Zabawa z ogniem

Nasz YouTube - Biblia w formacie wideo i inne materiały.

Strona chrześcijańska

Kanał aktualizacji witryny

Biblioteka multimediów Blagovestnik.Org

w Telegramie -

t.me/BlagovestnikOrg

Biblia wideo online

Rosyjska Biblia Audio online

Pismo(recenzje)

Kroniki ostatnich czasów

Ukraińska Biblia Audio

Ukraińska Biblia Audio

ukraiński

Audio-Biblia

Książki wideo

Musical

albumy wideo

Książki(A-G)

Książki(D-L)

Książki(M-O)

Książki(P-R)

Książki(SS)

Książki(T-Ya)

Nowe książki(A-Z)

Fonogramy-aranżacje

(*.mid i *.mp3),

Karaoke

(*.kar i *.divx)

Młodzież Jezusa

PiosenkaEwangelista

stara sekcja

Bezpłatne pobieranie mp3

Archiwum muzyczne

Moduły

dla „Cytatów”

Broszurydla tych, którzy szukają Boga

Szkoła niedzielna,

przybory

dla dzieci,

rozrywkowyprzybory

Lista zasobów

Usługi Blagovestnik.Org

Archiwa:

Biuletyny(1)

Biuletyny(2)

Kazania(1)

Kazania(2)

Spurgeon(1)

Spurgeon(2)

Spurgeon(3)

Spurgeon(4)

Mapa witryny:

Odczyty

Interpretacja

Literatura

Wiersze

Pobierz mp3

Wideo online

Archiwa

Wszystko inne

Dane kontaktowe

Wesprzyj witrynę

Często zadawane pytania

Nasz główny kanał w serwisie Telegram.
Nasza grupa VK: „Chrześcijańska Biblioteka Mediów”.
Nasze aktualności znajdziesz w naszej grupie WhatsApp.

Wolfgang Bühne

Zabawa z ogniem

Spis treści

Przedmowa do wydania rosyjskiego

Przedmowa autora

Część I. Zarys historyczny

Wprowadzenie - Trzy fale Ducha Świętego

1. Pierwsza fala – powstanie wspólnot zielonoświątkowych

Tło

Sytuacja w Niemczech

Początek ruchu zielonoświątkowego w Stanach Zjednoczonych

Iskry lecą do Europy

Dramat w Niemczech

Wydarzenia w Kassel

1908 – Pierwsza konferencja na temat „mówienia językami”

Niezdecydowanie w innym obozie

Deklaracja Berlińska

Odpowiedź z Mülheim

Neutralne

Mülheim Pokuta

Czy duchy „zielonoświątkowe” ujawniają się?

Deklaracja Berlińska z perspektywy wielopokoleniowej

Czy 70-letnia „niewola babilońska” istniała?

Deklaracja Wielkanocna Berlińska

Wnioski

2. Drugą falą jest ruch charyzmatyczny

Tło

Start

Ruch charyzmatyczny w Niemczech

Odnowa Charyzmatyczna w Kościele Katolickim – Paderborn – 1972

„Odnowa duchowa wspólnot w Kościele Ewangelickim” (DOO)

Wzajemne powiązania

Wnioski

3. Trzecia fala – „ewangelizacja mocą”

Peter Wagner i „Trzecia fala”

John Wimber i ewangelizacja mocą

Paul Yonggi Cho jest pastorem „największego kościoła na świecie” w Seulu, w Korei Południowej.

Reinhard Bonnke – „Kombajn Boży”

Trzecia fala w Niemczech

Ruch na rzecz rozwoju społeczności w Niemczech

„Stowarzyszenie Tworzenia Społeczności” i „Trzecia Fala”

Wnioski

Część II. Analiza podstawowych doktryn pentekostalizmu

4. „Chrzest Duchem”

5. Mówienie językami

6. Uzdrawianie chorych

7. Wkładanie rąk

8. „Ewangelizacja mocy”

9. „Odpocznij w Duchu”

10. „Myślenie pozytywne” / „Myślenie o możliwościach”

11. Wizualizacja

12. Ewangelia i dobrobyt

13. „Służba wyzwolenia” i „walka duchowa”

14. Alternatywy biblijne

Załącznik I

Załącznik II

Przedmowa do wydania rosyjskiego

Książka niemieckiego autora chrześcijańskiego, brata Wolfganga Bühne, „Igranie z ogniem”, oferuje czytelnikom wgląd w historię powstania i rozwoju ruchów zielonoświątkowego i charyzmatycznego, a także tzw. „ewangelizacji mocą”. Wśród ich zwolenników ruchy te stały się znane jako „trzy fale Ducha Świętego”. Książka odsłania teologię i praktyki tych ruchów, ujawnia ich sprzeczność z naukami Ewangelii i wzywa każdego chrześcijanina do „uczciwego zbadania samego siebie w świetle prawd Pisma Świętego”.

Czy potrzebujemy takiej książki?

Najważniejsza jest podstawowa znajomość Biblii. Kiedyś do znanego przywódcy duchowego zwrócono się z pytaniem: „Co powinniśmy zrobić, aby nasi wierzący nie odeszli do ruchu zielonoświątkowego?”. Brat odpowiedział starszemu, który zapytał: „Karm ich dobrym jedzeniem”. Jeśli wierzący są wychowywani w oparciu o czystą ewangelię, jeśli od samego początku są nauczani Bożych prawd, to żadne inne nauki nie doprowadzą ich do zwątpienia.

Niestety, nasze bractwo jest obecnie wystawione na wiatry i fale nowych nauk. I są ku temu pewne powody.

Wspólnoty baptystyczne w Rosji powstały około 130 lat temu. To młode bractwo odrodzonych chrześcijan, pozostające pod wpływem rosyjskich ruchów teologicznych, kolonistów z Niemieckich Braci Mennonickich i innych, pozostawało bez jasno sformułowanej doktryny. W ciągu swojej historii nasze bractwo posługiwało się różnymi deklaracjami wiary. Ich celem było przede wszystkim zapewnienie władzom cywilnym podstaw do legalizacji działalności bractwa. Dlatego też deklaracje te kładły nacisk na kwestie praktyczne. Brakowało im istotnego elementu obrony wiary przed różnymi niebiblijnymi naukami. Nawet te deklaracje były publikowane w małych nakładach i nie zawierały biblijnych nauk dla wierzących; odzwierciedlały poglądy różnych grup wierzących, znanych obecnie jako Ewangeliccy Chrześcijańscy Baptyści. Po prostu nie było czasu na opracowanie jednolitej doktryny dla naszego bractwa. Z powodu ciągłych prześladowań, nękania i represji, które narastały i zanikały, bractwo straciło swoich mentorów i nauczycieli. Ich prace pisemne albo nigdy się nie ukazały, albo zostały podsumowane w artykułach w czasopismach. Ośrodki edukacji duchowej zamknięto, zanim zdążyły się zadomowić i nabrać siły.

Przez wiele lat wierzący w naszym kraju opierali się tylko na jednej księdze duchowej – Biblii. Nie istniała żadna literatura objaśniająca Biblię. Zwoływanie konferencji biblijnych również było niemożliwe. Wszyscy interpretowali Biblię najlepiej, jak potrafili, i nie zawsze poprawnie. Nasi wierzący nie mieli pojęcia o życiu bractwa za granicą ani o naukach i ruchach rodzących się w chrześcijaństwie.

W okresie wojny i powojennym do naszego kraju zaczęła napływać literatura duchowa z Zachodu. Niestety, nie zawsze wyrażała ona czyste nauczanie biblijne. Stopniowo czytelnicy zaczęli przyswajać idee nieuzasadnione w Biblii. Pozbawione własnej teologii, bractwo ewangelicko-baptystyczne stało się podatne na nauki i praktyki nowych ruchów religijnych.

Aby przeciwstawić się współczesnym tendencjom, chrześcijanie ewangeliczni w ZSRR muszą opierać się na fundamentalnych prawdach Biblii. Oznacza to, że nasza wspólnota musi nieustannie czerpać wiedzę duchową z pierwotnego źródła – Pisma Świętego, które zawiera jasne nakazy Pana i dostarcza przykładów życia i posługi w dziełach apostolskich oraz praktykach posługi Kościoła w okresie apostolskim. Będziemy również korzystać z literatury, która rzuca światło na procesy zachodzące we współczesnym chrześcijaństwie.

Oferujemy naszym czytelnikom książkę „Zabawa z ogniem” w momencie, gdy niektórzy wierzący, pod wpływem literatury poświęconej tym ruchom oraz kuszących perspektyw uzdrowień i cudów, zaczęli „bawić się ogniem”.

W czasach, gdy w naszym kraju otworzyła się możliwość organizowania spotkań ewangelizacyjnych, niektórzy bracia, aby zgromadzić „pokutujących na mównicy”, stosują ekstatyczne metody wpływania na opinię publiczną, zapożyczone z praktyk „ewangelistów mocy”. To „igranie z ogniem”.

Starsi naszych kościołów zapewniają ambony i podium dla chórów przedstawicielom tych ruchów, nie biorąc pod uwagę, że doprowadzi to w konsekwencji do wielu chorób duchowych. A to jest „igranie z ogniem”.

Dystrybutorzy literatury duchowej, tak różnorodnej, jak ta pochodząca z Zachodu, to często ludzie słabo rozumiejący Pismo Święte i nieodróżniający literatury pożytecznej od bezużytecznej. W rezultacie książki o wątpliwej treści lądują na półkach. Nadejdzie dzień, gdy te iskry nagle rozpalą dziwny ogień, który trudno będzie ugasić. „Igranie z ogniem” przyniesie wielkie straty.

W naszym kraju ludzie rozczarowani poszukiwaniem nowych ideologii otworzyli się na wpływy przesądów. Wczorajsi materialiści, licząc na cud, stawiają teraz przed telewizorem szklankę wody, aby po „sesji psychoterapii” zamieniła się w uzdrawiającą miksturę. Z tego możemy wnioskować, że mamy do czynienia z materiałem wysoce łatwopalnym. W tym przypadku „igranie z ogniem” jest szczególnie niebezpieczne.

Religijny zapał wielu naszych współobywateli zobowiązuje chrześcijan do prowadzenia ich ku prawdzie, ku fundamentowi wiary, chroniąc ich przed falami i wiatrami przemijających, szybko zmieniających się nauk. „Igranie z ogniem” otwiera drzwi religiom Wschodu i wierzeniom pogańskim. Doświadczenie kaznodziejów „Ewangelika Mocy” tworzy most łączący chrześcijaństwo z tymi religiami i wierzeniami. W tym momencie nasi bracia i siostry powinni podnieść znak ostrzegawczy: „Uwaga, ogień!”

Książka „Igranie z ogniem” nie powinna być traktowana jako krytyka zielonoświątkowców i charyzmatyków. Autor jest przekonany, a my się z nim zgadzamy, że w ruchach tych panuje wielka szczerość i miłość do Boga, że ​​są one gorliwe w duchowym przebudzeniu i że w wielu przypadkach ich oddanie Bogu i dążenie do świętości są godne naśladowania. Nasi bracia zielonoświątkowcy trzeźwo oceniają wydarzenia rozgrywające się w ruchu charyzmatycznym i ruchu „power evangelical”. Krytykują również związki przywódców ruchu charyzmatycznego z ekumenizmem, ich ekstatyczne metody wpływania na zgromadzenia, klaskanie „na chwałę Bożą”, „taniec w duchowym uniesieniu”, „święty śmiech”, padanie na podłogę „porażone Duchem Świętym” i inne zjawiska, które daleko wykraczają poza to, co można wyjaśnić w Piśmie Świętym. „Ewangelia sukcesu i dobrobytu”, „pozytywne myślenie”, „wizualizacja”, „twórcza moc słowa mówionego” – tego wszystkiego nie mogą zaakceptować duchowo nastawieni bracia zielonoświątkowi.

Autor książki, posługując się przykładami historycznymi, stara się wykazać, że praktyki tych ruchów są sprzeczne z naukami Biblii. W tym celu przedstawia najbardziej uderzające przykłady niebiblijnych praktyk, przytaczając liczne wypowiedzi liderów tych ruchów i świadectwa ich zwolenników.

Książka zawiera wiele informacji historycznych, co pozwala jej obiektywnie przedstawiać zjawiska duchowe.

Trzy rozdziały pierwszej części książki dają kompleksowy przegląd powstawania i rozwoju „trzech fal” – ruchu zielonoświątkowego, charyzmatycznego i powervangelical. Część druga analizuje te ruchy w świetle Słowa Bożego. Rozdział „Biblijne alternatywy” naświetla kwestie, których zaniedbanie doprowadziło do błędnych praktyk i błędów. Autor zauważa: „Być może te ruchy nie powstałyby, gdybyśmy nie zaniedbali ważnych nauk Nowego Testamentu…”. Nasza wspólnota stoi przed podobnymi pytaniami, których rozwiązanie musi zreformować nasze życie kościelne, nasycić je duchowością biblijną, a tym samym chronić wierzących przed nieduchową imitacją, która otwiera drogę oszustwu i fałszerstwu.

Mamy nadzieję, że książka Wolfganga Bühne „Zabawa z ogniem” okaże się przydatna każdemu czytelnikowi poszukującemu prawdy i przyniesie błogosławieństwo wszystkim wierzącym!

W rosyjskim wydaniu książki zawarto pewne zmiany i uzupełnienia, mianowicie:

1. Aby ułatwić rosyjskiemu czytelnikowi zrozumienie książki, poszczególne jej części uzupełniono objaśnieniami zamieszczonymi kursywą.

2. Ponieważ nasi czytelnicy są słabo zaznajomieni z różnymi grupami wyznaniowymi i ruchami chrześcijańskimi wymienionymi w tej książce, na końcu zamieszczono dodatek, który pokrótce przedstawia charakterystykę tych grup i ruchów. Pozwoli to na lepsze zrozumienie procesów duchowych opisanych w książce. Zamieszczono również informacje biograficzne o wybitnych postaciach religijnych. W przypisach znajdują się wyjaśnienia terminów, które mogą być niejasne dla naszych czytelników.

Franza A. Shumeiko

Przedmowa autora

Piszę te słowa w pokoju motelu w Krasnodarze. Z górnego i dolnego piętra do mojego pokoju dobiegają podekscytowane głosy. Małe grupki, liczące około 15 osób, siedzą wokół telewizorów, z wielkim zainteresowaniem obserwując przebieg spotkania delegatów na Kremlu, na którym sekretarz generalny Gorbaczow ma zostać wybrany na przewodniczącego Rady Najwyższej. Rozumiem tylko dwa słowa: „pierestrojka” i „głasnost”, ale wyczuwam nastrój publiczności, która wymienia uśmiechy i klaszcze na dźwięk tych słów.

Wygląda na to, że dla Rosji nadchodzi nowa era. Otwiera się na Zachód i resztę krajów świata, marząc o nadchodzącym „złotym wieku” dla ludzkości i jest gotowa dołożyć wszelkich starań, aby usunąć bariery, które wciąż stoją na jej drodze.

Pod tym względem sytuacja polityczna odzwierciedla obecny stan chrześcijaństwa. Również tutaj próbują przyspieszyć nadejście nowej ery, twierdząc, że czas podziałów i dystansu dobiegł końca. Czyż nie byłoby w tym momencie bardziej stosowne, by zatrąbić w róg współczesnych proroków odprężenia i wyciągnąć rękę ponad podziałami, zamiast publikować książki takie jak ta?

Te i podobne pytania zrodziły się w mojej głowie i z pewnością zadadzą mi je w przyszłości liczni czytelnicy. A jednak, nawet biorąc pod uwagę wszechobecną możliwość samooszukiwania się, jestem przekonany, że taka książka musi powstać. Dyskusja na takie tematy przynosi niewiele radości, zwłaszcza gdy trzeba liczyć się z możliwością niezrozumienia lub utraty miłości drogich braci. Jednakże przekonanie, że Duch Boży jest natchnieniem do tego dzieła, pozwoliło na ukazanie się tego manuskryptu, z wielką modlitwą.

Książka ta nie powstała z chęci krytykowania naszych braci i sióstr w ruchu charyzmatycznym ani z wrogości wobec nich. Wręcz przeciwnie, ich otwartość, zdolność do inspirowania, impulsywność, gotowość do radosnego uczestnictwa w pracy – wszystko to jest bardzo pociągające. Wielu z nich daje przykład swojego oddania Panu Jezusowi i miłości do zagubionych. Patrząc na ich pracę wśród narkomanów i innych młodych ludzi podatnych na niebezpieczne uzależnienia, czuję wstyd, nawet jeśli rodzi to szereg pytań dotyczących treści i metod tej pracy.

Przez lata wielu moich przyjaciół dołączyło do ruchu charyzmatycznego. Z drugiej strony, mam też przyjaciół, którzy odeszli z ruchu i rozstali się z nim na zawsze. Dlatego przez ostatnie 20 lat nieustannie szukałem rozmów i spotkań z braćmi i siostrami z tych ruchów i jestem bardzo wdzięczny, że w ostatnich latach wielu charyzmatyków stało się bardziej skłonnych do krytycznej analizy własnych poglądów.

Książka ta nie jest więc owocem pracy biurowej i mam nadzieję, że bracia i siostry z ruchu zielonoświątkowego i charyzmatycznego to odczują.

Starałem się również zachować obiektywizm i uczciwość w historycznej części książki. Mam nadzieję, że czytelnicy nie będą mieli mu za złe, że pomimo moich starań, by zachować rzeczowość i obiektywizm, czasami wtrącam uwagi odzwierciedlające perspektywę autora. W końcu autor to nie komputer, który jedynie generuje dane i oceny, ale człowiek ze wszystkimi swoimi uczuciami i emocjami, które tu i ówdzie przebijają się przez zasłonę obiektywizmu. (Szczypta soli dodaje smaku nie tylko obiadowi, ale także lekturze tekstów historycznych).

Ocena różnych nauk i ruchów, a także niezbędne wnioski, znajdują się w ostatniej części książki. Aby nie przekroczyć jej zakresu, ograniczyłem się do analizy jedynie najważniejszych nauk i stwierdzeń, nie odwołując się do wszystkich argumentów.

Starałem się zachować cytaty w kontekście, a tam, gdzie było to nieuniknione, podawałem konkretne źródła. Aby umożliwić odsyłanie, cytaty oznaczono numerami źródeł. (www. - Podczas przetwarzania tekstu po skanowaniu, przypisy te zostały pominięte.)

Modlę się, aby ta książka stała się bodźcem do refleksji i samooceny. Charyzmatycy, ogólnie rzecz biorąc, to hojni, dobroduszni chrześcijanie, którzy potrafią nadmiernie ekscytować się ekscytującymi świadectwami, ogromnymi liczbami i imponującymi raportami, nie zawsze rozpatrując je w świetle rozsądku i obiektywizmu. Tylko rzadko rozwijają krytyczne spojrzenie na wcześniejsze nauki i praktyki, które przywódcy ruchu nadmiernie uwikłali w swój duchowy bagaż. Jednakże w tym przypadku bardzo potrzebne byłoby dokładniejsze „przeszukanie toreb”. Właśnie do tego miałem nadzieję zachęcić ich tą książką. Pozwólcie, że posłużę się przykładem z Księgi Ezdrasza: przy dwunastu bramach Jerozolimy rozstawiono strażników, których zadaniem było kontrolowanie w biały dzień wszystkich wchodzących i wychodzących. Ta posługa była niekiedy poważnie zaniedbywana w ostatnich dekadach. Z tego powodu nauki i metody filozofii, psychologii i okultyzmu, przebrane za chrześcijaństwo, przeniknęły do ​​ludu Bożego w wielu miejscach. Rozpoczęły swoje niszczycielskie dzieło. Omawiając to, chciałbym podkreślić potrzebę wzmożonej czujności.

Oczywiście, o błędach osób niecharyzmatycznych można by napisać całą książkę, a nawet dłuższą. Nawiasem mówiąc, jest to również pilnie potrzebne. Powinniśmy zawsze być wdzięczni za uzasadnioną braterską krytykę i otwarcie ją przyjmować. W końcu chodzi o to, abyśmy, jako członkowie jednego Ciała Chrystusa, czuli się odpowiedzialni za siebie nawzajem. Czy nam się to podoba, czy nie, następujące słowa apostoła odnoszą się do każdego z nas: „Gdy cierpi jeden członek, cierpią z nim wszystkie inne członki; a gdy jeden członek doznaje czci, radują się z nim wszystkie członki” (1 Kor 12,26).

Jeśli Bóg może posłużyć się tą książką, aby pobudzić u niektórych czytelników nowe przemyślenia na temat Pisma Świętego, przykładu naszego Pana Jezusa i poprowadzić ich do życia bezinteresownego, wypełnionego Duchem Świętym na chwałę naszego Odkupiciela, to wszystkie cierpienia autora nie będą daremne.

V. Bühne

Trzy fale Ducha Świętego

Przywódcy współczesnego ruchu charyzmatycznego, a także ruchu na rzecz rozwoju wspólnoty, dzielą jego historię na trzy główne okresy, nazywając je „falami Ducha Świętego”. Przez falę rozumieją oni niezwykły ruch duchowy, który dociera do dużej liczby osób z określonych warstw społecznych i znacząco zmienia ich klimat duchowy.

Pierwsza fala

Pierwsza fala, jak ją nazywamy, pojawiła się około 90 lat temu, na przełomie wieków. Poruszyła ona wówczas chrześcijaństwo na niemal wszystkich kontynentach i doprowadziła do powstania zborów zielonoświątkowych.

W tamtym czasie teoria i praktyka „chrztu w Duchu” i „mówienia językami” zostały z wdzięcznością przyjęte przez większość ewangelicznych chrześcijan jako odpowiedź na ich modlitwy o przebudzenie. Jednak po pojawieniu się w niektórych miejscach dziwnych, nieprawdziwych zjawisk (omówionych poniżej), ewangeliczni przywódcy chrześcijańscy, zwłaszcza bracia niemieccy, ostro skrytykowali nowy ruch. Niektórzy całkowicie go odrzucili. W ten sposób wierzący, którzy przyjęli tę falę jako prawdziwy dar od Boga, byli zmuszeni, w większym lub mniejszym stopniu, praktykować swoją nową wiedzę i doświadczenie wyłącznie w swoim własnym kręgu, a od około 1909 roku, w powstających zborach zielonoświątkowych.

Druga fala

Około 50 lat później, w 1960 roku, w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się druga fala ruchu, która najpierw wpłynęła na Kościół Episkopalny (Dennis Bennett), następnie na Kościół Luterański (Larry Christenson), a następnie na większość kościołów wolnych, a około 1966 roku rozprzestrzeniła się na Kościół katolicki. Doświadczenie „chrztu w Duchu” lub „odnowy przez Ducha” jest od tamtej pory praktykowane i nauczane otwarcie w tych kościołach.

W Niemczech ruch ten, wkrótce nazwany ruchem charyzmatycznym, narodził się około 1963 roku. Braćmi, którzy utorowali drogę drugiej fali, byli przede wszystkim ksiądz Arnold Bittlinger i kaznodzieja baptystyczny Wilhard Becker (przywódca ruchu heroldów).

Celem ruchu charyzmatycznego nie było zakładanie nowych wspólnot charyzmatycznych, ale rozprzestrzenianie doświadczenia charyzmatycznego we wszystkich istniejących kościołach ludowych (tradycyjnych) i wolnych.

Można powiedzieć, że dziś kościoły ewangelickie, katolickie i większość wspólnot wolnych otworzyły się na postrzeganie ruchu charyzmatycznego, chociaż poszczególne wspólnoty lokalne mają odmienne zdanie i opierają się przenikaniu nauk charyzmatycznych.

Trzecia fala

„Trzecia fala”, znana jako „Ewangelikalizm Mocy”, narodziła się na początku lat 80. XX wieku, głównie w wyniku ruchu na rzecz rozwoju społeczności, któremu przewodził John Wimber. Co ciekawe, fala ta (podobnie jak obie poprzednie) narodziła się w Kalifornii (USA) i z czasem odrzuciła terminy takie jak „zielonoświątkowcy” czy „charyzmatyczny”, kierując swoją uwagę na grupy, których wcześniej nie dotknęły dwie poprzednie fale: fundamentalistów i konserwatywnych chrześcijan ewangelicznych, którzy wcześniej opierali się wpływom charyzmatycznym.

„Jedną z charakterystycznych cech „trzeciej fali” jest brak elementów podziałów. Wiele zborów, wcześniej niezwiązanych ani z zielonoświątkowcami, ani z charyzmatykami, nagle zaczyna modlić się o uzdrowienie chorych i doświadczać uzdrawiającej mocy Boga”.

Uważa się, że z pomocą „trzeciej fali” powinny upaść ostatnie bastiony, które oparły się dwóm pierwszym falom.

W Niemczech są to przede wszystkim wspólnoty Stowarzyszenia Gnadau, poszczególne wolne kościoły fundamentalistyczne oraz tzw. ruch braci (dyspensacjonaliści), który uchodzi za szczególnie uparty i wytrwały.

[Dyspensacjonalizm to doktryna różnych „etapów zbawienia” lub dyspensacji, w których Bóg objawia się poprzez różne objawienia. Zwolennicy tej doktryny rozróżniają Kościół Jezusa Chrystusa od ludu Izraela, podczas gdy przeciwnicy dyspensacjonalizmu postrzegają Kościół jako kontynuację Izraela i na tej podstawie przypisują Kościołowi obietnice dane Izraelowi (Tysiąclecie itd.). Znani przedstawiciele dyspensacjonalizmu: John Darby, Erich Sauer, Charles Scofield (autor komentarza do Biblii znanego jako „Biblia Scofielda”), C. Ryrie (Dallas Theological Seminary, USA).]

Wnioski

Historię ruchu zielonoświątkowego i charyzmatycznego można podzielić na trzy główne okresy:

1. Powstanie wspólnot zielonoświątkowych i ich rozprzestrzenianie się na całym świecie – około 1900 roku.

2. Początek i rozprzestrzenianie się ruchu charyzmatycznego w istniejących kościołach ludowych i wolnych – od 1960 r.

3. Początek „Ewangelizacji Mocy” w powiązaniu z ruchem na rzecz rozwoju wspólnot, skierowanym przede wszystkim na dotarcie do wspólnot, które jeszcze nie stały się charyzmatyczne – około 1980 roku.

1. Pierwsza fala – powstanie wspólnot zielonoświątkowych

Tło

Podłoże, na którym ruch zielonoświątkowy mógł powstać i rozwinąć się, zostało przygotowane wiele dekad temu przez różnych ludzi wiary i ruchów duchowych. Wymienię tylko kilka postaci, których posługa wywarła głęboki wpływ na chrześcijaństwo i które nieświadomie utorowały drogę ruchowi zielonoświątkowemu.

