dla niego ważne. Wygłaszaj kazania na tematy ekscytujące, istotne, na ważne tematy, które w danej chwili interesują słuchaczy – a będziesz słuchany z uwagą. Dobrze też, jeśli niepozwalać, Do duchowni chodzili po kościelepodczas kazania, aby skorygować któryś ze swoich obowiązków. Musimy delikatnie, ale jednocześnie stanowczo napominać naszych parafian, aby niespóźnić siędo świątyni. Jestem przekonany, że ręka złego ducha działa we wszystkich przerwach w nabożeństwie, które szarpią nasze nerwy i rozpraszają myśli. Używa wszelkich środków, by osiągnąć swój cel: trzaskania drzwiami, dźwięku spadającego kija, płaczu dziecka. Dlatego jesteśmy zobowiązani do napominania naszych słuchaczy, aby nie odrzucali łaski Bożej, poddając się temu atakowi złego ducha. Na początku tego wykładu podałem wam złotą zasadę, jak utrzymać uwagę słuchaczy: zawsze mówcie coś, czego warto posłuchać. Teraz podam wam jeszcze cenniejszą zasadę i nią zakończę ten wykład.Zawsze mów w mocy DuchaBoża; wtedy nie będzie wątpliwości, czy zostaniesz wysłuchany, czy nie. Idź głosić prosto z celi swego serca, prosto z rozmowy z Bogiem, aby przekazywać ludziom słowa Boże z całą swoją duchową mocą – a otrzymasz pełną władzę nad nimi. Twoje słowa zamienią się wówczas w złote łańcuchy, którymi będziesz skuwał swoich słuchaczy. Kiedy Bóg mówi, człowiek musi słuchać; nawet jeśli przemawia przez żałosną, słabą osobę, to jednak wielkość głoszonej prawdy doda siły jego głosowi. Twoją siłą musi być autorytet otrzymany z góry. Mówimy wam: rozwijajcie swoją elokwencję, studiujcie wszystkie dziedziny nauki; niech nasze głoszenie, zarówno duchowe, jak i retoryczne, będzie takie, jakie być powinno (i nie powinniście zadowalać się byle czym w tak ważnej sprawie), ale nieustannie powtarzajcie sobie: możemy duchowo odrodzić człowieka „nie naszą własną siłą czy mocą”, ale „tylko Moim Duchem, mówi Pan”. Czyż nie odczuwasz czasem w sobie szczególnej gorliwości, poczucia obecności Ducha Bożego w najgłębszych zakamarkach duszy? W takich chwilach twoi słuchacze będą uważni; ale jeśli ta siła nie zostanie ci dana z góry, będziesz jedynie muzykiem grającym na pięknym instrumencie lub śpiewakiem śpiewającym piękną pieśń czystym głosem. Twoja gra lub śpiew jedynie ucieszy ucho, ale nie dotrze do serc słuchaczy. Jeśli serce nie zostanie poruszone, ucho szybko się zmęczy. Dlatego odziej się mocą Ducha Świętego i wtedy głoś ludziom ku chwale i wywyższeniu imienia. A niech sam Pan będzie z wami, bracia, gdy wystąpicie w Jego imieniu i zawołacie: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!” Wykład 10ImprowizacjaNie zamierzamy tu rozważać, czy najpierw należy napisać kazanie, a następnie przeczytać je z notesu, czy napisać je, a następnie wyrecytować z pamięci, czy też konieczne są jedynie notatki. Nie musimy teraz poruszać tych kwestii; możemy poruszyć je jedynie pobieżnie. Na razie omówimy improwizację w jej najczystszej i najbardziej fundamentalnej formie; omówimy głoszenie kazań bez specjalnego przygotowania, bez wstępnych notatek, a nawet bez wcześniejszego rozważenia tematu kazania. Przede wszystkim zauważmy, że nie zalecamy nikomu głoszenia kazań w ten sposób. Ta metoda wydaje nam się w większości przypadków najlepszym sposobem na rozproszenie wszystkich słuchaczy. Myśli, które rodzą się pochopnie, bez uprzedniej refleksji, w umyśle kaznodziei, nie zawsze są interesujące, nawet jeśli ich autorzy są najbardziej utalentowani. A ponieważ nikt z nas nie ma na tyle skrupułów, by udawać geniusza czy cudotwórcę nauki, bardzo obawiam się, że nasze nieprzemyślane refleksje nie zasłużą na uwagę słuchaczy. Uwagę parafian może przykuć jedynie prawdziwie znaczące, pouczające kazanie; samo wypełnienie ich czasu deklamacją nie wystarczy. Ludzkie dusze wszędzie domagają się pożywienia, prawdziwego pożywienia. Ci nowomodni marzyciele, których całe publiczne nabożeństwo polega na tym, że ktoś – ktokolwiek w danej chwili przyjdzie im do głowy – wskakuje na ambonę, by popisać się dowcipem – ci marzyciele, pomimo wszystkich przynęt, jakie oferują ignorantom, zazwyczaj bardzo szybko spotykają się z rozczarowaniem. Nawet najgłupsi ludzie, wyobrażając sobie, że Duch Boży może przemawiać przez kogokolwiek, szybko nasycają się paplaniną takich kaznodziejów, bez względu na to, jak chętnie głoszą własne nauki. A wszyscy prawdziwie pobożni ludzie, znużeni takimi przejawami nudnej ignorancji, zazwyczaj zwracają się do innych kaznodziejów, przechodząc do tych, którzy z ambony oferują im bardziej wyrazistą, solidną doktrynę. Nawet sekta kwakrów, pomimo wszystkich swoich znakomitych cech, nie była w stanie ożywić ubóstwa myśli i doktryny, które jej improwizujący kaznodzieje kultywowali w swoich naukach. Ogólnie rzecz biorąc, głoszenie bez namysłu jest niemożliwe, a nawet szkodliwe. Duch Święty nigdy nie obiecał zesłać wierzącym duchowego pokarmu za pośrednictwem improwizujących kaznodziejów. Nigdy nie zrobi dla nas tego, co możemy i musimy zrobić sami. Jeśli możemy coś studiować, ale nie chcemy, jeśli mamy możliwość przygotowania się do kazania, ale tego nie robimy, to nie mamy prawa prosić Pana o pomoc. Nasze lenistwo i zaniedbanie nie mogą współistnieć z Bożą pomocą. Boża opatrzność obiecała zapewnić ziemski pokarm dla Swojego ludu; ale jeśli zaniedbamy jego przygotowanie, licząc, że Pan sam go zapewni w odpowiednim momencie, to oczywiście nasza głupota zostanie ukarana głodem. To samo powinno dotyczyć pokarmu duchowego, z tą różnicą, że duchowe narządy trawienne człowieka nie są tak odporne jak jego żołądek. Zatem, panowie, nie próbujcie stosować metody tak niezadowalającej w ogólności, nawet w najdrobniejszych wyjątkach. Każde kazanie musi być starannie przygotowane i przemyślane przez kaznodzieję; a każdy kaznodzieja, modląc się o przewodnictwo z góry, musi zagłębić się w swój temat tak głęboko, jak to możliwe, musi wytężyć wszystkie swoje duchowe zdolności, musi zebrać wszystkie możliwe materiały. Musi zbadać swój temat z każdej strony, dokładnie go rozważyć, przeżuć i strawić, że tak powiem. Dopiero gdy nakarmi się Słowem Bożym, będzie mógł przygotować podobny pokarm dla innych. Nasze kazania muszą być naszą duchową krwią, wylewem naszej duchowej siły – lub, by użyć innego porównania, muszą być starannie wypolerowane i oprawione jak drogocenne kamienie, noszące wyraźne ślady naszej pracy. Obyśmy nie śmieli przedstawiać naszemu Panu niczego, nad czym nie pracowaliśmy! Szczerze ostrzegam was wszystkich przed czytaniem naszych kazań. Radzę wam wręcz przeciwnie, abyście je często przepisywali, co stanowi bardzo przydatne ćwiczenie i poważną pomoc w osiągnięciu płynności. Dla tych z nas, którzy piszą w innych formach – na przykład do publikacji – to ćwiczenie jest mniej konieczne. Jeśli jednak macie inne zajęcia, dobrze by było, gdybyście zapisali i starannie przejrzeli przynajmniej niektóre z waszych kazań. Trzymajcie je w domu, ale mimo to zapisujcie, aby ustrzec się przed niedbalstwem i niechlujstwem w pisaniu. M. Boutin w swojej znakomitej pracy o „Wolności słowa” pisze: „Nikt nie nauczy się dobrze przemawiać publicznie, dopóki najpierw nie osiągnie panowania nad własnymi myślami, aby móc je rozłożyć na czynniki pierwsze, przeanalizować ich pierwotne podstawy, a następnie, w razie potrzeby, połączyć je na nowo i zsyntetyzować. Jednakże ta analiza myśli, która pojawia się przed naszymi duchowymi oczami, może zostać osiągnięta jedynie poprzez ich zapisanie. Pióro jest nożem skalpowym, który rozcina myśli, i tylko zapisanie wszystkiego, co pojawia się przed naszym wewnętrznym widzeniem, może pomóc nam osiągnąć jasne zrozumienie tego, co zawiera ta reprezentacja i precyzyjnie określić jej granice. Tylko wtedy możemy zrozumieć siebie i sprawić, by inni nas zrozumieli”. Nie zalecamy uczenia się kazań na pamięć i recytowania ich z pamięci, ponieważ jest to jedynie żmudne ćwiczenie i leniwe zaniedbywanie wyższych zdolności. Najlepszą i najbardziej korzystną metodą w tym przypadku jest zebranie w myślach jak najobszerniejszego materiału duchowego, a następnie przekazanie go słuchaczom w najbardziej odpowiednich formach, jakie w danej chwili przychodzą nam na myśl. To nie jest improwizacja; improwizowane są tylko słowa, ale myśli wyrażone tymi słowami są owocem pracy i nauki. Tylko nierozsądni ludzie uznaliby tę metodę za łatwą; w rzeczywistości jest to najtrudniejsza, a jednocześnie najbardziej korzystna metoda głoszenia, posiadająca niezwykłe zalety, których nie mogę tu szczegółowo omówić, ponieważ odbiegałoby to zbyt daleko od tematu. Porozmawiamy teraz o prawdziwej, czystej improwizacji, czyli o wolności słowa. Zdobycie umiejętności swobodnego mówienia jest niezbędne dla kaznodziei. Nie bój się! Tę umiejętność w większości przypadków osiąga się niewielkim wysiłkiem. Wielu posiada ją już naturalnie i wcale nie jest to rzadki dar.improwizatorzyJest dla nich tak charakterystyczne, że potrafią improwizować setki, a nawet tysiące wersów na zadany temat. Układają całe poematy lub tragedie bez namysłu i potrafią mówić godzinami bez przerwy, spontanicznie. Ich drukowane dzieła rzadko wznoszą się ponad przeciętność, ale jedno z nich, Perfetti, zdobyło laury godne Petrarki i Tassa. A dziś wielu z nich improwizuje wersy zrozumiałe dla publiczności, z zapartym tchem słuchających. Dlaczego nie możemy osiągnąć tej samej umiejętności swobodnego mówienia prozą? Oczywiście, nie bylibyśmy w stanie recytować poezji i nie potrzebujemy tej umiejętności. Wielu z was, oczywiście, próbowało pisać „wiersze” (kto z nas nie robił tego w chwilach „słabości”!), ale teraz, gdy wszystkie nasze myśli krążą wokół trzeźwej prozy życia i śmierci, nieba i piekła dla zatwardziałych grzeszników, nie mamy czasu na taką „dziecinność”. (Wesley uważał za stosowne powiedzieć: „Nie śpiewajcie własnych pieśni”. Zwyczaj recytowania własnoręcznie ułożonych wierszy był bardzo powszechny wśród teologów jego czasów; mamy nadzieję, że już nie istnieje). WieleprawnicyPosiadają najwyższy dar wolności słowa. Ci panowie muszą mieć przynajmniej kilka cech! Kilka tygodni temu odbył się proces przeciwko pewnemu biedakowi, oskarżonemu o straszliwą zbrodnię – napisanie obraźliwego listu przeciwko prawnikowi; i miał szczęście, że nie byłem jego sędzią, bo z pewnością skazałbym go na resztę życia pod krzyżowym przesłuchaniem… Ale panowie prawnicy są w większości bardzo utalentowanymi mówcami; i jest całkowicie zrozumiałe, dlaczego powinni dobrze improwizować, bo nigdy nie wiedzą, co powie im zeznanie, jak pokierować swoim temperamentem jako sędzia ani poglądami strony przeciwnej. Jakkolwiek dobrze przygotują się do publicznego wystąpienia, zawsze mogą im się nasunąć nowe punkty widzenia, których rozważenie wymaga jasności umysłu i umiejętności płynnego mówienia. W istocie, często ze zdziwieniem zauważałem, że dowcipne, śmiałe odpowiedzi prawników w naszych sądach zdają się spadać z nieba lub z rękawa. Ale to, co prawnik może zrobić dla swojego klienta, ty oczywiście powinieneś być w stanie zrobić w zarządzaniu wielkim Bożym dziełem zbawienia. Nikt nie potrafi przemawiać lepiej w sądzie niż z ambony. My, z Bożą pomocą, musimy być tak samo biegli w posługiwaniu się duchową bronią, jak każdy inny, kimkolwiek jest i w każdej dziedzinie. Niektórzy znani członkowie parlamentuZnakomicie rozwinęli swój dar wolności słowa. Ale wśród wszystkich tortur, którym poddawane jest ludzkie ucho, nie ma nic bardziej bolesnego niż słuchanie miernego mówcy parlamentarnego w Izbie Wyższej lub Niższej. Można by nawet zaproponować zniesienie kary śmierci i zamiast tego zlecić przestępcom słuchanie szeregu najnudniejszych mówców parlamentarnych. Ale niech członkowie Królewskiego Towarzystwa Opieki nad Ludzkością temu zapobiegną! Jednak niektórzy członkowie dostojnego Zgromadzenia potrafią mówić improwizując i robią to dobrze. Wyobrażam sobie, że wiele znakomitych przemówień wygłoszonych tam przez Johna Brighta, Gladstone'a czy Disraeliego było niczym więcej niż potężnymi strumieniami, nagle wybuchającymi niczym źródło z kipiącego gejzeru, jak ująłby to Southey. Oczywiście, starannie układali swoje długie przemówienia na temat budżetu, ustawy, reform itd. Ale wiele z ich krótszych przemówień było niewątpliwie inspirowanych chwilą, a mimo to wywarły na wszystkich niezwykłe wrażenie. Dlaczego przedstawiciele ludu mieliby posiadać większą elokwencję niż przedstawiciele wielkich prawd niebiańskich na ziemi? Bracia, zabiegajcie gorliwie o ten niezrównany dar i starajcie się go zdobyć ze wszystkich sił. Wszyscy jesteście oczywiście przekonani, że dar, o którym mówimy, jest niezwykle ważny dla kaznodziei. Ale jeśli ktokolwiek z was powie teraz w duchu: „Chciałbym go mieć, to nie musiałbym tak ciężko pracować!” W takim razie nie masz powodu, by go pragnąć, bo nie jesteś godzien posiadać takiego skarbu i nie powinieneś go sobie powierzać. Jeśli chcesz, by był jedynie pomocą dla twojego lenistwa i niedbalstwa, jesteś w wielkim błędzie; posiadanie tej szlachetnej mocy będzie dla ciebie ciężarem nie do zniesienia i tylko utrudni ci pracę. To jak magiczna lampa w bajkach, którą trzeba długo pocierać, by zabłysnąć, a która po przestaniu pocierania znów zamienia się w przyćmioną kulę. Słyszeliśmy o ludziach, którzy z czystej próżności podejmują się improwizacji na podstawie dowolnego tekstu, jaki im dano; ale takie widowiska są absolutnie odrażające i graniczą z bezbożnością. Wykonywanie takiego przedstawienia byłoby jak robienie magicznej sztuczki na widowni. Nasze dary zostały nam dane w najlepszym celu. Mam nadzieję, że nie będziecie ich tak poniżać. Takie sztuczki są w porządku gdzie indziej, ale na ambonie kościelnej, nawet gdyby występował sam Bossuet, są odrażające. Dar wolności słowa jest nieoceniony, ponieważ pozwala nam wyrażać myśli w sposób odpowiedni, w zależności od okoliczności. A takie okoliczności mogą się zawsze zdarzyć. Nieoczekiwane rzeczy zdarzają się wszędzie; zdarzają się nawet na najlepiej zorganizowanym spotkaniu. I te nieoczekiwane rzeczy mogą całkowicie odwieść twoje myśli od wcześniej zaplanowanej ścieżki. Nagle wyraźnie dostrzeżesz, że wybrany temat jest nieodpowiedni; dla każdej rozsądnej osoby staje się jasne, że w tym momencie absolutnie konieczna jest zmiana ścieżki. Jeśli wyjście z poprzedniej drogi jest zablokowane, musisz obrać nową ścieżkę, a to czasami może być bardzo trudne, a nawet niebezpieczne. W istocie, wcale nie jest łatwo, w trakcie publicznego zgromadzenia, po wysłuchaniu przemówień towarzyszy i obserwowaniu frywolności jednych i nużącej monotonii innych, móc spokojnie rozwiązać problem, bez aluzji do poprzedników, i skierować słuchaczy na inną, bardziej budującą ścieżkę. Posiadanie takiego daru jest bardzo ważne dla kaznodziei, zwłaszcza na spotkaniach, gdzie łatwo mogą pojawić się różne zupełnie nieoczekiwane pytania. W niektórych parafiach istnieje zwyczaj, zgodnie z którym pewne osoby o wysokim mniemaniu wychodzą na ambonę i przemawiają do wiernych. W takich przypadkach proboszcz (lub starszy kaznodzieja) ma obowiązek odpowiedzieć mówcy. Kaznodzieja, któremu brakuje umiejętności improwizowania, łatwo wpada w zakłopotanie, nadmiernie się denerwuje, kompromituje i wprowadza ogólne zamieszanie wśród słuchaczy. W tym przypadku i w podobnych okolicznościach umiejętność improwizowania jest złotem Ofira. Zatem umiejętność płynnego mówienia to cenny dar. Ale jak go osiągnąć? To pytanie prowadzi nas do następującej obserwacji:niektórzy nigdy tego nie osiągnąTrzeba mieć wrodzoną zdolność do swobodnej, żywej mowy. To jak z poezją. Można się urodzić poetą, ale nie można nim zostać. „Sztuka może rozwinąć i udoskonalić talent mówcy, ale nie może go wywołać”. Żadne zasady retoryki nie uczynią człowieka elokwentnym. To dar niebios, a ten, komu go odmówiono, nigdy go nie otrzyma… Niektórzy nie mogą stać się dobrymi mówcami tylko z powodu słabości swoich darów duchowych. Być może staną