Jan Wesley (1703-1791)

Wesley, ksiądz w Kościele Anglii, zyskał pewność zbawienia w 1736 roku dzięki pomocy braci Herrnhut. Później stał się niestrudzonym, potężnym kaznodzieją i przywódcą metodystów. Posługa Johna Wesleya, a także jego brata Charlesa Wesleya i George'a Whitefielda, zapoczątkowała wielkie przebudzenie, podczas którego tysiące dusz nawróciło się w Anglii i Ameryce. Bezinteresowne, zdyscyplinowane życie Johna Wesleya, jego żarliwe, gorliwe pragnienie ewangelizowania każdego człowieka poprzez świadectwo ustne i pisemne, gotowość do publicznego głoszenia Ewangelii na ulicach, targowiskach i gdzie indziej, nawet z wielkim ryzykiem – wszystko to stanowi dla nas wzniosły przykład do naśladowania. To prawda, że ​​jego życie, podobnie jak życie wielu innych mężów Bożych, było o wiele lepsze niż jego teologia i bardziej zgodne z naukami Biblii. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela i towarzysza George'a Whitefielda, którego można śmiało nazwać najwybitniejszym kaznodzieją ulicznym po apostołu Pawle, Wesley bronił i szerzył wysoce kontrowersyjną doktrynę „chrześcijańskiej doskonałości”.

Wesley nauczał między innymi, że usprawiedliwienie jest warunkiem wstępnym uświęcenia i należy do niego dążyć. Celem „chrześcijańskiej doskonałości”, jak mówił, jest osiągnięcie stanu wolności od złych myśli i skłonności. „Pomimo całej łaski, jaką nas obdarzono, nie możemy wykorzenić uczynków ciała. Z pewnością nie będziemy w stanie tego uczynić, dopóki nasz Bóg nie raczy powiedzieć nam po raz drugi: »Bądźcie czyści«. Dopiero wtedy trąd zostanie usunięty, a zły korzeń, cielesny umysł, zostanie zniszczony”.

Niestety, takie zrozumienie doprowadziło Wesleya do ostrych nieporozumień i ostatecznie do zerwania stosunków z Zinzendorfem i braćmi Herrnhut, u których Wesley był tak bardzo zadłużony.

Hrabia N. von Zinzendorf napisał do Wesleya dość jasno o swoich poglądach na temat „chrześcijańskiej doskonałości”: „Wierzymy, że grzech pozostaje w naszych członkach, ale nie może nad nami panować, ponieważ tak jest napisane w Biblii. Największy święty może stać się jutro największym grzesznikiem, jeśli pomyśli o swojej świętości”.

Ponieważ John Wesley nie był teologiem systematycznym, lecz praktycznym, na tyle rozsądnym, pokornym i szczerym, by nie kurczowo trzymać się swoich przekonań i nie narzucać ich wszystkim, za jego życia kwestia „doskonałości” nie popadła w fanatyczne wypaczenia. Jednak po jego śmierci inni podchwycili jego idee i rozwinęli je w nauki o „drugim błogosławieństwie” i „wyższym życiu”.

Karol Finney (1792-1875)

Finney nawrócił się do Chrystusa w 1821 roku jako młody prawnik i wkrótce stał się znany jako kaznodzieja pokuty i odnowy. Przez prawie pięćdziesiąt lat głosił kazania w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Szkocji. Dzięki jego posłudze tysiące dusz nawróciło się do Chrystusa.

Choć jako ewangelista Finney pozostał człowiekiem logicznym i nie dopuszczał do emocjonalnych wybuchów podczas spotkań, miał jednak osobiste doświadczenia z „Duchem Świętym”, które wywarły ogromny wpływ na jego teologię. Swoje pierwsze takie doświadczenie, które sam nazwał „chrztem w Duchu”, opisuje następująco: „Jasno i wyraźnie, otoczony cudownym blaskiem, obraz Jezusa Chrystusa ukazał się mojej duszy, tak że myślę, iż spotkaliśmy się twarzą w twarz. Nie wypowiedział ani słowa, lecz spojrzał na mnie takim wzrokiem, że upadłem przed Nim w proch. Jak złamany, upadłem do Jego stóp i płakałem jak dziecko… Jak długo, pochylony w adoracji, stałem przed Nim, nie wiem. Właśnie gdy zamierzałem usiąść przy kominku, Duch Boży nagle zstąpił na mnie i przeniknął mnie całkowicie, przepełniając mojego ducha, duszę i ciało, chociaż nigdy nie słyszałem o chrzcie w Duchu, a tym bardziej nie oczekiwałem go ani nie modliłem się o nic podobnego”.

W 1835 roku Finney otrzymał stanowisko profesora w Oberlin Preaching Seminary (Ohio, USA), gdzie podczas wykładów na temat odnowy duchowej poczuł natchnienie od Boga, aby poruszyć temat uświęcenia. – „Widząc rozluźniony stan Kościoła chrześcijańskiego, który mogłem obserwować, angażując się w ewangelizację, zaczęło mnie uporczywie prześladować pytanie, czy oprócz duchowego doświadczenia znanego już Kościołowi Bożemu, istnieje inny, wyższy stopień tego doświadczenia i czy w Ewangelii nie ma obietnic wzmacniających i pogłębiających życie wiary. Znałem oczywiście poglądy metodystów na temat uświęcenia, ale nie mogłem się z nimi zgodzić, ponieważ wydawało mi się, że zmysłowość odgrywa dla nich zbyt dużą rolę, a to bardzo podważało niebezpieczeństwo samooszukiwania się. Im gorliwiej studiowałem Pismo Święte i czytałem wszystko, co wpadło mi w ręce na ten temat, tym bardziej utwierdzałem się w głębokim przekonaniu, że przywilejem wszystkich dzieci Bożych nie jest chwianie się w naprzemiennych upadkach i wzlotach, lecz, zgodnie z obietnicami Nowego Testamentu, chodzenie w sprawiedliwości i świętości podobającej się Bogu. To skłoniło mnie do dwukrotnego wygłoszenia kazania w Kościele Broadway na temat „Chrześcijan doskonałość"...

Jeśli Wesley mówił w ten sposób o „drugim, decydującym doświadczeniu”, to Finney był jednym z pierwszych, którzy stworzyli koncepcję „chrztu w Duchu” jako duchowego przeżycia następującego po odrodzeniu.

Kiedy książka Finneya „Wspomnienia i kazania” z przedmową i rekomendacjami słynnego profesora teologii z Bonn, Theodora Christenlieba, została rozpowszechniona w Niemczech, zawarte w niej myśli znalazły szerokie grono czytelników wśród ruchu na rzecz wspólnoty, który rozwijał się w Kościele Ewangelickim i wolnych wspólnotach.

Piersell Smith (1827-1898)

R. Pearsall Smith, amerykański wytwórca szkła i kwakier, przyjął chrzest w 1859 roku. W 1870 roku napisał traktat zatytułowany „Uświęcenie przez wiarę”, który stał się znaczącym impulsem dla europejskiego ruchu uświęceniowego.

W 1872 roku Smith doświadczył „chrztu w Duchu Świętym”, a w 1874 roku ogłosił zaproszenie na konferencję w Oksfordzie, gdzie spodziewano się ponownego wylania Ducha Świętego. Idąc za przykładem Dziejów Apostolskich, zgodzili się czekać dziesięć dni na Bożą odpowiedź.

Ponad tysiąc mężczyzn i kobiet z Ewangelickiego Przymierza spotkało się na „Oxford Days of Blessing”, w tym tak wybitne postaci niemieckiego ruchu komunijnego, jak inspektor Rappard, Otto Stockmayer i Theodor Ellinghaus. Głęboko poruszeni konferencją oksfordzką, zaprosili Smitha do Niemiec, gdzie w 1875 roku otrzymał ambony w licznych kościołach. Towarzyszył mu i tłumaczył dr F.W. Baedeker, który później stał się znanym ewangelistą zarówno w arystokratycznych kręgach Rosji, jak i w syberyjskich więzieniach. Chociaż należał do „Otwartych Braci”, nadal pozostawał pod silnym wpływem R.P. Smitha, tak dużym, że jego biograf pisze o nim: „Przede wszystkim Baedeker, który towarzyszył Smithowi, prorokowi oksfordzkiego ruchu uświęcenia, w podróży po Niemczech, pomógł przywrócić światło wielkiej prawdy o doskonałym odkupieniu w Chrystusie, zgodnie z 1 Listem do Koryntian 1:30”.

Otto Stockmayer (1838–1917), który zafascynował się ruchem uświęcenia w Oksfordzie w 1874 roku, przez kilka lat pracował jako wędrowny kaznodzieja. W 1878 roku założył dom opieki w Hauptwil w Szwajcarii, którym kierował do końca życia. Stockmayer w swojej posłudze podkreślał przede wszystkim selektywne pochwycenie w pełni uświęconych wierzących, uzdrowienie z choroby przez wiarę, a nawet głosił możliwość przezwyciężenia śmierci fizycznej: „Z drugiej strony nie można zaprzeczyć, że Chrystus zwyciężył nie tylko chorobę, ale i śmierć (2 Tm 1,10). Dlatego ośmielamy się mieć nadzieję, że jeśli Kościół najpierw na nowo pojmie z wiarą i we własnym doświadczeniu będzie świętował triumf zwycięstwa Chrystusa nad chorobą, to pod przewodnictwem Pisma Świętego, pod przewodnictwem Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, będzie również zmierzał ku triumfowi Jego zwycięstwa nad śmiercią. Tak jak Chrystus powiedział: „Ja zwyciężyłem świat” (J 16,33) i na podstawie tego „… a to jest zwycięstwo, które zwyciężyło świat, nasza wiara” (1 J 5,4), tak też zwyciężył śmierć (2 Tm 1,10; J 11,25-26). I podobnie, nasza „wiara musi stać się zwycięstwem, które zwycięża śmierć”.

Tak więc, chociaż R.P. Smith i O. Stockmeyer w 1909 roku należeli do braci, którzy stanowczo potępiali ruch zielonoświątkowy, to jednak szerzyli, zwłaszcza w kościołach niemieckich, naukę ruchu uświęceniowego i częściowo ją rozwinęli.

Dwight L. Moody (1837-1899)

W roku śmierci Finneya (1875), Moody, w wieku 38 lat, rozpoczął swoją pierwszą poważną kampanię ewangelizacyjną. Bóg obdarzył go szczególną zdolnością głoszenia Ewangelii ogromnym tłumom, z wielką popularnością i duchową mocą. Moody jest uważany za jednego z najskuteczniejszych zdobywców dusz XIX wieku i ojca współczesnej ewangelizacji. W 1889 roku założył renomowany Instytut Biblijny, który od tamtej pory wyszkolił tysiące młodych chrześcijan do pracy ewangelizacyjnej.

6 października 1871 roku Moody, wyzwany przez dwie kobiety, zaczął modlić się o „chrzest w Duchu Świętym”. „Pan Moody cierpiał tak wielkie męki, że tarzał się po podłodze i ze łzami w oczach błagał Boga, aby ochrzcił go Duchem Świętym i ogniem”.

Kilka dni później Moody doświadczył upragnionego stanu: „Mogę powiedzieć tylko jedno, że Bóg objawił mi się i doświadczyłem tak wielkiej rozkoszy w Jego miłości, że musiałem Go nawet prosić o pozwolenie, abym mógł pozostać dłużej w Jego dłoni”.

Sam Moody rzadko wspominał o tym duchowym doświadczeniu. Powołał jednak młodego mężczyznę na dyrektora Instytutu Biblijnego, który nie tylko doświadczył tego „chrztu w Duchu”, ale także głosił jego nauki ustnie i pisemnie. Tym młodym człowiekiem był R.A. Torrey.

R.A. Torrey (1856-1928)

Torrey przeżył burzliwą młodość, dopóki nie zwrócił się ku Bogu i nie rozpoczął studiowania teologii w szkołach na Uniwersytecie Yale, w Lipsku i Erlangen.

W 1889 roku Torrey został zaproszony na stanowisko dyrektora Instytutu Biblijnego w Chicago i stał się prawą ręką Moody'ego w prowadzeniu ważnych kampanii ewangelizacyjnych. Po śmierci Moody'ego, Torrey kontynuował swoją pracę i prowadził ważne wydarzenia ewangelizacyjne w Ameryce, Australii, Europie i Azji. Jednak jego największą siłą nie był dar ewangelizacji, lecz dar nauczania. Torrey widział swoje szczególne powołanie w głoszeniu o Duchu Świętym i związanym z Nim „chrzcie w Duchu”, do czego Moody tak uporczywie go namawiał. „Po tym, jak Moody usłyszał kazania (o Duchu Świętym) w ich oryginalnej formie, zaczął nalegać, abym głosił w każdym miejscu, które odwiedzałem”.

Dla Torreya, podobnie jak Moody'ego, warunkiem otrzymania „chrztu w Duchu” jest poddanie „własnej woli” Bogu. Torrey nie łączy „mówienia językami” z „chrztem w Duchu”. Postrzega „chrzest w Duchu” jako szczególne narzędzie do posługi.

Sytuacja w Niemczech

Ustaliliśmy już powyżej, że możliwość przyjęcia „doktryny uświęcenia” przez niemieckich chrześcijan otworzyły wykłady Petera Smitha i posługa Otto Stockmayera. Wiele innych postaci, w tym liderzy Ruchu Braterskiego i Przymierza, również przyczyniło się do tego, rozbudzając nadzieję na wielkie przebudzenie. Nawet bracia tacy jak Joseph Seitz, Eugene Modersohn i Erich Lohmann (by wymienić tylko kilku, którzy do dziś są znani ze swoich książek) z entuzjazmem powitali początek tego ruchu, postrzegając go jako odpowiedź na modlitwy o przebudzenie i łaskawe działanie Ducha Świętego.

Biuletyn Strażnicy: „Nie musimy dociekać, czy chrzest w Duchu Świętym i nowe doświadczenie Pięćdziesiątnicy mają uzasadnienie biblijne, bo wokół nas widzimy mężczyzn i kobiety, niemało z nich, którzy mogą zaświadczyć z własnego, błogosławionego, osobistego doświadczenia, że ​​coś takiego istnieje. Jednak wszystkie te zjawiska muszą mieć ściśle duchowe ukierunkowanie”.

Ernst Lohmann: „Obłok błogosławieństwa, pod którym stoimy, opada coraz niżej. W wielu miejscach strumienie łaski stają się zauważalne, wylewając się gwałtownie, budząc nowe życie na pustyni”.

Johannes Warnes: „Pan obiecał je (szczególne dary Ducha) swojemu Kościołowi. Często pozostają one niejako uśpione. Gdy tylko Duch Święty zdoła usunąć dotychczas blokowane przeszkody, moce natychmiast wybuchają. Jeden po drugim dary stają się dostępne dla naszych zmysłów. Nawet te tak zwane niezwykłe (niestety, trzeba je tak nazwać), a mianowicie: dar uzdrawiania, proroctwa i mówienia językami”.

Biuletyn Sojuszu: „Jakie stanowisko zajmą teraz dzieci Boże w Niemczech wobec nowego ruchu duchowego, który pojawia się na zimnej Północy? Jesteśmy w decydującym momencie. Ludu Boży, obudź się!”

Georg von Fieban: „Każdy może otworzyć fajkę wodną. Jak? Duch Boży w nim mieszka! O Boże, spraw, abyśmy spełnili warunki, abyśmy mogli zostać ochrzczeni w Duchu Świętym!”

Jacob Fetter: „Drugim warunkiem (otrzymania Ducha Świętego) jest świadomość, że Słowo Boże wkrótce się wypełni: »A potem wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało. Synowie wasi i córki wasze prorokować będą, starcy wasi będą śnić, a młodzieńcy wasi będą mieli widzenia. Także na sługi i niewolnice wyleję Ducha mojego w owych dniach« (Jl 2, 28-29). Żyjemy w czasach poprzedzających przyjście Jezusa. On da nam łaskę, którą obiecał. Napełni nas ponownie Duchem, aby Kościół Boży obudził się ze snu”.

Odrodzenie w Walii (Wielka Brytania) i entuzjastyczne recenzje również przyczyniły się do tego, że atmosfera oczekiwania na odrodzenie w Niemczech osiągnęła apogeum.

Dlatego zaproszenie dr. Torreya jako jednego z prelegentów na konferencji Alliance w Blankenburgu (1905) było całkiem naturalne. – E. Edel donosił o tym w biuletynie Alliance: „Po tym, jak dr Torrey przedstawił biblijne warunki chrztu w Duchu Świętym…, nakazał tym, którzy byli gotowi poświęcić wszystko, nawet to, co najlepsze i najcenniejsze, aby otrzymać od Boga to, czego pragnęli. Setki dzieci Bożych wstało z miejsc w sali. Wtedy Torrey zaczął się modlić, aby Duch Święty zstąpił na wszystkich, którzy tego pragnęli… O sobie mogę tylko powiedzieć, że cudowny, delikatny strumień ognia zstąpił na mnie z góry i wydawało mi się, że gdybym teraz otworzył oczy, zobaczyłbym płomienie w całej sali”.

Pastor I. Paul, który później został przywódcą ruchu zielonoświątkowego i który wcześniej pracował w Niemieckiej Misji Namiotowej razem z J. Vetterem jako ewangelista i był jedną z najbardziej znanych postaci Niemieckiego Ruchu Wspólnotowego, również wygłaszał oświadczenia pełne perfekcjonizmu, jeszcze przed swoją wizytą w Walii (1905) i przed raportem Torreya w Blankenburgu. [Perfekcjonizm (doktryna o doskonałości) to doktryna głosząca, że ​​chrześcijanin, po przejściu intensywnego „całkowitego uświęcenia” lub „całkowitego uświęcenia”, osiąga „czyste serce”, dzięki któremu już tu na ziemi może żyć w stanie praktycznej bezgrzeszności.] Tak więc już w 1904 roku, na konferencji w Gnadau, gdzie po raz pierwszy spotkał się z krytyką, Paweł zeznawał: „Osobiście doświadczyłem, że stary człowiek znów się we mnie poruszył. Ale potem nadeszła chwila, w której Bóg objawił mi, że powinienem zwrócić się ku Jezusowi, zaufać Mu, aby stał się moim drugim Adamem i abym nigdy więcej nie zobaczył pierwszego Adama. Uczyniłem to wiarą, a oto rezultat: od tamtej pory nigdy więcej Go nie widziałem”.

Powyższe cytaty dowodzą, że jeszcze przed narodzinami właściwego ruchu zielonoświątkowego, Ruch Wspólnotowy i zbory w ramach Sojuszu (z pewnymi wyjątkami) popadły w niezdrowy, wyniosły stan z winy swoich przywódców. Krytyczne, ostrzegawcze głosy były niemal całkowicie nieobecne. Każdy, kto ośmielił się zakwestionować wspomniane wyżej stwierdzenia lub oparte na nich praktyki, musiał liczyć się z jednoznaczną groźbą, wyrażoną na przykład w Biuletynie Sojuszu nr 9/1906: „Ktokolwiek w takiej chwili nadal sprzeciwia się i obraża Ducha Świętego, niech drży przed majestatem Świętego, który objawia swoją obecność w sposób niewidzialny od czasów apostołów”.

Zatem J. Paul reprezentował idee perfekcjonistyczne. O. Stockmayer nie pozostawał w tyle. Co więcej, głosił całkowicie błędne i niebezpieczne nauki o uzdrawianiu chorych i przezwyciężaniu śmierci. J. Vetter, G. von Viebahn i wielu innych również głosili „chrzest w Duchu”. Nawet sam J. Schrenk wyraził ten pogląd w 1907 roku: „Ten ruch pochodzi od Boga. Od 50 lat oczekuję darów duchowych i cieszę się, że w naszych czasach Pan odpowiada. Ruch będzie się rozwijał, ale chciałbym, aby podążał w kierunku biblijnym”.

Mam nadzieję, że świadomość stanu duchowego chrześcijan ewangelicznych, jeszcze sprzed słynnych wydarzeń w Kassel (o których opowiem później) i przed założeniem pierwszych wspólnot zielonoświątkowych, pomoże nam ostrożniej oceniać innych i bardziej surowo oceniać siebie.

Znając historię ruchu zielonoświątkowego, nie sposób w żaden sposób wątpić w znaczenie znanych ludzi, których nazwiska zostały tu przytoczone. Gdy ci ludzie poświęcili się Bogu i niestrudzenie dążyli do nawrócenia tysięcy dusz do Chrystusa, Bóg obdarzył ich siłą i pomnożył ich duchowe zdolności, co przejawiło się w wyjątkowych doświadczeniach duchowych.

Jan Wesley postrzegał „chrześcijańską doskonałość” na podstawie osobistego doświadczenia. Dążenie do doskonałości i czystości wzmacnia siłę duchową. Należy założyć, że jego sukces w głoszeniu Ewangelii zależał od życia duchowego, które z dnia na dzień uwalniało się od nieczystych myśli i grzesznych skłonności. To jest ważne doświadczenie. Jednak teologia nie może opierać się na osobistym doświadczeniu. Chociaż Wesley nie stworzył systemu teologicznego na podstawie swojego doświadczenia, dla „marzycieli” doświadczenie to posłużyło jako materiał do rozwoju doktryn „drugiego błogosławieństwa” i „wyższego życia”.

Doświadczenia Charlesa Finneya z Duchem Świętym nie powinny być kwestionowane. Inni doświadczyli podobnych rzeczy w większym lub mniejszym stopniu. Problem w tym, że Finney nazwał swoje doświadczenie „chrztem w Duchu Świętym”. Dało to pożywkę twórcom nowych doktryn. Gdyby Finney nazwał swoje doświadczenia napełnieniem Duchem Świętym, jak to wielokrotnie zdarzało się apostołom, nie byłoby materiału do tych doktryn. Jego pobożne myśli, takie jak „chodzenie w sprawiedliwości i świętości”, były poszukiwaniem stanu dla dzieci Bożych, w którym ich życie byłoby wolne od „wahań między wzlotami i upadkami”. Finney nie przewidywał, że takie myśli doprowadzą do zmysłowości i samooszukiwania się, czego sam unikał.

To samo można powiedzieć o Moodym, Torreyu i innych, ale główny argument jest jasny: teologia wywodząca się z osobistej praktyki nie może być podstawą ekonomii Kościoła. Mamy niezachwiany fundament – ​​natchnione Pismo Święte. Ci, którzy próbują uzasadniać swoją praktykę słowami Biblii, zamiast badać swoje myśli, czyny i doświadczenia, aby sprawdzić, czy odpowiadają one temu, co Pan mówi w swoim Słowie, są w błędzie.

Jak widać z sytuacji, która rozwinęła się nieco później, kontynuowana praktyka „chrztu w Duchu”, „mówienia językami” i „wizji proroczych” ujawniła zjawiska niezgodne z naturą i działaniem Ducha Świętego. Stało się to oczywiste i otrzeźwiło wielu.

Rozwój wydarzeń był również podyktowany powszechnym oczekiwaniem na duchowe przebudzenie. Być może rzeczywiście nadchodziło. Jednak modląc się o przebudzenie, nie zawsze pamiętamy, że musimy jednocześnie modlić się o jego ochronę przed „podstępami diabła”, które ono przygotowuje.

W tej smutnej historii widzimy, że nawet tak trzeźwi bracia, jak Jacob Vetter, Ernst Modersohn i wielu innych, widząc niezwykłe zjawiska, krzyczeli z radości, zamiast prosić Boga o jasność i zrozumienie. Ci trzej na górze nie krzyczeli „Hura!”, gdy Amalekici zostali pokonani, lecz modlili się, wznosząc ręce do Boga (Wj 17,12).

Początek ruchu zielonoświątkowego w Stanach Zjednoczonych

Początki światowego ruchu zielonoświątkowego sięgają kwietnia 1906 roku, kiedy ogień z nieba spadł na dom przy ulicy Atsuza 312 w Los Angeles.

Oczywiście, w poprzednich latach zdarzały się drobne „przebudzenia”. Na przykład w 1892 roku uczestnicy spotkania w Liberty doświadczyli „chrztu w Duchu” i „mówienia językami”. W 1901 roku „Duch został wylany” na 12 uczniów szkoły biblijnej założonej przez C. F. Perhama (Topeka), po czym wszyscy mówili „językami”. Perham posłużył się tym przykładem, aby uzasadnić swoje twierdzenie, że „mówienie językami” jest biblijnym znakiem „chrztu w Duchu”.

Wszystkie te wydarzenia stały się znane opinii publicznej dopiero dzięki zaproszeniu ucznia Perhama, W.D. Seymoura, do Los Angeles. W Los Angeles słyszeli już od F.B. Meyera o przebudzeniu w Walii. Co więcej, F. Bartleman, który korespondował z jedną z czołowych postaci tego przebudzenia, E. Robertsem, również tam działał. Bertleman opisał początki ruchu zielonoświątkowego, którego był świadkiem, w swojej książce „Fire Falls from Heaven” (Ogień spada z nieba).

Seymour, który w tamtym czasie nie mówił jeszcze językami, głosił w Los Angeles kazanie na podstawie Dziejów Apostolskich 2:4 i powiedział: „Jeśli ktoś nie mówi językami, nie jest jeszcze ochrzczony w Duchu”. Powiedział również, że nie doświadczył jeszcze swojej Pięćdziesiątnicy, ale dąży do niej i pragnie, aby wszyscy święci modlili się z nim, dopóki sami nie doświadczą swojej Pięćdziesiątnicy.

Wydarzyło się to 9 kwietnia. Po długich modlitwach i poście „spadł ogień” i wielu, głównie członkowie Kościoła Nazarejczyka i innych „grup uświęcenia”, doświadczyło „chrztu w Duchu”.

Po tym wydarzeniu Seymour wynajął stary budynek kościoła metodystów przy ulicy Atsuza 332, aby organizować spotkania. Podłoga w kościele była wyłożona trocinami, a ławki z desek ułożonych na pustych skrzyniach.

Przez prawie trzy lata w tym skromnie wyposażonym kościele odbywały się spotkania modlitewne „z mówieniem, śpiewaniem językami i proroctwami”. Od czasu do czasu nabożeństwa stawały się codzienne i trwały od 10:00 do północy. Do końca 1906 roku w Los Angeles powstało dziewięć zborów zielonoświątkowych, które, nawiasem mówiąc, nie dogadywały się ze sobą najlepiej.

Sprawozdania z tego okresu brzmią bardzo entuzjastycznie:

„Ich radość trwała trzy dni i trzy noce. Nadeszła Pascha. Ludzie zbiegli się zewsząd. Następnego dnia nie można było zbliżyć się do domu. Każdy, kto zdołał wejść do środka, natychmiast padał pod wpływem mocy Bożej. Miasto wrzało. Radość była tak wielka, że ​​fundamenty domu się trzęsły, ale nikt nie ucierpiał… Mężczyźni i kobiety leżeli w sali, rzuceni siłą na podłogę”.