się znośnymi kaznodziejami codziennych spraw, ale nigdy nie będą improwizatorami. Jeśli dożyją wieku Matuzalema – i to tylko według systemu darwinowskiego, według którego arcybiskup Canterbury pochodzi od ostrygi – tylko wtedy mogą stać się dobrymi mówcami. Bez wrodzonego daru elokwencji, bez względu na to, jak bardzo ktoś rozwinie się pod różnymi względami, nigdy nie zabłyśnie jak jasna gwiazda na horyzoncie swobodnej, elokwentnej mowy. Jeśli ktoś chce głosić kazanie bez wcześniejszego przygotowania, musi się uczyć pilnie i gorliwie. Może to brzmieć paradoksalnie, ale dla nas jest to całkiem oczywiste. Jeśli jestem młynarzem i przyniosą mi worek, który muszę napełnić mąką w ciągu pięciu minut, będę mógł to zrobić tylko wtedy, gdy zawsze będę miał wystarczającą ilość mąki w magazynie młyna. Wystarczy, że wtedy otworzę worek i wsypię do niego mąkę. Nie mielę jej w tym czasie, a zatem moje nasypywanie mąki jest, że tak powiem, improwizowane. Już ją przygotowałem, zmieliłem wcześniej, a zatem teraz mogę zadowolić moich klientów. Nigdy nie będziecie mieli dobrych pomysłów na improwizację, jeśli nie będziecie przyzwyczajeni do ciągłej gotowości do głoszenia i nie będziecie stale karmić swojego ducha obfitym i zdrowym jedzeniem. Dlatego proszę was: wytężajcie swoje siły w każdej minucie. Przygotujcie się na przyszłość, abyście mogli spotykać się ze swoimi klientami z pełnymi rękami, abyście zawsze byli gotowi ich spotkać. Nie wierzę, że ktokolwiek może osiągnąć umiejętność płynnego i konsekwentnego mówienia, jeśli nie będzie ciężko pracował, nawet bardziej niż ktoś, kto zapisuje i zapamiętuje swoje kazania. Pamiętaj, tylko przepełnione naczynie może się przepełnić. Zapas myśli i wypowiedzi jest niezwykle przydatny.W obu przypadkach możemy być zarówno biedni, jak i bogaci. Ten, kto posiada rozległą, gruntowną i uporządkowaną wiedzę, kto jest dobrze zorientowany w swoim temacie, może niczym król rozrzucać swoje wspaniałe skarby na prawo i lewo wśród tłumu. Dla was, panowie, gruntowna znajomość Słowa Bożego, w odniesieniu do waszego wewnętrznego życia duchowego i do wielkich wydarzeń czasu i wieczności, jest absolutnie niezbędna. Z obfitości serca mówią usta. Przyzwyczajcie się do kontemplowania prawd niebiańskich, badajcie Pismo Święte, miłujcie prawo Pańskie, a nie będziecie musieli obawiać się tego, co mówicie swoim słuchaczom. Ten, kto mówi o temacie wykraczającym poza jego doświadczenie, może łatwo pomylić się w mowie; ale wy, którzy płoniecie miłością do Wielkiego Króla, wy, którzy doświadczyliście błogości życia w Nim, zobaczycie na własne oczy, że jest to dla was całkiem łatwe. Studiujcie prawdy duchowe dogłębnie, aż do korzeni, a z łatwością będziecie je przekazywać innym. Nieznajomość prawdziwej teologii nie jest rzadkością wśród naszych kaznodziejów. Nic dziwnego, że mamy tak niewielu kaznodziejów o płynnej mowie, tak niewielu prawdziwych teologów. I nigdy nie będziemy mieli wielkich kaznodziejów, dopóki nie będziemy mieli wielkich znawców prawa Bożego. Nie można zbudować okrętu wojennego z małego krzaka porzeczki; ani nie można stworzyć wielkich, poruszających serce kaznodziejów z przeciętnych studentów. Jeśli chcesz mówić płynnie i przekonująco, bądź pełen wszelkiej wiedzy, a zwłaszcza doświadczonego zrozumienia nauk Jezusa Chrystusa, twojego Pana. Zauważyliśmy już powyżej, że akcjewyrażeniaJest to również bardzo przydatne dla mówcy, który chce mówić improwizując. Kluczem jest umiejętność dobierania i zapamiętywania eleganckich wyrażeń, zwrotów i perswazyjnych sformułowań, a następnie ich naśladowania. Nie oznacza to, że zawsze należy nosić przy sobie złoty notes, w którym zapisuje się wszystko, co wpadnie mu w oko podczas czytania, z zamiarem wykorzystania go w kolejnym kazaniu. Nie, trzeba znać głębsze znaczenie zapisanych słów, umieć ocenić siłę synonimów, omówić rytm poszczególnych fraz i ocenić znaczenie wstawionych zdań. Trzeba w pełni opanować użycie wszystkich tych słów. Powinny być one dla słuchaczy inspiracją, piorunami, a także kroplami miodowej rosy. Zwykłych „wypluwaczy słów” można porównać jedynie do zbieraczy muszli ostryg, skórek grochu czy jabłek. Dla osoby posiadającej głęboką wiedzę i głębokie myśli słowa są srebrnym naczyniem, w którym przekazują słuchaczom złote prawdy. Staraj się nabyć odpowiednie umiejętności językowe, aby móc właściwie kierować swoimi myślami. Uważam też, że jeśli ktoś chce dobrze mówić, to powinien przede wszystkim zadbać owybierając temat, który jest dla niego całkowicie zrozumiałyW tym właśnie tkwi sedno sprawy. Podczas całego mojego pobytu w Londynie nigdy nie przygotowałem się na poniedziałkowe nabożeństwo wieczorne, by oswoić się z wolnością słowa. Zawsze traktuję te spotkania jako okazję do improwizowanych przemówień; proszę jednak w tym przypadku o zwrócenie uwagi na fakt, że nie omawiam przy takich okazjach trudnych czy niejasnych tematów, lecz ograniczam się do prostej analizy fundamentalnych prawd naszej wiary, analizy tego, co w danej chwili leży mi na sercu. Kiedy w takich momentach wstępujecie na ambonę, zawsze rozglądajcie się w myślach i zadawajcie sobie pytanie: „Jaki temat was dzisiaj zajmował, co przykuło waszą uwagę w lekturach z ostatniego tygodnia, co szczególnie zaprząta teraz wasze myśli, co przypominają wam dzisiejsze śpiewy i modlitwy?”. Pamiętajcie, nie jest dobrze przemawiać do zgromadzenia i oczekiwać, że nagle zainspirują was tematy, których nie rozumiecie. Jeśli oddasz się takiemu szaleństwu, jedyną konsekwencją będzie to, że prawdopodobnie nie będziesz wiedział, co powiedzieć, a twoi parafianie nie zostaną z tego powodu pouczeni. Nie widzę jednak powodu, dla którego nie należałoby improwizować na temat, który znamy dogłębnie. Każdy kupiec, który dobrze zna się na swoim fachu, może to każdemu wyjaśnić bez wcześniejszego zastanowienia; powinniśmy czuć się jak u siebie w domu wśród tych elementarnych prawd naszej świętej wiary i nie wstydzić się, gdy jesteśmy zmuszeni mówić o tematach, które stanowią chleb powszedni naszych dusz. W istocie, nie widzę, jaką korzyść można by czerpać z czysto mechanicznej pracy pisania tuż przed wygłoszeniem przemówienia, ponieważ w takim przypadku takie pisanie samo w sobie jest improwizacją; a oczywiście pisemna improwizacja musi być jeszcze słabsza niż improwizowana mowa. Zaletą pisania jest jedynie możliwość korekty. Ale tak jak utalentowany pisarz potrafi precyzyjnie i jasno wyrazić swoje myśli na papierze, tak utalentowani mówcy muszą umieć wyrażać swoje myśli w kazaniach. Myśli, które kaznodzieja wyraża z ambony, mówiąc o temacie, który dogłębnie przestudiował, nie mogą po prostu przyjść do głowy. Są raczej wyrazem tego, co tkwi w głębi duszy pastora, czegoś, co już głęboko odczuł. Każdy, kto przemyślał swój temat w ten sposób – to znaczy nie bezpośrednio przed wystąpieniem, ale z wyprzedzeniem – będzie oczywiście przemawiał dobitnie i przekonująco. I odwrotnie, ktoś, kto siada, by spisać swoje myśli tuż przed wystąpieniem, napisze tylko puste, mgliste idee, cokolwiek przyjdzie mu do głowy. Dlatego nawet nie próbuj improwizować, jeśli nie przestudiowałeś dokładnie tematu. To zdanie, choć może brzmieć paradoksalnie, jest mądrą zasadą. Kiedyś musiałem przejść ciężką próbę i gdybym nie miał już doświadczenia w swobodnym mówieniu, nie wiem, jak bym się z niej wywinął. Miałem wygłosić kazanie w pewnej kaplicy, gdzie liczna rzesza wiernych czekała na moje przemówienie. Spóźniłem się z powodu nieoczekiwanej przeszkody na kolei. Inny kaznodzieja rozpoczął nabożeństwo, a kiedy przybyłem, zdyszany z pośpiechu, on już rozpoczął kazanie. Widząc, że wchodzę, zatrzymał się. „Oto on” – powiedział. „Ustępuję mu teraz miejsca i myślę, że mój brat w kapłaństwie będzie tak uprzejmy i dokończy moje kazanie”. Zapytałem go o tekst jego kazania i o to, jak daleko zaszedł. Podał mi tekst i powiedział, że właśnie skończył pierwszą część. Bez wahania zacząłem kontynuować jego kazanie i doprowadziłem je do końca. Wstydziłbym się za każdego obecnego, kto nie był w stanie tego dokonać, ponieważ okoliczności były takie, że moje zadanie okazało się całkiem łatwe. Po pierwsze, kaznodzieją był mój dziadek; a jego tekst brzmiał: „Łaską jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie z was, to dar Boży”. Każdy, kto nie wiedziałby, co powiedzieć w takich okolicznościach, nie byłby mądrzejszy od zwierzęcia, na którym jechał Balaam. „Łaską jesteście zbawieni”. Wszystko zostało już powiedziane o źródle naszego zbawienia; kto teraz nie był w stanie kontynuować wykładu, wyjaśniając słowa apostoła „przez wiarę” jako drogę, którą zbawienie do nas przychodzi. Wyjaśnienie, jak otrzymujemy zbawienie, nie wymagało wielkiej wiedzy. Tym razem jednak musiałem przejść przez nową próbę, a mianowicie: gdy już nieco opanowałem temat kazania, a nawet zostałem nim pochłonięty, poczułem nagle, jak ktoś życzliwie poklepuje mnie po plecach, a za mną rozległ się głos: „Prawda, prawda! Powiedz im to jeszcze raz, bo inaczej, być może, zapomną!”. Powiedziałem to, co przed chwilą; ale gdy chciałem dodać coś więcej z własnego doświadczenia, poczułem szarpnięcie za sukienkę, a wtedy starszy wystąpił naprzód i powiedział: „Mój wnuk mówi wam to tylko teoretycznie, ale ja stoję tu przed wami jako świadek tej prawdy z doświadczenia; jestem od niego starszy i mogę to zaświadczyć przed wami jako starzec”. Opowiadając wówczas o fakcie ze swojego własnego doświadczenia, kontynuował: „Widzicie, mój wnuk potrafi głosić Ewangelię o wiele lepiej ode mnie”. A teraz, panowie, gdybym nie miał już doświadczenia w swobodnym mówieniu, myślę, że z łatwością mógłbym stracić wszelką przytomność umysłu. Ponieważ jednak miałem już to doświadczenie, wszystko potoczyło się łatwo i prosto, jakbyśmy się wcześniej umówili. Nauka języków obcychTo dobre przygotowanie do płynnej mowy. Dokładne studium rdzeni i reguł gramatycznych, równoległa analiza różnic między dwoma językami, pozwala nam gruntownie poznać wszystkie rodzaje, tryby, czasy i końcówki wyrazów. Nabywamy wówczas pełne doświadczenie, niczym dobry fachowiec w swoim fachu. Nie znam lepszego ćwiczenia w tym przypadku niż jak najdokładniejsze przetłumaczenie fragmentu Tacyta lub Wergiliusza, a następnie staranne skorygowanie błędów, które się w nim wkradły. Ludzie, którzy nie rozumieją tej kwestii, uważają, że czas poświęcony na naukę języków klasycznych to czas stracony; ale sama korzyść, jaką ta nauka przynosi naszej świętej pracy kaznodziejskiej, powinna zachęcać do kontynuowania nauki w naszych szkołach kaznodziejskich. Któż nie jest w stanie zrozumieć, że ciągłe porównywanie wyrażeń i właściwości dwóch języków znacznie ułatwia naukę? Któż nie jest w stanie pojąć, jak takie ćwiczenie rozwija umysł, jak czyni go bardziej zdolnym do analizowania rozmaitych subtelności znaczenia i wagi słów. Jest to w końcu umiejętność niezbędna zarówno dla interpretatora Słowa Bożego, jak i mówcy. Dlatego też, panowie, starajcie się uważnie analizować całą strukturę języka, którego się uczycie, zwracajcie uwagę na każdą linię i strzałkę, każde zagięcie i nacięcie, a wtedy będziecie mogli, z całkowitą pewnością i poczuciem bezpieczeństwa, wrzucić pełny bieg swojej lokomotywy, gdy zajdzie taka potrzeba. Każdy, kto chce nauczyć się tej sztuki, musi ją ćwiczyć.Charles Fux rozwijał swój błyskotliwy, potężny talent oratorski powoli i stopniowo, przypisując go temu, że będąc jeszcze bardzo młodym, z zasady wygłaszał co najmniej jedno przemówienie każdego wieczoru. „Przez pięć całych sesji” – powiedział – „przemawiałem każdego wieczoru z wyjątkiem jednej; i teraz żałuję, że ją opuściłem”. Początkowo można było to robić tylko przed audytorium, złożonym z krzeseł i książek, w gabinecie, idąc za przykładem dżentelmena, który pragnąc dostać się do naszej uczelni, zapewnił mnie, że spędził dwa lata przygotowując się do wygłoszenia improwizowanego kazania we własnym pokoju. Studenci mieszkający w ten sposób razem mogą sobie wzajemnie pomagać, wcielając się w rolę publiczności, a następnie polubownie analizując wszystko, co zostało przed nimi powiedziane. Nawet prosta rozmowa tego rodzaju może być bardzo pożyteczna, jeśli z zasady będzie się ją prowadzić gruntownie i poważnie. Trzeba nauczyć się łączyć myśli z mową; zadanie to można sobie ułatwić, mówiąc na głos, gdy jest się samemu. Jestem do tego tak przyzwyczajony, że nawet czytanie na głos moich prywatnych modlitw w domu wydaje mi się pomocne; czytanie na głos pomaga bardziej niż ciche czytanie. A kiedy w myślach analizuję kazanie, zawsze pomaga mi, gdy mówię do siebie na głos. Oczywiście te techniki to tylko połowa sukcesu; aby w pełni opanować wolność słowa, trzeba ją ćwiczyć przed publicznością, aby przezwyciężyć nieśmiałość, która pojawia się na ich widok. Ale nawet połowa sukcesu to już krok naprzód w kierunku celu. Dobra wolność słowa to nic innego jak umiejętność wyrażania swoich myśli na zewnątrz, umiejętność głośnego myślenia. Myśl na głos jak najwięcej, gdy jesteś sam, a wkrótce osiągniesz wielki sukces w kazaniu. Debaty i dyskusje w klasie są również bardzo ważne pod tym względem i zachęcam tych z was, którzy są cichsi, do wzięcia w nich udziału. Mamy zwyczaj mówienia na temat wylosowany z urny. Powinniśmy to częściej praktykować. To, co odrzuciłem powyżej jako nieodpowiednie do nabożeństwa, można bezpiecznie wykonywać w sypialni dla celów ćwiczeń. Ta metoda sprawdza przytomność umysłu i samokontrolę. Ci, którzy nie zdają tego testu, zdają się odnosić z niego nie mniejsze korzyści niż ci, którzy osiągają w nim sukcesy; jedna osoba może bowiem czerpać tyle samo korzyści z samopoznania i swoich umiejętności, co inna ze swoich sukcesów. Jeśli odkrycie własnych słabych predyspozycji do elokwencji prowadzi do pilniejszej i bardziej zdeterminowanej nauki elokwencji, to całkiem możliwe, że będzie to bezpośrednia droga do ostatecznego sukcesu. Oprócz ćwiczeń, które właśnie poleciłem, należy również zwrócić uwagę na konieczność ciągłegozachowaj spokój i pewność siebieJak mawia Sydney Smith: „Talent wielu ludzi ginie dla świata z powodu braku odwagi”. Niełatwo to osiągnąć młodemu mówcy. Czyż wy, młodzi mówcy, nie potraficie współczuć Blondinowi, linoskoczkowi? Czyż nie czujecie się czasem podczas kazania, jakbyście stąpali po linie w powietrzu i czy nie drżycie na myśl o tym, czy bezpiecznie dotrzecie do celu? Kiedy machacie swoją piękną różdżką i obserwujecie, jaki wpływ na słuchaczy wywierają wasze barwne dekoracje – właśnie te śmiałe obrazy, którymi staracie się wywołać w nich poetycki nastrój – czyż nie żałujecie wtedy, że narażacie się na takie ryzyko? A może nie zastanawiacie się czasem, że udało wam się dokończyć zdanie i w odpowiednim czasie znaleźć właściwy czasownik dla podmiotu i dopełnienie dla czasownika? Wszystko zależy tu od umiejętności zachowania spokoju i braku lęku. Nieżyczliwe przeczucia porażki i strach przed publicznością mogą wam bardzo zaszkodzić. Ale idź śmiało naprzód, ufając Bogu, a wszystko dobrze się skończy. Jeśli popełniłeś błąd gramatyczny i chcesz go poprawić, nie cofaj się, bo wkrótce go powtórzysz, a pauzy całkowicie cię zdezorientują. Pozwól, że ci mocno doradzę: czasami nie warto się cofać. Jeśli popełniłeś błąd w użyciu słów, idź dalej i nie zwracaj na to uwagi. Kiedy uczyłem się pisać, mój ojciec dał mi dobrą zasadę, którą można zastosować w nauce mowy. Powiedział mi: „Jeśli piszesz i popełnisz błąd – źle go napiszesz lub wstawisz złe słowo – nie skreślaj go i nie wprowadzaj ogólnego zamieszania, ale staraj się wyrazić jak najlepiej to, co chciałeś, pozostawiając słowo, które właśnie napisałeś, bez korekty, aby nie było oczywiste, że popełniłeś błąd”. Postępuj tak samo podczas kazania. Nie możesz zakończyć zdania wypowiedzianym słowem; spróbuj zakończyć je inaczej. Nie przyniesie to żadnych korzyści z powrotu do tego, co już powiedziałeś, aby to poprawić. Zwrócisz jedynie uwagę słuchaczy na swój błąd, który być może tylko nieliczni zauważyli, i odwrócisz uwagę od tematu, zwracając się ku temu, co powinno być w danej chwili najmniejszym zmartwieniem kaznodziei. Jeśli to zauważą, każdy rozsądny człowiek z pewnością wybaczy to młodemu, początkującemu kaznodziei i będzie cię szanował tylko za to, że nie zwracasz uwagi na takie drobiazgi, lecz dążysz ze wszystkich sił do głównego celu. Człowiek rozpoczynający swoją orację jest jak nowicjusz w jeździe konnej. Jeśli jego koń się potknie, już boi się, że go zrzuci; jeśli koń jest choć trochę niespokojny, już jest przekonany, że oszalał. Spojrzenie przyjaciela lub uwaga małego chłopca działają na niego tak, jakby był przywiązany do grzbietu straszliwego smoka. Ale jeśli ktoś jest przyzwyczajony do siedzenia w siodle, nie boi się niebezpieczeństwa i już go nie doświadcza. Jeśli mówca czuje swoją siłę, jest naprawdę silny. Jego pewność siebie ratuje go przed porażką; strach nie może go zniszczyć. Bracia moi, jeśli Pan rzeczywiście przeznaczył was do posługi, możecie być całkowicie spokojni i odważni. Kogo i czego macie się bać? Musicie wypełniać polecenia waszego Pana z mocą, którą wam daje. Jeśli wypełniacie tylko swoje obowiązki, nie jesteście odpowiedzialni przed nikim bardziej niż przed waszym niebiańskim Panem, który bynajmniej nie jest Sędzią o twardym sercu. Nie wchodzicie na ambonę, by błyszczeć elokwencją lub zachwycać uszy waszych parafian; jesteście posłańcami Nieba, a nie niewolnikami ludzi. („Dawniej moją główną troską było to, czy mam wam coś do powiedzenia; ale teraz, mam nadzieję, troską moją jest raczej to, czy nie będę głosił na próżno. Pan bowiem nie posłał mnie, abym zyskał sławę dobrego mówcy, lecz abym przyprowadził dusze wiernych do Chrystusa i zbudował ich. Często, gdy zaczynam mówić, sam nie wiem, co będę kontynuował, ale niepostrzeżenie pojawiają mi się odpowiednie tematy jeden po drugim – i w większości są to najlepsze i najbardziej budujące myśli moich kazań, które przychodzą mi na myśl już w trakcie kazania”. – Listy Johna Newtona do studenta teologii). Pamiętajcie o słowach Pana do Jeremiasza i bójcie się być nieśmiałymi. „Lecz przepaszcie biodra wasze, wstańcie i powiedzcie im wszystko, co wam nakazuję; nie bądźcie wobec nich tchórzliwi, abym nie zawiódł was w ich oczach” (Jr 1,17). Zaufaj obietnicy pomocy Ducha Świętego, która nadejdzie w odpowiednim czasie, a ludzki lęk opuści cię. Jeśli nie będziesz już wahał się na ambonie i będziesz przemawiał do swoich parafian jak do braci, dopiero wtedy będziesz mógł mówić improwizująco, podczas gdy wcześniej nie byłeś do tego zdolny. Nieśmiałość i bojaźliwość, które tak upiększają najmłodszych z naszych braci, zostaną zastąpione prawdziwą skromnością, która zapomina o sobie i nie dba o własną chwałę, byleby tylko głosić naukę Chrystusa tak przekonująco, jak to tylko możliwe. Jeśli od chrześcijańskiego kaznodziei wymaga się, aby jego wolna mowa była święta i budująca, to musi być on pełen dziecinady.zaufaj bezpośredniej pomocy Ducha ŚwiętegoW Credo czytamy: „Wierzymy również w Ducha Świętego”. Należy się obawiać, że wielu nie praktykuje tego prawdziwie. Bieganie tu i tam przez cały tydzień, marnując w ten sposób czas, a następnie uciekanie się do pomocy Ducha Świętego to bezbożna śmiałość; to próba uczynienia Pana sługą naszego lenistwa, naszego zaniedbania. Jeśli jest to po prostu konieczność, to zupełnie inna sprawa. Jeśli konieczne jest wygłoszenie kazania bez przygotowania, można zwrócić się do Pana z całkowitą ufnością. Niewątpliwie Duch Święty w takich przypadkach nawiązuje kontakt z ludzkim duchem, pomaga mu podnieść się ze słabości i rozproszenia oraz udziela mu siły do rozpoznawania i głoszenia Boskiej Prawdy. To Boskie pośrednictwo, podobnie jak cuda, nie ma na celu, abyśmy polegając na nim, umniejszali nasze własne wysiłki, naszą własną pilność. To po prostu pomoc Pana, na której musimy polegać w naszych ostatecznych potrzebach. Jego Duch zawsze będzie blisko nas, szczególnie w służbie Jego świętej sprawie. I choć radzę wam szczerze, abyście nie wygłaszali zbyt wielu improwizowanych kazań, dopóki nie nabierzecie sił do wypełniania obowiązków waszego powołania, to jednak namawiam was, abyście tak mówili, kiedykolwiek będziecie musieli to uczynić, i mocno ufam, że z góry otrzymacie wskazówki, co macie mówić w danej chwili. Jeśli w końcu jesteś tak szczęśliwy, że osiągnąłeś doskonałość w wolności słowa, to nie zapominaj, że bardzo łatwo możesz ją ponownie stracić. Mówię to z własnego doświadczenia i, moim zdaniem, jest to najlepszy dowód, jaki mogę ci w tym przypadku dać. Jeśli wydłużam i rozszerzam swoje notatki przez dwie niedziele z rzędu, w trzecią niedzielę muszę je jeszcze bardziej rozszerzyć. Tak samo widzę, że jeśli zacznę bardziej polegać na swojej pamięci, to pragnienie zaczyna znacznie słabnąć. Ktokolwiek z czystej fantazji zacznie chodzić z pomocą laski, dla niego ta laska wkrótce stanie się…niezbędnyJeśli nosisz okulary, wkrótce nie będziesz mógł się bez nich obejść; jeśli będziesz chodzić o kulach przez cały miesiąc, one również staną się niezbędne dla twojego ruchu, mimo że jesteś całkowicie zdrowy. Złe nawyki szkodzą samej naturze. Musisz nieustannie praktykować wolność słowa. Aby rozwinąć swój talent kaznodziejski, powinieneś przemawiać jak najczęściej w wiejskich domach, w naszych wiejskich szkołach, a nawet na ulicach, przed dwoma lub trzema słuchaczami – a wtedy twój sukces w tej dziedzinie stanie się oczywisty dla wszystkich. Pozwól, że cię jeszcze raz ostrzegę, aby oszczędzić ci wielu smutków i niespodzianek. Dziś twój język może być jak pióro znakomitego skryby; jutro twoje słowa, a nawet myśli, mogą zamarznąć. Wszystko, co żyje, odczuwa; możesz ulec wpływom mnóstwa różnorodnych wpływów; możesz polegać jedynie na czysto mechanicznych działaniach. Dlatego nie dziw się, jeśli często wydaje ci się, że poniosłeś całkowitą porażkę, a w rzeczywistości okazuje się, że odniosłeś doskonały sukces. W takim przypadku nie powinieneś oczekiwać pomocy od nikogo oprócz siebie. Ale żadna praktyka, żaden nawyk nie przyniesie ci korzyści bez zaufania Panu; i nawet jeśli uda ci się dobrze głosić czterdzieści dziewięć razy, nie daje to gwarancji, że przemówisz równie dobrze za pięćdziesiątym razem, bo jeśli Pan cię opuści, nie ruszysz się z miejsca. Dlatego też wszystkie twoje wahania i jąkanie się w mowie powinny cię jedynie nauczyć pokory i przypomnieć, gdzie szukać pomocy i wsparcia. Przede wszystkim strzeż się, aby twój język nie wyprzedzał twoich myśli. Strzeż się próżnej gadaniny, nudnej paplaniny, umiejętności wyrażania niczego nawet w tak wielu słowach. Jakże ludzie zawsze radują się z porażki jakiegoś kaznodziei, który ma wysokie mniemanie o sobie, ale w rzeczywistości jest bezwartościowy! Podobny los czeka wszystkich, którzy podlegają tej słabości. Bracia, bardzo źle jest nic nie mówić po niekończącym się mówieniu. A jednak jest to powszechne zjawisko wśród nas — jąkanie się w jednym miejscu, bezbarwne przelewanie z pustki w pustkę, bezsensowny bełkot słów lub puste przechwalanie się; bo to wstyd i hańba dla sztuki wolnej mowy. Jakiż pożytek mogą przynieść pięknie wyrażone myśli, ale niczego nie wyrazić? Z niczego nic nie powstanie. Wolna mowa bez wstępnego studium jest chmurą bez deszczu, źródłem bez wody. Taka mowa jest niebezpiecznym darem zarówno dla jej właściciela, jak i dla jego trzody. Ludzie starali się o przyjęcie do mojego college'u, których bym odrzucił, bo choć brakowało im wykształcenia i poczucia własnej wartości, byli tak zarozumiali i gadatliwi, że pielęgnowanie ich byłoby niebezpieczne. Niektórzy z nich przypominali mi nawet smoka z Apokalipsy Jana, z którego paszczy wylała się taka masa wody, że o mało nie porwał mu żony. Niczym nakręcony zegar, trajkotali swoje „tyk-tyk, tyk-tyk”, aż wysiadła im główna sprężyna. I szczęśliwy ten, kto ich nie słyszał. Kazanie takich ludzi można porównać do roli cieśli w „Śnie nocy letniej”, kiedy udaje lwa. „Możesz to robić na poczekaniu, bo tu nic nie słychać, tylko ryk”. Lepiej całkowicie utracić zdolność żywego mówienia, a jeszcze lepiej nigdy jej nie posiąść, niż zniżyć się do poziomu prostych krzykaczy, żywych przedstawicieli miedzianych dźwięków i cymbałów, o których mówi Apostoł Paweł. Mógłbym dodać znacznie więcej do tego, co zostało powiedziane, gdybym w swoim wykładzie omówił to, co potocznie nazywa się kazaniami*** – czyli przygotowanie do wygłaszania kazań pod kątem merytorycznym. Ale to zupełnie inny i, moim zdaniem, bardzo ważny temat; omówimy go dokładniej innym razem. Wykład 11PrzygnębienieTak jak czytamy o Dawidzie, że znużył się duchowo pośród przeciwności losu, tak samo można powiedzieć o wszystkich sługach Pana. Napady przygnębienia często ogarniają większość z nas. Bez względu na to, jak radośni możemy być, przygnębienie wciąż nas od czasu do czasu uderza. Silni nie zawsze są silni, mądrzy nie zawsze są zaradni, odważni nie zawsze są śmiali, pogodni nie zawsze są szczęśliwi. Bywają czasem żelazni ludzie, niewzruszeni zwykłymi smutkami i potrzebami życia; ale oczywiście nawet oni, tu i ówdzie, doświadczają rdzy. Co do zwykłych ludzi, Pan dobrze wie, że są tylko prochem i On pozwala im to zrozumieć. Z bardzo gorzkiego osobistego doświadczenia wiem, co oznacza to wielkie przygnębienie duszy. Sam często go doświadczałem i dlatego myślę, że może nie być bez pożytku dla moich braci, jeśli podzielę się z nimi moimi myślami. W tym wypadku chcę, aby młodzi ludzie dobrze wiedzieli, że jeśli w przyszłości przydarzy im się coś niezwykłego, jeśli nagle ogarnie ich przygnębienie, to nawet ci, których oświeci najradośniejszy promień, nie zawsze żyją w jego świetle. Nie ma potrzeby dowodzić cytatami z życia największych sług Bożych, że okresy największego przygnębienia były często udziałem ich wszystkich... Zamiast przytaczać te przykłady, rozważmy raczej następujące kwestie: dlaczego dopuszcza się takie przypadki, jak to się dzieje, że synowie światłości błądzą w ciemnościach, dlaczego heroldów wiecznej Światłości otacza nieraz nieprzenikniona ciemność? Czyż nie dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że są ludźmi? A ponieważ są ludźmi, są otoczeni wszelkiego rodzaju słabościami i dziedziczą smutki wszędzie. Jezus, syn Syracha, słusznie mówi: „Wiele trudów jest przeznaczonych dla każdego człowieka, a ciężkie jarzmo spoczywa na synach Adama, od dnia ich wyjścia z łona matki aż do dnia ich powrotu do matki wszystkich. Myśl o tym, co ma nadejść, i o dniu śmierci wywołuje w nich myśli i lęki serca. Od tego, który siedzi na chwalebnym tronie, do tego, który leży na ziemi i w prochu, od tego, który nosi purpurę i koronę, do tego, który jest odziany w łachmany… Choć te rzeczy przytrafiają się każdemu ciału, od człowieka do zwierzęcia, to grzesznikom siedmiokrotnie więcej”. Łaska Boża pomaga nam na wiele sposobów, ale ponieważ nie zawsze jesteśmy nią przesiąknięci, smutki nas dotykają. Każdy pobożny człowiek spotyka się ze smutkami w swoim ziemskim życiu, a kaznodzieje, oczywiście, muszą się ich spodziewać jeszcze bardziej niż inni, aby mogli nauczyć się współczuć cierpiącej trzodzie i stać się prawdziwymi pasterzami. Gdyby bezcielesne duchy zostały zesłane na ziemię, by głosić Słowo Boże, nie byłyby w stanie pojąć uczuć ludzi, którzy, wciąż odziani w ciało, skazani są na niemal nieustanny smutek. Aniołom można by powierzyć głoszenie Ewangelii, ale ich niebiańskie cechy nie pozwoliłyby im współczuć ludzkiej niewiedzy… Ludzie, i tylko ludzie, poddani wszelkim ludzkim słabościom, są wybierani przez wszechmądrego Pana na narzędzia Jego łaski; stąd biorą się nasze łzy, nasze przygnębienie. Co więcej, prawie wszyscy jesteśmy w ten czy inny sposób chorzy.Fizycznie. To prawda, że wciąż od czasu do czasu spotykamy osoby starsze, które nie pamiętają ani jednego dnia w swoim życiu, kiedy były chore; jednak zdecydowana większość z nas cierpi na jakąś dolegliwość, fizyczną lub psychiczną. Wiele chorób fizycznych bezpośrednio wpływa na nasz stan umysłu i może być przyczyną przygnębienia, które czasami nas ogarnia. I bez względu na to, jak bardzo walczymy z ich wpływem, one i tak od czasu do czasu nas ogarniają. A jeśli chodzi o choroby psychiczne, czy znajdziemy choć jedną osobę całkowicie zdrową pod tym względem? Czyż nie utraciliśmy wszyscy równowagi duchowej? Wielu jest tak ponurych, że ta ponurość zdaje się wręcz stanowić część ich osobowości. O nich, można by rzec: melancholia odcisnęła na nich swoje piętno; bogaci duchem, którzy trzymają się najszlachetniejszych zasad, skłonni są postrzegać wszystko przed sobą jedynie w mrocznym świetle. Widzą tylko ciemną chmurę, ale nie zauważają jasnej srebrzystej obwódki wokół niej. Mogą powiedzieć za starożytnym poetą, że zawiesili swoje harfy na wierzbach, że ich jedyną muzyką są westchnienia i lamentacje, że ich pieśń jest nastrojona na jedną melodię „łez”… Ale te smutki nie przeszkadzają im w owocnej działalności. Być może zostały im dane przez Boską Mądrość, aby uczynić ich bardziej odpowiednimi do szczególnego rodzaju służby Bogu. Są rośliny, które zawdzięczają swoje uzdrawiające właściwości wilgotnej glebie, w której rosną; inne cieniowi drzew, pod którym jedynie mogą dojrzewać. Owoce czasami dojrzewają nie tylko pod wpływem promieni słonecznych, ale i księżyca. Statki potrzebują nie tylko balastu, ale i żagli; hamulec na kole nie jest zły, gdy trzeba zjeżdżać w dół. Niektórzy geniusze, oczywiście, narodzili się w smutku; te smutki boleśnie budziły ich dusze, które w przeciwnym razie spałyby spokojnie, jak lew w swojej jaskini. Gdyby nie ten strach, żyliby tylko w chmurach, śniąc; ale teraz są to spokojne gołębie z gałązką oliwną w dziobie, wskazujące drogę do arki. Jeśli rzeczywiście istnieją w ciele lub duszy człowieka powody, które skłaniają go do ponurego nastroju, z pewnością znajdują one odzwierciedlenie w jego sercu; i dlatego można się nawet zastanawiać, jak niektórzy kaznodzieje, gorliwie wypełniający swoją pracę, potrafią się w ogóle uśmiechać! Łaska Boża wciąż pomaga ludziom, a cierpliwość wciąż ma swoich męczenników – męczenników, którzy nie mniej niż dawniej mogą być uwielbieni, ponieważ teraz płomień pożera nie ciała ludzi, lecz ich dusze. Dzieło Jeremiasza jest równie piękne jak Izajasza, a nawet tak surowy Jonasz jest prawdziwym prorokiem Pana, co zostało wyraźnie pokazane Niniwie. Nie gardźcie słabymi i nędznymi, bo powiedziano o nich, że otrzymają swoją nagrodę; przeciwnie, czcijcie tych, którzy, choć zmęczeni, wciąż nie porzucają swojej pracy. „Błogosławieni utrapieni” – powiedział Mąż Boleści. Skarby Ewangelii przechowywane są w naczyniach glinianych i nie powinniśmy się dziwić, jeśli dostrzeżemy w tych naczyniach jakąś wadę. Bardzo naturalne właściwości naszej pracy, jeśli tylko wykonujemy ją dość rygorystycznie, mogą przyczyniać się do napadów przygnębieniaCzyż można nie odczuwać bólu w sercu z powodu wszystkich tych dusz, powierzonych przez Pana naszej opiece? Żarliwe, niegasnące pragnienie zbawienia owczarni płonie niczym płomień w duszy pasterza i często napełnia ją poczuciem zawiedzionych oczekiwań. Kiedy widzimy ludzi pełnych rodzącej się nadziei, którzy zbaczają z właściwej drogi, kiedy pobożni ludzie stygną, kiedy zauważamy, jak ci, którzy wyznają Pana, przykrywają swoje grzechy płaszczem łaski – czyż to wszystko nie jest wystarczająco przytłaczające? Królestwo Pańskie nie przychodzi tak, jak byśmy chcieli, czczone imię Pana nie jest wielbione tak, jak pragniemy, a nasze twarze mimowolnie zalewają się łzami. Jakże inaczej możemy postępować, jeśli nasze kazania nie są słuchane i nikt nas nie słucha? Każda praca duchowa jest męcząca, a intensywne kazania wyniszczają samo ciało. Jakże często w niedziele czujemy się, jakby całe życie z nas wypłynęło! Wylewając całą duszę na zgromadzenia naszych parafian, wydajemy się sobie niczym całkowicie opróżnione