„Pokonani przez Pana leżeli na podłodze i dotarcie do ołtarza było prawie niemożliwe”.

„Pewnego wieczoru Pan rzucił mnie na podłogę i dał mi proroctwo. Gdy byłem jeszcze w rękach Boga, trzech kolejnych otrzymało Pięćdziesiątnicę. Jeden z nich został uświęcony, a dwóch otrzymało zbawienie”.

„...Czułem się, jakbym złapał gorączkę. Coś mnie wypełniło w gardle, jakbym się dusił. Potem upadłem na podłogę i leżałem tam wyczerpany. Nagle mój język zaczął się poruszać i mamrotał jakieś nieznane słowa. Leżałem tak przez ponad dwie godziny, nie mogąc się nawet ruszyć. W końcu siły zaczęły mi wracać i wróciłem do domu.”

„Ta sama moc, która dała mi języki, zawładnęła również moimi dłońmi; prowadziła mnie, gdy poruszałem nimi w górę i w dół w pewnej odległości od ciała pacjenta, kładąc je na jego głowie. W obu przypadkach potężna, płomienna siła życiowa wylała się na pacjenta i przyczyniła się do uzdrowienia”.

„Wielu nie wierzyło i przychodziło jedynie z ciekawości. Inni wręcz przeciwnie, byli pochłonięci żarliwym poszukiwaniem Boga. Gazety kpiły z nas, mijając nasze spotkania; dla nas jednak stanowiły one darmową reklamę, która przyciągała tłumy ludzi… Nawet spirytualiści i hipnotyzerzy przychodzili, aby wydobyć od nas informacje i wykorzystać swoje moce. Potem przychodzili różni ludzie rozczarowani religią, ekscentryczni, dziwni ludzie, którzy szukali u nas schronienia”.

„Brat Seymour zazwyczaj siedział za dwoma tekturowymi pudełkami po butach ustawionymi jedno na drugim. Podczas modlitwy podczas spotkań chował głowę w górnym pudełku. Nie było w nim śladu dumy. Jedno spotkanie goniło kolejne. Niemal o każdej porze dnia i nocy można było zobaczyć ludzi leżących przed Bogiem i napełnionych Jego mocą… Budynek nigdy nie był zamknięty ani pusty. Ludzie przychodzili, aby spotkać się z Bogiem. On był zawsze obecny”.

„Często zdarzało się tak: Ktoś głosił kazanie i nagle Duch Święty zstępował na zgromadzenie. Sam Bóg dawał wezwanie, a ludzie w całej sali padali na ziemię, jakby pokonani w jakiejś bitwie; albo przychodzili tłumnie, szukając Boga. Widok ten często przypominał las z całkowicie powalonymi drzewami. Nie sposób naśladować czegoś takiego… Bóg przebywał w swojej świętej świątyni, a ludzie mieli przed Nim milczeć. Spoczywał na nas obłok chwały. Niektórzy nawet twierdzili, że widzieli tę chwałę nocą jako blask nad budynkiem. Nie mam co do tego wątpliwości. Obecność Pana była tak realna, że ​​ja sam wielokrotnie, zanim odważyłem się pójść dalej, zatrzymywałem się w pewnej odległości od ulicy Atsuza, aby modlić się o siłę”.

Wielu kaznodziejów i misjonarzy pracujących w Afryce, Azji i Europie usłyszało o tych wydarzeniach i pospieszyło do Los Angeles, aby zobaczyć to „przebudzenie” na własne oczy, a następnie zanieść „ogień” dalej do swoich lokalnych społeczności. W ten sposób „przebudzenie Pięćdziesiątnicy” rozprzestrzeniło się po całym kraju i poza jego granice.

W samym Los Angeles, cztery miesiące po rozpoczęciu „przebudzenia”, F. Bartleman założył własną kongregację, zauważając ducha partyjnego w kongregacji na ulicy Atsuza: „Niestety, trzeba powiedzieć, że dzieło rozpoczęte na ulicy Atsuza wkrótce przestało spełniać cel, jaki Bóg mu przeznaczył. Pewnego dnia Bóg objawił mi, że chce z całego tego dzieła utworzyć nową organizację. Nikt mi o tym nie mówił. Objawił mi to Duch Święty. Kierując się Bożym nakazem, wstałem na spotkaniu i usilnie ostrzegałem obecnych przed zielonoświątkowym duchem partyjnym. Ci, którzy otrzymali „chrzest w Duchu”, powiedziałem, „muszą pozostać „jednym ciałem”, jak ich nazywano”.

Minęły cztery lata i wydawało się, że cały „ogień” w Los Angeles wygasł. Bartleman relacjonował: „Kiedy wróciliśmy do Los Angeles, zastaliśmy sprawę zielonoświątkową w bardzo opłakanym stanie. Zbory walczyły, wyczerpywały się i niszczyły nawzajem, aż niemal wszędzie panowała całkowita duchowa stagnacja. Oznaki miłości były niemal nie do odnalezienia. Radość wciąż była zauważalna, ale była to radość cielesna. Zimna, zatwardziała zazdrość i czysto ludzki entuzjazm wszędzie zastąpiły miłość boską i duchową czułość”.

W ciągu kilku lat nastąpiły pewne zmiany w doktrynie. Do około 1908 roku „program trzech kroków” był nauczany w zborach zielonoświątkowych z dość jednomyślną aprobatą:

1. Odwołanie (uzasadnienie)

2. Ostateczne poświęcenie

3. Chrzest w Duchu i mówienie językami

Kiedy ewangelista W. H. Durham przyjął „chrzest w Duchu” w 1907 roku, uprościł ten model o jeden krok, łącząc nawrócenie i uświęcenie w jednym etapie. Nauczał o „chrzcie w Duchu” i „mówieniu językami” jako drugim etapie, po którym następowało uświęcenie. Jeszcze za życia Durhama ta nowa nauka wywołała spore kontrowersje. Niektóre grupy ostro ją potępiły. Walter Hollenweger w jednym ze swoich pism relacjonuje wizję, jaką miała siostra Rabelais w związku z tym wydarzeniem: „Demony zaczęły się naradzać, co robić, ponieważ Duch Święty ponownie zstąpił na ziemię. W końcu jeden straszliwie zdeformowany demon wymyślił rozwiązanie: »Udziel im chrztu w życiu nieuświęconym«. Wtedy wszystkie demony krzyknęły z radości i klasnęły w dłonie”.

Podczas gdy w USA, jak twierdzi Hollenweger, spór między zielonoświątkowcami „dwukrokowymi” i „trójkrokowymi” trwa do dziś, w Niemczech działa tylko kilka małych grup reprezentujących trzykrokową drogę wiary.

Ponad osiemdziesiąt lat dzieli nas od wydarzeń, które miały miejsce w Los Angeles. Nie pozostał ani jeden naoczny świadek pierwszych doświadczeń „chrztu Duchem”, „mówienia językami”, „proroctwa” i „uzdrowień”. Autor naszej książki, opisując wydarzenia w kościele przy ulicy Atsuza, milczy. W jego książce przemawiają naoczni świadkowie; entuzjastyczni uczestnicy opowiadają pod własnym imieniem wszystko, co widzieli i czego osobiście doświadczyli. Mówią z nadzieją, że przekażą swoje wrażenia czytelnikowi, zarażą go zachwytem nad niezwykłymi, cudownymi zjawiskami, które miały miejsce w ich życiu i wokół nich w tamtych czasach. Być może listy, artykuły, raporty i książki, z których autor cytuje fragmenty, utwierdziły wielu w tamtych czasach w przekonaniu, że Bóg rzeczywiście nawiedził swój lud. Ale taki wniosek można wysnuć tylko wtedy, gdy nowe, niezwykłe wrażenia przyćmią światło ewangelicznych narracji, tak bogatych w prawdziwie boskie cuda. ​​Kiedy przemawia Duch Pański, wszystko milknie, a w pełnej szacunku ciszy słychać głos Boga i widać Jego dzieła.

Kiedy, ocieniona mocą Najwyższego, Dziewica Maryja zaśpiewała swoją natchnioną przez Boga pieśń, słychać było tylko Jej głos. Zaczęła śpiewać, gdy ustała prorocza mowa Elżbiety (Łk 1,41-55).

Pan wszędzie panuje porządek. Nawet wielotysięczny tłum na pustkowiu siedzi w równych rzędach na trawie, „po setkach i po pięćdziesiątkach”, i spokojnie obserwuje, co czyni Jezus; spożywają pokarm rozmnożony przez Jego cud (Mk 6,39-44). Jezus nie chce, aby większy tłum objawił Jego cud. Spieszy, by pomóc chłopcu, zanim nadejdą ciekawskie tłumy (Mk 9,26-28).

W wieczerniku w Jerozolimie słowa modlitwy Kościoła były wyraźnie i dobitnie słyszane: „Rozważcie ich groźby” (Dz 4,24-31). Jak inaczej mogłyby zostać wypowiedziane, gdyby jednomyślność modlitwy zgromadzonych świętych wyrażała się w wielogłosowym ryku płaczącego tłumu? Kiedy Paweł zbliżył się do ojca Publiusza, który cierpiał na gorączkę, nie spodziewał się, że Duch Święty poprowadzi jego ręce, lecz spokojnie „modlił się, a włożywszy na niego ręce, uzdrowił go” (Dz 28,8).

Młoda kobieta, która leżała godzinami na podłodze, tylko sporadycznie wydając dźwięki, które naoczny świadek nazwał „niebiańskim śpiewem”, wydaje się inna niż w Ewangelii; mężczyźni i kobiety rozrzuceni po podłodze; uzdrowiciel, który mimowolnie przesuwał ręce po ciele chorego, uzdrawiając go – wszystko to nie ma nic wspólnego z tym, co czytamy w Piśmie Świętym o cudach Pana. Nie wszystko, co cudowne, pochodzi od Boga, nie wszystko, co ludzie mówią i czynią, jakby w imię Pana, wychwalało Jego święte imię.

Iskry lecą do Europy

Wśród Europejczyków, którzy zaangażowali się w „odrodzenie” w Los Angeles, był metodysta T.E. Barratt, który w 1906 r. podróżował po Ameryce, aby zbierać datki na zakup terenu dla misji miejskiej w Norwegii.

W drodze Barratt czyta biografię Finneya i ogarnia go silne pragnienie przyjęcia „ostatecznego chrztu Pięćdziesiątnicy”. W liście do czołowych braci zboru w Los Angeles prosi o modlitewne wsparcie, aby mógł otrzymać dar „mówienia językami”.

Po poście i modlitwie Barratt otrzymał upragniony dar, a pięć tygodni później „języki ognia”. Na spotkaniu mówców poprosił jednego z nich, aby położył na nim ręce i pomodlił się za niego. „Wtedy poczułem tak potężny wpływ, że skłoniłem się i położyłem na podłodze… Poprosiłem Norwega i żonę pastora ze zboru w Los Angeles, aby się za mnie modlili. Gdy tylko zaczęli się modlić, moja żuchwa mimowolnie zaczęła się poruszać. To samo stało się z moim językiem. Wtedy modlący się zobaczyli światło nad moją głową, które przemieniło się w ognistą koronę, a przed nią ognisty język długości mojego ramienia… Poczułem w sobie jakąś dziwną moc i kontynuowałem bez przerwy mowę językami. Tej nocy mówiłem co najmniej ośmioma językami. Skąd wiedziałem, że to różne języki? Czułem różne ułożenie moich ust. Jakaś moc opętała moją szczękę i język i wypowiadała dźwięki języków wyraźnie i wyraźnie”.

Krótko przed Nowym Rokiem 1907 Barratt wrócił do Norwegii i był świadkiem zjawisk podobnych do tych w Los Angeles. „W dzikiej ekstazie ci, którzy „ochrzcili się w Duchu”, rzucali się na podłogę, tak że czasami dosłownie zasłana była ludźmi leżącymi na ziemi”.

Naoczny świadek zeznaje: „Przed mną siedział starszy mężczyzna. Całe jego ciało się trzęsło. Młody mężczyzna co jakiś czas drżał, potrząsając głową na boki. Zapytałem: czy robią to celowo, czy mimowolnie? W odpowiedzi usłyszałem, że po prostu nie mogą przestać. Jeden mężczyzna, siedzący gdzieś z tyłu widowni, coś mówił, a jego głowa kręciła się na boki z niewiarygodną szybkością. W tym samym tempie młody mężczyzna na scenie poruszał szczęką w górę i w dół…”

W Norwegii osoby mówiące „językami” natychmiast zaczęły mówić w pierwszej osobie – w imieniu Boga. „Ja jestem Pan. Jehowa to moje imię i przybyłem, aby odwiedzić ziemię”.

Dramat w Niemczech

Wieści o przebudzeniu w Norwegii dotarły do ​​E. Meyera, dyrektora Beach Mission w Niemczech. W tym czasie cierpiał on z powodu braku uwielbienia Boga przez niego.

Meyer natychmiast udał się do Norwegii, aby zbadać zjawisko przebudzenia. Uczestnicząc w spotkaniach prowadzonych przez Barratta, był świadkiem, jak młoda dziewczyna w wieku około osiemnastu lat „zmieniła wyraz twarzy i zaczęła drgać głową i ramionami. Podczas modlitwy drgania się nasiliły, a ona zaczęła szczękać zębami”.

W domu Barratta Meyer spotkał dwie siostry w Chrystusie – Dagmar Gregersen i Agnes Telle – które potrafiły mówić i śpiewać „językami”. Po trzech tygodniach walki Dagmar została rzucona na ziemię, „…jej wnętrzności zaczęły krzyczeć. Dagmar miała wrażenie, że to nie ona krzyczy, ale jakaś inna siła w jej wnętrzu. Potem została przeniknięta jakąś cudowną mocą”. Następnie zaczęła mówić „językami”.

Mayer poprosił siostry, aby towarzyszyły mu do Hamburga. Modliły się o to: Agnieszka mówiła „językami”, a Dagmar tłumaczyła to, co zostało powiedziane. Ta mowa w „obcym języku” dała im jasny sygnał, aby pojechać z Mayerem. Obie Norweżki pojechały z nim najpierw do Hamburga, a następnie do Kassel.

Wydarzenia w Kassel

Na uroczystość poświęcenia nowego budynku Misji Plażowej E. Meyer zaprosił młodego ewangelistę G. Dallmeiera do Hamburga. Kilka miesięcy wcześniej uczestniczył on w „Tygodniu Brygady” w Brig. Każdego roku po Wielkanocy odbywał się tam Tydzień Biblijny – szczególna konferencja, na której przywódcy Ruchu Wspólnotowego z krajów niemieckojęzycznych gromadzili się, aby wymieniać się doświadczeniami i informacjami, modlić się i studiować Słowo Boże. „Tutaj dokonywał się przegląd armii, od «najwyższych rang» po «oficerów» i «zwykłych towarzyszy broni». Tu rozstrzygano ważne kwestie i dyskutowano o wielkich problemach, które zaprzątały umysły i serca chrześcijan tamtych czasów. Tu formułowano nowe hasła na przyszłość”.

Tam spotykali się tacy bracia jak Michaelis, Haarbeck, Dietrich, Pückler, Stockmayer, Paul, von Viebahn, Ziemsa, Seitz i wielu innych, aby „poznać wolę Bożą odnośnie dalszej drogi Ruchu Komunijnego”.

„Tydzień Brig” w 1907 roku, w którym uczestniczył Dallmeier, odbył się pod hasłem: „Wyposażanie w Moc Ducha i Dary Ducha do Służby”. Jednym z punktów programu tygodnia była „Wymiana poglądów na temat zjawisk towarzyszących ruchowi przebudzenia w Walii, Kalifornii (Los Angeles) i Norwegii”. Pastor Paul z entuzjazmem opowiadał zebranym o swojej podróży do Norwegii i spotkaniu z Barrattem oraz o „ruchu języków”. Bracia zgromadzeni w Brig byli jednomyślni w pragnieniu, aby nowy ruch duchowy przyniósł upragniony przełom w dziedzinie życia duchowego.

W Brig, G. Dallmeier uległ wpływowi pastora Paula, który zresztą również głosił idee perfekcjonistyczne na tej konferencji. Zapytany, jak osiągnął taki stan wyzwolenia od starego Adama, odpowiedział, że ważnym warunkiem byłoby, „aby bracia w związkach małżeńskich zrzekli się wszelkich stosunków z żonami i zaczęli z nimi żyć jak aniołowie”.

Przybywając do Hamburga w tak pozytywnym nastawieniu, Dallmeier spotkał norweskie siostry w domu Meyera. Opowiadał: „Ośmiodniowa ewangelizacja w Hamburgu i wspólnota z norweskimi siostrami przyniosły mi wielkie błogosławieństwa… Pan obdarzył mnie czystym sercem. Dał mi nowe pragnienia, nowe zainteresowania. Do tego czasu nieustannie zmagałem się ze złym pożądaniem, które we mnie tkwiło, a teraz Bóg je ode mnie zabrał, tak że musiałem wołać z radości bez ustanku: »Zabrał mi coś…«. Dwa tygodnie później Pan ochrzcił mnie Duchem Świętym podczas spotkania modlitewnego z kilkoma braćmi i siostrami. Wraz z »chrztem w Duchu« nastąpiło uzdrowienie z fizycznej dolegliwości, na którą cierpiałem od 12 lat”.

Dallmeier, będący najwyraźniej osobą podatną na silne wahania emocjonalne, zaprasza dwie Norweżki, które zakończyły jego przemówienie ewangelizacyjne w Hamburgu „mówieniem językami”, aby pojechały z nim do Kassel, do domu misyjnego Blue Cross, by wziąć udział w działalności ewangelizacyjnej.

Ponieważ bracia Schrenk i Haarbeck nie mieli nic przeciwko temu, a ponadto ten drugi wrócił z Hamburga ze słowami: „Ten ruch jest prawdziwy”, bracia w Kassel oddali do dyspozycji Dallmeiera salę zebrań.

7 lipca 1907 roku w Kassel rozpoczęły się spotkania. Zaproszenia wysłano do członków różnych zborów Ruchu Braterskiego, aby w miarę możliwości zebrać mniej lub bardziej przygotowaną publiczność, która mogłaby oczekiwać „czystego serca” i „napełnienia Duchem i Jego darami”.

Dzięki entuzjastycznym relacjom naocznych świadków i kpiącemu tonowi wielu artykułów prasowych, spotkania te, trwające do 2 sierpnia, przyciągnęły uwagę wielu chrześcijan. 8 lipca dyrektor Haarbeck z żoną przybyli do Kassel, a 14 lipca do Kassel przybył I. Schrenk z żoną. Pastor Horst z Liebenzell przerwał swój powrót do domu, aby odwiedzić Kassel i przyjąć „chrzest w Duchu Świętym”. Ernst Modersohn również przyjechał, aby relacjonować spotkania w Kassel w swoim miesięczniku.

Atmosfera porannych, południowych i wieczornych spotkań była naprawdę imponująca. Ojciec Kaiser relacjonował: „Brat Dallmeier otworzył spotkanie o wyznaczonej godzinie śpiewem i modlitwą. Następnie przemawiał fragmentem Pisma Świętego. Ja i wielu moich znajomych mieliśmy wrażenie, że z mówcy emanowała jakaś moc, przenosząc słuchaczy w obecność Boga. To wrażenie szczególnego wpływu Ducha Świętego zostało jeszcze wzmocnione, gdy jedna z norweskich sióstr wygłosiła krótkie przemówienie do zgromadzenia. Jej słowa były tak potężne, że zdawały się dosłownie przenikać nas. A wewnętrzne uczucie, z jakim wymawiała imię Jezus, jest nie do opisania. Nigdy wcześniej nie byłem na spotkaniu, gdzie panowała tak uroczysta cisza i tak niepodzielna uwaga”.

J. Schrenk, opuszczając Kassel 27 lipca, powiedział na pożegnanie: „Bracia! Zostałem tu zaproszony z zamiarem i prośbą o powstrzymanie tego ruchu. Nie mogę jednak oddać tej przysługi braciom, ponieważ ten ruch pochodzi od Boga”.

Nie ulega wątpliwości, że dzisiejsze oświadczenia braci, iż „pierwsze 14 dni w Kassel minęło spokojnie i przyzwoicie, nie wyczuwało się obecności żadnego obcego ducha”, nie odpowiadają faktom historycznym.

W rzeczywistości, według zeznań uczestników, już na pierwszych wieczornych spotkaniach, „po tym, jak zostali rzuceni na podłogę w coraz nasilniejszych konwulsjach, otrzymali czyste serce i zostali ochrzczeni w Duchu Świętym”. 9 lipca brat Dallmeiera, August, również uległ „wpływowi Ducha”. Kiedy zgromadzeni skłonili się w modlitwie, został podniesiony i musiał zawołać: „Alleluja!”. 11 lipca żona Augusta, do tej pory przeciwniczka ruchu, zobaczyła w ich mieszkaniu chmurę zstępującą na nią. Padła na twarz pod „wpływem Ducha” i usłyszała głosy mówiące: „Pozostań w Domu Błękitnego Krzyża, aż wypełni się drugi rozdział Księgi Joela”. 19 lipca, podczas spotkania, jeden z braci, odczuwając ostry ból w klatce piersiowej, upadł na podłogę jak martwy i między 22:30 a 1:00 w nocy otrzymał około 32 „objawień”. Pan Dallmeier również otrzymał „proroctwo”: „Paweł jest błogosławiony przez Pana. Bądź cierpliwy, a pojednasz się z nim. Masz dar rozeznawania duchów. Bądź odważny i powiedz o tym zgromadzeniu”.

Potem Dallmeier doświadczył wielkich pokus. Później napisał: „W niedzielny poranek, 21 lipca, w małym gronie braci, wyjawiłem swoje wątpliwości. Uczyniłem to tak jasno, że pastor z Liebenzell, który oficjalnie i prywatnie był obecny na konferencji w Kassel przez cały czas jej trwania, powiedział mi: «Strzeż się, bracie, abyś nie zgrzeszył przeciwko Duchowi Świętemu, bo to wszystko jest święte». Gdy kontynuowałem wyrażanie swoich wątpliwości, twarz jednej z norweskich sióstr pociemniała z oburzenia i uderzyła z całej siły w stół… Nie znajdując u nikogo wsparcia, tego ranka nie odważyłem się rozwinąć swoich obaw. Uklękliśmy i otrzymaliśmy trzy godziny nauki języków od sióstr. Pierwsze pół godziny było tak druzgocące, że wydawało się, iż w każdej chwili zostanę wrzucony do piekła za moje krytyczne uwagi. Mowa języków rozpoczęła się od pytania w tonie pełnym wyrzutu: «Czyż nie powiedziałem wam: wasi synowie i córki muszą prorokować?» Potem padły słowa: «Jeśli jesteście opieszali w wierze w Moje słowa, Ja… odrzucę was i wybiorę sobie ludzi, którzy będą służyć lepiej od was”. Po tym, jak Duch grzmiał i błyszczał przez pół godziny, sprawy przybrały inny obrót i zaczęły padać wygórowane komplementy: „Czy myślisz, że kocham cię mniej niż wielkich apostołów?”

Im dłużej trwały te spotkania, tym bardziej dramatyczne i niepokojące stawały się wydarzenia. Dallmeier, Modersohn, Schopf i inni, którzy byli świadkami tego wszystkiego na własne oczy, opowiadają:

„...dusze rzuciły się na ziemię... na przykład jeden z braci, który zwątpił, powiedział: «Panie, jeśli to Ty, pozwól mi doświadczyć Twojej mocy!». Ledwo zdążył powiedzieć «amen», gdy natychmiast został rzucony na ziemię z taką siłą, że ludzie wokół niego cofnęli się na wszystkie strony. Leżał tak przez około dziesięć minut, po czym wstał i zaczął mówić językami i prorokować.

Zdarzały się też naprawdę niezręczne sytuacje. Na przykład, jedna kobieta upadła i rozdarła bluzkę tak mocno, że widać było więcej bielizny niż samej bluzki. Inna upadła tak niefortunnie, że trzeba było wezwać inną kobietę, żeby poprawiła jej sukienkę. Pewna młoda kobieta, pobudzona przez ducha, zaczęła się rozbierać w swoim pokoju w obecności obcych. Inna rzuciła się, by objąć zupełnie nieznajomego.

Inne sceny nie były pozbawione komizmu. Na przykład, jeden z głównych mówców na nabożeństwie „językowym”, chwytając Biblię, zaczął z ekstazą uderzać nią siedzącą przed nim kobietę, która uciekła w popłochu. Inny pastor, upadając na podłogę, zacisnął zęby i próbował wciągnąć powietrze, sycząc jak wąż. W rzeczywistości wił się między krzesłami a ludźmi niczym wąż.

Inny, mówiący językami, w ekstazie wykrzyknął to samo słowo: „Dallmayer, Dallmayer, Dallmayer”.

Poniższy incydent w dużej mierze wyjaśnia, dlaczego wielu braci i sióstr, w tym stanie wzburzenia, nie rozpoznało przejawów sił szatańskich. Według ich rozumowania, diabeł nie mógł być zainteresowany ujawnianiem grzechów i publicznym ich wyznawaniem. - „Pewnego wieczornego spotkania przybrało wyjątkowo wzburzony charakter. Jednym z pierwszych wypowiedzianych w językach było: «Cała sala jest pełna złodziei!» (Większość obecnych stanowili chrześcijanie). To objawienie od Pana zostało przyjęte z okrzykami przerażenia. Następnie mówiący językami zwrócili uwagę, że obecni ukradli jabłka; służąc w wojsku, ukradli pieniądze z cudzej szafki; że w sali byli małżonkowie, którzy ukrywali przed sobą dochody; że byli też tacy, którzy ukrywali skradzione pieniądze w tajnych miejscach w domu i zaniżali podatki. Wezwał tych nieszczęśników, aby opuścili salę i uporządkowali wszystkie te sprawy. Inny mówiący językami poparł to żądanie, grożąc: «Potraktuję cię jeszcze surowiej i wypiszę twój grzech na twoim czole i nazwę cię po imieniu...» Większość wypowiedzi jednej z Norweżek mówiących językami to wersety biblijne, głównie z Ewangelii. Mężczyźni mówili o grzechach obecnych w sali wierzących. Zgromadzenie przypominało wzburzone morze. Im bardziej surowi i bezlitośni byli mówiący językami w swoich wypowiedziach, tym więcej było słychać krzyków bólu, rozpaczy i przerażenia, którym towarzyszyły westchnienia, jęki i krzyki...