gliniane naczynia, które każde dziecko jest w stanie rozbić. Oczywiście, gdybyśmy potrafili naśladować apostoła Pawła, gdybyśmy z większym zapałem czuwali nad zbawieniem dusz powierzonych nam osób, zrozumielibyśmy, co to znaczy „nieprzemijająca gorliwość o dom Boży”. Naszym obowiązkiem i prawem, ponad wszystko, jest oddać życie za Zbawiciela. Nie możemy być żywymi przykładami ludzi, którzy umiejętnie zachowali się w tym życiu; musimy żyć.ofiary, którego obowiązkiem jest wyczerpywać się i wyczerpywać (2 Kor 12,15). Nie powinniśmy nadmiernie troszczyć się o siebie ani nadmiernie martwić o nasze ciała. Taka duchowa praca, spoczywająca na barkach prawdziwego sługi Bożego, powoduje chwilowe wyczerpanie, często obciążające zarówno duszę, jak i ducha. Ręce Mojżesza ciążały w modlitwie, a nawet apostoł Paweł bardzo cierpiał z powodu swoich słabości. Jan Chrzciciel miał podobne chwile słabości. Nawet sami apostołowie byli kiedyś przerażeni i odczuwali lęk. Nasza pozycja wśród parafian również ma w tym duży udział.Kaznodzieja w pełni przygotowany do posługi to w większości osoba całkowicie odizolowana od innych, jakby wyniesiona ponad nich. Nawet jego najbardziej oddani parafianie nie potrafią w pełni się z nim utożsamić ani w pełni dzielić jego myśli, trosk i pokus. Zwykli żołnierze maszerują ramię w ramię z wieloma towarzyszami, ale im wyższy stopień oficerski, tym mniej znajduje sobie równych. Jest wielu żołnierzy, mniej kapitanów, jeszcze mniej pułkowników – tylko jeden naczelny dowódca. Tak samo w naszych parafiach ten, którego Pan wybrał na przewodnika trzody, czuje się tym bardziej osamotniony, im większa jego wyższość jako duchowego przywódcy. Przecież szczyty górskie są zawsze otoczone uroczystą ciszą i rozmawiają tylko z Bogiem, który nawiedza je w ich budzącej grozę samotności. A słudzy Boży, stojąc ponad swoimi braćmi w dziele zbliżania się do nieba, odczuwają w chwilach słabości brak ludzkiego współczucia. Jak Pan w Ogrodzie Getsemani, daremnie oczekują pocieszenia od śpiących uczniów; dziwią się obojętności swoich braci na ich ból serca i powracają do swojego sekretnego bólu serca – wracając nawet z większym ciężarem w sercach, ponieważ zastali śpiących swoich drogich towarzyszy. Tylko ten, kto doświadczył tego bólu serca, może zrozumieć samotność duszy, która płonie gorliwością dla Boga-Sabaoth bardziej niż jej bracia. Taka dusza nie może otworzyć się przed nikim, aby nie zostać uznaną za szaloną; ani nie może się ukryć, bo płonie w niej ogień. Tylko w samym Panu znajduje ukojenie. Kiedy Pan posłał swoich uczniów po dwóch, aby głosili, było oczywiste, że rozumiał ludzką słabość. Ale dla takiego człowieka jak Apostoł Paweł nie znalazł się żaden towarzysz; Barnaba, Sylas, Łukasz – wszyscy oni byli jedynie skromnymi wzgórzami w porównaniu ze szczytem Himalajów, którym był Apostoł pogan. Ta właśnie izolacja, bracia moi, jest, o ile się nie mylę, bogatym źródłem przygnębienia. Braterskie spotkania naszych kaznodziejów, a także szczera wspólnota z ludźmi pokrewnymi nam duchowo, mogą, z Bożą pomocą, przynieść nam wielkie korzyści w walce z przygnębieniem i uniknięciu tej strasznej pułapki. Pewne jest również, że na rozwój melancholii u niektórych osób w dużym stopniu wpływa nawyk samotności. N.N. poświęca temu tematowi cały rozdział w swojej „Anatomii melancholii”. Cytując jednego z wielu pisarzy, o których w niej pisze, stwierdza: „Studenci przywykli nie dbać o swoje zdrowie. Wszyscy inni dbają o dobry stan swoich narzędzi: malarz myje pędzle, kowal dba o młot, kowadło, kuźnię; rolnik naprawia pług i ostrzy stępione narzędzia; myśliwy myśli o psach, koniach itd.; muzyk nalega i rozluźnia struny swojego instrumentu. Tylko uczeni nie zwracają uwagi na swoje narzędzia – mózg i stan umysłu, których używają na co dzień”. Lukan słusznie mówi: „Uważaj, abyś nie naciągał za bardzo swojej liny, aby się nie zerwała”. Długotrwałe siedzenie w jednej pozycji, ciągłe wpatrywanie się w książkę lub zamyślenie, samo w sobie jest ciężką próbą dla ludzkiej natury. Dodaj do tego źle wentylowany pokój, przedłużającą się bezczynność mięśni i serce obciążone ciężkimi zmartwieniami, a może to przerodzić się w kipiący kocioł rozpaczy, zwłaszcza w ciemnych, mglistych miesiącach, gdy „dzień spowija mokry ręcznik, deszcz leje się na na wpół spróchniałe gałęzie drzew, a stopa wędrowca grzęźnie w liściach pokrywających gliniastą glebę”. Nawet jeśli ktoś jest z natury ptasi i pogodny, wciąż będzie mu trudno oprzeć się tej nieustannej, morderczej rozrywce. Jego pokój stanie się więzieniem, a książki jego strażnikami, podczas gdy natura będzie go wzywać przez okno, by dbał o zdrowie i radośnie się bawił. Kto potrafi zapomnieć o brzęczeniu pszczół w stepowej trawie, gruchaniu dzikich gołębi i śpiewie ptaków w lesie, szmerze strumyka wśród korzeni drzew czy szumie wiatru w gałęziach sosen, nie musi się dziwić, jeśli jego serce straci zdolność do radowania się i ogarnie gorzkie przygnębienie. Wielu naszych kaznodziejów mogłoby strząsnąć pajęczyny, które oplatają ich mózgi, gdyby tylko mogli oddychać przez cały dzień świeżym górskim powietrzem lub pospacerować przez kilka godzin w cichym, zacienionym lesie bukowym! Świeże morskie powietrze czy długi spacer pod wiatr oczywiście nie przyniosłyby duszy żadnego szczególnego duchowego pożywienia, ale dostarczyłyby ciału solidnej dawki tlenu, którego tak rozpaczliwie potrzebuje. „Serce jest najcięższe, gdy powietrze jest stęchłe: można by rzec, że każdy wzmagający się wiatr przepędza rozpacz”. Paprocie i dzikie króliki, małe strumienie i ich pstrągi, chrząszcze i wiewiórki, pierwiosnki i fiołki, malowniczy podwórko, świeżo skoszone siano i pachnący chmiel – to najlepsze lekarstwo dla hipochondryka, najlepszy tonik dla jego nerwów, najlepsze orzeźwienie dla znużonych. Lecz z braku okazji lub chęci zaniedbujemy te wspaniałe lekarstwa i poświęcamy się na ołtarzu naszych studiów. Z mojego doświadczenia wynika, że momenty, w których nasz przygnębiony stan umysłu jest najbardziej zauważalny, są następujące. Przede wszystkim musimy zwrócić uwagę na godziny naszych największych sukcesów. Kiedy długo pielęgnowane pragnienie w końcu się spełni, kiedy uda nam się uwielbić imię Pana naszymi czynami, kiedy w końcu odniesiemy wielkie zwycięstwo – wtedy jesteśmy szczególnie podatni na zmęczenie. Można by pomyśleć, że po otrzymaniu takiego błogosławieństwa nasza dusza wzniesie się na wyżyny błogości i będzie radować się niewysłowioną radością, ale w rzeczywistości często jest odwrotnie. Pan rzadko wystawia swoich obrońców na niebezpieczeństwo radowania się ze swoich zwycięstw. Wie, że tylko nieliczni są w stanie przetrwać taką próbę, dlatego niejako dodaje im piołunu do napoju. Spójrzcie na Eliasza, po tym, jak ogień spadł z nieba, wszyscy kapłani Baala zostali zabici, a błogosławiony deszcz zraszał wyschniętą ziemię! Nie słyszy on słodkiej muzyki ani nie maszeruje jak zwycięzca w ceremonialnym stroju. Ucieka przed Jezabel; musi znieść reakcję, która następuje po tym potężnym duchowym uniesieniu. Modli się o śmierć. On, któremu nigdy nie było przeznaczone zaznać śmierci, namiętnie tęskni za spokojem grobu, tak jak władca świata. Cezar, który płakał jak chora mała dziewczynka w chwilach żalu lub nieszczęścia. Biedna, słaba ludzka natura nie może znieść takiego uniesienia ducha, a reakcja nieuchronnie po nim następuje. Nadmiar radości czy podniecenia musi zostać opłacony późniejszym wyczerpaniem. Dopóki walka trwa, istnieje siła, która domaga się jej w danej chwili; ale gdy tylko się kończy, wrodzona słabość daje o sobie znać. Wspierany przez tajemną moc, Jakub zmagał się z Bogiem całą noc, ale nad ranem, gdy walka ustała, zaczął kuleć, aby nie chwalić się niezmiernie swoją siłą. Paweł wstąpił do trzeciego nieba i tam usłyszał niewypowiedziane słowa, ale „cierń w ciele, wysłannik szatana”, podążał za nim wszędzie, aby go „przeszkadzać”. Człowiek nie może znieść całkowitego, niezakłóconego szczęścia; a nawet najpobożniejsi nie mogą „uwieńczyć czoła mirtami i laurami”, nie doświadczając jednocześnie ukrytego upokorzenia, które utrzymuje ich na należnym im miejscu. Straciwszy grunt pod nogami w gorączce duchowego rozkwitu, wznosząc się ponad chmury na skrzydłach powszechnego szacunku, upojeni sukcesami, stalibyśmy się jak słoma niesiona wiatrem, gdyby Pan w swoim niewysłowionym miłosierdziu nie zesłał gwałtownego wiatru, by roztrzaskać kruche łodzie naszej próżności, gdyby Pan nie zmusił nas, po tym jak rozbiliśmy się na morzu, do szukania schronienia w Jego cichej przystani. Wtedy ogarnia nas jeszcze większy przygnębiony stan umysłuprzed naszym wielkim sukcesemPrzewidujemy trudności, które będziemy musieli pokonać w pewnym momencie, i tracimy odwagę. Jak możemy mieć nadzieję na szturm miast Kanaanu, których kamienne mury sięgają nieba? Jesteśmy gotowi rzucić broń i rzucić się do ucieczki. Niniwa to ogromne miasto i wydaje nam się, że lepiej uciec do Tary niż stawić czoła jej hałaśliwym oddziałom. Rozglądamy się już, czy w pobliżu nie ma statku, gotowego zabrać nas z tego strasznego miejsca, i tylko strach przed możliwą burzą powstrzymuje nas przed podjęciem tego zdradzieckiego kroku. Takie było moje doświadczenie, gdy po raz pierwszy zostałem kaznodzieją w Londynie. Mój sukces napawał mnie lękiem; a myśl o polu, które mnie czekało, zamiast napełnić moją duszę radością, niemal pogrążyła mnie w otchłani rozpaczy. Pomyślałem: kimże ja jestem, żebym miał nadal przewodzić tak wielu ludziom? Pragnąłem powrotu na moją wiejską dzicz albo emigracji do Ameryki i znalezienia się tam w jakimś ustronnym zakątku dziewiczego lasu, gdzie mógłbym wypełnić swoją wzniosłą posługę. Teraz, dopiero teraz, zasłona, która skrywała drogę mojego życia, zaczęła się unosić przed moimi oczami, a ja z przerażeniem myślałem o tym, co może mi się za nią objawić. Nie chciałem zdradzić mojej posługi, ale bałem się tej posługi; przepełniało mnie poczucie mojej niegodności. Lękałem się o zadanie powierzone mi przez łaskawą Opatrzność. Wyobrażałem sobie siebie jako małe dziecko i drżałem, słysząc głos nakazujący mi: „Idź i rozbij góry, a pagórki wyrównaj jak ściernisko”. – Takie przygnębienie zawsze mnie ogarnia, gdy Pan jest gotów obdarzyć mnie jeszcze większym sukcesem w moim dziele; chmura jest bardzo ciemna, zanim się rozproszy, i rzuca wokół siebie wielki cień, aż wyleje strumienie łaski na ziemię. Przygnębienie jest teraz moim prorokiem w surowych szatach, moim Janem Chrzcicielem (Poprzednikiem), zwiastującym mi nadejście nowego miłosierdzia od mojego Pana. Doświadczyli tego lepsi ode mnie ludzie. Oczyszczenie naczynia przygotowuje je do użytku właściciela. Chrzest życia poprzedza chrzest w Duchu Świętym. Post rozwija w nas pragnienie jedzenia. Pan objawia się na pustyni, podczas gdy Jego sługa pasie swoją trzodę i z czcią oczekuje Go w swojej samotności. Pustynia jest drogą do obiecanej ziemi Kanaan. Niezmienna dolina prowadzi na dumny szczyt. Porażka przygotowuje nas do zwycięstwa. Kruk został wysłany przed gołębicą. Najciemniejsza godzina nocy to ta, która poprzedza świt. Żeglarz już tonie w głębinach, ale kolejna fala unosi go ponownie do nieba; jego duszę dręczy strach, zanim dotrze do upragnionego brzegu. Możesz się spodziewaćpodobne pokusy nawet w trakcie długiej, ciągłej pracyNie zawsze można naciągnąć łuk bez obawy o jego zerwanie. Odpoczynek jest tak samo niezbędny dla ducha, jak sen dla ciała. Nasze święta to dni intensywnej pracy i jeśli nie przeznaczymy kolejnego dnia na odpoczynek, nieuchronnie zmęczymy się i osłabniemy. Nawet ziemia, gleba, potrzebuje odpoczynku i własnego czasu świętowania. My również tego potrzebujemy. Słyszymy wielką mądrość i współczucie z ust Pana, gdy mówi do swoich uczniów: „Pójdźcie wy sami na miejsce pustynne i odpocznijcie trochę”. Jak to możliwe? W czasie, gdy ludzie są wyczerpani? W czasie, gdy cały ten tłum jest jak stado owiec na górach, bez pasterza? I właśnie wtedy Zbawiciel mówi o odpoczynku? Właśnie wtedy prowadzi swoich uczniów na pustynię, podczas gdy uczeni w Piśmie i faryzeusze, niczym dzikie wilki, plądrują Jego trzodę? Czyż jakiś fanatyk nie krzyczy teraz przeciwko tak przerażającej obojętności? Pozwól mu szaleć w jego szaleństwie. Pan wie wszystko lepiej niż my. On dba o to, by Jego słudzy nie byli całkowicie wyczerpani, by światło Izraela nie zgasło. Czas na odpoczynek nie jest czasem straconym. To mądra oszczędność, która oszczędza nasze siły. Wyobraź sobie żniwiarza w upalny letni dzień, który ma jeszcze tyle do zebrania przed zachodem słońca. Nagle przerywa swoją pracę. Czy to z lenistwa? Szuka kamienia, ostrzy na nim sierp... Czy to dla niego bezużyteczna muzyka? Czy teraz marnuje swój cenny czas? Przecież ileż mógłby naciskać, wydobywając monotonne dźwięki z sierpa! Ale ostrzy swoje narzędzie, a jego praca po tym będzie postępować szybciej... Tak samo duch ludzki przygotowuje się do dalszej pożytecznej pracy podczas krótkiego odpoczynku. Tak jak rybacy zmuszeni są naprawiać swoje sieci, tak i my musimy od czasu do czasu uzupełniać nasze duchowe wydatki i utrzymywać narzędzia w porządku. Codzienna harówka niczym skazaniec zupełnie nam nie przystoi. Tylko strumienie młyńskie płyną nieustannie naprzód, ale my jesteśmy zobowiązani do zatrzymania się i odpoczynku. Któż wytrzymałby wyścig bez wytchnienia? Nawet zwierzętom jucznym pozwala się odpocząć na łące; nawet morze wstrzymuje oddech podczas przypływu i odpływu; ziemia odpoczywa w miesiącach zimowych. A człowiek, nawet jeśli został wyniesiony do rangi posłańca Bożego, musi albo odpocząć, albo całkowicie się wyczerpać. Musi albo odnowić swoją lampę, albo będzie słabo świecić; musi albo przygotować się na nowe siły, albo przedwcześnie się zestarzeć i umrzeć. Umysł od czasu do czasu potrzebuje odpoczynku. Więcej osiągniemy, jeśli nie będziemy się spieszyć. Ciągle naprzód, naprzód, naprzód, bez odpoczynku i wytchnienia – tylko bezcielesne dusze, uwolnione od „ciężkiej gliny”, mogą tak postępować. Ale póki jesteśmy w nią odziani, musimy od czasu do czasu dbać o nasz odpoczynek i służyć Panu poprzez „uświęconą” bezczynność i spokój. Niech żadne wrażliwe sumienie nie będzie niepokojone chwilowym złożeniem broni, lecz niech zrozumie na podstawie doświadczeń innych, że każdy człowiek potrzebuje odpowiedniego odpoczynku. Zdarza się też, że jakiś silny cios powala kaznodziejęNa przykład brat, któremu ufano ponad wszystkich, okazuje się zdrajcą. Judasz tratował tego, który tak bardzo mu ufał, a odwaga kaznodziei słabła. Wszyscy jesteśmy zbyt skłonni do ufania kruchemu ciału, a ta nasza skłonność jest przyczyną wielu smutków. Trudno jest również patrzeć, jak ktoś z naszych bliskich, szanowany członek naszej wspólnoty, słabnie i ulega pokusie, hańbiąc swoje święte powołanie. To jest jeszcze gorsze. Sprawia, że kaznodzieja namiętnie pragnie schronienia się w jakiejś chacie lub na odludziu, gdzie mógłby ukryć się na zawsze przed ludźmi, aby nie słyszeć więcej bluźnierczych kpin z ateizmu. Dziesięć lat pracy nie wyczerpie nas tak dużo energii, jak tacy ludzie potrafią to zrobić w ciągu kilku godzin. Kłótnie, rozstania, plotki i pełne nienawiści komentarze mogą zniechęcić nawet najbardziej godnych pastorów. Ostra, surowa krytyka ma również potężny wpływ na wrażliwe natury. Wielu najlepszych pasterzy, w wyniku swojego niespokojnego życia, pełnego rozmaitych trudności, posiada niezwykle subtelną wrażliwość – zbyt subtelną dla naszego świata… Doświadczenie życiowe hartuje duszę na bolesne ciosy związane z naszą wielką służbą; lecz na początku uderzają one mocno. Próby prawdziwego pasterza dusz są bardzo liczne. Te, które znosimy ze strony bliskich, są o wiele dotkliwsze niż te, które znoszą nasi najwięksi wrogowie. Niech nikt, kto szuka cichego, spokojnego życia, nie przyjmuje naszego powołania; nawet gdyby je przyjął, uciekłby od nas w przerażeniu. Niewielu ma okazję doświadczyć tak intensywnego horroru i duchowej ciemności, jak ja po słynnej katastrofie w Surrey Musical Assembly. Przez długi czas nie mogłem pozbyć się uczucia ogromnego duchowego ciężaru i bezgranicznego przygnębienia. Straszliwy niepokój, panika i widok ludzi zmiażdżonych na śmierć stały mi przed oczami dniem i nocą, wręcz zatruwając moje życie. Czułem, jak mówi psalm: „Jak jeleń pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!”