Tymczasem wydarzenia w Blue Cross House osiągnęły takie rozmiary, że konieczna była interwencja policji, aby utrzymać porządek na ulicy przed salą zebrań: „Wieść o zebraniach szybko rozeszła się po mieście. Doszło nawet do tego, że reporterzy, usłyszawszy o dziwnych zjawiskach, przychodzili na zebrania, aby później zamieścić o nich artykuły w gazetach. To ponownie poderwało całą ludność Kassel na nogi. Wieczorami, w czasie zebrań, ulice prowadzące do domu były zatłoczone. Spóźnialscy musieli się przecisnąć do wejścia, pośród szyderstw i drwin tłumu. W końcu, aby utrzymać porządek, policja była zmuszona interweniować i zaczęła patrolować ulice z psami… Im bardziej podniecone były zebrania, tym głośniej tłum ryczał na ulicy… Trudno sobie nawet wyobrazić, ile obelg i pomówień padło wtedy”.

Ostatecznie policja zwróciła się do organizatorów z prośbą o zaprzestanie zgromadzeń. A ponieważ prośba policji zbiegła się z ogłoszeniem „językami”, całe zamieszanie zniknęło z pola widzenia w Kassel 2 sierpnia, by ponownie pojawić się w domach prywatnych.

Tydzień wcześniej norweskie siostry wyjechały do ​​Zurychu. Stamtąd wysłały entuzjastyczny list o „przebudzeniu” w Kassel. Nie udało mi się jednak znaleźć żadnych dowodów na poparcie twierdzenia, że ​​siostry opuściły Kassel wyłącznie w proteście przeciwko fałszywemu „mówieniu językami”.

Jeśli w Kassel po odwołaniu spotkań pozostał jedynie „dym i sadza”, to w sąsiednim Großalmerode „ogień” płonął nadal.

Tam, w styczniu 1906 roku, dwóm osobom ukazał się we śnie Jezus. „Unosił się nad miastem, niosąc w rękach biały, świecący krzyż”.

Kiedy wieści o spotkaniach w Kassel dotarły do ​​Großalmerode, ponad stu wiernych z miejscowej wspólnoty wyruszyło jeden po drugim do Kassel. Niektórzy z nich powrócili, otrzymawszy „dary języków i wizji”, z zamiarem zorganizowania podobnych spotkań we własnych wspólnotach. Również tutaj odbywały się dramatyczne zgromadzenia wiernych, podczas których odczuwalny był wpływ nadprzyrodzonej mocy:

„Podczas jednego z pierwszych spotkań Vigant skakał z radości, ale Holzapfel położył na nim rękę i uspokoił go. Vigant usiadł, ale chwilę później powiedział: «Otrzymałem wiadomość: gdy skakałem z radości, dotknęła mnie dusza; dusza ta jest objęta mocą ciemności, musi się skłonić w pokucie». W tym momencie Holzapfel padł na ziemię i leżał nieprzytomny przez około kwadrans.

Brat Pr., który był na spotkaniu, usłyszał wewnętrzny głos: „Zdejmij całą biżuterię, żebym wiedział, co mam dla ciebie zrobić”. Na pytanie: „Co to za biżuteria?” głos odpowiedział: „Spinki do mankietów”. Spinki miały tylko wyglądać jak biżuteria, ale i tak je zdjął. Głos kontynuował: „Masz zegarek kieszonkowy?” – „Ale potrzebuję!”. W odpowiedzi głos zauważył, że jest tam zegar wieżowy. Brat również wyjął swój zegarek kieszonkowy, choć był on również z prostego metalu. „Masz też obrączkę. Zdejmij ją”. Brat nie posłuchał, ale głos zażądał: „Teraz wstań i zaświadcz o tym, co Pan dla ciebie uczynił!” – „Panie, to Ty sam mnie postaw na nogi i otwórz mi usta!”. W tym momencie brat został szarpnięty i zmuszony do głośnego krzyku o tym, co mu się przydarzyło.

W kolejnych miesiącach wśród przywódców Ruchu Wspólnoty wybuchł kryzys. Co prawda, na Konferencji w Blankenburgu, która odbyła się w dniach 26-31 sierpnia 1907 roku, jedność nadal była zachowana, a otwarcie wyrażane tam rozbieżności poglądów nie doprowadziły do ​​żadnych niezgody ani podziałów. Mówienie językami nie było praktykowane na Konferencji w Blankenburgu, ale głosy protestu dotyczące „gaszenia Ducha Świętego” zaczęły już być słyszalne na tej konferencji Sojuszu.

W każdym razie, mniej więcej w tym czasie, o ile wiem, opublikowano pierwszą kompleksową książkę krytyczną odrzucającą tę fałszywą naukę. Była to ostrzegawcza praca I. Rubanowicza z Hamburga zatytułowana „Modern Speaking in Tongues” (Współczesne mówienie językami). Posłowie napisał I. Seitz, który zaczynał zajmować coraz bardziej zdecydowane stanowisko w sprawie wydarzeń w Los Angeles, Norwegii i Kassel. W książce autor odważył się scharakteryzować te wydarzenia jako ewidentnie demoniczne. Co więcej, ostro potępił stosunek Dallmeiera do nich i wahanie Modersohna w tej sprawie. Wszystkie te niezwykłe, drugorzędne zjawiska podczas spotkań w Kassel i Großalmerode doprowadziły Rubanowicza do wniosku, że „działa tu obcy duch”.

Ciekawe jednak, że ani Rubanowicz, ani Seitz nie zaprzeczali mówieniu językami jako takiemu, o co niesłusznie oskarżają ich współcześni zwolennicy ruchów zielonoświątkowych i charyzmatycznych. Niezależnie od tego, jak ostro autorzy odrzucili współczesne „mówienie językami” jako „demoniczne” lub przynajmniej „cielesne”, mimo to zachowali aprobatę wobec „języków” mających biblijne podstawy. I tak to pierwsze wojownicze dzieło ostrzegawcze zakończyło się słowami Seitza, zapisanymi pogrubioną czcionką: „Gdyby Duch Boży dał nam mówienie językami na wzór apostołów, nasza wdzięczność dla Boga byłaby bezgraniczna, a nasza radość nie do opisania, tak jak wówczas, po pierwszych doniesieniach z Los Angeles i Norwegii, a nawet większa niż wtedy, gdy z entuzjazmem rozpowszechniliśmy tę nowinę w całych Niemczech. Z radością podążylibyśmy za przesłaniem, rozpowszechnili je i promowali jego przyjęcie, tak jak czyniliśmy to na początku”.

Dallmeier spotkał się również i rozmawiał z Rubanowiczem podczas konferencji w Blankenburgu. Otrzymał rękopis swojego dzieła i po jego przeczytaniu zaczęły go ogarniać poważne wątpliwości. Napisał nawet pisemne wyrzeczenie się swoich dotychczasowych poglądów, ale wahał się przed jego publikacją. Za radą I. Schrenka zwrócił się o duchowe wsparcie do Seitza. Seitz, który początkowo dostrzegał w tym ruchu coś boskiego, zmienił zdanie, słysząc pastora Pawła „mówiącego językami” w pierwszej osobie i oświadczył: „To pochodzi od diabła”.

Reakcja Dallmayera była dość spontaniczna: „W takim razie odwołuję i żądam wycofania i zwrotu moich książek z księgarni”. Dallmayer ułożył wówczas odwołanie, które zapoczątkowało dla niego trudne chwile, wewnętrzne zmagania i wielkie pokusy, w których znalazł się bez żadnego wsparcia. Modersohn poradził mu, aby odwołał swoje odwołanie. Tak więc, w obecności Paula, Edela i kilku innych, Dallmayer ze łzami i rozdzierającym serce krzykiem przyznał, że obraził Ducha Świętego i ponownie pokutował, tym razem za swoją wcześniejszą pokutę. W tym samym miesiącu, w którym Dallmayer, dręczony wątpliwościami, pisał swoje pierwsze odwołanie, pastor Paul, którego nie było ani w Kassel, ani w Grossalmerode, otrzymał „dar mówienia” w Liebenzell. Chociaż był już przekonany, że został „ochrzczony Duchem i ogniem”, nie mógł jeszcze mówić „językami”. Opisuje swoje nowe doświadczenie duchowe następująco: „Od 10 do 11 w moich ustach panowała tak intensywna aktywność, że moja szczęka, język i usta poruszały się same, wbrew mojej woli. Jednocześnie byłem w pełni świadomy, spokojny w Panu, głęboko szczęśliwy. Po prostu poddałem się całkowicie temu wpływowi, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa. Kiedy próbowałem modlić się na głos, nic mi nie pomagało, ponieważ ani jedno niemieckie słowo nie pasowało do konkretnego ułożenia moich ust. Ani słowa z innych znanych mi języków nie pasowały do ​​tych pozycji. Zdałem sobie więc sprawę, że moje usta mówią w innym języku i pomyślałem, że być może będę miał okazję mówić na głos w tym języku. Około 11 pożegnaliśmy część obecnych… i tak zostało ze mną tylko dwóch. Jednym z nich był Horst. Kiedy zaczęliśmy się ponownie modlić, moje usta znów zaczęły się poruszać. Zrozumiałem, że teraz muszę wyrazić ruchy moich ust. A potem „stało się coś cudownego”. Poczułem, jakby moje płuca przekształciły się w jakiś organ, wytwarzając dźwięki odpowiadające ułożeniu moich ust. Ponieważ ruchy moich ust były bardzo szybkie, dźwięki były również wymawiane dość szybko. Czułem, jak wirują, wybuchają. To stworzyło cudowną strukturę dźwiękową języka, którym nigdy wcześniej nie mówiłem. Przez cały ten czas siedziałem, a moje ciało trzęsło się pod wpływem ogromnej siły. Jednak nie doświadczyłem żadnych bolesnych ani nieprzyjemnych doznań… Później, kiedy położyłem się spać, mówienie językami znów mną zawładnęło… Podczas wszystkich tych zdarzeń byłem w pełni świadomy.

Pięć dni później Paweł również doświadczył „śpiewu językami”: „Przychodzą mi do głowy coraz to nowe pieśni i melodie. To zupełnie inne melodie i mają inne słowa. Śpiewam pieśni, zdaje się, w co najmniej trzech językach. Wnioskuję to na podstawie słów i ułożenia ust podczas śpiewania”.

Od tego momentu pastor Paweł stał się heroldem „mówienia językami”. Był szczególnie ceniony w Prusach Wschodnich i na Śląsku. Regel i Edel również pożądali tego daru, podczas gdy bracia Seitz i Lohmann, Kühn i Schrenk, wręcz przeciwnie, zaczęli przyjmować coraz bardziej krytyczne stanowisko. Wyrzeczenie się Dallmeiera, do którego dołączył jego brat August, opublikowane w kilku publikacjach, było poważnym ciosem dla nowego ruchu.

W dniach 19-20 grudnia 1907 roku wszyscy zwaśnieni bracia spotkali się w Barmen pod przewodnictwem I. Schrenka, aby omówić tę kwestię. Chociaż zgodzili się na roczny „rozejm”, różnice nie były już możliwe do pogodzenia.

1908 – Pierwsza konferencja na temat „mówienia językami”

Nie minął nawet rok od „zakończenia działań wojennych”, gdy w Hamburgu w Beach Mission House odbyła się konferencja, w której oprócz 50 przedstawicieli z Niemiec wzięli udział bracia z Anglii, Holandii, Szwajcarii, Szwecji oraz brat Barratt z Norwegii.

Nawiasem mówiąc, definicja „mówienia językami” podana na tej konferencji jest interesująca: „Mówienie językami, jak potwierdzają psychiatrzy, może występować w chorobach psychicznych, a prawdopodobnie także pod wpływem demonów. Ale to wszystko dowodzi jedynie, że w mózgu istnieje pewien ośrodek kontroli, który kieruje tego rodzaju aktywnością. Dlaczego więc moc Boża nie miałaby go wykorzystać? Dar języków jest do pewnego stopnia zakorzeniony w ludzkiej podświadomości. Tak właśnie dzieje się podczas mówienia językami: Bóg wydobywa na światło dzienne frazy uśpione w podświadomości”.

Konferencja postanowiła zorganizować międzynarodową konferencję zielonoświątkową w Hamburgu w następnym roku, aby uznać Porozumienie z Barmen o wzajemnym zaprzestaniu sporów za nieaktualne i rozpocząć od tego momentu aktywną kampanię rekrutacyjną na rzecz ruchu. Planowano również publikację biuletynu zatytułowanego „Pfingstgrüsse” („Zielonoświątkowe pozdrowienia”). Jego publikacja rozpoczęła się w 1909 roku pod redakcją pastora Paula.

Niezdecydowanie w innym obozie

Początkowo wśród krytycznie nastawionych braci panowała niewielka jedność, którzy z niepokojem obserwowali rozwój sytuacji. Niektórzy zdawali się całkowicie nie doceniać ruchu zielonoświątkowego w jego wczesnej fazie i wierzyli, że wystarczy zwykła cisza. Z drugiej strony, obawiali się wszczynania zażartej walki z braćmi, z którymi przez dziesięciolecia stali ramię w ramię, dążąc do ewangelii. Co więcej, duchowe przekonania wielu krytyków ruchu zielonoświątkowego w niektórych kwestiach były tak rozbieżne, że znalezienie wspólnego biblijnego fundamentu zajęło trochę czasu.

Istniały jednak wyjątki. Redaktor biuletynu Alliance, B. Kühn, który wspierał nowy ruch w jego wczesnych latach, teraz uciekał się do wszelkich niezbędnych środków, aby ostrzegać zbory przed pentekostalizmem. Począwszy od 1907 roku, w biuletynie ukazywał się artykuł za artykułem, podpisany przez B. Kühna, w którym poruszał on ten temat z krytycznej i jasnej perspektywy. Wkrótce artykuły te zostały zebrane w zbiory zatytułowane „W krytycznym momencie” oraz „Ruch pentekostalny w świetle Pisma Świętego i jego własnej historii”.

Deklaracja Berlińska

Ponieważ ani Blankenburg, ani Gnadau nie wykazali szans na osiągnięcie jednomyślności w ocenie ruchu zielonoświątkowego, kilku braci, biorąc inicjatywę we własne ręce, zwołało 15 września 1909 r. w Berlinie spotkanie, aby omówić tę sprawę.

Inicjatywa ta wyszła prawdopodobnie głównie od G. von Viebana, który kiedyś podczas uroczystości rodzinnej w Bielefeldzie tak się wyraził w rozmowie z bratem Michaelisem: „Czy możemy zaobserwować, jak coraz większe grono braci daje się wciągnąć w ruch „mówienia językami”?”

Obaj bracia zgodzili się na wstępne spotkanie w Berlinie, skąd później wysłali zaproszenia do czołowych braci Ruchu Wspólnoty i Przymierza. Przytoczymy tu tylko kilka zdań z obszernego zaproszenia: „Drogi Bracie w Panu! Z powodu tak zwanego ruchu zielonoświątkowego Kościół Boży jest zagrożony podziałem na zwolenników tego ruchu i jego przeciwników, między którymi istnieje trzecia grupa – wyczekujących. Wszystko to zmusza nas do zajęcia jasnego stanowiska w sprawie tego ruchu. Niżej podpisani bracia, po gruntownym namyśle, doszli do porozumienia w sprawie poniższych tez. Oferując je szerokiemu gronu braci do studiowania i dyskusji, wierzą, że przyczyni się to do rozwoju dzieła Pana. Czynimy to z poważnym zamiarem uniknięcia, na ile to możliwe, jakichkolwiek podziałów. Pragniemy służyć w miłości nawet tym, którzy obecnie podzielają odmienny punkt widzenia. Działamy z pełną świadomością naszej odpowiedzialności za owczarnię Jezusa Chrystusa”.

Około sześćdziesięciu braci przyjęło zaproszenie i po dziewiętnastogodzinnym spotkaniu podpisało tzw. „Deklarację Berlińską”. Nadal odgrywa ona znaczącą rolę w sporze z zielonoświątkowcami i jest postrzegana przez jedną ze stron jako „tarcza ochronna”, a przez drugą – jako „przeklęty dekret” (patrz Załącznik I).

Podsumowując treść tego dokumentu, składa się on z następujących sześciu punktów:

1. Tak zwany ruch zielonoświątkowy nie wywodzi się ze źródła Boga, lecz „z dołu” i ma wiele wspólnych cech ze spirytualizmem.

2. Ruchu nie można uważać za dar od Boga, ponieważ jest z samej swojej natury fałszywy.

3. Kościół Boży, w tym autorzy tej deklaracji, muszą nisko ugiąć kolana i okazać skruchę za swój brak czujności, brak wiedzy biblijnej, powierzchowne zrozumienie, pychę itp., za wszystko, co umożliwiło powstanie takiego ruchu.

4. Fałszywe nauki o uświęceniu, takie jak doktryna „czystego serca”, stały się szczególnie destrukcyjne dla wielu chrześcijan. Nauki te przyczyniły się do rozwoju tzw. ruchu zielonoświątkowego.

5. Pastor Paul, będąc przywódcą ruchu zielonoświątkowego w Niemczech, pomimo całej naszej miłości do niego i jego zwolenników, nie może być już dłużej uznawany za przywódcę i nauczyciela w Kościele Jezusowym.

6. Była tylko jedna Pięćdziesiątnica (Dzieje Apostolskie 2). „Nie oczekujemy nowej Pięćdziesiątnicy. Oczekujemy przyjścia Pana”.

Ponadto zwrócono się z prośbą do wszystkich braci i sióstr, aby trzymali się z dala od ruchu zielonoświątkowego.

Wśród braci, którzy podpisali tę deklarację, byli tacy, których dzieła znane są do dziś: V. Michaelis, Dollman, Count Korff, B. Kühn, E. von Rothkirch, I. Schrenk, I. Seitz, O. Stockmayer, von Thiele-Winkler, G. von Viebahn, I. Warns.

Deklaracja ta postawiła członków Ruchu Wspólnotowego przed wyborem: albo definitywnie zerwać z ich wspólnotami zielonoświątkowymi, albo opuścić Ruch Wspólnotowy i przyłączyć się do Zielonoświątkowców.

Odpowiedź z Mülheim

Czternaście dni po „Deklaracji Berlińskiej”, w dniach 28 września – 1 października 1909 roku, w Mülheim odbyła się Druga Konferencja w Mülheim. Zebrało się tam wielu zielonoświątkowców, którzy zostali wykluczeni z Ruchu Wspólnoty. Podczas konferencji rozdano niezwykle dużą liczbę kart rejestracyjnych, a każdy uczestnik składał pisemne oświadczenie:

„Rozważywszy wszystko dobrowolnie, oświadczam, że:

1. Uznaję ten ruch zielonoświątkowy za dar od Boga i dlatego staram się przyjąć błogosławieństwa Pięćdziesiątnicy w całej ich pełni;

2. Będę nadal podejmował wysiłki w jedności Ducha ze wszystkimi zgromadzonymi braćmi i siostrami, aby osiągnąć błogosławioną Pięćdziesiątnicę, oddalając się jednocześnie od wszelkiego rodzaju interesów własnych i stronniczych.

Na tej konferencji E. Humburg odczytał „Deklarację Berlińską”, a pastor Paul skomentował ją. Padły również różne „prorocze” zapowiedzi, między innymi: „Wyleję na was moją chwałę, którą otrzymałem od Ojca, i niech moi słudzy wykrzykują z radości, bo przywróciłem wam mój tron, mówi Pan”.

Konferencja ta wydała również odpowiedź na „Deklarację Berlińską”. W odpowiedzi na krytykę braci zielonoświątkowcy zdefiniowali swoje stanowisko, które można streścić w trzech następujących punktach:

1. Obecny ruch duchowy został uznany za Bożą odpowiedź na lata modlitw i wiary o ogólnoświatowe przebudzenie. Uznano również, że ruch ten manifestuje nie tylko to, co „boskie”, ale w pewnych okolicznościach także to, co „demoniczne”.

2. Stwierdzono, że bracia, którzy opracowali „Deklarację Berlińską”, przeinaczyli naukę pastora Pawła o „czystym sercu”. Paweł jednak zawsze podkreślał, zarówno ustnie, jak i pisemnie, że tylko „w Chrystusie, a nie w sobie samych, dostępujemy oczyszczenia”. Poglądy na życie małżeńskie przypisywane Pawłowi zostały odrzucone jako błędne.

3. Wyrażono przekonanie, że znaczna część zarzutów przypisywanych ruchowi zielonoświątkowemu opiera się na fałszywych plotkach, nieporozumieniach i jednostronnym rozumieniu.

Deklaracja z Mülheim kończyła się następującymi słowami: „Niniejszym uroczyście i otwarcie oświadczamy, że Duch, który inspiruje nas do mówienia językami, proroctwa i innych darów duchowych, jest Duchem, który wyznaje Jezusa Chrystusa, zgodnie z 1 J 4,2 i Koryntian 12,3, jako naszego Pana, który przyszedł w ciele, któremu służymy całym sercem i ku którego chwale wykorzystujemy dary, które nam dał. Ta świadomość, w trudnej sytuacji, w jakiej bracia postawili nas swoim oświadczeniem, daje nam zarówno radosną ufność, jak i siłę, by być gotowymi złożyć Jemu, naszej uwielbionej Głowie, każdą ofiarę na drodze, którą – jak wiemy – On nas prowadzi”.

Deklaracja nosiła jeden ogólny podpis, bez wymieniania konkretnych nazwisk: „Druga konferencja w Mülheim. Mülheim (Zagłębie Ruhry, 25 października 1909 r.)”.

Neutralne

Bracia, którzy nie mogli dołączyć do żadnej z grup, ponieważ dostrzegali wady obu lub nie potrafili zerwać więzi z żadną z nich, nie byli w stanie długo utrzymać neutralności. Wśród nich byli m.in. E. Modersohn, którego dawne koło w Mülheim stało się centrum ruchu zielonoświątkowego, J. Vetter, Kravilitzky i G. Kerper z Liebenzell.

Po tym, jak niektórzy bracia zielonoświątkowcy zaprzeczyli „prawdziwemu usynowieniu przez Boga” Modersohna i odmówili subskrypcji jego newslettera, argumentując, że Modersohn rzekomo nie ma im nic do zaoferowania, ponieważ nie został ochrzczony w Duchu Świętym, w 1911 roku zmienił swoje neutralne nastawienie i napisał w biuletynie nr 5/1911: „Nie mogę traktować tego wszystkiego jedynie jako wzrostu Ruchu, wręcz przeciwnie, postrzegam to jako owoce, po których należy oceniać drzewo. Dlatego nie mogłem się powstrzymać od stania się przeciwnikiem Ruchu”.

Pozostali bracia prowadzili negocjacje ze swoimi braćmi zielonoświątkowymi w latach 1910-1911. Negocjacje te doprowadziły do ​​„Deklaracji z Fandsburga” z 18 grudnia 1910 roku, w której bracia zielonoświątkowcy przyznali się do wspólnej winy za te tragiczne wydarzenia. Z kolei członkowie ruchu neutralnego oświadczyli, że nie mogą już dłużej współpracować z ruchem zielonoświątkowym, „ponieważ doszło do niebezpiecznego zamętu w rozróżnieniu między tym, co psychiczne, a tym, co duchowe”, ale z drugiej strony chcieli pozostać otwarci na ewentualną współpracę z zielonoświątkowcami.

Publikacja tych dwóch oświadczeń w biuletynie Pfingstgrüsse została poprzedzona artykułem, który między innymi stwierdzał: „…Nie wierzymy, że tylko ci, którzy otrzymali dar mówienia językami, otrzymali Ducha Świętego. Podobnie, samo mówienie językami nie jest dowodem na to, że osoba, która otrzymała dar, została napełniona Duchem Świętym. Wiemy, że tego, kto jest napełniony Duchem Świętym, można poznać po jego owocach (Mt 7,6). Dlatego dla nas najważniejsze są owoce Ducha (Gal 5,22). Tam, gdzie one się znajdują, tam mieszka Duch Święty. Dlatego w żaden sposób nie cenimy mówienia językami wyżej niż Biblia…”

Ale już rok później bracia neutralni, „zasmuceni niepowodzeniem wieloletnich prób powrotu zaginionych braci i zmuszeni wyrzutami sumienia oraz wielką potrzebą pracy”, sporządzili następujące oświadczenie: „Ponieważ, niestety, na konferencji w Fundsburgu nasze braterskie zamiary nie zostały zrealizowane, a po niej nastąpiła jeszcze bardziej nieokiełznana propaganda ze wszystkimi jej najgorszymi konsekwencjami ze strony zielonoświątkowców, to niniejszym oświadczeniem wyrzekamy się Deklaracji z Fundsburga, którą wcześniej przyjęliśmy, odrzucamy ruch zielonoświątkowy i zaprzestajemy wszelkiej współpracy z jego przedstawicielami”.

Czytelnik rosyjskojęzyczny jest słabo zaznajomiony z braćmi, których imiona są cytowane w książce, geografia kraju, w którym miały miejsce te wydarzenia, jest słabo znana, a struktura kościołów ewangelickich i ich stowarzyszeń jest zupełnie nieznana. Ale te problemy i doświadczenia są nam znane, podobnie jak walka o jedność, jedność wyznaniowa wierzących zrodzonych „ze słowa Ewangelii naszego zbawienia”.

Ta książka oferuje pożyteczne i bardzo potrzebne lekcje dla wspólnoty ewangelicko-baptystycznej w naszym kraju. Widzimy dziś możliwości ewangelizacji. Ale otwierają się również możliwości dla „innej ewangelii”. Bracia naczelni muszą być czujni, walcząc razem, jak mówi Pismo Święte, „o wiarę raz na zawsze przekazaną świętym” (Jud 3).

Nasza obecna sytuacja przypomina nam sytuacje historyczne, o których czytamy w tej książce. Teraz, podobnie jak w tamtych czasach, Biblia jest w dużej mierze interpretowana arbitralnie. Nam również brakuje czystej biblijnej wiedzy o najważniejszych prawdach. My również jesteśmy otwarci na nowe i modne nauki, pozbawieni ochrony przez znajomość fundamentalnych prawd, które umożliwiły chrześcijaństwu powrót do apostolskiej praktyki szafarstwa. Nawiązujemy relacje z braćmi, którzy otwarcie głoszą „nowe nauki”. Z delikatności unikamy poruszania kwestii, które ujawniają różnice zdań; boimy się zerwania tych relacji. Fałszywe nauki zawsze bez lęku rozdzierały bractwa, wspólnoty i rodziny, niosąc pokusę światu i tym samym szkodząc ewangelii.

Apostoł Paweł był dość tolerancyjny wobec religii. Ostrożnie krytykował nawet pogańskie kulty (Dz 17,22-23). ​​Niemniej jednak, broniąc głoszonej przez siebie Ewangelii, mówi: „Nie ustąpiliśmy ani nie poddaliśmy się ani na chwilę, aby prawda Ewangelii u was pozostała” (Ga 2,5). Obrona Ewangelii skłoniła statecznego i uprzejmego Pawła do konfrontacji z apostołem Piotrem (Ga 2,11).

Każdy, kto choć raz przyjął Boże powołanie, by być pasterzem, mentorem i nauczycielem, zarówno dla nienawróconych, jak i wiernych, musi zawsze pamiętać o swojej odpowiedzialności przed Bogiem. Ta księga świadczy o tym, że wybitni bracia byli nosicielami iskier obcego ognia. Czytamy, jak trudno im było później wydostać się z tego bagna. Jak trudno jest rozpocząć walkę z tym, co kiedyś aprobowałeś!

Bardzo się cieszę, że ta książka będzie teraz czytana w naszym kraju. Jej przykłady pomogą nam zrozumieć, że prawda Ewangelii musi być nie tylko głoszona dla zbawienia ludzi, ale także broniona. Ci, którzy nie potrafią bronić tego, co głoszą, mogą odkryć, że ich głoszenie jest daremne.

Kolejna lekcja dotycząca młodszego pokolenia duchownych. Zmagania i wahania młodego ewangelisty E. Dallmeiera są godne uwagi. Początkowo, jak wszyscy inni, był pochłonięty wydarzeniami w Kassel, w które był bezpośrednio zaangażowany. Być może wierzył, jak to typowe dla młodych ludzi, że to jego posługa jest tak wyraźnie błogosławiona przez Pana. Ale potem momentami trzeźwiał i wyrażał swoje obawy. Pisał, potem odwoływał protesty, potem nabierał odwagi i stawał w obronie prawdy. Szukał wsparcia u starszych braci, ale im samym brakowało zdecydowanego stanowiska. Gorliwi w wielkim przebudzeniu, niewinnie stali się zazdrośni o cudowne moce. To dowiodło ich słabości, a Kościół cierpiał.

Mülheim Pokuta

Po I wojnie światowej, w latach 1919-20, ruch zielonoświątkowy przeżywał poważny kryzys. W międzyczasie niektórzy bracia, w tym H. Vittheer i Hensichen, opuścili ruch. Inni, jak E. Maier, ten sam Maier z Hamburga, który kiedyś sprowadził do Niemiec dwie norweskie siostry, zostali zmuszeni do wydalenia.

Prawdziwym szokiem dla wielu zielonoświątkowców był incydent w mieście Brig, kiedy w domu pastora Edela wydarzyła się skandaliczna historia, w którą zamieszana była jego żona i jeden z jego pracowników, a która wyszła na jaw dopiero dziesięć lat później.

Mimo to 3200 uczestników wzięło udział w Konferencji Zielonoświątkowej w Mülheim. Byli tam świadkami poruszających wyznań. E. Humburg wyznał: „Byłem wśród was, skrywając się za fałszywą świętością, z moją nieczystą i okrutną naturą, z niebraterskim zachowaniem, z brakiem miłości, ze ślepą zazdrością, nieczystością i żądzą grzechu”.

E. Edel skłaniał się ku publicznej spowiedzi: „Przede wszystkim szczerze proszę o wybaczenie wszystkich moich drogich braci i sióstr za to, że obciążyłem ich swoją własną istotą i moim pysznym duchem, co ujawniło się w niektórych artykułach w „Pfingstgrüsse” i w innych moich pismach”.

Szczególnie ważne było przyznanie się pastora Pawła do wyrzeczenia się „nauki Pawłowej”. W artykule opublikowanym w biuletynie „Heiligung” („Uświęcenie”), który opublikował, opisując swoje wyznanie, napisał między innymi: „…myślałem, że powierzono mi zadanie zebrania w systematyczną naukę tego, co zostało mi wcześniej przekazane jako świadectwo mojego osobistego życia wiary. W ten sposób powstało to, co ku mojemu głębokiemu żalowi nazywa się „nauką Pawłową”. Oczywiście, zamierzałem jedynie służyć ludowi Bożemu poprzez głoszenie i pisemne świadectwo. W rzeczywistości jednak ta nauka przyniosła schizmę do Kościoła Bożego, co jest bardzo godne ubolewania. Wszystko to doprowadziło mnie do głębokiej pokory. Pan pokazał mi, że jestem tego winny i za tę winę pragnę pokłonić się w pokucie przed ludem Bożym i w tym biuletynie. Z tego powodu ogłosiłem na konferencji w Mülheim, że wyrzekam się tak zwanej „nauki Pawłowej” i wszystkiego, co ludzki osąd dodał do wyżej wymienionych prawd Bożych.

Po tej konferencji pokutnej, niektórzy zielonoświątkowcy próbowali nawiązać kontakt z odłączonymi braćmi. Reakcja była negatywna. Stowarzyszenie Gnadaus oświadczyło: „Odnośnie publikacji czołowych braci ruchu zielonoświątkowego, oświadczamy: wszystkie te publikacje w żaden sposób nie stanowią wystarczającej gwarancji, że duch, który dominował w tym ruchu, został zastąpiony innym. Ich uznany przywódca, pastor Paul, nadal trzyma się swojego duchowego doświadczenia uwolnienia serca od grzechu, który w nim żyje, którego doświadczył w 1904 roku i od tamtej pory głosił wszędzie. W tym samym stopniu cały ruch nadal trzyma się urojonych darów duchowych. Dlatego nie mamy ani podstaw, ani prawa do zmiany naszego stosunku do ruchu zielonoświątkowego i przekonująco ostrzegamy chrześcijan naszego stowarzyszenia, aby nie nawiązywali ani nie utrzymywali wspólnoty z zielonoświątkowcami. Uwierzenie, że trzeźwość nadeszła dopiero wtedy, gdy wspomniana strona zrozumie w całej biblijnej głębi istotę grzechu i indywidualną odpowiedzialność każdego człowieka za grzech, a duch, który dominuje w ruchu, wraz z jego głosami, objawieniami i audycjami, które bardzo często „Jeśli którekolwiek z naszych twierdzeń okaże się fałszywe, zostanie odmówione ze względu na zasługi. Tego pragniemy i o to prosimy Pana dla naszych braci, którzy kiedyś byli z nami.

Dallmeier napisał w biuletynie „Auf der Warte”: „Słusznie powiedziano, że pastor Paul, który porównał swoją pokutę do zdjęcia butów, w rzeczywistości zdjął tylko jeden but. Wierzę, że zdjął tylko połowę tego jednego buta… Sąd, jaki brat Humburg na siebie ściąga, jest jednocześnie wyrokiem dla całego ruchu. Mówienie językami, proroctwa, przepowiednie, świadectwa itp., które dotychczas w nim miały miejsce, są niczym więcej niż najzwyklejszym oszustwem… Teraz, poprzez swoje wyznanie, on, podobnie jak pastor Paul, rzekomo wyrwał grzech z serca z korzeniami. Ponieważ nauka o wykorzenieniu grzesznej natury nie jest nauką biblijną, wszystko, co zbudowane na jej fundamencie i w niej wyrosło, jest nieuzasadnione”.

Wszyscy wyrazili ubolewanie, że „wyznanie” Pawła nie przyniosło pożądanych skutków – to znaczy potępienia całego ruchu i całego jego systemu nauk. Faktem jest również, że po swoim wyznaniu Paweł, niestety, uparcie trwał przy swoim duchowym doświadczeniu „czystego serca”. W 1921 roku w Berlinie odbyła się kolejna konferencja, która jednak nie doprowadziła do żadnego porozumienia. Brat Hagel, „w imieniu i na rzecz braci, którzy uczestniczyli w konferencji berlińskiej”, donosił w biuletynie Alliance: „…byliśmy przeciwnikami tak zwanego ruchu zielonoświątkowego jeszcze przed konferencją berlińską. Ale przekonaliśmy się o słuszności naszego stanowiska szczególnie dzięki tej ważnej, a momentami zdumiewającej w swojej treści, konferencji. Dla dobra wielu, którym grozi popadnięcie w pułapkę fałszywego ducha, musimy publicznie ogłosić wnioski, do których doszliśmy”.

Drogi ruchu zielonoświątkowego i wspólnoty ewangelizacyjnej rozeszły się definitywnie. W kolejnych latach bracia G. Dallmeier i P. Paul zmarli, prowadząc oddzielne grupy. G. Dallmeier zmarł podczas ewangelizacji w Nachrodt. Jego ostatnie pisemne pozdrowienie dla żony brzmiało: „Moja słabość zniknęła w 2 Liście do Koryntian 12,9”. Zięć Dallmeiera, O. Ruprecht, opisuje jego odejście do wieczności: „Ona (misjonarka opiekująca się nim) położyła go i modliła się z nim. Gdy miała odejść, powiedział: »Teraz pozostanę w komunii z Panem przez kilka godzin«. Godzinę później, gdy poszła obejrzeć piec, zauważył: »Siostro, tak pozostaje: mamy ten skarb w glinianych naczyniach i szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy to jest skarb«”. Zakończył rozmowę słowami wdzięczności skierowanymi do Siostry Pocieszycielki, słowami pełnymi miłosierdzia i miłości przebaczającej tym, którzy wciąż są daleko od Chrystusa. Potem nagle przewrócił się na prawy bok, z twarzą wykrzywioną bólem i… był już w swoich rodzinnych klasztorach.

Pastor Paul zmarł w 1931 roku. Wracając z podróży ewangelizacyjnej, zamknął oczy w domu swojego zięcia, G. Fitchera, który relacjonował jego śmierć: „Przed śmiercią pastor Paul zadzwonił do nas i wszystkich innych, którzy byli w domu misjonarzy, i powiedział: »Byłem na stacji wieczności, a drzwi były przede mną zamknięte i powiedziano mi: »Wypiłeś kielich jadu starodawnego węża«. Paul powiedział do jednego ze współpracowników: »Pocałowałem węża«”.

Czy te ostatnie słowa Pawła były wyznaniem po długiej drodze błędów? Jak sugeruje R. Ising, tylko Bóg wie. Jedno jest pewne: po życiu pełnym zawirowań i zmagań, obaj bracia stanęli przed Tym, którego oboje kochali i który zbawił ich swoją łaską i poprowadził do wyznaczonego celu.

Czy duchy „zielonoświątkowe” ujawniają się?

Tak zwane samoujawnienie się duchów „zielonoświątkowców” odgrywa znaczącą rolę w debacie na temat postrzegania ruchu zielonoświątkowego. Obie strony sporu pisały na ten temat obszernie. Temat ten tak bardzo absorbował kolejne pokolenia, że ​​odniesienia do tych wydarzeń są nadal powszechne we współczesnej literaturze duchowej.

Co się stało później?

Pewien brat Hermann Knippel z Duisburga uczestniczył w spotkaniu „mówców języków” w Amsterdamie, po którym w jego własnym zgromadzeniu pojawiło się „mówienie językami”. Sam Knippel został „ochrzczony w Duchu i moc zstąpiła na niego, i upadł na ziemię”.

Jednak po licznych obserwacjach nabiera sceptycyzmu i postanawia wystawić ducha mówiącego „językami”. Podczas tych prób pyta duchy o ich wyznanie i otrzymuje następujące odpowiedzi: „Niech Jezus Chrystus będzie przeklęty!”, „Oddajcie mi cześć!”, „Jestem od Boga! Nie zdradzajcie mnie!”, „Przyszedłem, by się wsławić, zwieść wielu i wciągnąć wielu do piekła!”, „Uwolniłem się od Boga-diabła-diabła; zniszczę cię, zabiję cię, jeśli mnie zdradzisz”.

Knippel odrzucił ruch „mówienia językami” i w 1909 r. został jednym z sygnatariuszy „Deklaracji Berlińskiej”.

Inny brat, nie znajdując żadnych duchowych owoców u „daru Ducha”, podszedł do niego i powiedział: „W imię Jezusa Chrystusa pytam cię: »Skąd przyszedłeś?«. Duch odpowiedział: »Z piekła«. »Więc przyszedłeś z piekła i udajesz Ducha Świętego? W imię Jezusa Chrystusa nakazuję ci wyjść«”. Duch wyszedł, a wraz z nim „dar duchowy”.

Pastor I. Urban z Hausdorfu przebywał w Brig, gdzie twierdził, że doznał cudownego uzdrowienia, i od tego czasu mocno przyłączył się do ruchu zielonoświątkowego. Jednak w Blankenburgu doszedł do trzeźwiącego wniosku. Podczas konferencji, w porozumieniu z kierownictwem konferencji, kaznodzieja Edel zorganizował w swoim mieszkaniu test duchowy. Uczestniczyli w nim żona Edela, Kravilitzky, Regeli i Urban. Pytania i odpowiedzi z tego testu zostały przepisane przez pastora Urbana, który później opublikował je w swoim traktacie „O współczesnym ruchu zielonoświątkowym: Ostrzeżenie oparte na osobistych doświadczeniach”.

Ci, którzy posiadali dar mówienia „językami”, zawarli między sobą porozumienie i prosili Boga, aby nie pozwolił duchom, jeśli nie pochodzą od Boga, wyznać Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela, który przyszedł w ciele, zgodnie z 1 Listem Jana 4:2. Następnie wezwali prorokinię Dorę Lenk, przez którą duch, którego chcieli wystawić na próbę i zakwestionować, miał przemówić. - „Pierwsze i najważniejsze pytanie brzmiało: »Ty, duchu żyjący w Dorze Lenk, co wyznajesz o naszym najchwalebniejszym Panu? Kim jest ten człowiek?«. Ale przez cały wieczór duch nie wyznawał Chrystusa. Mówił o wszystkim: o zmartwychwstaniu, chwale, drugim przyjściu, wylaniu Ducha Świętego, ale Bóg w swojej wierności nie pozwolił mu wyznać, jak powiedziano w 1 Liście Jana 4:2, o tym jestem głęboko przekonany. Następnego dnia duch chciał nas zwieść, pojawiając się pod imieniem samego Chrystusa i mówiąc: »Ja jestem Jezus, Pan, Syn Boży, i stałem się człowiekiem i ciałem dla was. Dla was cierpiałem i umarłem. Czy to wam nie wystarczy?«. Ale te słowa nie były biblijnym wyznaniem Jezusa przez Ducha Bożego, ale oszustwem, jakby sam ten duch był Chrystusem”.

Pastor Urban rozpoznał wpływ obcego ducha po głosie ducha i sprzecznościach w jego przesłaniach. Urban podsumował: „Jeśli bracia i siostry krytycznie nastawieni do ruchu zielonoświątkowego są nazywani 'lisami, wilkami, jadowitymi wężami' i wrogami, to jest to głos obcego, a nie Dobrego Pasterza. Czy Jezus naprawdę nazwałby wrogami swoje dzieci, które Go prawdziwie kochają?”. Odnośnie tych, którzy zajmują negatywne stanowisko w tej sprawie, „duch” mówi, że ich sumienie jest jak ropiejący wrzód, który pęknie z wielkiego bólu; o jednym bracie, powiedział, tarzałby się po ziemi z bólu, a o dzieciach Bożych zgromadzonych w Blankenburgu, że są biedne i zaślepione…”

Odnośnie brata, który miał „tarzać się po ziemi z bólu”, I. Urban relacjonuje: „Ten brat sam opowiedział mi, jak doszło do tego, że duch zielonoświątkowy mu się sprzeciwił. Brat był z pastorem Paulem i położył na niego ręce bez jego zgody. Szczęka brata nagle zaczęła się poruszać i zaczął krzyczeć dźwiękami jakiegoś języka. Brat się przestraszył i modlił się do Boga, aby uwolnił go od tego horroru, i natychmiast został uwolniony. Ale zaraz potem „duch zielonoświątkowy” oznajmił, że brat będzie tarzał się po ziemi z bólu jako kara za odrzucenie daru mówienia „językami”. Po tym brat na krótko zachorował, więc zaczęto mówić o spełnieniu proroctwa „ducha”. Brat jednak wkrótce wyzdrowiał i, jak poprzednio, zaczął wyznawać Słowo w radosnym stanie ducha”.

Pojawienie się poważnych różnic zdań wśród przeciwników ruchu zielonoświątkowego zostało zapoczątkowane traktatem E.F. Stretera „Samoobjawienie duchów zielonoświątkowych”, opublikowanym w 1912 roku i wznowionym pół wieku później. Traktat ten jest zapisem wypowiedzi opętanej siostry, „uważanej za mądrą kobietę, która przez wiele lat trudziła się dla Królestwa Bożego”.

Publikacja tego manuskryptu była niczym eksplozja bomby. Jednak nawet przyjaciele autora byli bardzo krytyczni wobec broszury. I tak na przykład dyrektor T. Haarbeck, przewodniczący Stowarzyszenia Gnadau, odpowiedział na list kaznodziei Edela: „Drogi bracie Edlu! ... Oczywiście nie zgadzam się z bratem Seitzem. On o tym wie. Nie sądzę, by jego wpływ był tak wielki, jak nam się wydaje. A to, co się rozgłasza na temat objawień w Teichwolframdorfie, o ile rozumiem, wywołuje więcej nieporozumień niż aprobaty. Energicznymi staraniami zadbałem o to, by ten traktat, który zezwolił na druk w formie rękopisu, nie dotarł do opinii publicznej. Gdyby tak się stało, musiałbym się temu sprzeciwić. Ale myślę, że lepiej byłoby, gdyby cała ta sprawa na tym się zakończyła. Nie mógłbym wziąć na siebie odpowiedzialności i wrzucić teraz między nas nowej kości niezgody. Jeśli to często powtarzane proroctwo o końcu egzorcyzmów i spełnieniu się ruchu zielonoświątkowego, to sprawa jest skończona. To, co nas dzieli, należy do sfery wiedzy, która sama w sobie jest „Oni Są tylko częścią całości. W niebie nie będą już sprawiać nam trudności. Z serdecznymi pozdrowieniami, T. Haarbeck.

Jeżeli po upływie prawie 80 lat można właściwie ocenić ówczesne wydarzenia, to trzeba wziąć pod uwagę, że bracia z Teichwolframdorfu, przy całej swojej miłości i oddaniu Jezusowi Chrystusowi, sami w pewnym stopniu podlegali wpływowi fałszywych nauk.

I. Seitz pozostawał pod silnym wpływem „demonologii” I.K. Blumhardta, którego nazywał „postacią cudowną”, pomimo jego nauczania o powszechnym pojednaniu. Sam Seitz otrzymał swego rodzaju „chrzest w Duchu” i był przekonany, że znaki i cuda apostolskie mogą się zdarzać również dzisiaj. Dlatego pytanie B. Petersa, postawione w jego książce „Demonic Bondage – Biblical Liberation”, jest w pełni uzasadnione: „A właściwie, po jakich znakach Seitz mógł rozpoznać, że jego chrzest w Duchu pochodzi od Pana, podczas gdy chrzest w Duchu w okresie zielonoświątkowym pochodzi od diabła?”.

Profesor Streter znany był jako zwolennik powszechnego pojednania, podczas gdy O. Stockmayer głosił błędną, niezdrową doktrynę uświęcenia i pochwycenia tylko jednego, wybranego Kościoła.

Dla mnie osobiście pozostaje otwarte pytanie, jak daleko diabeł, ojciec kłamstwa, może zwodzić wierzących, jeśli wierzą w rzekome samodemaskacje duchów demonicznych lub wyciągają z nich jakiekolwiek wnioski. Kiedy kobieta opętana przez ducha wieszczego (Dz 16,16-18) rzeczywiście powiedziała prawdę o Pawle i Sylasie: „Ci ludzie są sługami Boga Najwyższego i głoszą drogę zbawienia”, Paweł odmówił wykorzystania tej taniej propagandy dla własnych celów, lecz „oburzony” wypędził ducha. Obawiam się, ale moim zdaniem wszystkie te „samodemaskacje” należy oceniać nie inaczej niż wiele tak zwanych „proroctw” głoszonych w pierwszej osobie w obozie zielonoświątkowym.

A. Essen, który sam częściowo doświadczył takich zjawisk, przedstawia ich trzeźwy i dokładny opis. Pisze: „Nie chcę być źle zrozumiany, ale jestem głęboko przekonany, że szatan jest aktywnie zaangażowany w ruch języków i nie będę kwestionował różnych przypadków opętania, które miały miejsce w związku z tym ruchem, mającym tak silny wpływ na układ nerwowy. Nie można jednak twierdzić, wręcz przeciwnie, należy odrzucić pogląd, że wszystko w tym ruchu jest szatańskie i demoniczne, lub że przywódcy tego ruchu, tacy jak Paweł, Regeli, Edel, a także wszyscy ich „prorocy” mówiący „językami”, są opętani przez demony. Takiego rozumowania nie da się utrzymać. Nie może ono konkurować z tym, co Pismo Święte mówi o opętaniu przez demony. Co więcej, sam rozwój ruchu języków, zwłaszcza jego umiarkowanego skrzydła pod przewodnictwem Pawła, a wreszcie to, co wiemy o śmierci głównych przywódców ruchu, Regeli i Pawła – wszystko to obala takie uprzedzenia”.

Należy również uwzględnić opinię T. Haarbecka: „Waham się, czy zgodzić się z takim wyjaśnieniem, że wszystko w ruchu „mówienia językami” jest satanistyczne i demoniczne, ponieważ istnieją inne wyjaśnienia. Owszem, ale prawdą jest, że ruch ten poddaje się – nie powiem kategorycznie, ale z kilkoma wyjątkami – psychologicznemu i fizjologicznemu (naturalnemu) wyjaśnieniu, a mianowicie dominacji podświadomości, sugestii (sugestii) i autosugestii (autohipnozie). Jednocześnie nie da się zaprzeczyć, że diabeł i demony również mają w tym swój udział. Wszakże oszustwo jest wrodzonym elementem diabła. W każdym razie stan hipnozy czyni człowieka podatnym na wpływy demoniczne”.

Rozdział o samoobjawieniu się duchów „zielonoświątkowych” lepiej byłoby pominąć w wydaniu rosyjskim. Ponieważ wielu wierzących zna doniesienia o „samoobjawieniu się”, włączyliśmy ten fragment, choć nieco skrócony. Nawet sami przywódcy ruchu zielonoświątkowego przyznali, że „mówienie językami” może być również przejawem działania sił demonicznych.

W szczególności podali następującą definicję: „Mówienie językami… może występować w przypadkach chorób psychicznych, a także pod wpływem demonów”. (Zobacz rozdział „1908 – Pierwsza Konferencja na temat „Mówienia językami”). Niemniej jednak chcielibyśmy zwrócić uwagę na fakt, że praktyka eksponowania, stosowana przez autorów tych orędzi, nie jest w książce aprobowana. „…wtedy w Teichwolfrandorfie bracia, z całą swoją miłością i oddaniem Jezusowi Chrystusowi, sami byli w pewnym stopniu poddani wpływowi fałszywych nauk”. Wpływ „demonologii” – doktryny o demonach – jest zauważalny w tej praktyce. Szanując Boże Objawienie dane nam w Biblii, nie powinniśmy „myśleć ponad to, co jest napisane” (1 Kor 4,6). Dotyczy to nie tylko eksponowania demonów, ale także ich wypędzania, uzdrawiania z chorób, gdy wierzący posługują się niebiblijną wiedzą i praktykami. Nie wątpimy w szczerość braci, którzy zgłaszają przypadki samoobjawienia się duchów; spisali to, co widzieli i słyszeli. Najwyraźniej mieli do czynienia zarówno z osobami chorymi psychicznie, jak i opętanymi. Zeznań obu nie można uznać za prawdziwe, zwłaszcza gdy wypowiada je osoba opętana. Niezależnie od tego, czy mówi prawdę, czy kłamie, zawsze jest duchem kłamstwa.

Należy zgodzić się z cytowanym w tym rozdziale stwierdzeniem A. Essena: „Nie będę kwestionował różnych przypadków opętania, które miały miejsce w związku z tym ruchem, ze zjawiskami tak silnie oddziałującymi na układ nerwowy. Nie można jednak twierdzić, a wręcz przeciwnie, należy je odrzucić, że wszystko w tym ruchu jest szatańskie, demoniczne… Takie rozumienie jest nie do utrzymania. Nie może ono konfrontować się z tym, co Pismo Święte mówi o opętaniu”. W tym kontekście należy zwrócić uwagę na uprzedzenie, gdy odrzucenie „mówienia językami” jako działania Ducha Świętego jest kwalifikowane jako bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu. Wielu wierzących wpada w panikę z tego powodu. Równie przerażające jest jednak nazywanie „mówienia językami” działaniem Ducha Świętego, ponieważ zdarzają się przypadki, gdy osoba opętana mówi „językami”.

Deklaracja Berlińska z perspektywy wielopokoleniowej

Jeśli przeciwnicy ruchu zielonoświątkowego często posuwali się za daleko, przedstawiając go wyłącznie w czarno-białych barwach, to jego zwolennicy wykazali się równie małą trzeźwością i rzeczowym podejściem w ocenie Deklaracji Berlińskiej i jej konsekwencji.

E. Edel: „Wraz z tym błędnym werdyktem berlińskim bramy owczarni Jezusa otworzyły się szeroko w całym kraju przed niszczycielem dusz. Wynikający z tego schizm podzielił braci, którzy przez dziesięciolecia byli związani miłością Boga”. Wieczność pokaże, że wszystkie błędy ruchu zielonoświątkowego nie wyrządziły tak wielkiej szkody, jak ta świadoma ludzka deklaracja.

E. Giese: „Deklaracja Berlińska, niczym eksplodujący pocisk, miała niszczycielski wpływ nie tylko na Gnadau, ale na cały świat chrześcijański”.

I. Tsopfi: „Kiedy opowiadamy młodzieży o Deklaracji Berlińskiej, w odpowiedzi słyszymy jedynie sceptyczny śmiech”.

V. Margis: „Wierzymy, że siedemdziesięcioletnia niewola duchowa, która spadła na chrześcijan w tym kraju od czasu Deklaracji Berlińskiej z 1909 roku, dobiegła końca i że wielu duchowych przywódców ludu Bożego wyłoni się ku nowym horyzontom duchowym”.

Z. Frisch: „Deklaracja Berlińska” oznacza kolejną, głęboką inwazję wroga ludzkości na nasz kraj: zaprzeczenie Duchowi Świętemu. Niemcy zostały pozbawione znacznej części swojej duchowej ochrony. Dlatego katastrofa XX wieku była nieunikniona. W sensie duchowym, czyli z biblijnej perspektywy, „Deklaracja” jest pierwszym aktem przejęcia władzy. Ludzie, przede wszystkim ewangeliczni chrześcijanie, ponownie padną ofiarą poprzedniego grzechu niewiary. W sporze z Duchem Świętym zły zrzuca maskę i kładzie swoje atuty na stole. Kapłani i prorocy Pana stają się ofiarami własnych złudzeń dotyczących Ducha, marionetkami niewiary i kłamstw. Kto więc jest teraz inspirowany z dołu? Wróg od wielu lat wytrwale i umiejętnie pracuje nad swoim siewem. Najważniejszym krokiem przygotowawczym była „Deklaracja Berlińska”… Ponieważ Duch Święty został odrzucony jednym pociągnięciem pióra, Ten, który przybył we własnym imieniu, został w Niemczech mile widziany. Zamiast krzyczeć „Heil Jesus!”, zaczęli krzyczeć „Heil Hitler…”.