. Z tej straszliwej ciemności nagle wyrwały mnie słowa pocieszenia, które zdawały się rozbrzmiewać w mojej duszy: „Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył”. Wielkość Chrystusa objawia się nawet w cierpieniu Jego wiernych sług. Ta prawda ponownie wyprowadziła mnie z mroku burzy do przystani spokoju, do spokojnej kontemplacji życia. A gdyby coś podobnego kiedykolwiek spotkało któregoś z moich braci, namawiałbym go, by zaufał Bożej pomocy i cierpliwie na nią czekał. Zdarza się też, że nasze smutki mnożą się nadmiernie, następując jeden po drugim, niczym próby Hioba. Wówczas zamieszanie i niepokój, jakie one powodują, pozbawiają nas wszelkiego spokoju ducha. Nieustanne krople deszczu ścierają nawet kamień; podobnie nieustanny napływ smutków zaburza nasz stan duchowy. Jeśli na przykład do niepokojących myśli o ubóstwie i niedostatku naszych zasobów materialnych nagle dołącza choroba żony, utrata dziecka, a następnie ostre komentarze słuchaczy, sprzeciw współdiakonów, chłód parafian – wtedy jesteśmy gotowi krzyknąć: „To wszystko jest przeciwko mnie!”. Kiedy Dawid wrócił do Siklag i dowiedział się, że miasto zostało spalone, wszystko splądrowane, jego żony i dzieci wzięte do niewoli, a lud miał go ukamienować, „wzmocnił się” „nadzieją w Panu, Bogu swoim”. Smutki, które następują po sobie bez przerwy, są szczególnie dotkliwe; wzmacniają się wzajemnie i bezlitośnie niszczą nasz spokój. Fala za falą, uderzając o siebie, znacznie utrudnia pływakowi wysiłki. Miejsce, gdzie spotykają się dwa morza, jest niebezpieczne nawet dla najwspanialszej jednostki. Gdyby między dwoma smutkami zawsze była przerwa na odpoczynek, dusza miałaby czas, by przygotować się na kolejny. Lecz gdy smutki, niczym grad, bezlitośnie pędzą na głowę podróżnika, wtedy atakuje go nawet strach. Jedna kropla przelewa się przez czarę i czyż możemy się dziwić, że tak strasznie cierpimy, gdy ta dodatkowa kropla nas przeleje? Czasami zdarza się, że cierpienie przychodzi do nas znikąd i z jakiegoś nieznanego powodu.; a wtedy jeszcze trudniej nam sobie z nimi poradzić. Niewytłumaczalnego przygnębienia nie da się rozproszyć żadnymi racjonalnymi argumentami. Harfa Dawida nie jest w stanie go złagodzić. Można równie skutecznie walczyć z mgłą, jak z tą bezkształtną, nieokreśloną i całkowicie zaciemniającą pustką beznadziei. W takim przypadku nie użalamy się nawet nad sobą. Wydaje się nierozsądne, a nawet grzeszne smucić się tak bez wyraźnego powodu; ale jednocześnie jesteśmy smutni i melancholijni w głębi duszy. Gdyby ci, którzy śmieją się z takiej melancholii, sami doświadczyli tej męki, choćby przez godzinę, ich śmiech by ustał. Być może dałoby się otrząsnąć z przygnębienia jednym, zdecydowanym wysiłkiem; ale gdzie znaleźć tę siłę, gdy cały człowiek zdaje się być ogarnięty straszliwą niemocą? Umiejętności lekarza i kaznodziei mogłyby się w takim przypadku zjednoczyć, a obaj znaleźliby tu ogromne pole do działania. Ale wszystko, czego tu potrzeba, to niebiańska pomocna dłoń, by odsunąć żelazne kraty, które tak tajemniczo zamykają drzwi naszej nadziei i wtrącają naszego ducha do mrocznego więzienia. Kiedy w końcu ujrzymy tę zbawczą dłoń, czyż nie zawołamy wraz z apostołem: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który nas pociesza we wszelkim naszym utrapieniu, abyśmy i my mogli pocieszać tych, którzy są w jakimkolwiek utrapieniu, tą pociechą, którą sami jesteśmy pocieszani przez Boga” (2 Kor 1,3-4). Szymon by się utopił, gdyby Zbawiciel nie podał mu ręki. Zły duch szarpie i gryzie biedaka, dopóki potężne słowo nie nakaże mu wyjść. Jeśli ogarnia nas straszliwy strach, jeśli dręczy nas przerażający koszmar, niech wzejdzie nad nami słońce sprawiedliwości, a wszelkie lęki ciemności uciekną od nas. Ale nic innego nie może rozproszyć tej ciemności naszych dusz. Timothy Rogers, autor pracy o melancholii, i Simon Brown, który napisał kilka wspaniałych artykułów na ten temat, próbowali nam udowodnić, jak bezsilna jest wszelka ludzka pomoc, gdy odebrano światło ludzkiej duszy. Jeśli zapytają nas, dlaczego słudzy Mistrza Jezusa Chrystusa tak często zbliżają się do „cienia śmierci”, odpowiedź nie jest daleka od poszukiwania. Wszystko to świadczy jedynie o tym, jak Pan przyciąga nasze serca ku sobie i jak trafnie powiedziano: „Nie bronią ani własną siłą nie możecie tego osiągnąć, lecz jedynie Moim Duchem”. Musimy być Jego narzędziami, ale nasza wrodzona słabość nie może być ukrywana. Nie możemy dzielić Jego chwały; należy ona wyłącznie do Niego, Stwórcy wszechrzeczy. Człowiek musi najpierw wyrzec się całkowicie siebie, a dopiero potem stać się naczyniem Ducha Świętego. Musi zrozumieć, że sam jest niczym więcej niż suchym liściem niesionym przez wiatr i tylko wzmocniony łaską z góry może stać się spiżowym murem, o który rozbiją się wszyscy wrogowie prawdy. Bardzo trudno odwieść pracownika od pychy. Ciągły sukces i niesłabnąca radość z niego to więcej, niż nasza słaba natura może znieść. Musimy rozcieńczyć nasze wino wodą, aby nie postradać zmysłów. Świadczę, że ci, których Pan widzialnie wywyższa, zazwyczaj cierpią jakąś ukrytą karę, noszą jakiś szczególnie ciężki krzyż i noszą go, aby nie popaść w przesadną pychę i nie wpaść w moc diabła. Jak Pan często woła Ezechiela: „Synu człowieczy!”. W trakcie ucieczki ku niewysłowionej światłości, w chwili, gdy otrzymuje moc ujrzenia majestatu i chwały Stwórcy, samo imię „Syn człowieczy” uderza w jego uszy i otrzeźwia jego serce, które w przeciwnym razie mogłoby zapomnieć o miłosierdziu Boga, którym go obdarzył. Takie upokarzające, a zarazem uzdrawiające doświadczenia cudownie nas pouczają w chwilach przygnębienia. Uczą nas, że jesteśmy jedynie słabymi, kruchymi, łatwo nużącymi „synami człowieczymi”. Ale wszystkie te upokorzenia i próby sług Bożych zwiększają chwałę Pana wśród ludzi: zmuszają ich do dziękowania Bogu za pomoc, którą od Niego otrzymują, a kiedy leżą przed Nim w prochu, ich wiara w Niego błogosławi Boga. Wtedy z radością wyznają swoje oddanie Jemu i są jeszcze bardziej utwierdzeni w swojej miłości do Niego. Ludzie tak dojrzali pod tym względem, jak niektórzy z naszych najstarszych kaznodziejów, nigdy nie staliby się tym, kim są dzisiaj, gdyby nie znieśli wszystkich tych prób i nie nauczyli się rozpoznawać własnej pustki i nicości wszystkiego wokół nich. Chwała Panu za wszystkie te smutki i próby! Im bardziej gorzkich doświadczymy tutaj, tym bardziej błogosławione będzie nasze przyszłe życie, a nawet na ziemi wszystko ułoży się dla nas lepiej, jeśli przejdziemy przez tę wielką szkołę smutku. Mądrość uczy nas, by nie lękać się, gdy pojawiają się duchowe udręki. Nie uważajcie ich za coś nadzwyczajnego, lecz za część zwykłych prób naszego powołania. Nawet jeśli ogarnie was skrajne zamęt, nie zakładajcie, że nadszedł koniec waszej owocnej działalności. Nie porzucajcie naszej nadziei, za którą otrzymacie wielką nagrodę. Nawet jeśli wróg widocznie was pokona, nawet wtedy wierzcie i oczekujcie, że zmartwychwstaniecie i odrzucicie go. Zrzućcie swoje obecne ciężary, a także grzechy przeszłości i lęki o przyszłość na Pana, który nigdy nie opuszcza swoich wiernych sług bez swojej pomocy. Cieszcie się siłą, którą On wam daje w tej chwili. Nie zwracajcie nadmiernej uwagi na swoje uczucia i nastroje. Polegajcie bardziej na najmniejszym ziarenku wiary niż na masie rozmaitych emocjonalnych lęków. Ufajcie tylko Bogu i nie polegajcie na cienkich gałązkach ludzkiej pomocy. Nie dziwcie się, jeśli wasi przyjaciele was zdradzą; wszak wszystko na tym świecie jest bardzo zmienne. Nie oczekujcie stałości od ludzkiej natury; Możesz liczyć jedynie na jej niestałość, bez obawy przed zwiedzeniem. Nawet uczniowie Chrystusa opuścili swojego Boskiego Nauczyciela. Nie niepokój się, jeśli twoi naśladowcy również cię opuszczą i wybiorą innych mentorów. W końcu nie byli oni całkowicie twoi, kiedy do ciebie przyszli, więc nie straciłeś wszystkiego teraz, gdy ich nie ma. Służ Bogu z całej siły, póki twoja lampa wciąż płonie; ale nawet jeśli na chwilę zgaśnie, nie trać ducha. Ciesz się, jeśli jesteś niczym, bo w rzeczywistości jesteś niczym. Kiedy twoja własna pustka zaczyna cię przytłaczać, wyrzucaj sobie, że kiedykolwiek wyobrażasz sobie cokolwiek o sobie i swojej wartości. Bez Pana jesteś niczym. Nie myśl o nagrodzie w teraźniejszości; bądź wdzięczny za postęp, który otrzymałeś; prawdziwej nagrody spodziewaj się dopiero w przyszłości. Jeśli nie widzisz wyraźnego sukcesu w swoich staraniach, mimo to służ Panu ze zdwojoną gorliwością. Każdy głupiec potrafi odnaleźć drogę w biały dzień, ale cudowna mądrość, którą daje nam wiara, pozwala nam nawigować z nieomylną precyzją nawet w całkowitej ciemności. Jeszcze większe smutki i burze mogą nas czekać, zanim dotrzemy do niebiańskiej przystani, ale nasz wielki Przywódca troszczy się o nas przez całe nasze życie. Nie zbaczajmy zatem w żaden sposób z prostej drogi, na którą powołał nas Pan. A gdy pogoda dopisuje, nie opuszczajmy naszej wieży strażniczej – ambony – będziemy pilnie zabiegać o powodzenie naszej świętej pracy. Postanówmy stanowczo i niezłomnie: nawet jeśli nie możemy…ujrzećPanie nasz, wtedy przynajmniej będziemy pracować podcień skrzydeł Jego. Wykład 12Prywatne życie kaznodzieiW tym wykładzie omówię, jak się zachowywać i co mówić kaznodziei w prywatnych, nieformalnych interakcjach z parafianami. Przede wszystkim powiem:nie powinien tego braćz nimiton „pasterski”Powinien unikać wszelkiej sztywności, pedanterii i powagi. Tytuł „Syn Człowieczy” jest piękny; został nadany prorokowi Ezechielowi, a nawet Kogoś nieporównywalnie Większego. I zaprawdę, każdy posłaniec Boży jest niczym więcej niż synem człowieczym. Niech zatem każdy wie, że im prościej i naturalniej się zachowuje, tym bardziej będzie przypominał Syna Człowieczego, za którym wszyscy musimy podążać. Można postępować w taki sposób, żeczłowieknie będzie zauważalne za osobowościąpastorchoć w prawdziwej osobie zawsze należy dostrzecsługa BożyW osobowości nauczyciela czy pastora zawsze jest coś wyjątkowego: w najgorszym sensie „nie są jak inni ludzie”. Często, niczym „wielobarwny” ptak z Księgi proroka Jeremiasza (12,9), zdają się nie należeć do innych mieszkańców ziemi, lecz mieć w sobie coś dziwnego i wyjątkowego. Ilekroć widzę majestatycznie maszerującego flaminga, sowę mrużącą słabe oczy wśród liści drzewa, bociana pogrążonego w głębokiej zadumie, mimowolnie myślę o pewnych „ważnych” osobach wśród moich współkaznodziejów… Bardzo łatwo jest naśladować ich wielkość, pychę, wymuszone maniery. Pytanie jednak brzmi, czy powinniśmy ich naśladować? N.N., spotkawszy kiedyś takiego dżentelmena, który uroczyście szedł ulicą, podszedł do niego i zapytał: „Proszę pana, prawdopodobnie jest pan bardzo ważną osobistością?”. Często zdarza się, że kusi nas, by zadać podobne pytanie niektórym naszym braciom duchowym. Znam takich, których cała maniera, głos, a nawet strój od stóp do głów, są tak przesiąknięte poczuciem „pasterskiej” godności, że nie pozostaje w nich nic ludzkiego. Jeden z takich młodych teologów uważa za konieczne chodzenie po ulicach w szatach kapłańskich. Inny, należący do Kościoła Wysokiego, z wielką arogancją, o czym pisały gazety, nosił beret podczas podróży po Szwajcarii i Włoszech. Nie wszyscy, nawet chłopcy, byliby tak próżni w kwestii swojej czapki błazna. Całkiem możliwe, że niektórzy z nas są równie próżni w kwestii stroju; ale wszystko, co powiedziano, można odnieść również do naszych manier. Niektórzy pastorzy zdają się zamykać całe dusze w białych krawatach, jakby cała ludzka godność została przytłoczona tą wykrochmaloną szmatą. Wielu z nich myśli, że imponują swoją pompatyczną postawą, ale w rzeczywistości tylko obrażają ludzi i postępują całkowicie wbrew swojej intencji bycia prawdziwymi naśladowcami pokory Chrystusa. Dumny książę Somerset jedynie wydawał polecenia swoim sługom za pomocą znaków i nigdy nie raczył rozmawiać z tak mało znaczącymi ludźmi; jego dwie córki musiały stać po obu stronach jego łóżka podczas popołudniowej drzemki. Kiedy tak dumni Somerseci wstępują na ambonę, okazują swoją godność w dokładnie ten sam sposób. „Odsuńcie się – jestem świętszy od was!” – te słowa zdają się być wypisane na ich czołach… Pewna szanowana osoba zganiła kiedyś znanego kaznodzieję za używanie pewnego luksusowego przedmiotu, a konkretnie za to, że wydał na niego za dużo pieniędzy. „Może to słuszne” – odpowiedział – „ale pomyśl, ja nie wydaję na tę moją słabość nawet połowy tego, co ty na krochmal”. To właśnie ten luksusowy przedmiot, przeciwko któremu się buntuję – ta sztywna, nakrochmalona sztywność. Jeśli go używasz, to szczerze radzę ci „idź i obmyj się siedem razy w Jordanie”, aby całkowicie się z niego oczyścić. Jestem pewien, żeprzyczyna, dlatego nasza klasa robotnicza na ogół trzyma się tak z daleka od kaznodziejów, jest to, że nie znosi ich nienaturalnego, wymuszonego sposobu bycia. Gdyby zobaczyli, że zarówno na ambonie, jak i poza nią, zachowujemy się i mówimy całkiem naturalnie, jak wszyscy inni prawdziwi ludzie, to sami by się wokół nas zgromadzili. Następująca uwaga N.N. ma tu również zastosowanie: „Brak naturalności w głosie i wypowiedzi jest wielką wadą wrodzoną wielu z nas, wadą, której powinniśmy się bardzo wyzbyć”. Ta nienaturalność jest widoczna dla każdego i nikt nie może jej polubić. Zatem, bracia, zrzućcie szczudła i stąpajcie mocno własnymi nogami; zrzućcie wszelką afektację i przyobleczcie się w prawdę! Ale pomimo tego wszystkiegokaznodziejaGdziekolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach się znajduje, musi zawsze pamiętać, że jest pasterzem i nie może zapominać o swojej posłudze. Policjant czy żołnierz może być przez jakiś czas wolny od obowiązków, ale kaznodzieja nigdy nie jest od nich wolny. Nawet w chwilach odpoczynku musimy pamiętać o naszej posłudze; musimy być pilni zawsze i wszędzie. Nie możemy znaleźć się w takiej sytuacji, że jeśli Pan zapyta nas: „Co tu robisz, Eliaszu?”, nie możemy od razu odpowiedzieć Mu: „Również tutaj mogę pracować dla Ciebie i staram się to wypełnić”. Łuk wymaga od czasu do czasu naciągnięcia, w przeciwnym razie straci elastyczność, ale nie należy w tym celu przecinać cięciwy. Tak więc kaznodzieja również potrzebuje czasu na odpoczynek; ale twierdzę, że nawet wtedy powinien postępować jak ambasador Boga i nie przegapić żadnej okazji do czynienia dobra, jaka może się nadarzy. To nie zakłóci jego odpoczynku, a jedynie go uświęci. Kaznodzieja powinien być jak pokój, który widziałem w Beaulieu pod Londynem, gdzie nikt nigdy nie widział najmniejszej pajęczyny. To duży magazyn, czasami zaniedbany, a jednak żaden pająk nie odważy się tam zamieszkać. Sufit tego magazynu jest z drewna kasztanowego, na którym przez cały rok nie widać ani jednego pająka. To samo powiedziano mi o korytarzach szkoły w Winchester: „ani jeden pająk” – mówili – „nie pokazuje się tam”. I tak samo w naszej pracy nie powinno być ospałości ani lenistwa. W naszych publicznych miejscach odpoczynku dla londyńskich tragarzy można przeczytać napis: „Dla odpoczynku, ale nie dla świętowania”. Uwaga ta jest całkiem godna szacunku. Nie nazwałbym „dolce far niente” lenistwem; ten rodzaj „słodkiego nicnierobienia” to najlepsze lekarstwo na zmęczony umysł. Gdy nasz duchowy nastrój zostaje zakłócony, odpoczynek przestaje być lenistwem, tak jak sen nie jest lenistwem. W końcu nikt nie jest nazywany leniwym za spanie o wyznaczonej porze. O wiele lepiej jest spać i być pilnym w swojej pracy niż