R. Bonnke: „Deklaracja Berlińska jest dla mnie bez znaczenia. Nigdy mnie nie interesowała. Nie jest dla nas ciężarem i nie jest błogosławieństwem dla mieszkańców Gnadau. Jaki w ogóle ma sens?... Niech Bóg będzie z nami! Zatem dla mnie Deklaracja Berlińska to tylko skrawek papieru”.

Pan Byali: „A potem wyleję Ducha mojego na wszelkie ciało…”. Jasna obietnica Boga rozbrzmiewa, z mocą spełniona w wielu krajach na początku tego stulecia. Jednak w sercach wielu w Kościele zrodziły się wątpliwości i niewiara. Tak jak dziesięciu szpiegów niegdyś rozsiewało złe plotki i namawiało chrześcijan do milczenia, a raczej do zagłuszania głosu Boga, tak w 1909 roku ewangeliccy teologowie i kaznodzieje z Niemiec zebrali się w Berlinie i opracowali dokument, w którym to nowe dzieło Ducha zostało określone jako działanie ducha „z dołu”. Ostrzegali przed jakimkolwiek związkiem z ruchem i jego zwolennikami, a tym bardziej przed naśladowaniem ich, często grożąc nawet ekskomuniką, i podpisali ten zgubny dokument, który miał charakter dyrektywny…

D. Wimber: „Tutaj, na początku stulecia, wydano deklarację, która była wyraźnie antyzielonoświątkowa i antycharyzmatyczna. Sugeruje to, że wiele z tego, co spotkało Niemcy w kolejnych latach, jest związane z tym wyraźnym odrzuceniem ruchu zielonoświątkowego”.

Lauren Cunningham: „Pewnego dnia zapytałam Boga: »Boże, czułam się jak w domu w Niemczech, wśród tych cudownych, bogobojnych ludzi, i kocham naród niemiecki. Niektórzy z moich najlepszych przyjaciół to Niemcy. Jak ten kraj mógł wywołać dwie wojny światowe w ciągu 25 lat? Jak mała grupa ludzi mogła przejąć władzę?«. A On odpowiedział: »Ponieważ Moje Ciało było podzielone. Nie mieli siły się modlić. Słyszałam, jak ktoś powiedział, że jedna strona przeklęła drugą. Niesprawiedliwa klątwa nic nie zdziała… To nie klątwa, to podział…«. I Bóg pobudził mnie do wstawiennictwa za zjednoczeniem Kościoła w Niemczech. I powiedział: »Wtedy naród znów będzie zjednoczony«. Wierzę, że Niemcy znów będą zjednoczone, bo to jeden naród”.

Czy 70-letnia „niewola babilońska” istniała?

Z powyższych różnych punktów widzenia na temat „Deklaracji Berlińskiej” wynika, że ​​wielu braci uważa tę deklarację za powód, dla którego:

- fala przebudzenia rzekomo ominęła Niemcy; - obie wojny światowe rozpoczęły się w Niemczech; - Niemcy zostały podzielone.

To nieco naiwne rozumienie świadczy o powierzchownym pojmowaniu suwerenności Ducha Świętego. Ducha Świętego nie można zaprosić ani wypędzić deklaracjami. Staje się również jasne, że po raz kolejny znaleziono kozła ofiarnego, zamiast najpierw szukać przyczyn w sobie. W każdym razie faktem pozostaje, że w „Trzeciej Rzeszy” zbory zielonoświątkowe, a nawet niektóre wolne zbory zielonoświątkowe, przyjęły to i również krzyczały „Heil Hitler!”.

K.V. Mütschele, jeden z przywódców zborów zielonoświątkowych w Saksonii, przemawiając w 1940 roku o perspektywach na nadchodzący rok, wyraził życzenie, które odpowiadało stanowisku wielu zielonoświątkowców tamtego czasu: „Oby przyniósł on erę pokoju naszemu ukochanemu narodowi, pod przewodnictwem naszego ukochanego Führera Adolfa Hitlera, i wszystkim narodom. Oby Panu udało się również obdarzyć dzieci Boże, poprzez swoje Słowo i Ducha, jasną wizją niezbędnej praktycznej jedności Ciała Chrystusa, którego On jest jedyną Głową”.

Zbory zielonoświątkowe poddały się nadzorowi Gestapo. Prowadzono negocjacje w celu nawiązania kontaktów z metodistami i baptystami, którzy podobnie dostosowali się do systemu. Negocjacje te jednak nie przyniosły żadnych konkretnych rezultatów.

To haniebne, że – o ile wiem – pozostałe wolne kościoły wciąż nie wyraziły publicznie skruchy i nie upokorzyły się za swój oportunizm w czasach III Rzeszy. W swojej książce „50 lat ruchu zielonoświątkowego” autor odrzuca ten mroczny okres kilkoma dość ogólnikowymi sformułowaniami: „Wiemy, że wszystko to jest przyćmione głęboką tragedią niemieckiej historii, której omawianie nie jest moim zadaniem”. Nie boi się jednak twierdzić, że w tamtym czasie istniała duchowo słuszna orientacja.

Stowarzyszenie Gnadau, pod przewodnictwem ówczesnego przewodniczącego, V. Michaelisa, wręcz przeciwnie, jednoznacznie sprzeciwiało się oportunizmowi „niemieckich chrześcijan” po stronie „Kościoła Wyznaniowego” i było gotowe znosić za to szykany i oszczerstwa jako „wrogowie państwa”. Bracia tacy jak P. Humburg, Wilhelm i Johann Busch, L. Kuhlmann, G. Dannenbaum i wielu innych ryzykowali życie w obronie swoich przekonań w czasie, gdy zbory zielonoświątkowe i wolne, z nielicznymi wyjątkami, stawały po stronie innych, by ratować własną skórę, obierając linię najmniejszego oporu.

W obliczu tych faktów historycznych wydaje się wręcz kpiące, gdy czołowi bracia z ruchu zielonoświątkowego i charyzmatycznego obarczają Deklarację Berlińską, a tym samym Stowarzyszenie Gnadau, winą za wybuch dwóch wojen światowych i niewłaściwe zachowanie chrześcijan w „Trzeciej Rzeszy”.

W 1952 roku, pozornie nie przejmując się własną porażką, z Kanady rozeszło się „proroctwo” skierowane do Stowarzyszenia Gnadausa: „Powiedzcie waszym braciom, że to odnosi się do Edyktu Berlińskiego”. Przywódcy, którzy go ułożyli i napisali, wzbudzili we Mnie wielkie oburzenie i tym samym sprowadzili klątwę na swój kraj, ponieważ błędnie ocenili Moje działanie i nakazali, co powinien uczynić Mój Duch. Bracia muszą zebrać się w jednym ciele i uświadomić sobie, jak Daniel: „My i nasi ojcowie zgrzeszyliśmy i byliśmy twardzi. Uznajemy i wyrzekamy się wszystkiego, co niesprawiedliwie uczyniliśmy Twojemu ludowi, ponieważ postawiliśmy barierę dla Twojego łaskawego nawiedzenia i w ten sposób zgasiliśmy ogień odrodzenia. „Błagamy Cię, zmiłuj się nad nami ponownie według Twojego miłosierdzia i odpuść nam nasze winy!” (por. Dn 9). Ci, którzy podpiszą to wyznanie, muszą je opublikować w taki sam sposób, w jaki opublikowano tamtą nikczemną deklarację. W przeciwnym razie odrodzenie w całym kraju rozpocznie się dopiero w piątym pokoleniu. Ale wiem, kogo muszę pociągnąć do odpowiedzialności za wyrządzoną krzywdę.

W 1979 roku, 70 lat po opublikowaniu Deklaracji Berlińskiej, Międzynarodowa Misja Romska opublikowała traktat, który wyraźnie nawiązywał do 70-letniej niewoli babilońskiej: „Świat doświadczył już dramatycznej sytuacji, gdy w krajach niemieckojęzycznych rozgorzała „wojna wiary” przeciwko rzekomemu duchowi fanatyzmu – koncepcji, której Biblia nie zawiera. Przebudzenie świata w tamtym czasie było wszędzie wielkim błogosławieństwem i tylko w kraju reformacji zrozumiano to lepiej. „To duch z dołu” – rozbrzmiewało zewsząd. Ponieważ łaska Boża została zaniedbana, a Duch Święty został napiętnowany jako duch „z dołu”, nastąpiło szczególnego rodzaju „przebudzenie”. Jego hasło brzmiało: „Niemcy, obudźcie się!”. W sercach „niemieckich chrześcijan” i wielu członków Ruchu na rzecz Komunii zagościł diaboliczny nacjonalizm… Z powyższego wynika prawdopodobnie, że dla wielu czytelników stało się już jasne, dlaczego właśnie w krajach niemieckojęzycznych „Grzech i bezprawie tak bardzo się nasiliły. Powtarzające się bluźnierstwa przeciwko Duchowi Świętemu z ust ludzi, którzy naprawdę „znali Biblię”, stały się ostatnio jedną z przyczyn brutalnych zbrodni popełnianych na Żydach, Romach i innych narodach… W Księdze Proroka Daniela czytamy, jak po siedemdziesięciu latach niewoli babilońskiej pokłonił się Panu w poście i modlitwie… Minęło siedemdziesiąt lat od katastrofalnej „Deklaracji Berlińskiej” z 1909 roku. Dlatego właśnie teraz Bóg szuka w Niemczech i Europie mężczyzn i kobiet, którzy, tak jak niegdyś Daniel, staną w wyłomie dla ludzi”.

Deklaracja Wielkanocna Berlińska

W 1979 r. w Berlinie opracowano i rozpowszechniono de facto „kontrdeklarację”. Tło tego wydarzenia zostało przytoczone w jednym z kazań wygłoszonych w 1978 roku przez Volkharda Spitzera, ówczesnego szefa Berlińskiego Centrum Chrześcijańskiego (BCC): „...Ostatnio otrzymałem wiadomość, orędzie w językach z interpretacją: «Twoja 70-letnia niewola w Niemczech zakończy się w przyszłym roku...». Wtedy nagle uświadomiłem sobie, że w 1909 roku w Niemczech podpisano deklarację, w której stwierdzono, że dzieło Ducha Świętego nie jest dziełem Ducha Świętego... I tak, gdy byłem w ciszy samotności, Pan powiedział do mnie: «W tym kraju, w Niemczech, w mieście, w którym podpisano tę deklarację, zwołasz kongres, który zgromadzi na tydzień ludzi ze wszystkich narodów: ludzi Boga, którzy są prawdziwie pod przewodnictwem Ducha Świętego. Rezultatem kongresu powinno być zgromadzenie tych ludzi Boga ze wszystkich narodów – katolików, luteran, metodystów, baptystów, zielonoświątkowców, mennonitów, prezbiterian — Razem i przyjąć nową deklarację, w której czytamy: „Duchu Święty, kłaniamy się Tobie w pokorze i prosimy Cię o wybaczenie za niedostateczne zrozumienie i miłość do naszych braci, gdyż mieliśmy błędne zrozumienie”. Deklaracja ta powinna mówić o duchu pojednania, miłości, uznania i zgody. I dalej: „Duchu Święty, dajemy Ci pole do działania! Wróć do Niemiec, odwiedź nasz naród, Europę i cały świat…”

Tak więc w Wielkanoc 1979 roku w Berlinie odbył się Pierwszy Kongres Charyzmatyczny, na którym F. Spitzer odczytał „Berlińską Deklarację Wielkanocną”, podpisaną przez 1200 uczestników – przedstawicieli 12 narodów. Deklaracja Wielkanocna w 1979 roku zakończyła „niewolę babilońską”, rzekomo zapoczątkowaną Deklaracją Berlińską z 1909 roku.

Wnioski

Jak możemy ocenić „pierwszą falę Ducha Świętego” z punktu widzenia współczesności?

Jeśli przeanalizujesz doktryny, kazania i książki obu stron sporu, dojdziesz do wniosku, że mają one wiele wspólnego.

Zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy pentekostalizmu uważają Biblię za księgę natchnioną przez Boga, jedyną posiadającą nieskazitelny autorytet.

Wydaje się jednak, że zielonoświątkowcy, mniej zakorzenieni w teologii naukowej, jednoznacznie uznają werbalną inspirację Biblii, podczas gdy wielu teologów ze Stowarzyszenia Gnadausky'ego ją odrzuca. Świadczy o tym „kontrowersja wokół inspiracji” wokół dr. Lepsiusa.

Obecnie ruch zielonoświątkowy w krajach niemieckojęzycznych jednoznacznie deklaruje swoje przywiązanie do fundamentalistycznego rozumienia natchnienia Biblii, podczas gdy Stowarzyszenie Gnadaus i pokrewne kręgi chrześcijańskie są w tej kwestii podzielone. Ci, którzy akceptują natchnienie werbalne, stanowią wśród nich mniejszość.

W kwestii usprawiedliwienia i uświęcenia obie strony mają bardzo odmienne poglądy. Co prawda, obie głoszą doktrynę o konieczności odrodzenia poprzez osobiste nawrócenie.

W kwestii chrztu również istnieje rozbieżność między obiema stronami. Chrzest niemowląt był praktykowany zarówno wśród zielonoświątkowców (Mülheim), jak i wśród wolnych grup zielonoświątkowych, które uznawały chrzest przez wiarę za prawdziwy. Podobnie było wśród przeciwników zielonoświątkowców: większość wolnych kościołów praktykowała chrzest przez wiarę, podczas gdy zbory Stowarzyszenia Gnadaus kontynuowały chrzest niemowląt. Obecnie zbory Stowarzyszenia Mülheim, a zwłaszcza niektóre zbory Stowarzyszenia Gnadaus, są coraz bardziej otwarte na chrzest przez wiarę.

W przeszłości nie było istotnych sprzeczności w kwestiach związanych z Duchem Świętym i Jego darami. Obie strony głosiły chrzest w Duchu Świętym i były otwarte na biblijne mówienie językami. Nawet w kwestii uzdrowienia, strona Gnadau (Schrenk, Seitz, Stockmayer i inni) nie odbiegała zbytnio od zielonoświątkowców. Dlatego w 1909 roku przeciwnicy zielonoświątkowców oświadczyli: „Wierzymy, że wszystkie dary Ducha Świętego wymienione w 1 Liście do Koryntian 12-14 należą do Kościoła i powinny być przedmiotem jego dążeń”.

Dopiero w 1910 roku, po decydującym przemówieniu I. Schrenka na konferencji w Gnadau, bracia zaczęli stopniowo uwalniać się od ukochanych nauk, których bronili przez lata. Schrenk przedstawił na tej konferencji następujące tezy:

1. Dzieci Boże nie oczekują Pięćdziesiątnicy.

2. My, jako dzieci Boże, posiadamy dary Ducha Świętego. Zdajemy sobie jednak sprawę, że nie posiadamy ich w pełni, jaką posiadali apostołowie.

3. Uważamy, że mówienie językami i uzdrawianie chorych są zjawiskami zgodnymi z Biblią.

4. Przyczyny naszego zubożenia moralnego: a) myśli cielesne; b) infantylny stan Kościoła; c) zamęt w doktrynie spowodowany schizmą Kościoła.

5. Nasze bezpośrednie zadania: a) pokuta; b) praca nad rozwijaniem zdrowej doktryny; c) właściwa postawa wobec Pana; d) właściwa postawa wobec ciała Chrystusa.

6. Niezwykła gorliwość w modlitwie.

7. Pragnienie służenia wszystkim przyczynia się do większego wyposażenia duchowego.

Z tez Schrenka jasno wynika, że ​​główny spór z zielonoświątkowcami dotyczy jedynie pierwszego punktu: kwestii nowej Pięćdziesiątnicy. Podczas gdy zielonoświątkowcy do dziś rozpamiętują obietnicę Joela, bracia, którzy podpisali „Deklarację Berlińską”, oświadczyli: „Nie oczekujemy nowej Pięćdziesiątnicy. Oczekujemy przyjścia Pana”.

Ocena początków ruchu zielonoświątkowego była i pozostaje jednoznaczna: „Tak zwany ruch zielonoświątkowy nie pochodzi z góry, lecz z dołu”.

Zaskakujące i godne naśladowania jest to, że pomimo zaciętych starć obie strony okazują sobie wzajemną miłość i szacunek. Na przykład V. Michaelis, wieloletni przewodniczący Stowarzyszenia Gnadauskiego, pisze w swoich wspomnieniach o pastorze Paulu, którego ostro krytykował po 1907 roku za powiązania z ruchem zielonoświątkowym:

Zatem z jednej strony bardzo łatwo jest skończyć z pastorem Pawłem na poziomie dogmatycznym i psychologicznym. Z drugiej strony muszę powiedzieć, że gdyby krytycy teologiczni, którzy być może teraz uśmiechają się do niego tylko protekcjonalnie, posiadali choć część jego żarliwego zapału (którego nie nazwałbym fanatyzmem) w kwestii zbawienia ludzi, to prawdopodobnie w wielu wspólnotach kościelnych sytuacja wyglądałaby inaczej.

Ruch komunijny nie może zrzucić z siebie części winy za powstanie i perwersyjny rozwój ruchu zielonoświątkowego, który jest w istocie jego pomysłem. I. Schrenk był tego w pełni świadomy, wyznając w 1910 roku w Gnadau: „Przez niewybaczalny okres milczeliśmy na temat pewnych błędów. To oczywisty grzech… To nie była miłość, lecz tchórzostwo”.

Ruch zielonoświątkowy, kierując się wówczas bardziej doświadczeniem niż nauką biblijną, popadł w poważne błędy i niebiblijne praktyki. Choć wielokrotnie i otwarcie przyznawał się do pewnych nieprawidłowości i zniekształceń w swoim rozwoju, nie był jednak gotowy do zdecydowanego i jednoznacznego potępienia jego „szczególnych nauk”.

Kręgi chrześcijańskie (mam na myśli poszczególne wolne kościoły, zwłaszcza „Ruch Braci”), jedynie w niewielkim stopniu dotknięte kontrowersjami i wciąż zdolne wówczas do wspierania obu stron z jednej strony doskonałą i poprawną interpretacją Pisma Świętego, a z drugiej biblijnym zrozumieniem darów duchowych, z nielicznymi wyjątkami, pozostawały w niewiedzy. W każdym razie stały obojętnie, na uboczu bitew.

Chociaż historyczne pisma Fleischa, Langego i innych często wspominają o „wpływie darby'ego” na Ruch Komunijny, w tamtych decydujących latach taki wpływ mógł pochodzić jedynie od G. von Viebana, który najpierw zaraził się niebiblijnymi naukami o uświęceniu, a następnie zaczął zajmować coraz bardziej zdecydowane stanowisko.

Dziś, 80 lat po Deklaracji Berlińskiej, wzajemne oskarżenia są nieuzasadnione. Bardziej potrzebna jest głęboka skrucha obu stron za własne niedociągnięcia, które przyczyniły się do błędnego zrozumienia drugiej strony, a także dogłębne, bezstronne studium Słowa Bożego dotyczącego natury i działania Ducha Świętego oraz innych fundamentalnych prawd Nowego Testamentu.

2. Drugą falą jest ruch charyzmatyczny

Dyskusje z ruchem zielonoświątkowym na jakiś czas ustały po II wojnie światowej. Nadal odbywały się lokalne, niewielkie spotkania, a poszczególni wierni korespondowali, ale ogólnie rzecz biorąc, bracia i siostry ze wspólnot zielonoświątkowych byli całkowicie odizolowani i nie wywierali znaczącego wpływu na środowiska chrześcijańskie o odmiennych poglądach.

W ten sposób, w latach powojennych, chrześcijanie ewangeliczni pozostali wolni od wpływów zielonoświątkowych, z wyjątkiem działalności kilku ewangelistów uzdrawiających, takich jak T. Hicks, W. Branham i G. Zeiss. W latach 60. XX wieku, wraz z rozwojem ruchu charyzmatycznego, sytuacja uległa radykalnej zmianie. Ruch ten początkowo wprowadził stare aspiracje zielonoświątkowe do wszystkich popularnych i wolnych zgromadzeń. Celem ruchu charyzmatycznego nie jest dzielenie chrześcijan, lecz wpajanie nauk i praktyk charyzmatycznych we wszystkie kręgi chrześcijańskie. Dlatego ruch charyzmatyczny postrzega siebie jako „zaczyn Kościoła”.

Tło

Postacią, która utorowała drogę ruchowi charyzmatycznemu, był kaznodzieja zielonoświątkowy David de Plessis (1905–1986), znany jako „Pan Pentecost”.

W 1936 roku w Johannesburgu de Plessis spotkał znanego kaznodzieję uzdrowień, Wigleswortha, który położył mu ręce na ramionach, przycisnął go do ściany i powiedział: „Pan posłał mnie, abym przekazał ci to, co objawił mi dziś rano. W kościołach państwowych nadchodzi przebudzenie. Będzie ono o wiele potężniejsze niż wszystko, co wydarzyło się wcześniej… Później Pan powiedział mi, abym cię przed tym ostrzegł i że posłuży się tobą w tym ruchu. Odegrasz w nim ważną rolę”.

W 1948 roku, podczas pobytu w szpitalu, de Plessis rzekomo otrzymał boski rozkaz: „Nadszedł czas, aby spełniło się proroctwo przekazane ci przez Smitha Wigleswortha. Chcę, abyś udał się do odpowiedzialnych braci w kościołach”.

Rok później de Plessis otrzymał zlecenie zorganizowania Światowego Kongresu Wspólnot Zielonoświątkowych w Londynie. De Plessis związał się ze Światową Radą Kościołów (ekumeniczną) i został zaproszony na Światową Konferencję Międzynarodowej Rady Misji, która odbyła się w 1952 roku w Villingen w Niemczech. Na tej konferencji spotkał Visserta Hoofta, ówczesnego sekretarza Światowej Rady Kościołów, który zwierzył mu się, że „jego zdaniem zielonoświątkowcy, ze swoją pobożnością, stanowią siłę, która mogłaby wesprzeć Światową Radę Kościołów”.

W 1954 roku V. Hooft zaprosił de Plessisa do siedziby Konferencji Drugiego Zgromadzenia Ogólnego Światowej Rady Kościołów w Evanston w USA, aby przemawiał o Duchu Świętym „do każdego duchownego, biskupa, arcybiskupa czy kogokolwiek innego”. D. de Plessis przyjął zaproszenie i wygłosił do delegatów konferencji przemówienie na temat „Doświadczenia chrztu w Duchu Świętym przez Jezusa”.

W 1956 roku de Plessis został zaproszony do Connecticut w USA, aby wygłosić przemówienie przed liderami kościołów z całej Ameryki i opowiedzieć im o doświadczeniu i ruchu zielonoświątkowym.

W kolejnych latach de Plessis przy każdej okazji głosił o doświadczeniu zielonoświątkowym katolikom, prezbiterianom, episkopalianom i innym. Pod koniec lat 50. XX wieku otrzymał list od D. Bennetta, pastora episkopalnego. W liście pastor opisał trudności, jakie pojawiły się w jego zborze. De Plessis poradził mu: „Cokolwiek zrobisz, po prostu nie opuszczaj swojego kościoła. Możesz poprosić o inne zadanie, ale nie opuszczaj Kościoła Episkopalnego”.

Start

W 1959 roku Dennis Bennett, który uważał się za anglikanina o „anglokatolickim” światopoglądzie, z przerażeniem obserwował, jak niektórzy członkowie jego zgromadzenia otrzymują „chrzest w Duchu Świętym” i zaczynają „mówić językami”. Później jednak, porwany pozytywnym „promieniowaniem” emanującym od tych ludzi, on również zaczyna żarliwie pragnąć większej „bliskości z Bogiem” i ostatecznie pozwala tym „ochrzczonym w Duchu Świętym” nałożyć na siebie ręce. Oto, co nastąpiło: „Modliłem się na głos przez jakieś dwadzieścia minut… i miałem właśnie skończyć modlitwę, gdy nagle stało się coś dość dziwnego. Mój język się załamał, jak w łamańcu językowym, i zacząłem mówić w jakimś nowym języku… Dynamika nowego języka była całkowicie pod moją kontrolą: czy mówiłem, czy nie, czy mówiłem głośno, czy cicho, szybko, czy wolno, wysokim, czy niskim tonem. Jedyne, co działo się poza moją kontrolą, to dźwięki i słowa, które się wylewały…”

Kiedy następnego ranka próbował opowiedzieć żonie o swojej gehennie, usłyszał w odpowiedzi: „Kiedy wróciłaś do domu, spałem jak kamień, ale gdy tylko chwyciłaś za klamkę, poczułem się, jakby przeszył mnie silny prąd elektryczny. Nie potrafię tego inaczej nazwać. Przeszył cały dom i mnie obudził! Natychmiast zrozumiałem, co to znaczy i dowiedziałem się o wszystkim, przez co przeszłaś. Byłem tak zmęczony, że nie mogłem zasnąć, ale dowiedziałem się, co się stało!”.

W kolejnych tygodniach kilku członków jego zboru, uczestnicząc w różnych spotkaniach domowych lub prywatnych spotkaniach modlitewnych, doświadczyło „chrztu w Duchu Świętym”. Doszło również do kilku uzdrowień chorych. Jakiś czas później Bennett miał okazję przemawiać do grupy kaznodziejów zielonoświątkowych. Po jego wystąpieniu jeden z kaznodziejów poprosił o głos i powiedział: „Ojcze Bennett, bardzo chętnie powitamy Cię w naszym gronie. Zawsze będziesz mile widziany w naszych zborach. Rozumiemy jednak, że nie byłaby to dla Ciebie najlepsza decyzja. Powinieneś pozostać w swojej denominacji, aby i oni dowiedzieli się o chrzcie w Duchu Świętym. Bo będziesz wysłuchany tam, gdzie nas nie ma…”. Bennett przyjął te słowa jako „natchnienie od Boga”.

Narodziny ruchu charyzmatycznego datuje się na 3 kwietnia 1960 roku. Tej niedzieli Bennett, odkładając przygotowane kazanie, po raz pierwszy otwarcie opowiedział zgromadzonym o swoich przeżyciach. Wywołało to wielkie zamieszanie wśród zgromadzonych, co ostatecznie doprowadziło do usunięcia Bennetta ze stanowiska. W kolejnych tygodniach w lokalnych gazetach pojawiły się doniesienia, a w telewizji powstał program, w którym Bennett modlił się językami, co na własne oczy zobaczyło około miliona widzów. Program wywołał falę pytań i zaproszeń, a D. Bennett wkrótce stał się ojcem ruchu charyzmatycznego, który dzięki podróżom Bennetta zaczął się szybko rozprzestrzeniać.