czuwać i leniuchować. Bądźcie zatem gotowi pracować dla zbawienia dusz waszej trzody nawet w godzinach odpoczynku. Jeśli naprawdę staniecie się takimi kaznodziejami, nie będziecie musieli sami tego deklarować. Kaznodzieja powinien być gotowy do komunikowania się z parafianami poza pracą.Nie został posłany na świat, by być pustelnikiem ani trapistą… Nie wolno ci, niczym niewidzialny słowik, śpiewać z wierzchołka drzewa. Musisz być człowiekiem wśród ludzi i mówić im: „We wszystkim, co dotyczy ludzkiego życia, jestem dokładnie taki jak ty”. Sól na nic się nie zda, jeśli pozostanie w solniczce; trzeba nią nacierać mięso; tak nasz osobisty wpływ musi przeniknąć do życia publicznego i je przyprawić. Jak możesz być pożyteczny dla kogoś, jeśli trzymasz się od niego z daleka? Nasz Pan był na weselu i jadł z celnikami i grzesznikami, a jednak był czystszy niż ci obłudni faryzeusze, których jedyną chwałą było to, że oddzielili się od wszystkich innych ludzi. Niektórzy z naszych kaznodziejów dosłownie potrzebują dowodu, że należą do tego samego ludu, co ich słuchacze. Jest rzeczą bardzo zaskakującą, ale zarazem niezwykle konieczną, aby takim ludziom powiedzieć, że biskupi, opaci, archidiakoni, prepozytowie, naczelni pastorzy, proboszczowie wiejscy, a nawet sami arcybiskupi, pomimo wszystkich swoich cnót, są wciąż tylko synami ludzkimi i że Bóg nie przygotował dla nich żadnego specjalnego świętego zakątka na ziemi... Dobrze by było, gdyby pożyteczne rozmowy między proboszczem a parafianami odbywały się na cmentarzach lub w ogrodach otaczających kaplice. Zawsze uwielbiam widok ławek wokół bujnych drzew, które ocieniają nasze stare kościoły. Wydaje się, jakby mówiły: „Chodź tu, sąsiedzie, usiądź tu, porozmawiajmy o kazaniu; oto idzie proboszcz. Usiądzie obok nas i odbędziemy miłą, zbawienną dla duszy rozmowę”. Nie z każdym kaznodzieją rozmawia się przyjemnie, ale są wśród nich tacy, z którymi rozmowa jest na wagę złota. Uwielbiam mężczyzn, których twarz zdaje się zapraszać do przyjacielskiej rozmowy, mężczyzn, na których progu stoi delikatny „balsam” – pozdrawiam – i w których pobliżu nie trzeba przypominać słynnego pompejańskiego napomnienia: „cave canem” – strzeż się psa. Tego, wokół którego dzieci uwielbiają gromadzić się jak pszczoły wokół miodu – takiego właśnie mężczyzny potrzebuję. Dzieci mają szczególny instynkt rozpoznawania prawdziwie dobrych, pobożnych ludzi. Żydowscy rabini opowiadają nam, że kiedy królowa Saby przybyła, by wystawić na próbę mądrość Salomona, przyniosła ze sobą kilka pięknie wykonanych sztucznych kwiatów, nie do odróżnienia od prawdziwych; miały nawet cudowny zapach. Królowa rzekomo rzuciła Salomonowi wyzwanie, aby ten określił, które z tych kwiatów są prawdziwe, a które sztuczne. Wtedy mądry król nakazał otworzyć okna w górnej komnacie; a kiedy wleciały pszczoły, rzuciły się prosto na prawdziwe kwiaty i rozwiązały zagadkę. W ten sam sposób przekonacie się, jaką subtelną intuicją dysponują dzieci i jak szybko potrafią rozpoznać swoich prawdziwych przyjaciół. A każdy, kto jest przyjacielem dzieci – bądźcie pewni – jest wart poznania. Musicie mieć dobre słowo dla każdego członka rodziny: dla dorastających chłopców, dla małych dziewczynek, dla małych dzieci – krótko mówiąc, dla każdego. Nikt nie wie, jaki wpływ może mieć miły uśmiech lub jedno przyjazne słowo. Ten, kto pragnie rządzić ludźmi, musi ich przede wszystkim kochać i czuć się wśród nich swobodnie. Ten, kto ma twarde serce, lepiej zrobi, jeśli zostanie grabarzem. Taka osoba lepiej poradziłaby sobie ze zmarłymi, ponieważ nie ma mocy wywierania najmniejszego wpływu na żywych. Tylko osoba o szerokim, otwartym sercu może zgromadzić wokół siebie licznych parafian. Jej serce powinno być jak piękny, przestronny port, w którym cała flota mogłaby się schronić. Ludzie nieodparcie ciągną do kogoś o tak przestronnym, kochającym sercu, jak statki do cichej przystani. Czują się całkowicie bezpiecznie, rzucając kotwicę pod jego przyjaznym dachem. Taka osoba jest równie życzliwa zarówno w prywatnych, jak i oficjalnych kontaktach z ludźmi; to nie zimna krew ryby płynie w jej żyłach. Jest ciepła jak dobrze ogrzany pokój. Nie emanuje chłodem ani egoizmem; otwiera szeroko drzwi, by powitać wchodzących, i każdy czuje się u niego jak w domu. Och, jakże bym chciał, abyście wszyscy stali się takimi ludźmi! Kaznodzieja chrześcijański musi być zawsze radosny.Nie twierdzę wcale, że my, podobnie jak członkowie pewnego zakonu monastycznego, których widziałem w Rzymie, powinniśmy, spotykając się ze sobą, witać naszych braci miłym stwierdzeniem: „Bracia, jesteśmy śmiertelni”, wypowiedzianym zresztą grobowym głosem, na co nasi współtowarzysze podróży odpowiedzieliby nam w tym samym tonie: „Tak, bracia, jesteśmy śmiertelni”. To prawda, że są tacy, na których robi wrażenie powaga kaznodziei. Słyszałem, jak ktoś wyrażał wielki szacunek dla Kościoła rzymskokatolickiego, widząc znanego, straszliwie wychudzonego i wychudzonego jego przedstawiciela… „Spójrzcie tylko” – powiedział – „na tego człowieka – kompletny szkielet od dziennego postu i nocnych czuwań! Jak on krzyżuje swoje ciało!”. Ale tak czy inaczej, zewnętrzny wygląd człowieka nie zawsze świadczy o wyższości i sile jego życia duchowego. Ja ze swej strony radzę wszystkim pasterzom, którzy chcą wpływać na swoją owczarnię, aby byli zewnętrznie radośni, to znaczy, aby byli stale przepełnieni nie frywolną radością światową, lecz wewnętrzną, głęboką radością „w Bogu”. Łapie się więcej much miodem niż octem; podobnie dusze ludzkie prędzej dadzą się prowadzić człowiekowi, na którego twarzy wyryta jest niebiańska radość, niż męki Tartaru. Młodzi kaznodzieje (i wszyscy inni) nadal musząuważaj na chęć wyłącznej dominacji podczas prywatnych rozmówPowinni pamiętać, że nikt nie pragnie być nieustannie pouczany, a każdy pragnie uczestniczyć w rozmowie. Niektórzy ludzie niczego nie cenią bardziej niż możliwości rozmowy, a być może ten radosny nastrój przyniesie im jakąś korzyść. Kiedyś spędziłem cały wieczór z mężczyzną, który uczynił mi zaszczyt, uznając mnie za znakomitego rozmówcę i powiedział, że moja rozmowa była niezwykle budująca. I muszę tu wyznać, że prawie nie powiedziałem ani słowa przez cały wieczór; pozostawiłem prawie całą rozmowę jemu. Ale cierpliwie go słuchając, zyskałem jego życzliwość i nadzieję, że zostaniemy przez niego wysłuchani innym razem. Nie powinniśmy uważać się za wyrocznie, w obecności których nikt nie śmie otworzyć ust. Nie, niech każdy z obecnych powie coś od siebie; a wtedy twoje budujące słowa posłużą jako przyprawa do ogólnej rozmowy i będą poświęcone szczególnej uwadze. Są też spotkania, na które zostaniecie zaproszeni, gdzie obecni będą zdawać się przepełnieni najgłębszym szacunkiem dla was. Ten stan rzeczy przypomina mi drogocenne posągi w Watykanie. Widzicie przed sobą mały pokój, oddzielony zasłoną. Jest on odsunięty, a przed wami stoi wielki Apollo! Jeśli znajdziecie się w pozycji Apollina wśród zaproszonych na inspekcję, spróbujcie położyć kres tej niestosownej scenie. Gdybym znalazł się w pozycji Apollina w Watykanie, po prostu zszedłbym z piedestału i uścisnął dłoń wszystkim obecnym. Myślę, że najlepiej byłoby, abyście postąpili podobnie w tym przypadku, ponieważ prędzej czy później ta ceremonia się skończy, a lepiej i mądrzej będzie, abyście sami ją zakończyli i to jak najszybciej. Cześć oddawana wielkim ludziom jest formą bałwochwalstwa i nie powinniście jej popierać. Tacy ludzie dobrze by zrobili, gdyby, niczym apostołowie w Listrze, zbuntowali się przeciwko przyznanemu im zaszczytowi i rzucili się do ludu, mówiąc: „Mężowie, dlaczego to robicie? My też jesteśmy ludźmi takimi jak wy”. Kaznodzieje nie będą musieli poświęcać wiele czasu na przekonywanie swoich wielbicieli. Ich szaleni wielbiciele są skłonni bardzo szybko się od nich odwrócić, a jeśli nie ukamienują tych, których tak niedawno wielbili, to chłód i pogarda i tak bardzo szybko zastąpią to uwielbienie. Mówię: Nie mów wyłącznie w swoim imieniu i nie przybieraj na siebie znaczenia, które nie jest twoje, co często jest niczym więcej niż oszustwem, ale jednocześnie mówię:Nie udawajcie, że jesteście naiwniakami!Ludzie będą cię oceniać nie tylko po kazaniach z ambony, ale także po tym, co widzą w tobie prywatnie. Niejeden młody człowiek zrujnował swoją udaną karierę urzędniczą nieudolnym traktowaniem parafian. Nie bądź tępy. Na bazarze w Antwerpii zobaczyłem, między innymi, stragan, na którym ogromne szyldy i dźwięk bębnów głosiły, że za jednego pensa można tam wystawić „cudowny cud” – mianowicie skamieniałego człowieka. Ja jednak nie wydałem wymaganej sumy na to widowisko: widziałem już wystarczająco dużo skamieniałych mężczyzn za darmo, zarówno na ambonie, jak i poza nią – ludzi pozornie martwych, pozbawionych troski, zdrowego rozsądku, beztroskich i obojętnych pod każdym względem – nie mniej zajętych zadaniem, którego żaden człowiek nie może się podjąć. Staraj się kierować rozmowę na tematy przydatneKochaj towarzyskość, bądź radosny, ale nigdy nie zapominaj o swoim obowiązku pomagania innym. Po co siać na wietrze lub orać skałę? Pomimo wszystkiego, co zostało powiedziane powyżej, uważaj się za odpowiedzialnego za rozmowy, które ludzie prowadzą w twojej obecności. Szacunek dla ciebie jest tak wielki, że mimowolnie staniesz się ich przywódcą. Dlatego skieruj swój statek na spokojne wody. Ale rób to uprzejmie i bez przemocy. Utrzymuj swoje ścieżki w porządku, a będzie ci wygodnie nimi podążać. Umiejętnie wykorzystuj okoliczności i niepostrzeżenie kieruj rozmową w pożądanym kierunku. Jeśli twoje serce jest zaangażowane w twoją wielką służbę, wszystko się powiedzie, oczywiście pod warunkiem, że nie zapomnisz prosić Pana o pomoc. Nigdy nie zapomnę tonu i sposobu, w jaki pewien biedny człowiek prosił mnie kiedyś o pomoc na przedmieściach Londynu. Zobaczyłem, że niósł ogromny kosz z bardzo małą paczką i wyraziłem zdziwienie, że nie schował jej do kieszeni i zostawił tak wielką rzecz w domu. Powiedziałem mu: „To bardzo dziwne widzieć tak małą paczkę w tak dużym powozie”. Zatrzymał się, spojrzał mi poważnie w twarz i odpowiedział: „Oczywiście, drogi panie, to bardzo dziwne, ale dziś przydarzyło mi się coś jeszcze dziwniejszego. Mianowicie, chodziłem dziś cały dzień, wykonałem dużo pracy, ale nie spotkałem jeszcze nikogo, po czyim wyglądzie mógłbym się domyślić, że nie miałby nic przeciwko postawieniu mi kufla piwa, aż do teraz, kiedy pana zobaczyłem”. Ten zwrot rozmowy wydał mi się bardzo interesujący. A jeśli naprawdę pragniemy służyć Chrystusowi, musimy również umiejętnie kierować rozmowę w stronę tego, co może przynieść naszemu rozmówcy wielką korzyść. Ten człowiek poradził sobie z tym zadaniem z taką łatwością, że zazdrościłem mu, bo znacznie trudniej było mi zwrócić jego uwagę na to, co chciałem powiedzieć. Wierzę, że gdybym był tak pilny w rozważaniu, jak przynieść korzyść temu człowiekowi, jak on w zastanawianiu się, jak uzyskać ode mnie to, czego ode mnie chciał, jestem pewien, że osiągnąłbym swój cel. Jeśli naprawdę pragniemy służyć Chrystusowi, musimy być pomocni zawsze i wszędzie, gdzie to możliwe. Nawet podczas posiłków, idąc za przykładem samego Pana, będziemy kierować rozmowę ku temu, co pożyteczne. Musimy to robić, gdziekolwiek jesteśmy: w domu, w drodze, na polu, czy nad morzem… Wyznawanie Chrystusa, głoszenie Jego woli prostymi słowami będzie równie pożyteczne, jak głoszenie Go z ambony. Staraj się wyróżniać w obu tych czynnościach, a zobaczysz, jeśli poprosisz o pomoc Ducha Świętego, że żarliwe pragnienie twojego serca zostanie spełnione. Chciałbym tu zamieścić jedną zasadę, choć mam nadzieję, że jest ona całkowicie zbędna dla mojej szanownej publiczności zgromadzonej w tym momencie. Nie bądź gościem przy stole bogacza jedynie po to, by przypodobać się, i nie bądź, że tak powiem, stałym „obsługującym” ich herbatki i wieczorki. Kimże jesteś, że ośmielasz się usługiwać temu czy innemu bogaczowi, gdy ubodzy twojego Pana, chore i zagubione owce Jego trzody, domagają się twojej uwagi? Poświęcanie nauki dla salonu bogacza jest przestępstwem. Zabieganie o parafian w ten sposób, że tak powiem, czyhanie na nich w ich własnych domach tylko po to, by przyciągnąć ich do twojej kaplicy, jest hańbą, do której nikt nie powinien się zniżać. To wręcz odrażające patrzeć, jak kaznodzieje różnych wspólnot kościelnych otaczają bogacza niczym sępy martwego wielbłąda. Słynny list „starego i chwalebnego kaznodziei do ukochanego syna” z okazji jego wstąpienia do kapłaństwa, z którego zamierzamy zacytować poniższy fragment, jest pełen wybornego sarkazmu. Co prawda, mówi się, że list ten został zapożyczony z jakiegoś czasopisma, ale sądzę, że nasz przyjaciel doskonale wie, kto go napisał. Oto, co jest napisane: „Zwracaj uwagę na wszystkich szanowanych ludzi, zwłaszcza bogatych i wpływowych, którzy mogą odwiedzić twoje miasto; okaż im szacunek i staraj się pozyskać ich dla swojej sprawy, zwracając na nich uwagę w salonie. W ten sposób możesz oddać wielką przysługę sprawie swojego Pana. Ludzie lubią być adorowani, a wieloletnie doświadczenie potwierdza moje długoletnie przekonanie, że siła kazań kościelnych jest znikoma w porównaniu z siłą prywatnej rozmowy. Musimy naśladować jezuitów w tym i uświęcać ich zwyczaje Słowem Bożym i modlitwą. Jezuici osiągają swój wpływ nie tyle poprzez kazania z ambony, co poprzez prywatne rozmowy w salonach. W salonie można szepnąć coś do ucha komuś obecnemu, można rozmawiać z ludźmi w duchu ich prywatnych, osobistych opinii. Ambona jest do tego bardzo niewygodnym miejscem. Salon jest najlepszym miejscem do osiągnięcia prawdziwego sukcesu, dlatego dla każdego duchownego o wiele mniej ważne jest bycie dobrym kaznodzieją niż dobrym rozmówcą w salon; ale nie odniesiesz sukcesu w eleganckim towarzystwie, kimkolwiek jesteś, jeśli nie nabędziesz wyrafinowanych manier. Zawsze podziwiam opis apostoła Pawła autorstwa lorda Shaftesbury'ego, który mówi, że Apostoł był człowiekiem wysoce wykształconym. Dlatego powiadam ci: Bądź człowiekiem wysoce wykształconym. Oczywiście, sam musisz to wiedzieć, ale mówię ci to, ponieważ jestem przekonany, że tylko w ten sposób możemy przyczynić się do nawrócenia zamożnej klasy średniej naszego społeczeństwa. Musimy im pokazać, że nasza religia jest religią przyzwoitości i dobrych manier; że odrzucamy wszelkie silnie stymulujące i podniecające środki. I – o mój drogi synu! Jeśli chcesz pracować pożytecznie, to módl się żarliwie w głębi serca, abyś przede wszystkim nauczył się przyzwoitości. Gdyby cię zapytano, jaki jest twój pierwszy, najważniejszy obowiązek, odpowiedziałbym:przyzwoitość; jaki jest twój następny obowiązek:przyzwoitość; wreszcie po trzecie– znowu przyzwoitość”. Ci, którzy pamiętają klasę kaznodziejów, która rozkwitała jakieś 50 lat temu, doskonale zrozumieją satyryczny wydźwięk cytowanego tu fragmentu. To zło znacznie zmalało w dzisiejszych czasach; obawiam się nawet, że dążymy teraz do przeciwnej skrajności. Każda poważna rozmowa może prowadzić do kontrowersyjnych kwestii i tutaj pobożny kaznodzieja może natknąć się na „przeszkodę”.Jednak każdy inteligentny kaznodzieja będzie omawiał te kwestie z wielką łagodnością.Bardziej niż ktokolwiek inny powinien zrozumieć, że siła nie tkwi w namiętności i że niczego nie da się zyskać nadmiernym podnieceniem. Pewien poganin, który kiedyś w Kalkucie, w tłumie przysłuchiwał się debacie misjonarza z braminem, powiedział, że wie, który z nich ma rację, choć nie rozumie ich języka. Był pewien, że ten, kto pierwszy straci panowanie nad sobą, ten się myli. To jest, w większości przypadków, najpewniejsza zasada. Staraj się unikać kłótni. Wyrażaj swoje przekonania, ale pozwól innym również wyrazić swoje. Jeśli widzisz wykrzywiony kij i chcesz, żeby inni zobaczyli, jak jest wykrzywiony, połóż obok niego prosty; to wystarczy. Jeśli wciągnie cię kłótnia, używaj mocnych argumentów