1961. Pastor luterański Larry Christenson również doświadczył podobnego momentu charyzmatycznego narodzin w swojej parafii w San Pedro. Jednak w jego przypadku było to bardziej związane z teologią kościelną niż w przypadku Bennetta. Christenson i Bennett napisali kilka książek o swoich doświadczeniach, opublikowanych w języku niemieckim. W 1963 roku praca Christensona stała się decydująca dla wzmocnienia ruchu charyzmatycznego w Niemczech. Jak do tego doszło, dowiemy się poniżej.

1962. Michael Harper, anglikanin z Londynu, doświadczył podobnego doświadczenia charyzmatycznego w tym samym roku, po czym założył Fountain Trust, zgromadzenie, które później odegrało znaczącą rolę w szerzeniu ruchu charyzmatycznego w Anglii. W tym samym roku A. Bittlinger, luteranin, udał się do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie Światowej Unii Luterańskiej. Tam, głównie dzięki L. Christensonowi, zapoznał się z ruchem charyzmatycznym. Po powrocie przemawiał do zgromadzeń i grup nowo powstających wówczas ruchów w Niemczech o swoim doświadczeniu i głębokim wpływie, jaki na niego wywarło.

1963. Podczas gdy David de Plessis prowadził spotkanie dla pastorów z różnych kościołów na wakacjach, otrzymał wiadomość, że zbory zielonoświątkowe (Zbory Boże) wykluczyły go z powodu jego powiązań z ekumenizmem: „Decyzją komitetu wykonawczego, twoja przynależność do Zborów Bożych zostaje niniejszym odwołana”. Na Drugim Kongresie Charyzmatycznym w Berlinie w 1980 roku de Plessis wspominał: „Pan stworzył Światową Radę Kościołów, aby mogli się zebrać, a ja mogłem do nich przemawiać! Pilnie ich ewangelizowałem. Najwyraźniej to był powód, dla którego bracia mnie wykluczyli”.

W tym samym roku kaznodzieja zielonoświątkowy David Wilkerson, z pomocą J. Sherrilla, opublikował książkę „Krzyż i sztylet”. Książka stała się światowym bestsellerem, sprzedając się w ponad 12 milionach egzemplarzy i tłumacząc na 24 języki. Wilkerson opowiada w niej o swojej działalności ewangelizacyjnej wśród narkomanów, którą rozpoczął w 1958 roku. Sherrill zadbał o to, aby książka została uzupełniona o dwa dodatkowe rozdziały, opowiadające o doświadczeniach jednego nawróconego narkomana, w tym o „chrzcie w Duchu Świętym” i „mówieniu językami”. Wilkerson zeznał później, że książka sprzedawała się gorzej tylko w trzech krajach, w których dwa ostatnie rozdziały nie zostały przetłumaczone.

Niewątpliwie książka ta stała się katalizatorem pokuty dla wielu młodych ludzi, ale jednocześnie, dzięki dwóm ostatnim rozdziałom, utorowała drogę ruchowi charyzmatycznemu, zwłaszcza wśród czytelników katolickich. W sierpniu 1963 roku A. Bittlinger zaprosił ponad 80 czołowych przywódców duchowych na spotkanie w Enkenbach, gdzie zamierzał z nimi omówić temat „Działanie Ducha Świętego w naszych czasach”. Prelegentem na ten temat był L. Christenson. Zatem początkowy impuls do rozwoju ruchu charyzmatycznego w Niemczech pochodził nie z ruchu zielonoświątkowego, lecz z działalności pastorów luterańskich.

1964. David de Plessis przyjął zaproszenie Watykanu do Rzymu i wziął udział w Soborze Watykańskim II. Podczas uroczystej liturgii w Bazylice Świętego Piotra poczuł, że „te najważniejsze momenty w historii Kościoła przeniknięte są świeżym powiewem Ducha Świętego”.

Później opowiadał: „Było obecnych 2200 biskupów, 800 teologów, 3000 przywódców katolickich. I Pan powiedział do mnie: »Teraz wszyscy przywódcy świata katolickiego zebrali się przed tobą!«. Nie mogłem rozmawiać ze wszystkimi, ale wielu podeszło do mnie i miałem okazję zobaczyć działanie Ducha Świętego”.

1965. D. Bennett został zaproszony do Anglii przez Michaela Harpera. Tam miał okazję rozmawiać z wieloma wpływowymi osobistościami Kościoła. Jego wykłady przyczyniły się do umocnienia pozycji ruchu charyzmatycznego w Anglii. W tym samym roku w Niemczech odbyła się konferencja ekumeniczna na temat budowania kościołów charyzmatycznych. Tematem dyskusji był „Kościół i charyzmat”. W konferencji uczestniczyli prawosławni, katolicy, protestanci, baptyści i zielonoświątkowcy, w tym M. Harper, L. Christenson, W. Hollenweger, W. Becker, R. Edel i E. Mederleth.

1966. W tym samym roku grupa studentów katolickich z Uniwersytetu Dukwe zaczęła spotykać się w Pittsburghu w USA, aby modlić się i studiować Dzieje Apostolskie. Pragnęli zrozumieć tajemnicę siły witalnej wczesnego Kościoła apostolskiego. W tym samym czasie natknęli się na książki „Krzyż i sztylet” D. Wilkersona oraz „Mówią językami” J. Sherrilla. Po przeczytaniu tych książek poczuli, że czegoś im brakuje, a po spotkaniu z grupą charyzmatycznych protestantów zaczęli modlić się, aby Duch Święty obudził w nich pełną łaskę chrztu i namaszczenia poprzez suwerenne życie zmartwychwstałego Pana. W rezultacie „poprzez nauczanie, modlitwę i wkładanie rąk coraz więcej studentów i profesorów było napełnianych Duchem Świętym”. Spotkania modlitewne często trwały od 22:00 do 5:00 rano. Podczas tych spotkań niektórzy przemawiali i śpiewali „językami”. W ten sposób w Kościele katolickim narodził się ruch charyzmatyczny.

W 1967 roku „przebudzenie” rozprzestrzeniło się z Pittsburgha na Katolicki Uniwersytet Notre Dame w Southband w stanie Indiana, który utrzymywał przyjazne stosunki z Uniwersytetem w Pittsburghu. Stamtąd ruch szybko rozprzestrzenił się na Stany Zjednoczone i Kanadę. W ciągu pięciu lat w Stanach Zjednoczonych zarejestrowano ponad 500 katolickich charyzmatycznych grup modlitewnych. Współpracowało w nich wielu księży oraz członków zakonów jezuickich i franciszkańskich. Niezależnie od tego ruchu, w różnych miastach Stanów Zjednoczonych pojawił się ruch „Lud Jezusa”, o wyraźnych cechach charyzmatycznych. Jego liderami byli Chuck Smith, Arthur Blessitt, „Moses-David” – założyciel młodzieżowej sekty „Dzieci Boga” – oraz David Wilkerson. Wspierali ich Bill Bright, założyciel misji Campus Crusade, oraz Billy Graham. Oprócz licznych ośrodków rehabilitacyjnych dla byłych alkoholików i narkomanów, pojawiły się również pierwsze „chrześcijańskie” zespoły rockowe i orkiestry rockowe.

1968. David de Plessis bierze udział w Czwartej Sesji Generalnej Światowej Rady Kościołów w Uppsali. W przemówieniu do delegatów podkreślił potrzebę lepszego poznania się ruchu zielonoświątkowego i ekumenizmu.

W 1969 roku wydawnictwo teologiczne Rolf Brockhaus opublikowało książkę ekumenisty W. Hollenwegera pt. „Entuzjastyczne chrześcijaństwo – ruch zielonoświątkowy: historia i teraźniejszość”. Celem książki było wzajemne zapoznanie ruchu zielonoświątkowego i ekumenicznego.

W dniach 25-27 kwietnia w Notre Dame w USA odbyło się I Spotkanie Ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim. Uczestniczyło w nim 450 osób.

W listopadzie amerykańscy biskupi otrzymali raport od komisji biskupiej powołanej do badania ruchu charyzmatycznego w Kościele katolickim. Raport konkludował m.in.: „Komisja naukowa doszła do wniosku, że ruch ten, w obecnym stanie, nie powinien być hamowany, lecz powinien móc się rozwijać. Odpowiedni nadzór będzie skuteczny tylko wtedy, gdy biskupi, świadomi swojej odpowiedzialności duszpasterskiej, będą nadzorować i kierować tym ruchem w Kościele. Musimy uważać, aby ruch ten nie powtórzył błędów ruchu zielonoświątkowego. Musimy być świadomi panującej w naszej kulturze tendencji do zastępowania doktryny religijnej doświadczeniem religijnym. W szczególności zalecamy, aby biskupi wprowadzili do tego ruchu dyskretnych księży, którzy będą do niego należeć. Katoliccy charyzmatycy z zadowoleniem przyjęliby taki udział i przewodnictwo”.

1970. W dniach 19-21 czerwca odbyło się Drugie Spotkanie Ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim. Uczestniczyło w nim 1200 osób.

W tym roku D. de Plessis opublikował książkę „Duch rozkazał mi iść”. W książce bronił swoich powiązań ze Światową Radą Kościołów i gorąco polecał ekumenizm swoim braciom zielonoświątkowym i neozielonoświątkowym. Pisze między innymi: „Wielu obecnie bada ruch ekumeniczny, aby znaleźć w nim wady i błędy. Skrupulatnie poszukują jednostek, wypowiedzi, które wydają się liberalne lub socjalistyczne, aby na podstawie tych kilku wyjątków zaklasyfikować cały ruch do tej kategorii. Z tego mam wszelkie podstawy, by wnioskować, że ekumenizm jest zielonoświątkowy. Ruch ekumeniczny nie tylko szerzy nauki zielonoświątkowe poprzez publikację literatury, ale co więcej, jest wielu pastorów ekumenicznych, zarówno w Narodowych, jak i Światowych Radach Kościołów, którzy są „napełnieni Duchem”, a nawet „mówią językami”. Nie zdziwiłbym się, gdyby nasi fundamentalistyczni przyjaciele, którzy tak ostro atakują zarówno zielonoświątkowców, jak i Światową Radę Kościołów, zaczęli demaskować tendencje zielonoświątkowe w ruchu ekumenicznym”.

1971. Trzecie spotkanie członków Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim odbyło się w dniach 18-20 czerwca. Uczestniczyło w nim 4500 osób. Obecnych było dwóch biskupów.

1972. W dniach 2-4 czerwca na Katolickim Uniwersytecie Notre Dame (Indiana, USA) odbył się Czwarty Kongres Ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim. Wśród 11 000 uczestników było czterech biskupów. Modlono się „językami”, śpiewano pieśni i wygłaszano proroctwa.

D. de Plessis i K. MacDonnell przewodniczyli spotkaniu Katolickiego Sekretariatu ds. Jedności Chrześcijan z czołowymi przedstawicielami ruchu charyzmatycznego. Spotkanie odbyło się w dniach 20-24 czerwca w Zurychu.

Tydzień później, od 26 do 30 czerwca, w zamku Kraheim spotkało się około stu przedstawicieli ruchu charyzmatycznego z większości krajów europejskich, RPA, Australii, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Uczestniczyli w nim przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego, prawosławnego, protestanckiego, wolnego i zielonoświątkowego.

1973. 22 000 uczestników wzięło udział w dorocznej konwencji ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim na Uniwersytecie Notre Dame. Konwencja odbyła się w dniach 1-3 czerwca. Msza święta zamykająca odbyła się na stadionie piłkarskim w obecności kardynała Zuenensa. W Pierwszym Międzynarodowym Kongresie Odnowy Katolickiej pod Rzymem, który odbył się w dniach 9-13 października, wzięło udział 130 delegatów z 34 krajów. Kardynał Zuenens był obecny.

1974. W dniach 3-5 marca w Jerozolimie odbyła się międzynarodowa konferencja poświęcona Duchowi Świętemu. Do udziału zaproszono przede wszystkim członków kościołów zielonoświątkowych i grup charyzmatycznych. Wśród prelegentów znaleźli się D. de Plessis i Kathryn Kuhlman.

W tym roku w Siódmym Kongresie Odnowy Charyzmatycznej w Kościele Katolickim wzięło udział 25 000 uczestników. Konwencja odbyła się na stadionie piłkarskim Notre Dame. Oprócz kardynała Zuenensa, w kongresie uczestniczyło ośmiu innych biskupów.

1975. Znany teolog ewangelicki i pisarz John Stott wezwał do owocnego dialogu z ruchem charyzmatycznym. Ponad tysiąc katolików uczestniczyło w Drugim Międzynarodowym Kongresie Katolickiego Ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Rzymie. W Bazylice Świętego Piotra kardynał Zuenens wraz z 750 księżmi i 12 biskupami celebrował Wieczerzę Pańską. Wydarzenie to przeszło do historii jako „pierwsze nabożeństwo charyzmatyczne w Bazylice Świętego Piotra”.

Przemówienie papieża Pawła VI rozpoczęło się od następujących słów: „Umiłowani synowie i córki! W tym roku świętym wybraliście Rzym na wasz Drugi Międzynarodowy Kongres. Co więcej, modliliście się z nami o to spotkanie i prosiliście mnie, abym do was przemówił. W ten sposób okazaliście wierność Kościołowi założonemu przez Jezusa Chrystusa i zaangażowanie we wszystko, co uważacie za ważne dla Stolicy Piotrowej. Ta sama gorliwość o waszą należną pozycję w Kościele jest już pewnym znakiem Ducha Świętego”.

Kończąc swoje przemówienie, papież Paweł wezwał zebranych: „Zgodnie z nauką tegoż Apostoła, sprawujcie Eucharystię wiernie, często i godnie (por. 1 Kor 11, 26-29). Pan wybrał tę drogę, abyśmy mieli w sobie Jego życie (por. 1 J 6, 53). Podobnie, z pełną ufnością przystępujcie do sakramentu przebłagania. Sakramenty te są znakami łaski danej nam przez Boga za pośrednictwem Kościoła. Drodzy synowie i córki! Niech pomoc Pana, moc wstawiennictwa Maryi, Matki Kościoła, chroni was i waszych pasterzy od wszelkich błędów we wspólnocie wiary, miłości i duchowego apostolstwa. W ten sposób przyczynicie się do odnowy Kościoła. Jezus jest Panem, alleluja!”

Podczas celebracji Eucharystii w Bazylice Świętego Piotra wygłoszono następujące proroctwo: „Umocniłem was Moją mocą. Pragnę odnowić Mój Kościół i poprowadzić Mój lud do nowej jedności. Żądam: odwróćcie się od bezwartościowych rozproszeń i znajdźcie czas dla Mnie. Chcę radykalnie odmienić wasze życie. Spójrzcie na Mnie! Nadal jestem obecny w Moim Kościele! Ogłoszono wam nowe wezwanie. Ponownie stworzyłem dla Siebie armię świadków i zjednoczę Mój lud. Moja siła spoczywa na nich. Pójdą za Mną, wybranym Pasterzem. Nie odwracajcie się ode Mnie! Napełnijcie się Mną! Doświadczcie Mojego życia, Mojego Ducha, Mojej mocy! Chcę wyzwolić świat. Zacząłem odnawiać Mój Kościół. Chcę prowadzić świat do wolności!”

Tymczasem w ponad 50 krajach na całym świecie działa już około 3500 katolickich grup charyzmatycznych, liczących 400 000 członków.

W 1977 roku Konferencja Odnowy Charyzmatycznej, która odbyła się w Kansas City (USA), zgromadziła 45 000 uczestników i została uznana za największy sukces i ukoronowanie ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Stanach Zjednoczonych. Większość obecnych – 46% – stanowili katolicy, a pozostali to baptyści, episkopalianie, luteranie, mennonici i prezbiterianie. Warto zauważyć, że zbory zielonoświątkowe, a mianowicie Zbory Boże, nie wzięły udziału w konferencji. Wśród prelegentów znaleźli się R. Martin, D. Buckingham, L. Christenson, D. de Plessis i biskup McKinney. W swoim przemówieniu D. de Plessis powiedział: „[Ruch charyzmatyczny] pozostanie charyzmatyczny tylko wtedy, gdy będzie się opierał na ekumenizmie. Gdy tylko utraci swój ekumeniczny charakter, jego charyzmatyczna moc natychmiast zniknie”.

W dniach 1-5 sierpnia w Londynie odbyła się konferencja ekumeniczno-charyzmatyczna, w której wzięło udział od 2500 do 4000 osób. Wśród prelegentów znaleźli się T. Smale, A. Wallis, Jan van der Veken oraz kardynał Zuenens, który odprawił mszę świętą w katedrze westminsterskiej.

1978. Arnold Bittlinger zostaje zaproszony do Genewy jako „Charge d'Affaires ds. Odnowy Charyzmatycznej przy Światowej Radzie Kościołów”.

W sierpniu w Notre Dame odbyła się kolejna konwencja Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej. Uczestniczyło w niej 20 000 osób. Miliony Amerykanów mogły śledzić konwencję w telewizji.

W dniach 15-18 czerwca w Dublinie odbył się Trzeci Międzynarodowy Kongres Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, w którym wzięło udział 20 000 osób. Kongres ten uznano za „ważny kamień milowy w rozwoju globalnego ruchu charyzmatycznego”. Wśród uczestników było dwóch kardynałów, 20 biskupów i 1100 księży. Głównymi tematami kongresu były ewangelizacja, aktywizm społeczny, ekumenizm i Maryja. Grupa robocza, kierowana przez mariologa René Laurentina, który przygotował raport o Maryi, została zmuszona do jego powtórzenia na prośbę publiczności. Laurentin powiedział, że dzięki Odnowie Charyzmatycznej sam otrzymał dar nowej relacji z Kościołem; i że Maryja, w pełni Ducha Świętego, działała w Kościele pierwotnym i była pierwszą charyzmatyczką. Jednocześnie, dodał, jest Ona prototypem Kościoła charyzmatycznego, a zatem proroczego, co wyraża się w modlitwie uwielbienia. „W dążeniu do ekumenizmu zepchnęliśmy Maryję na dalszy plan, ale teraz staje się jasne, że bez Niej odnowa Kościoła nie będzie postępowała”.

1979. W Berlinie zwołano I Kongres Charyzmatyczny, na którym opracowano wcześniej omawianą „Berlińską Deklarację Wielkanocną”.

1980. W dniach 14-20 czerwca w Berlinie odbył się Drugi Kongres Charyzmatyczny. Jego inicjatorem, podobnie jak w roku poprzednim, był F. Spitzer i jego (BCC) Berlińskie Centrum Chrześcijańskie. Wśród prelegentów znaleźli się: D. de Plessis, W. Kopfermann, G. Oppermann, O. von Habsburg, W. Margis, R. Ulonska, I. Maasbach, E. Mühlan i R. Bonnke.

Dwa miesiące później, w dniach 27-30 sierpnia, w Berlinie odbył się Pierwszy Europejski Kongres Ruchu „Aglow”. 550 kobiet z 10 krajów przybyło do Berlina, aby wysłuchać wykładów F. Spitzera, V. Margis, D. Dawsona, B. Lowe’a i innych. „Aglow” („Płonące”) to międzynarodowe międzywyznaniowe stowarzyszenie kobiet chrześcijańskich. Jego cele są zbieżne z celami organizacji „Biznesmeni Pełnej Ewangelii”.

1981. Berliński Stadion Olimpijski został wybrany na miejsce ogromnego wydarzenia znanego jako „Olympia '81”. Wybór opierał się na wizji. Wizję tę otrzymał F. Spitzer, inicjator „Olympia '81”, siedząc na podium na spotkaniu organizacji „Full Gospel Businessmen”. Zobaczył wypełniony po brzegi stadion, a na jego szczycie obracający się słup obłoku. Z obłoku dobiegł głos: „To ja. I zgromadzę tu ludzi”. Miesiąc później, jak twierdził, otrzymał kolejny rozkaz: „Najbliższej wiosny macie wynająć Stadion Olimpijski na trzy dni. Zapełnijcie go ludźmi!”. Spitzer natychmiast zaczął wzywać do zorganizowania wiecu i werbowania uczestników, a w ciągu kilku miesięcy mówił o nadchodzącym, sensacyjnym wydarzeniu jako o „największym transporcie lotniczym w historii świata”, który miał przewieźć do Berlina 10 000 samych Amerykanów. Dodatkowo, 1000 autobusów z zaproszonymi gośćmi miało przejechać przez Europę do Berlina. Telewizja będzie transmitować to wydarzenie na cały świat, aby pokazać wszystkim, w jaki sposób Duch Święty zostanie wylany na Niemcy i całą Europę, aby spowodować odrodzenie duchowe w Niemczech.

W rzeczywistości do Berlina przybyło zaledwie 8000–15 000 uczestników (sam Spitzer donosił o 25 000) z 25 krajów. Przybyli, aby wysłuchać kazań Charlesa Duke’a, N. Cruza, A. Blessitta, I. Cho, P. Robertsona, R. Bonnkego, L. Cunninghama, D. Shakariana i innych. Finałem tych dni spowiedzi było proroctwo Arila Edwardsona: „Oto, mówi Pan, mówiłem do was w tych dniach. Te dni były w Moim planie, mówi Pan. To był Mój plan dla Europy. Nowy dzień wschodzi nad Europą. Słońce znów zaświeci z nieba nad Europą. Chcę, abyście wiedzieli: kiedy macie problemy, kiedy jesteście zmartwieni, Ja trzymam Moje ręce nad Europą. Mój Duch zstąpi, dokona przełomu i nastanie nowy dzień. Jesteście częścią tego wszystkiego, bo usłyszeliście Moje przesłanie. Musicie iść naprzód i nieść Moje słońce, Moją moc i Moją miłość wszystkim narodom Europy”.

1982. W dniach 28-31 maja w Strasburgu odbył się kongres charyzmatyczny pod hasłem „Zesłanie Ducha Świętego nad Europą”. Uczestniczyło w nim 20 tysięcy osób, z czego 65% stanowili katolicy. Wśród prelegentów znaleźli się R. Martin, G. Mühlen, M. Harper, D. de Plessis, P. Toaspern i A. Bittlinger. Mszę świętą odprawił kardynał Zuenens, prymas Belgii.

W dniach 18-21 sierpnia w Mannheim odbyła się konferencja „Biznesmeni Pełnej Ewangelii”, podczas której 1500 słuchaczy wysłuchało przemówień księży jezuitów F. Ritzhaupta, E. Mühlana i E. Glide'a. Ojciec Ritzhaupt odprawił mszę świętą w duchu katolicko-charyzmatycznym.

Ruch charyzmatyczny w Niemczech

Podobnie jak w przypadku rozwoju ruchu zielonoświątkowego w Niemczech, minęło kilka lat, zanim fala charyzmatyczna, przemierzając ocean, dotarła do Europy. Jeśli się nie mylę, ruch charyzmatyczny początkowo wyrósł z trzech odrębnych, niezależnych nurtów, które później połączyły się. Każdy nurt miał początkowo swój własny, charakterystyczny akcent, świadczący o jego pragnieniu i zdolności dotarcia do określonego kręgu ludzi.

Zamek Kraheim - 1968

Już w 1963 roku z inicjatywy profesora A. Bittlingera w Enkenbach odbyła się konferencja. Na konferencji L. Christenson, od którego Bittlinger otrzymał zdecydowany impuls charyzmatyczny podczas swojej podróży studyjnej do Stanów Zjednoczonych, wygłosił referat na temat „Działania Ducha Świętego w naszych czasach” przed ponad osiemdziesięcioma czołowymi przywódcami Kościoła.

Dwa lata później w Königsstein odbyła się ważna konferencja przywódców ekumenicznych na temat „Kościół i charyzmat”. Po raz pierwszy przemawiali przedstawiciele Kościoła prawosławnego, biskupi John i Paul Fergere, a także katolicy V. Somoni i franciszkanin E. Mederleth. Wśród prelegentów protestanckich byli pastorzy R.F. Edel, A. Bittlinger, M. Harper, L. Christenson i W. Hollenweger, a także pastor baptystów Wilhard Becker. I tak w 1968 roku w zamku Kraheim powstało „Centrum Żywej Jedności Chrześcijan”. Katolik E. Mederleth, protestanci R.F. Edel i A. Bittlinger oraz baptyści W. Becker i Z. Grossmann mieszkali, modlili się i współpracowali w zamku. Według Grossmanna ta ożywiona komunikacja stworzyła również przestrzeń dla „intensywnych przeżyć charyzmatycznych, dzięki czemu Zamek Kraheim stał się jednym ze znaczących ośrodków ruchu charyzmatycznego w Niemczech”.

Powstało tam również wydawnictwo „R. Kühne, Zamek Kraheim”. Wydawnictwo również należało do Ruchu Heraldycznego, a później stało się częścią Wydawnictwa Onken, znanego również jako Brockhaus.

Ruch Heroldów został założony w 1949 roku przez W. Beckera jako organizacja zajmująca się działalnością misyjną i ewangelizacyjną. Działał głównie w wolnych zborach ewangelickich (baptystycznych). Z czasem W. Becker stawał się coraz mniej odpowiedni do specyficznych wymagań pracy herolda i dlatego został zastąpiony w 1975 roku. Ruch Heroldów, podobnie jak niektóre inne bractwa i stowarzyszenia, posiadał pewne doświadczenie charyzmatyczne, zdobyte jeszcze przed 1963 rokiem. Teraz, we współpracy z Wydawnictwem R. Kühne, doświadczenie to wywarło znaczący wpływ na opinię publiczną.

W stosunkowo krótkim czasie i w stosunkowo dużych nakładach wydawnictwo opublikowało książki V. Beckera „Postęp miłości”, „Nie z pustymi słowami pogan”, „Dyktowane radością”, książki Z. Grossmanna „Zwyczajne czyny”, „Bycie chrześcijaninem w latach 70.”, „Chrześcijanin w świecie jutra”; książki A. Bittlingera i R. Browna „Żywa moc modlitwy”, „Módl się i uzdrawiaj”. Już w książce Beckera „Nie z pustymi słowami pogan”, wydanej w 1967 roku, można było łatwo dostrzec jej charyzmatyczny charakter. Poniższe cytaty z książki mogą być tego przekonującym dowodem: „…w tym rozdziale omówimy sześć rodzajów posługi przez wkładanie rąk… Dla lepszego zrozumienia i szerszego przeglądu podajemy listę rodzajów włożenia rąk:

1. Ochrona przed mocą ciemności

2. Pośrednictwo błogosławieństw

3. Leczenie dolegliwości fizycznych

4. Przyjęcie Ducha Świętego

5. Poświęcenie dla służby

6. Pośrednictwo w otrzymaniu darów łaski

...Ręce włożone na chorych w imię Chrystusa mogą czynić cuda.