i łagodnych słów. Możesz nie przekonać kogoś, odwołując się do jego rozumu, ale nadal możesz na niego wpłynąć, zyskując jego przychylność. Jeśli ktoś nie potrafi kupić nowej pary butów, wystarczy, że posypie go odrobiną talku, a wszelkie przeszkody znikną. Tak więc, panowie, wykorzystajcie ten talk. Zabierzcie ze sobą sporą dawkę chrześcijańskiej sztuki perswazji, a wkrótce przekonacie się o jej skuteczności. Jednakże pomimo całej swojej łagodności i dobroci kaznodzieja jest zawsze zobowiązanystać mocno przy swoich przekonaniach i śmiało je głosić i bronić w każdym społeczeństwieJeśli nadarzy się sprzyjająca okazja, a nawet jeśli może taką okazję stworzyć, niech to uczyni bez cienia wątpliwości i wahania. Mocno trzymając się swoich zasad, surowo, ale z miłością w sercu, niech mówi odważnie i dziękuje Bogu za prawo do tego. Nie ma powodu, by milczeć. Najdziksze wynalazki spirytualistów, najdziksze utopie reformatorów świata, najgłupsze plotki miejskie i najdziwniejsze idee ateistów domagają się, byśmy je usłyszeli i muszą zostać usłyszane. Ale czy nie powinniśmy ich zmusić do słuchania Chrystusa? Czyż nie możemy nie przekazać im przymierza Jego miłości z obawy przed oskarżeniem o natarczywość lub nazwani hipokrytami? Czy religia – najlepszy i najszlachetniejszy ze wszystkich tematów na świecie – może zostać wykluczona z dyskusji? Jeśli społeczeństwo tego wymaga, otwarcie oświadczamy, że nie poddamy się takiemu żądaniu. Wreszcie, jeśli nie możemy pokonać tego oporu, pozwólmy społeczeństwu pozostać tam, gdzie jest, ale musimy je porzucić, jak rozpadający się dom. Nie możemy pozwolić, by zmuszono nas do milczenia. Nie widzimy ku temu powodu. Nie chcemy iść w miejsce, gdzie nie możemy zabrać ze sobą naszego Pana. Jeśli inni mają swobodę w grzeszeniu, nie zrezygnujemy z naszej wolności, by ich karać i ostrzegać. Nasza prywatna rozmowa, mądrze wykorzystana, może być potężnym środkiem do zbawienia dusz. Poważne refleksje mogą zostać wywołane przez jedno zdanie, a te refleksje mogą prowadzić do nawrócenia ludzi, do których uszu nie docierają nasze kazania. Metoda, że tak powiem, złapania kogoś za rękaw i powiedzenia mu prawdy prosto w twarz często okazuje się bardzo skuteczna. Ale ten temat wykracza poza zakres tego wykładu, dlatego zakończymy go wyrazem nadziei, że ani w naszych prywatnych rozmowach, ani w naszych przemówieniach z ambony nie będziemy myleni z jakimiś dobrodusznymi, życzliwymi ludźmi, których jedynym zadaniem jest sprawić, by wszyscy czuli się dobrze i nie dać nikomu najmniejszego powodu do zmartwienia, bez względu na to, jak bezbożne jest ich życie. Tacy ludzie odwiedzają rodziny swoich słuchaczy i radośnie z nimi żartują, podczas gdy powinni nad nimi płakać. Siadają do ich stołu, spokojnie spożywają z nimi posiłek w czasie, gdy powinni ich ostrzegać przed „nadchodzącym gniewem”. Są jak amerykańskie budziki, te, o których słyszałem, że ich producenci ręczą za te, które potrafią obudzić właściciela lub nie. Naszym obowiązkiem jest siać nie tylko na dobrej, żyznej glebie, ale także na skałach i przy drodze. Musimy wyobrazić sobie obfite żniwo w Dniu Sądu. Obyśmy wtedy znaleźli tę pszenicę, którą w różnych okolicznościach wysłaliśmy za granicę w ciągu naszego ziemskiego życia. Wykład 13UbóstwoCo powinni zrobić kaznodzieje, których zasoby są zbyt skromne? Mam na myśli tych z nas, którym brakuje niezbędnych książek i którzy mają niewiele lub wcale pieniędzy na ich zakup. Ściśle rzecz biorąc, taki stan rzeczy nie powinien mieć miejsca; parafie powinny jak najpilniej o to zadbać. W miarę swoich możliwości same powinny zapewniać swoim kaznodziejom nie tylko materialne utrzymanie, ale także duchowy pokarm. Dobra biblioteka powinna stanowić istotną część majątku kościelnego. Pieniądze na nią wydane byłyby dobrze wydane i przynosiłyby wysokie odsetki. Zamiast elokwentnie rozwodzić się nad upadkiem wpływu ambony, starsi parafii powinni zapewnić niezbędne środki na jego odbudowę, dostarczając proboszczom materiałów do kazań. Kilka lat temu próbowałem przekonać parafie do utworzenia bibliotek dla swoich proboszczów, uznając to za kwestię najwyższej konieczności. Kilka dalekowzrocznych osób zrozumiało wagę tej propozycji i zaczęło ją wcielać w życie. Z wielką radością widziałem, jak tu i ówdzie pojawiają się regały z książkami, a na półkach tomy książek. Bardzo chciałem, aby taki początek miał miejsce wszędzie. W istocie, oszczędzanie na proboszczu to bardzo kiepska oszczędność. Parafie, które nie mogą sobie pozwolić na godziwą pensję dla proboszcza, powinny przynajmniej zrekompensować ten niedobór, zakładając stałą bibliotekę parafialną; a gdyby była ona stopniowo uzupełniana z roku na rok, mogłaby w końcu stać się wartościowa. Plebania mojego czcigodnego dziadka posiadała kolekcję niezwykle cennych dzieł dawnych purytańskich kaznodziejów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Wciąż dobrze pamiętam wiele z tych potężnych tomów, zwłaszcza te, które szczególnie mnie urzekły swoimi zdumiewającymi wielkimi literami przedstawiającymi pelikany, sępy, wiatraki, bawiących się chłopców lub starszych pogrążonych w lekturze. Można by rzec, że księgi mogłyby zaginąć, gdy ich użytkownicy zmieniliby właściciela. Jestem jednak gotów zaręczyć, że nic takiego nie mogłoby się wydarzyć; a komitet wybrany przez parafię do prowadzenia rejestru wszystkich ksiąg mógłby być równie troskliwy o ich zachowanie, jak obecnie troszczy się o zachowanie majątku kościelnego, takiego jak ambony, ławki kościelne i tym podobne. Ci, którym nie podoba się ta metoda, mogą postępować jeszcze prościej. Niech każdy, kto jest zobowiązany do zapewnienia funduszy na utrzymanie pastora, zwiększy swój wkład o co najmniej dziesięć procent lub więcej, w szczególności po to, by zapewnić kaznodziei duchowy pokarm oprócz materiałów. Cokolwiek w ten sposób dadzą, otrzymają w zamian w postaci lepszych kazań. Gdyby najbiedniejszym pastorom przekazano nawet niewielką sumę rocznie na zakup książek, byłoby to dla nich miłą niespodzianką i wielką korzyścią dla zgromadzenia. Mądrzy ludzie nie oczekują, że warzywa same wyrosną w ich ogrodach. Nawożą glebę w tym celu co roku; nie oczekują, że lokomotywa będzie jeździć bez paliwa, albo że ich koń lub osioł będzie pracował bez paszy. Niech więc nie oczekują pouczających kazań od pastorów, którzy z powodu niemożności nabycia książek dla siebie są wykluczeni ze spichlerza wiedzy. Ale tu nasuwa się kolejne pytanie: co powinni zrobić ci, którzy nie mają biblioteki parafialnej ani środków na zakup książek? Trzeba przyznać, że jeśli tacy ludzie mimo wszystko odniosą sukces, zasługują na znacznie większy szacunek niż ci, którzy pojawiają się na ambonie w pełnym uzbrojeniu. O N.N. mówi się, że jeden z jego towarzyszy zabrał mu wszystkie narzędzia oprócz młotka i piły, i że tylko nimi stworzył swoje słynne arcydzieło; tym większy zaszczyt dla niego! Wielki zaszczyt dla tych sług Pana, którzy dokonali wielkich rzeczy bez pomocy żadnych narzędzi. Ich praca byłaby znacznie ułatwiona, gdyby posiadali te narzędzia; ale tym większy zaszczyt dla nich, gdyby potrafili wiele zdziałać bez książek. Na Międzynarodowej Wystawie w Kennington wszyscy podziwiali szkołę kulinarną *** tylko dlatego, że przygotowywali wyśmienite dania z najdrobniejszych składników. Garść kości i odrobina makaronu przemieniały się tam w przysmaki godne królewskiego stołu. Gdyby posiadł wszystkie skarby francuskiej kuchni i zastosował je w swojej pracy, wszyscy powiedzieliby: „Każdy to potrafi!”. Ale kiedy pokazuje ci tylko małe kawałki mięsa i kości i wyjaśnia, ile za nie zapłacił u rzeźnika, a potem przygotowuje wspaniały obiad dla pięcio- lub sześcioosobowej rodziny, nawet najlepsze gospodynie domowe otwierają szeroko oczy i zastanawiają się, jak to możliwe. A jeśli potem pozwoli im spróbować dania i przekonają się o jego smaku, ich zdumienie wzrasta jeszcze bardziej. Dlatego niestrudzenie kontynuuj swoją pracę, mój biedny bracie, bo pomimo wszelkich przeszkód możesz osiągnąć wielkie rzeczy w swoim powołaniu i usłyszysz: „O, sługo dobry i wierny!”. A te słowa będą dla ciebie tym cenniejsze, że pracowałeś pośród takich trudów i smutków. Moja pierwsza rada dla kogoś, kto może sobie pozwolić na zakup tylko kilku książek, brzmi następująco:niech kupuje tylko to co najlepszeJeśli nie może wydać dużo na książki, niech przynajmniej dobrze wykorzysta to, co ma. Najlepsze jest zawsze najtańsze. Wszelkiego rodzaju „rozcieńczenia i rozcieńczalniki” zostaw tym, których środki pozwalają na zakup luksusów. Nie kupuj mleka z wodą, ale weź mleko skondensowane i dodaj tyle wody, ile chcesz. Nasze czasy są pełne literackich tkaczy – zawodowych kompilatorów książek, którzy zazwyczaj wyciskają z każdego ziarenka swojej myśli tyle, ile zajmuje cała kartka papieru wielkości akra ziemi. Ci ludzie mają swój zysk, ale ty już z nich nie skorzystasz. Mieszkańcy naszych brzegów zbierają wodorosty i przywożą je do domu wozami; oczywiście te wodorosty są bardzo ciężkie z powodu zawartej w nich wody. Ale teraz zaczęli je najpierw suszyć, oszczędzając sobie w ten sposób niepotrzebnej pracy i wydatków. Więc nie kupuj sobie rzadkiej zupy; weź jakiś mocny ekstrakt mięsny! Staraj się zdobyć dużo w małej ilości. Wybieraj książki pełne tego, co James Hamilton nazywa „bibliami”, czyli esencją książki. Potrzebujesz książek napisanych ściśle, wiernie i tak zwięźle, jak to możliwe; staraj się więc właśnie o to. Kompilując swoje znakomite wywody o Biblii, dr Chalmers korzystał wyłącznie z Konkordancji, Biblii ilustrowanej Poole'a, Komentarzy Matthew Henry'ego i Badań nad Palestyną Robinsona. „Te książki” – mówi przyjacielowi – „to wszystko, z czego korzystam. Zawierają wszystko, co dotyczy Biblii; niczego więcej nie potrzebuję do moich studiów”. To dowodzi, że nawet ci, którzy mają do dyspozycji wszelkie możliwe pomoce, wciąż zadowalają się zaledwie kilkoma klasycznymi dziełami. Gdyby żył dzisiaj, z pewnością zastąpiłby „Explorations” Robinsona „Land and Book” Thomsona lub „Bible Pictures for Every Day” Kitto „Bible Illustrations for Every Day”; a przynajmniej ja bym radził dokonać takiej zmiany. Wszystko to zdaje się wyraźnie dowodzić, że nawet najwybitniejsi kaznodzieje uważają, że lepiej jest studiować Biblię, korzystając z kilku ksiąg, niż odwrotnie. Chętnie odrzućcie te liczne książki, które, niczym słynna brzytwa, są „przeznaczone na sprzedaż”, a przy ich zakupie sami kupujący są „sprzedawani”… Ale skoro wspomniałem powyżej o „Komentarzach” Matthew Henry’ego, nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, że nie ma lepszego sposobu na wydanie pieniędzy niż zakup tej książki. Dlatego, jak najbardziej, zdobądźcie ją dla siebie, nawet jeśli będziecie musieli sprzedać swoje ubrania. Następna zasada, którą tutaj podaję brzmi:dokładnie zapoznaj się z książkami, które posiadaszPrzestudiuj je dokładnie. Zanurz się w nie, aż całkowicie je pochłoniesz. Czytaj i czytaj ponownie, przeżuwaj i traw je dokładnie. Połknij je. Przeczytaj dobrą książkę wiele razy, robiąc notatki i analizując ją. Jedna dokładnie przestudiowana książka przyniesie nam nieporównywalnie więcej korzyści niż dwadzieścia, które jedynie pobieżnie przeczytamy. Pośpieszne czytanie przynosi niewiele wiedzy, a za to dużo pychy i dumy. Możesz tak obciążyć swój mózg, że odmówi ci nawet służenia. Niektórzy ludzie stają się niezdolni do refleksji z powodu nadmiernego czytania kosztem własnej siły umysłu. Objadają się materiałami książkowymi do tego stopnia, że rozwijają słabe trawienie duchowe. Noszenie książek na głowie jest bardzo szkodliwe. Skup się na ich zawartości, a odniesiesz korzyść. W „Literackich obserwacjach” Lukiana autor surowo krytykuje tych, którzy szczycą się ogromem swojej biblioteki, a nawet do niej nie zaglądają. Zaczyna od porównania ich do pilota, który nigdy nie studiował nawigacji, albo do kaleki, który ma eleganckie buty, ale nie potrafi w nich ustać prosto. Następnie wykrzykuje: „Po co kupujesz tyle książek? Nie masz włosów, a kupujesz grzebień; jesteś ślepy, a chcesz dobrego lustra; jesteś głuchy, a pragniesz najlepszego instrumentu muzycznego!”. Wszystkie te zarzuty są w pełni zasłużone dla tych, którzy wyobrażają sobie, że mogą osiągnąć wielką wiedzę jedynie gromadząc obszerną bibliotekę. Do pewnego stopnia wszyscy ulegamy tej pokusie. Czyż nie czujemy się mądrzejsi po spędzeniu dwóch godzin w księgarni? Ale można sobie wyobrazić, że wzbogacasz się, odwiedzając skarbce Banku Anglii. Niech Twoim mottem podczas czytania będzie: „Więcej w jakości, nie więcej w ilości”. Nie ograniczaj się tylko do czytania, ale zastanów się nad tym, co przeczytałeś; niech ta refleksja idzie ręka w rękę z czytaniem, a wtedy ubóstwo Twojej biblioteki nie będzie dla Ciebie aż tak odczuwalne. W poniższej notatce, opublikowanej kilka lat temu w ***, jest sporo zdrowego rozsądku: „Podoba nam się cenna książka, kupiona tanio na targu książek za cenę naszego obiadu, z odciskami palców na pozaginanych stronach, z podartym grzbietem i zagiętymi rogami, z notatkami na stronie tytułowej i bazgrołami na marginesach, zabrudzona i miejscami przypalona, podarta i zniszczona, wygładzona od długiego przebywania w kieszeni i okopcona od dymu z paleniska, wilgotna w trawie i posypana popiołem – książka, nad którą śniłeś w cieniu chłodnego gaju, nad którą zasypiałeś w południowym upale i którą czytałeś i czytałeś niezliczoną ilość razy od pierwszego do ostatniego wersu. Z tej książki i jej nielicznych, nie więcej niż trzech lub czterech, zwolenników zdobyłeś więcej prawdziwej wiedzy, niż mógłbyś zdobyć z wieloma innymi”. Ale jeśli czujesz potrzebę zakupu większej ilości książek,Radzę Ci pożyczyć sobie kilka z nich na jakiś czas, wybierając je mądrzeMasz oczywiście towarzyszy, którzy mają książki i nie odmówią ci ich pożyczenia przez jakiś czas. Gorąco jednak radzę ci, abyś oddał wszystko, co pożyczasz, w idealnym stanie i z najwyższą starannością. Mam nadzieję, że obecnie nie ma już takiej potrzeby, aby mówić o konieczności zwrotu pożyczonych książek, jak to było jakiś czas temu. Dopiero niedawno usłyszałem od pewnego duchownego uwagę, która zmieniła moje zdanie na temat ludzi na lepsze: mianowicie powiedział mi, że osobiście znał trzech panów, którzy zwrócili pożyczone parasole! Z przykrością jednak muszę to zauważyć: prawdopodobnie obracał się w bardziej sprzyjających kręgach towarzyskich niż ja, ponieważ znałem wielu młodych mężczyzn, którzy pożyczali książki i ich nie oddawali. Niedawno znany kaznodzieja, od którego dwa lata temu pożyczyłem pięć książek, napisał do mnie z prośbą o zwrot trzech z nich. Ku jego zaskoczeniu otrzymał ode mnie dwie, o których zapomniał wspomnieć. Prowadzę dokładne zapisy wszystkich wypożyczonych książek i dlatego mogłem je niezwłocznie zwrócić właścicielowi. Jestem przekonany, że nie spodziewał się ich powrotu, gdyż otrzymałem od niego kolejny list, w którym wdzięczność miesza się ze zdziwieniem, i jestem pewien, że jeśli znów odwiedzę jego biuro, chętnie udostępni mi swoje książki... Walter Scott zawsze mawiał, że choć jego przyjaciele byli czasami kiepskimi księgowymi, to przynajmniej byli dobrymi „księgowymi”. Niektórzy posuwają się aż tak daleko, jak uczony, który powiedział tym, którzy chcieli pożyczyć książki, że nie wypożycza ich ze swojego gabinetu; każdy, kto chciał je przeczytać, mógł przyjść i przeczytać je na miejscu. Pewnego razu otrzymał nieoczekiwaną, ale bardzo trafną odpowiedź. Mianowicie, gdy jego kominek kiepsko grzał, wysłał do pewnego dżentelmena po pożyczenie miecha i otrzymał odpowiedź, że właściciel miecha nie wypuścił go ze swojego pokoju, ale że może przyjść i skorzystać z niego na miejscu, jeśli zechce. Mądra pożyczka może zapewnić wiele cennych lektur, ale trzeba pamiętać o człowieku z Biblii, którego siekiera wpadła do wody, i obchodzić się z pożyczającym z wielką ostrożnością. „Niegodziwy pożycza, a nie oddaje”. Jeśli książki w naszym kraju staną się zbyt drogie,czyli jest jeszcze jedna książka, którą wszyscy macie, mianowicie: Biblia; a kaznodzieja z Biblią w ręku to Dawid z procą i kamieniem, w pełni uzbrojony do walki. Nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony środków, jeśli ma Biblię na wyciągnięcie ręki. W Biblii mamy kompletną bibliotekę, a ten, kto ją dogłębnie przestudiuje, będzie bardziej uczony niż gdyby pochłonął całą Bibliotekę Aleksandryjską. Studiowanie Biblii powinno być kwestią honoru; powinniśmy znać ją tak dobrze, jak gospodyni domowa zna igłę, kupiec swoją księgę handlową, a kapitan swój statek. Jej ogólny kierunek, treść każdej księgi, jej szczegóły historyczne, nauki, nakazy i wszystkie kwestie z nią związane powinny być przez nas dogłębnie opanowane. Erazm mówi o Hieronimie: „Któż studiował całe Pismo Święte tak jak on? Kto tak je wchłonął i rozważał tak poważnie jak on?” O pewnym holenderskim uczonym, autorze słynnego dzieła o różnych jednostkach gospodarczych, czyli „związkach”, mówi się, że nie tylko znał Biblię słowo w słowo w jej głównych dialektach, ale potrafił również zestawić wszystkie notatki najlepszych komentatorów biblijnych. Słyszałem również o starszym kaznodziei z Lancashire, który był żywym „chodzącym konkordancerem”, zdolnym do precyzyjnego podania zarówno rozdziału, jak i wersetu każdego cytowanego fragmentu, a także do precyzyjnego określenia jego znaczenia. To oczywiście dowodzi jego nadzwyczajnej pamięci, ale praca, jaką włożył, by ją osiągnąć, musiała być nie mniej ogromna. Nie wymagam tego od ciebie; ale jeśli ci się to uda, twoje wysiłki z pewnością zostaną hojnie wynagrodzone. Jedną z cech tak bardzo wychwalanych przez tego osobliwego geniusza (którego nie będę teraz ani chwalił, ani krytykował) była jego zdolność do nieustannego cytowania fragmentów biblijnych, a miał on zwyczaj cytowania rozdziałów i wersetów. Ale miał też o wiele mniej estetyczny zwyczaj: odkładał Biblię na samym początku kazania, aby pokazać wszystkim, że jest od niej niezależny. Ten, kto zgłębia nie tylko dosłowny sens Biblii, ale także jej wewnętrznego ducha, jest, niezależnie od swoich wad, z pewnością człowiekiem godnym szacunku. Znasz stare przysłowie: „Strzeż się człowieka, który studiował tylko jedną księgę”. Taki człowiek to niebezpieczny przeciwnik. Człowiek, który nosi Biblię w sercu, jest niewątpliwie wielki; trudno go pokonać; możesz wystąpić przeciwko niemu z całym arsenałem broni, ale jego znajomość Pisma Świętego i tak cię pokona. Pobożny N.N., o ile pamiętam, odłożył wszystkie książki w ostatnich latach życia i czytał tylko Biblię. Był człowiekiem bardzo uczonym, a jednak jego serce zadowalało się jedną księgą; był silny jedynie jej duchem. Jeśli konieczność zmusza nas do pójścia w jego ślady, pamiętajmy, że wielu uczyniło to dobrowolnie i nie narzekajmy na swój los – Pismo Święte może stać się dla nas słodsze niż miód i „uczynić nas mądrzejszymi” niż „starożytni mędrcy”. Nigdy nie zabraknie nam świętych treści, jeśli będziemy wytrwale zgłębiać Boską Prawdę. W Biblii znajdziemy nie tylko tę Prawdę, ale także jej interpretację, gdyż Biblia doskonale ją ilustruje. Niezależnie od tego, czy potrzebujesz opowieści, obrazów, alegorii czy przypowieści, sięgnij tylko do tej świętej księgi. Prawdy biblijne nigdy nie jawią się tak żywo, jak wtedy, gdy są ozdobione klejnotami zaczerpniętymi z samej Biblii. Niedawno ponownie przeczytałem Księgi Królewskie i Kroniki i wywarły one na mnie szczególnie satysfakcjonujące wrażenie. Są one pełne boskiej nauki, nie mniej niż Psalmy czy Prorocy, jeśli czyta się je ze zrozumieniem. Myślę, że to Ambroży powiedział: „Chylę czoła przed ogromem Pisma Świętego”. I często słyszę głos, który przemawiał do Augustyna o tej księdze danej nam przez Boga: „Weź ją i czytaj!”. Całkiem możliwe, że będziesz musiał mieszkać w odległej wiosce, gdzie nie będziesz miał odpowiednich towarzyszy ani szerokiego wyboru książek godnych przeczytania. W takim razie czytaj przykazania Pana i studiuj je dniem i nocą, a będziesz „jak drzewo zasadzone nad źródłem wody”. Niech Biblia będzie twoim stałym towarzyszem, a nie będziesz musiał narzekać na swoją niekompetencję. Chciałbym wam wyraźnie podkreślić, że ten, kto nie dysponuje obfitym materiałem, zawsze może zrekompensować ten niedobór własnym myśleniem. Umiejętność myślenia jest lepsza niż posiadanie książek. Myślenie jest dziełem ducha, który nie tylko wykorzystuje wszystkie swoje moce, wszystkie zdolności, ale także je rozwija. Zapytano kiedyś małą dziewczynkę, czy wie, czym jest jej dusza, i ku zaskoczeniu wszystkich odpowiedziała: „Moja dusza to moje myślenie!”. Jeśli to prawda, to musimy założyć, że niektórzy ludzie mają bardzo mało duszy. Bez własnego odbicia dusza nie może skorzystać z żadnej lektury; będzie się jedynie oszukiwać, że staje się mądrzejsza. Dla niektórych ludzi książki są rodzajem bożka. Książki mają pobudzać ludzkie myślenie, ale często je jedynie utrudniają. Kiedy George Fox wycofał się ze społeczeństwa, by poświęcić się wyłącznie myśleniu, stał się prawdziwiemyślącyczłowiek, przed którym wszyscy biegali"książkowy"Ludzie. Jakież poruszenie wywołał w obozach papistów, prałatów i prezbiterian, a także wśród oczytanych dysydentów. Rozproszył chmury pajęczyn, które zaciemniały niebo i przysparzały kłopotów „molom książkowym” – ludziom pogrążonym wyłącznie w lekturach. Refleksja jest nasieniem wszelkiego nauczania i gdyby tylko nasi kaznodzieje bardziej się w niej zagłębiali – och, jakież to byłoby błogosławieństwo! Potrzebujemy tylko ludzi, którzy rozważają prawdy Objawienia Bożego, a nie marzycieli, którzy wydobywają prawdy religijne z własnej „świadomości”. Prawdziwą plagą naszych czasów są ludzie, którzy chodzą na głowach i chcą myśleć nogami. Mylą oni marzycielskie delirium z refleksją. Zamiast rozważać prawdy Objawienia, gotują sobie jakąś zupę, w której błąd, pycha i szaleństwo mieszają się proporcjonalnie, a tę mieszankę nazywają „doskonałą teologią”. Potrzebujemy ludzi, którzy odważą się iść prosto przed siebie, którzy potrafią myślećgłębokoNiech mnie Bóg broni, bym przedstawiał wam tych chełpliwych „myślicieli” naszych czasów, od których większość słuchaczy ucieka, a którzy następnie szczycą się, że głoszą kazania tylko wykształconym, inteligentnym warstwom społeczeństwa. To tylko puste gadanie. Poważna refleksja nad tym, w co niewątpliwie wierzymy, to coś zupełnie innego i właśnie o tym wam mówię. Sam wiele zawdzięczam tym długim godzinom, a nawet dniom, spędzonym pod starym dębem nad brzegiem pewnej rzeki. Właśnie ukończyłem edukację, byłem nieco chory i dlatego potrzebowałem chwili odpoczynku. Uzbrojony w wędkę, złowiłem więc małe ryby i oddałem się fantazjom, starannie analizując siebie i rozmyślając nad zdobytą wiedzą. Gdyby uczniowie musieli myśleć więcej niż wkuwać, można by im było dać mniej pracy. Ciągłe zapychanie żołądka i źle przyrządzane jedzenie prowadzi do mięsa bez mięśni: duchowo mamy jeszcze więcej powodów do narzekań niż fizycznie. Jeśli twoja parafia nie jest na tyle bogata, by zapewnić ci bibliotekę, prawdopodobnie będziesz miał więcej wolnego czasu na refleksję i będziesz w lepszej sytuacji niż bracia, którzy mają wiele książek, ale mało czasu na cichą kontemplację. Kto nie ma książek,może się wiele nauczyć obserwując wszystko własnymi oczamiMoże się uczyć, zastanawiając się nad wszystkim: nad wydarzeniami dnia, nad tym, co dzieje się przed jego oczami, nad doniesieniami prasowymi, nad rzeczami, które stanowią przedmiot powszechnego komentarza. Dziwnie jest obserwować, jak wiele jedni dostrzegają w tym, czego inni nie widzą absolutnie nic. Jeśli twoje oczy nie są zmęczone czytaniem, otwórz je szeroko, gdziekolwiek jesteś, a zobaczysz coś wartego uwagi. Czyż nie możesz nauczyć się niczego od natury? Każdy kwiat czeka, by cię czegoś nauczyć. „Spójrz na lilie” i ucz się od róż. Nie tylko mrówka może cię nauczyć; wszystkie żywe istoty w ogóle mogą. W każdej burzy jest głos, w każdym płatku unoszonym przez wiatr jest pouczające. Kazania lśnią na każdym źdźble trawy o poranku, a ich rozmowa przelatuje obok ciebie wraz z opadającymi suchymi liśćmi drzewa. Las to cała biblioteka, pole żyta to tom filozofii, każda skała to historia, a rzeka, która ją obmywa, to poemat. Idź, idź, ty, który posiadaszTenZbierzcie wzrok i zbierzcie nauki zewsząd: z niebios nad wami, z ziemi pod waszymi stopami, nawet z wód płynących z jej głębin. Książki są żałosnymi drobiazgami w porównaniu z tym wszystkim. Wreszcie, każdy, nawet jeśli jego biblioteka jest uboga, może nadal studiować samego siebie. To bardzo tajemnicza księga, której większość z was jeszcze nie przeczytała. Każdy, kto myśli, że studiował i dobrze siebie zna, jest w błędzie, gdyż najbardziej niezrozumiałą, najtrudniejszą do przeczytania księgą jest dla nas nasze własne serce. Niedawno powiedziałem pewnemu sceptykowi, jakby zagubionemu w labiryncie własnych myśli: „Mój drogi, po prostu cię nie rozumiem; ale nie denerwuje mnie to, bo do tej pory nie rozumiałem samego siebie!”. I nie przesadzałem w tym ani trochę. Zwróć uwagę na wahania i zmiany w swoim stanie duchowym, na jego osobliwości, na wyjątkowość twoich eksperymentów z samym sobą, na zepsucie twojego serca, na cudowne działania łaski Bożej, na twoją skłonność do grzechu i twoją zdolność do naprawy. Zauważ, jak bardzo porównujesz się do diabła i jak blisko jesteś samego Pana! Zauważ, jak mądrze możesz postępować, gdy Bóg cię prowadzi, i jak głupio postępujesz, polegając tylko na sobie. Ty, powołany do bycia strażnikiem powierzonych ci dusz, odniesiesz ogromne korzyści z badania własnych serc. Eksperymenty, które przeprowadzamy na sobie, są laboratorium, w którym testujemy leki, które przepisujemy naszym parafianom. Nawet nasze błędy i niedociągnięcia będą dla nas budujące, jeśli tylko zwrócimy się do Pana. Przecież ludzie całkowicie bezgrzeszni nie mogą współczuć niedoskonałościom swoich braci i sióstr. Zbadaj, jak Pan prowadzi twoje dusze, a lepiej zrozumiesz ścieżki innych. Przeczytaj także innych ludziSą tak pouczające jak książki. Wyobraźmy sobie, że młody student przybywa do jednego z naszych dużych szpitali, tak biedny, że nie jest w stanie zdobyć żadnych narzędzi chirurgicznych. Oczywiście, będzie mu bardzo trudno; ale jeśli mimo wszystko pozwoli mu się swobodnie korzystać ze szpitala i będzie obecny podczas operacji, obserwując przebieg różnych chorób dzień po dniu, wcale bym się nie zdziwił, gdyby ten biedny student z czasem stał się równie doskonałym chirurgiem, jak jego szczęśliwsi koledzy. Jego obserwacje nauczyłyby go więcej niż same książki. A będąc obecnym przy amputacji kończyny, opatrzeniu rany czy podwiązaniu tętnicy, czyż nie mógłby zdobyć bogactwa praktycznych informacji z chirurgii – informacji bardzo dla niego przydatnych? W ten sam sposób kaznodzieja może, poprzez praktyczną obserwację, zdobyć pożyteczne informacje o wielu rzeczach. Wszyscy mądrzy pasterze dusz odwiedzają szpitale duchowe i zajmują się chorymi duszami szukającymi pocieszenia, hipokrytami, odstępcami, przygnębionymi i buntownikami. Ten, kto osobiście podejmuje te zdrowe, praktyczne próby wśród trzody Pańskiej i osobiście obserwuje serca bliźnich, odniesie większy sukces niż ten, który wie tylko to, co wyczytał w książkach. Bardzo smutne jest, gdy kaznodzieja jest jedynie niedoświadczonym nowicjuszem z uniwersytetu, który wychodzi z sali wykładowej na światło Boga, którego nigdy wcześniej nie widział, by mieć do czynienia z ludźmi, których nigdy nie obserwował, by osądzać sprawy, z którymi nigdy nie miał do czynienia. „Nie neofita” – mówi apostoł. A jednak można być „neofitą”, początkującym, nawet jeśli jest się już uczonym, profesorem, matematykiem czy teologiem teoretycznym. Musimy nawiązać bliski kontakt z duszami tych, którzy zostali nam powierzeni; a jeśli będziemy się z nimi dobrze dogadywać, brak książek w naszej bibliotece nie będzie dla nas odczuwalny. Ale być może niektórzy z was powiedzą ze zdziwieniem: jak można czytać człowieka? Słyszałem o pewnym dżentelmenie, o którym mówiono, że nie sposób było stać z nim przez pięć minut przy jakiejkolwiek bramie, nie dostając od niego nauczki. Zaiste, był to bardzo mądry człowiek; ale jeszcze mądrzejszy byłby ten, kto potrafiłby stać przez pięć minut przy bramie, nie ucząc się niczego o ludziach. Mądrzy ludzie mogą się nauczyć tyle samo od głupca, co od filozofa. Głupiec to znakomita książka do czytania, ponieważ każda strona jest otwarta; styl takiej książki jest bogaty w humor, który zachęca do dalszej lektury i przynosi przynajmniej korzyść w postaci ostrzeżenia czytelnika, aby nie ujawniał własnej głupoty. Ucz się także od doświadczonych ludzi o dobrym życiuJakże głębokiej mądrości niektórzy z nich mogą objawić młodym, niedoświadczonym ludziom! Cóż mogą powiedzieć pokorni, pokorni słudzy Boży o pomocy, jaką otrzymują od Pana; jakże mogą wysławiać tę pomoc i Jego wierność wobec Jego obietnic! Jak gdyby nowym światłem, obietnice te zostają nam objawione, ich znaczenie, dotąd ukryte przed naszym „cielesnym” spojrzeniem, ale objawione ich „prostym” sercom! Czyż nie wiecie, że wiele z tych obietnic jest napisanych niewidzialnym atramentem i można je odczytać tylko wtedy, gdy ogrzeje je ogień udręki? Od tak doświadczonych ludzi, którzy znieśli te cierpienia, każdy kaznodzieja może się wiele nauczyć. A ile można się nauczyć od dociekliwych ludzi?Niejednokrotnie musiałem przyznać się do własnej duchowej impotencji w rozmowie z takimi ludźmi. Tak więc kiedyś wszystkie moje wysiłki zostały zniweczone przez młodego człowieka, którego starałem się nawrócić do Pana. Właśnie gdy zacząłem myśleć, że go przekonałem, znów mi się wymknął z całą zręcznością swojej niewiary. Czasami pewne „smutne” dusze wielce mnie zadziwiają swoją zdumiewającą zdolnością do pozbawiania się wszelkiej nadziei; powody, które podają, są nieskończone, a ich trudności niezliczone. Ci ludzie wręcz wprawiają w zakłopotanie. Łaska Boża pomaga nam w końcu ich uspokoić, ale dopiero gdy uznamy własną niezdolność do tego. W najdziwniejszych błędnych interpretacjach niewiary, pośród najbardziej przewrotnych wyjaśnień, możemy znaleźć bogactwo pouczenia. Jeśli mówimy o praktycznym przygotowaniu do posługi duszpasterskiej, wolałbym doradzić młodym ludziom spędzenie godziny lub dwóch z takimi ludźmi, niż siedzenie przez cały tydzień w naszej klasie maturalnej! I jeszcze jedno:odwiedzaj umierających częściejTo również książki z bogatymi ilustracjami dla Ciebie. Tutaj doświadczysz największego uniesienia ducha, tutaj poznasz jego najgłębsze sekrety. Jakież cudowne perły wyrzucają na brzeg wody Jordanu! Jakież cudowne kwiaty rosną na tych brzegach! Strumienie wiecznych źródeł wznoszą się wysoko w błogosławionej krainie nieśmiertelności, a ich krople spadają nawet po tej, naszej stronie ścieżki! Widziałem mężczyzn i kobiety mówiących cudownym językiem boskiej inspiracji, wypowiadających słowa płonące nieziemską błogością w godzinach swojej śmierci. Nie mogli nauczyć się tych słów od nikogo żyjącego „pod księżycem”; niewątpliwie słyszeli je z góry w tych godzinach, gdy przekraczali próg niebiańskiego Jeruzalem. Sam Pan szepcze im te słowa w bolesnych chwilach ich życia, a one przekazują nam jedynie fragment tego, co objawił im duch. Chętnie wyrzuciłbym wszystkie moje książki, gdybym mógł zobaczyć tych heroldów Pana wstępujących w ognistym rydwanie do nieba. Ale czyż nie rozmawialiśmy już wystarczająco dużo na ten temat? Jeśli jeszcze nie jesteście Państwo usatysfakcjonowani, to chyba czas, abym przypomniał sobie mądrą uwagę: o wiele lepiej jest, gdy nasi słuchacze, wychodząc, chcą słuchać bardziej, niż gdyby nie chcieli.chcę tego więcejWięc do dzieła - z Bogiem! Chętnie poznamy Twoją opinię na temat tej książki. Prosimy o kontakt mailowy: Licht im Osten, Poslfach 1340 D-7015 Korntal, Niemcy Zachodnie. |