Jego omówienie „Modlitwy Jezusowej” jest również intrygujące, a jej technika bardzo przypomina modlitwy w religiach Wschodu. W tej modlitwie imię Jezusa jest używane jak mantra podczas medytacji transcendentalnej. „Bardzo pomocne dla osoby modlącej się będzie… natychmiastowe przypomnienie sobie obecności Jezusa po przebudzeniu wcześnie rano. Należy całkowicie dostroić swoją świadomość do Jego obecności. Należy stale pamiętać o Jezusie Chrystusie. Aby obecność Boga przeniknęła do podświadomości osoby modlącej się, należy najpierw cicho i powoli powtarzać sobie imię Jezusa Chrystusa, stopniowo ucząc się wymawiać „Jezus” na wydechu i „Chrystus” na wdechu. Dzięki takiemu spokojnemu, swobodnemu oddechowi i wymawianiu imienia Jezusa, po pewnym czasie nabędzie się umiejętność formułowania imienia Jezusa w myślach, bez wymawiania go na głos. W ten sposób stopniowo świat wewnętrzny wypełni się imieniem Syna Bożego. Dzięki częstemu powtarzaniu to ćwiczenie stanie się nawykiem… Poprzez rytmiczne i ciągłe powtarzanie imienia Jezusa, nasza podświadomość zaakceptuje ten rytm, a tym samym imię Jezusa stanie się jasnym dźwiękiem duszy”.

Poniższy cytat pokazuje, że Becker czerpał wiele myśli i inspiracji od Agnes Zanford, której książkę „The Healing Light” gorąco polecał swoim czytelnikom, a której wypowiedzi o Bogu nazywał „cudownie nieteologicznymi, wolnymi od wąsko wyznaniowych, doświadczalnych idei”: „Wiemy, że Bóg otacza nas nie tylko swoją obecnością, ale że jest obecny we wszystkich darach i przejawach mocy. Jeśli jesteśmy nerwowi, drażliwi, martwimy się problemami, to w takim przypadku mamy prawo przyjąć do siebie Tego, który jest pokojem, Tego, który jest Księciem pokoju (Izajasz 9,5). I w tym przypadku nasza wyobraźnia będzie nam pomagać, tak jakbyśmy, wdychając powietrze, pozwolili, aby Jego pokój w nas napłynął… W ten sposób, poddając się obecności Boga, będziemy mogli nie tylko przyjąć Jego dary i moc, ale poprzez ducha i moc wyobraźni przekazać je innym. Na przykład, możemy wyobrazić sobie jednego z naszych przyjaciół, którego pragnęliśmy: „Chcielibyśmy pobłogosławić go miłością Boga, wyobraźmy go sobie klęczącego” przed nami w tej chwili, a my sami kładziemy ręce na jego głowie. Czyniąc to, wyobrażamy sobie, jak Boża miłość przepływa przez nasze ciała do naszych rąk, a następnie do naszego przyjaciela. Takie wyobrażenia nie są bynajmniej wytworem pustej fantazji. Odpowiadają one pewnej duchowej rzeczywistości”.

Kolejnym wydawnictwem promującym literaturę ekumeniczno-charyzmatyczną było wydawnictwo R. Edela w Marburgu. Już w 1963 roku ukazała się w nim książka L. Christensona „Dary łaski języków i ich znaczenie dla Kościoła” z przedmową Corrie ten Boom. To samo wydawnictwo wydało również wykłady z Königstein pod tytułem „Kościół i charyzmat”, a w 1978 roku niezwykle ważną i, moim zdaniem, przełomową dla ruchu charyzmatycznego książkę Agnes Zanford „Uzdrawiające światło” z przedmową L. Christensona i rekomendacjami Corrie ten Boom i W. Beckera.

Staje się teraz jasne, że decydujące impulsy do rozwoju ruchu charyzmatycznego wypłynęły z zamku Kraheim. W. Becker i Z. Grossmann również wywarli silny wpływ na baptystów. A. Bittlinger był pionierem odnowy charyzmatycznej, która wkrótce narodziła się w Kościele ewangelickim. R.F. Edel, w swojej posłudze i działalności wydawniczej, prawdopodobnie najbardziej przemawiał do chrześcijan o nastawieniu mistyczno-ekumenicznym, a ojciec E. Mederleth, jak sam powiedział, „był szczególnie zainteresowany interpretacją nauk katolickich i charyzmatycznych”.

Zatem gotowość do zaangażowania się w ruch charyzmatyczny pojawiła się dość wcześnie w zborach baptystycznych. Jednak twierdzenie G. Reimera, że ​​do lat 70. XX wieku prawie jedna trzecia pastorów baptystycznych miała już doświadczenie charyzmatyczne, wydaje mi się mało prawdopodobne.

Oczywiście, w tych latach powstawały nowe wspólnoty o silnym charyzmatycznym charakterze, a w 1976 roku, z inicjatywy kierownictwa Związku Wolnych Wspólnot Ewangelickich, powstało stowarzyszenie pracownicze „Charyzmat i Kościół”. Przez wiele lat kierował nim Z. Grossmann. Niedawno na tym stanowisku zastąpił go G.K. Rust.

Od 1981 roku towarzystwo organizuje konferencje poświęcone odnowie charyzmatycznej, w których liczba uczestników rośnie z roku na rok. G.K. Rust tak skomentował Siódmą Konferencję Towarzystwa, która odbyła się w dniach 12-16 listopada 1988 roku w Hanowerze: „Również w tym roku byliśmy świadkami, jak wielu pastorów oddało swoje życie Bogu i otworzyło się na wpływ Ducha Świętego. Podczas naszych konferencji doświadczamy wielu dobroczynnych doświadczeń związanych z darami duchowymi, takimi jak proroctwo, modlitwa językami, słowa mądrości i wiedzy, nauczanie, uzdrawianie i uwalnianie. Wszystko to istnieje. Jednak same doświadczenia nie mogą być trwałym wsparciem odnowionego Kościoła. Jednocześnie potrzebujemy solidnego nauczania teologicznego… Mam jednak wielką nadzieję i jestem przekonany, że procesy odnowy będą się nasilać w istniejących wolnych wspólnotach kościelnych”.

Ruch Heraldyczny, który początkowo energicznie wspierał ewangelizację i odnowę charyzmatyczną, prawdopodobnie zmienił teraz swój główny cel. Z. Grossmanna w zarządzie zastąpił G. Donsbach, a W. Becker dawno porzucił pracę w ruchu i obecnie pracuje jako psychoterapeuta gdzieś w południowych Niemczech. Nie pozostał ślad po jego dawnych aspiracjach. Jego najnowsze książki, opublikowane przez Kreuz obok takich autorów jak Dorothea Selle i Ulrich Schaffer, odzwierciedlają myśl ruchu New Age. H. Afleurbach dobrze to wykazał w swojej książce „Niezauważona reinterpretacja Ewangelii”.

Wpływ ruchu charyzmatycznego na wolne zbory ewangelikalne jest trudny do określenia, ponieważ brakuje dokumentacji potwierdzającej ten fakt. Na przestrzeni lat kilka zborów zostało całkowicie wykluczonych ze Związku z powodu błędów charyzmatycznych. Wśród kaznodziejów są również tacy, na których ruch na rzecz rozwoju zborów wywarł silny wpływ. Ci kaznodzieje są otwarci i pozytywnie nastawieni do odnowy charyzmatycznej. W większości wolne zbory ewangelikalne zajmują krytyczne stanowisko wobec ruchu charyzmatycznego i go odrzucają. Mimo to, zarząd Związku w marcu 1989 roku uznał za konieczne wezwanie do czujności wobec grup charyzmatycznych i ich wpływów, które doprowadziły do ​​schizm, secesji i niezgody.

Berlin, 1971

Ruch charyzmatyczny w Niemczech znalazł swoje drugie główne wsparcie w Berlinie, w osobie Volkharta Spitzera. Podczas gdy ruch zrodzony w zamku Kraheim powstał bez bezpośredniego wpływu zgromadzeń zielonoświątkowych, w Berlinie sytuacja wyglądała inaczej. Spitzer był kaznodzieją w zgromadzeniu zielonoświątkowym o nazwie „Chrześcijańskie Towarzystwo Misyjne” przez siedem lat. Spitzer miał już wieloletnie doświadczenie charyzmatyczne, gdy w 1971 roku poczuł powołanie do niesienia pomocy osobom zmarginalizowanym – narkomanom. Doprowadziło to do powstania ruchu „Ludzie Jezusa” w Berlinie. Kiedy Spitzer ochrzcił sześćdziesięciu byłych narkomanów w wodach Haweli, dopływu Łaby, w 1971 roku, ruch ten przyciągnął uwagę mediów.

W tym samym okresie powstała pierwsza „herbaciarnia” o nazwie „One Way”, która stała się wzorem dla wielu podobnych lokali, które później powstały w Niemczech. W ciągu roku ruch Jesus People zaczął rozprzestrzeniać się po całym kraju. Początkowo jego centrum znajdowało się w Berlinie. Symbolem tego nowego ruchu był uniesiony palec wskazujący, który w kolejnych latach często można było zobaczyć na okładkach wielu książek, plakatów i tym podobnych. Wkrótce ukazał się pierwszy numer gazety Jesus People, zatytułowanej „One Way”. Początkowy nakład wynosił 15 000 egzemplarzy. Gazeta była wydawana sporadycznie przez Wydawnictwo Wuppertal, a jej nakład osiągnął 25 000 egzemplarzy. Najszerzej była dystrybuowana wśród młodzieży – w szkołach, herbaciarniach i innych miejscach.

W 1971 roku ukazały się pierwsze książki o nowym ruchu. Popyt na nie był niezwykle wysoki. Na przykład „Jesus Is Coming”, opowieść o duchowym rozwoju młodzieży w Stanach Zjednoczonych i innych krajach, została wydana przez Auszaat pięć razy.

W tym samym roku, 1971, pierwsza grupa „Dzieci Bożych” (Children of God) przybyła do Zagłębia Ruhry w Niemczech. Przez pewien czas przebywali w Essen, w „Chrześcijańskim Związku Młodzieży”, skąd rozpoczęli swoją „działalność misyjną”. W tamtym czasie wielu czołowych braci ze wspólnot ewangelickich odnosiło się do tego ruchu z dużą sympatią i stosunkowo bezkrytycznie, dlatego Faith Dietrich, córka przywódcy tej sekty, „Mojżesza-Dawida”, otrzymała możliwość składania świadectw na różnego rodzaju dużych imprezach, wieczorach otwartych, spotkaniach i tym podobnych. Minęło kilka lat, zanim niemoralność i oszustwa tej sekty stały się publicznie znane i zaczęto wydawać ostrzeżenia przed płynącymi z niej zagrożeniami. Stało się tak pomimo faktu, że już w 1972 roku Londyński Alians Ewangelicki opublikował i rozpowszechnił traktat ostrzegający przed tą sektą.

W 1972 roku D. Wilkerson przybył do Niemiec. Chociaż wygłaszał już wykłady w Darmstadt w 1967 roku na zaproszenie tamtejszych „Siostry Mary”, wyjazd w 1972 roku okazał się znacznie bardziej udany. W międzyczasie jego książka „Krzyż i sztylet” stała się już bestsellerem w Niemczech, a do 1972 roku oddziały założonej przez niego organizacji „Teen Challenge” działały już w trzech miastach – Berlinie, Monachium i Stuttgarcie. Stały się one przykładem troski o narkomanów. Nic więc dziwnego, że jego wykłady cieszyły się ogromną frekwencją, sięgającą 5000-6000 osób.

Na początku lat 70., dzięki ruchowi „Ludzie Jezusa”, nastąpił gwałtowny wzrost ewangelizacji wśród młodzieży. W wielu miejscach zaczęły rozkwitać herbaciarnie. Organizowano wieczory otwarte i wydarzenia ewangelizacyjne dla młodzieży, bogate w świadectwa. Pierwszy „Festiwal Jezusa” odbył się w Herne z udziałem Faith Dietrich, a tak zwane chrześcijańskie orkiestry muzyczne i zespoły wokalne szybko zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. W wielu miejscach powstały schroniska chrześcijańskie, a chrześcijańskie wydawnictwa zwiększyły nakłady. Niezaprzeczalnie młodzi ludzie w tamtym czasie byli bardzo otwarci na Ewangelię. Wielu młodych, rozczarowanych zamożnym społeczeństwem, z entuzjazmem otwierało swoje serca dla Chrystusa. Często tych tak zwanych „fanatyków Jezusa” trudno było odróżnić po wyglądzie od zwykłych hipisów. A jedynym znakiem rozpoznawczym, który wskazywał, czy ktoś jest dzieckiem Bożym, było często to, czy wyciągnął z torby Biblię lub fajkę wypełnioną haszyszem. Niewątpliwie wielu młodych ludzi w tamtym czasie nabrało żywej wiary w Jezusa. Niestety, tylko w kilku miejscach ruch ten uzyskał wsparcie i przewodnictwo dojrzałych, doświadczonych chrześcijan. Ten brak wsparcia doprowadził do powstania pewnych błędnych przekonań, ponieważ w wielu przypadkach niektórzy niedoświadczeni młodzi chrześcijanie nie zostawali członkami lokalnych kościołów, a inni nie integrowali się, co skutkowało znaczną liczbą odstępców.

Jak już wspomniano, przywódcy Kościoła ewangelickiego okazywali znaczną sympatię i wsparcie dla ruchu Jesus People. Popierali go B. Graham i B. Bright, a Anton Schulte udał się nawet do Kalifornii, aby bliżej poznać ten ruch. Później opublikował entuzjastyczną relację ze swojej podróży zatytułowaną „The Jesus People Movement in the USA”. Ulrich Parzani również poparł Children of God, czego później publicznie żałował i przyznał się do błędu. Nawet biuletyn Stowarzyszenia Gnadaus z października 1971 roku z jednej strony rekomendował antycharyzmatyczną książkę „The Fire of the Alien Spirit”, a z drugiej chwalił książkę „The Cross and the Dagger” znanego charyzmatyka D. Wilkersona.

Głosy krytyczne milczały wówczas, a nieliczni bracia, którzy chwycili za pióro, by wyrazić swoje obawy, rzadko byli traktowani poważnie. W ten sposób druga fala spadła na nieprzygotowanych chrześcijan ewangelicznych i została okrzyknięta przez większość czołowych braci przebudzeniem. W 1972 roku w Monachium odbyło się bardzo duże wydarzenie, w którym uczestniczyło wielu młodych chrześcijan. Zjednoczyli się oni w „Stowarzyszeniu na rzecz Prowadzenia Służby Misyjnej na Igrzyskach Olimpijskich 1972”, aby prowadzić działalność ewangelizacyjną podczas igrzysk. Grupa o nazwie „Młodzież z Jedną Misją” wyróżniała się wówczas szczególnie. Przygotowując się do działalności ewangelizacyjnej w Monachium, zorganizowała szkolenie tysiąca młodych ludzi. Krótko przedtem jej założyciel, L. Cunningham, kupił zamek Hurlak w Bawarii, który na wiele lat stał się centrum ruchu „Młodzież z Jedną Misją”.

Celem ruchu jest przede wszystkim ewangelizacja i nauczanie. Jego wyraźnie charyzmatyczny charakter nie jest skrywany. Ruch jest międzywyznaniowy i nie tworzy własnych kongregacji. Ten aktywny i angażujący się ruch cieszy się swobodnym dostępem do wielu kongregacji i grup chrześcijańskich, które często są bardzo otwarte na aspiracje tego charyzmatycznego stowarzyszenia.

Dziś niemieckie stowarzyszenie Youth with One Mission (YOM) znane jest również z aktywnej działalności muzycznej. Jego członkowie opracowują teksty biblijne, tworzą tzw. „pieśni uwielbienia”, publikują śpiewniki, takie jak „Dobra ziemia” i wiele innych. Poprzez gazetę „Auftrag” (Misja, wydawana od 1982 roku), która sama siebie nazywa „budującą gazetą dla Ciała Chrystusa w krajach niemieckojęzycznych”, oraz poprzez grupy pantomimiczne i taneczne, stowarzyszenie aktywnie uczestniczy w ewangelizacji ulicznej i innych formach działalności misyjnej. W 1989 roku w YOM zatrudnionych było 130 osób. Siedziba stowarzyszenia znajduje się w Hamburgu. Jego pracownicy wyróżniają się spośród innych grup charyzmatycznych szczególnym naciskiem na uczniowstwo i służbę.

Z drugiej strony, MSOM współpracuje ze skrajnymi charyzmatykami i ostatnio intensywnie współpracuje z grupami charyzmatycznymi w Kościele katolickim. W jakim stopniu zgubna, niebiblijna teoria teologiczna „rządów moralnych” – nauczana w ośrodkach MSOM przez takich nauczycieli jak J. Otis, G. Olson, W. Pratney i G. Lonn – będzie miała głęboki wpływ na ruch duchowy w krajach niemieckojęzycznych, pozostaje niewiadomą.

Teologia ta neguje grzeszną naturę człowieka – grzech pierworodny (pelagianizm), wszechwiedzę Boga (socynianizm); naucza o wolnej woli człowieka (arminianizm) i całkowicie odrzuca potrzebę pojednania z Bogiem poprzez odkupieńczą ofiarę Jezusa Chrystusa.

W latach 70. XX wieku w różnych dużych miastach (Hamburgu, Hanowerze, Düsseldorfie) powstały tzw. „Domy Jezusa” lub „Centra Jezusa”. Wszystkie, w większym lub mniejszym stopniu, wyznają nauki charyzmatyczne i aktywnie działają w ewangelizacji. „Dom Jezusa” w Düsseldorfie zyskał szczególną sławę dzięki czasopismu „Charyzma”, którego pierwszy numer ukazał się w 1974 roku. Jego wydawcami byli Gerhard Bäli i Klaus Dieter Passon. Celem czasopisma było zapoznanie chrześcijan w krajach niemieckojęzycznych z odnową charyzmatyczną i promowanie jej szerzenia, wspierając kontakty między różnymi grupami chrześcijańskimi w celu lepszego wzajemnego zrozumienia.

Czasopismo „Charisma” prezentuje charyzmatyków wszelkiej maści, od katolików po tradycjonalistycznych zielonoświątkowców, tworząc w ten sposób wrażenie swoistej „ekumeny charyzmatycznej”. Efekt ten potęguje fakt, że na doroczne konferencje „Dom Jezusa” zapraszani są charyzmatyczni mówcy ze wszystkich wyznań.

Od 1979 roku ruch charyzmatyczny w Niemczech przeżywał nowy rozkwit, zapoczątkowany przez Berlin, gdzie w latach 1979-80 odbywały się międzynarodowe konferencje charyzmatyczne. F. Spitzer zorganizował podróż do 12 niemieckich miast, podczas której mówił o swojej „olimpijskiej” wizji i promował planowane duże wydarzenie „Olympia '81”. Był przekonany, że zapoczątkuje ono odrodzenie w Europie.

To prawda, że ​​w Zielone Świątki '81, pomimo wszystkich tych wizji i wizualizacji, stadion olimpijski był wypełniony tylko w jednej czwartej. To wywarło otrzeźwiający wpływ, przynajmniej na niektórych charyzmatyków. W lutym 1982 roku, prawie osiem miesięcy po tym wydarzeniu, F. Spitzer donosił w liście otwartym „Berlin '81”:

W pierwszych dniach nowego roku, w modlitwie i poście, zaniosłem Bogu moją potrzebę. W ciszy samotności Bóg potwierdził mi, że wizja pochodzi od Niego. Dwadzieścia pięć tysięcy chrześcijan różnych wyznań z 25 krajów celebrowało obecność Boga w Berlinie w cudownej atmosferze jedności i uwielbienia. Ponad tysiąc osób powierzyło swoje życie Jezusowi Chrystusowi. O ileż więcej moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie przeszkodził nam bezprecedensowy opór! Ten masowy sprzeciw, a także ludzkie błędy natury czysto organizacyjnej, nadmierna gorliwość i mój pośpiech w głoszeniu obietnicy powierzonej mi przez Boga – wszystko to uniemożliwiło spełnienie się wizji w formie, w jakiej została przepowiedziana (na przykład w odniesieniu do wypełnionego po brzegi stadionu).

Przy każdej okazji słyszę, że gdyby ta wizja pochodziła od Boga, powinna się spełnić automatycznie. Nawet w Starym Testamencie istnieją przykłady, że tak nie jest. Na przykład, Bóg daje Mojżeszowi i ludowi Izraela „wizję” Ziemi Obiecanej. Z powodu powszechnie znanych trudności natury ludzkiej, ani Mojżesz, ani lud Boży jej nie osiągnęli, pomimo wyraźnego, szczerego pragnienia Boga.

Za błędy, które popełniliśmy, skłoniłem się przed Bogiem i pragnę uczynić to samo przed wami, jak uczeń w Jego szkole.

Jednak dla samego Spitzera ten list nie był jedynie wyrazem nieco pobieżnej skruchy, ale dotyczył braku funduszy. Dlatego podsumowuje: „Czy ośmielę się ponownie prosić Was o pomoc? Z powodu niespełnionych obietnic i nieprzewidzianych wydatków, jesteśmy obecnie w trudnej sytuacji finansowej i nie wyobrażamy sobie, jak sobie z tym poradzić. Jeśli każdy z nas wpłaci 100 marek, spłacimy wszystkie nasze długi. Proszę, módlcie się o tę kwotę, którą możecie nam przekazać…”

Dwa miesiące później, w kwietniu 1982 roku, BHC zakupiło kościół garnizonowy w mieście Südstern, gdzie w 1983 roku odbył się III Kongres Charyzmatyczny z udziałem W. Kopfermanna, G. Oppermanna, Petera Dipla, Michaela Marscha i Kima Collinsa.

W 1986 roku F. Spitzer przekazał swoje „stanowisko” w kościele swojemu następcy, Peterowi Diplowi, byłemu pastorowi Monachijskiego Centrum Charyzmatycznego i dyrektorowi Teen Challenge Society w Niemczech. Sam Spitzer podobno otrzymał proroctwo: „Przeszedłeś trudny etap zmian w swoim życiu. Bóg chce cię poprowadzić ku nowym przestrzeniom, do nowego kraju… Rozszerz swój namiot. Drzwi do wczoraj zamknęły się. Po pewnym czasie oczekiwania otworzę ci nowe drzwi…”

Niedługo później pojawiła się wiadomość, że F. Spitzer wyraził chęć pracy w kraju Trzeciego Świata. Wkrótce jednak okazało się, że z przyczyn osobistych nie może już zajmować się pracą duchową.

Inna grupa skrajnych charyzmatyków zorganizowała ośrodek chrześcijański w Feldkirchen koło Monachium pod nazwą „Słowo Wiary”. W 1984 roku powstała tam Szkoła Biblijna „Słowo Wiary”, „założona pod bezpośrednim kierownictwem Ducha Świętego w konkretnym celu, jakim jest zapewnienie duchowo dojrzałych, doświadczonych i wyszkolonych żniwiarzy dla europejskiego przebudzenia”. Szkołą kierują John i Mirjana Angelin, a dyrektorem jest Stefan Steinle. Do innych działań Słowa Wiary należy zaliczyć produkcję kaset i książek, głównie krótkich broszur i broszur edukacyjnych autorstwa K. Hagena, ojca i inicjatora ruchu Słowa Wiary. Ruch zasłynął z głoszenia „Ewangelii Dobrobytu”. Nauka ta jest bardzo jasno przedstawiona w traktacie K. Hagena „Wybawieni od ubóstwa, choroby i śmierci”. W niej ubóstwo w życiu dzieci Bożych, oparte na Księdze Powtórzonego Prawa 28, jest wyjaśnione jako przekleństwo i skutek nieposłuszeństwa, a materialne błogosławieństwo i bogactwo Abrahama jako skutek posłuszeństwa: „…Błogosławieństwo Abrahama należy również do nas! Nie może być nam odebrane. I wszyscy ci wątpiący, niewierzący, złodzieje radości i nieufni nie będą mogli nam go odebrać. Błogosławieństwo Abrahama należy do mnie, błogosławieństwo Abrahama należy do ciebie przez Jezusa Chrystusa! Alleluja!”

Uważał również chorobę za konsekwencję popełnionego grzechu, od którego uwolnił nas Jezus Chrystus. Na pytanie: „Bracie Hagen, czy chorujesz?”, K. Hagen odpowiedział jednoznacznie: „Nie”. Podobno w 1950 roku K. Hagen miał wizję spotkania z Jezusem. Jezus rzekomo powiedział mu: „Powierzyłem ci posługę wkładania rąk. Za każdym razem, zanim nałożysz na nich ręce, cytuj Dzieje Apostolskie 19:6: „A gdy Paweł włożył na nich ręce, zstąpił na nich Duch Święty i zaczęli mówić obcymi językami i prorokować…”. Powiedz im, że zleciłem ci głoszenie im, że kiedy nałożysz na nich ręce, zstąpi na nich Duch Święty. Powiedz im, że powiedziałem ci, że ich język spontanicznie wypowie coś, co będzie dla nich nieznanym językiem. Zachęcaj ich, aby podnieśli głos i wypowiedzieli to, bez względu na to, jak nadprzyrodzony lub niezwykły może być dla nich dźwięk, sylaba czy słowo. Pozwól im mówić, aż ta spontaniczna mowa się objawi.

W związku z tym Hagen objaśnia swoją naukę na temat drogi do napełnienia Duchem Świętym: „Zachęcaj modlącego się, aby szeroko otworzył usta (może to być akt wiary) i wzdychając, powiedział do Boga: «W tej chwili otrzymuję Ducha Świętego przez wiarę». Nalegaj, aby nie wypowiedział ani jednego słowa w swoim ojczystym języku. Zachęcaj go, aby śmiało podnosił głos, bez wysiłku i lęku, i aby wypowiadał te nadprzyrodzone sylaby i dźwięki, które zdają się chcieć wydostać z jego gardła, i zachęcaj go, aby używał języka tak naturalnie, jak gdyby był to jego ojczysty język… Kiedy zobaczysz, jak działanie Ducha Świętego objawia się w ruchach jego języka i warg, powiedz mu, aby po prostu powiedział coś tak łatwego, jak to tylko możliwe, bez względu na to, jak dziwne może mu się to wydawać. To jest wiara”.

Odnowa Charyzmatyczna w Kościele Katolickim – Paderborn – 1972

Niezmieniony wydarzeniami na zamku Kraheim i w Berlinie, ruch Odnowy Charyzmatycznej narodził się w Kościele katolickim w 1972 roku. Charyzmatyczne grupy modlitewne powstały w różnych miastach (Berlin, Siegburg, Monachium, Paderborn, Ratyzbona, Würzburg), co stało się sygnałem do powstania podobnych grup w całych Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Trzy lata później w Niemczech działało 150 grup zrzeszających ponad 6000 członków, wszystkie identyfikujące się jako część Katolickiego Ruchu Odnowy Charyzmatycznej.

W przeciwieństwie do tego, co wydarzyło się w Stanach Zjednoczonych w 1966 roku, kierownictwo ruchu w Niemczech od samego początku znajdowało się w rękach księży lub świeckich z wykształceniem teologicznym. Dzięki temu ruch nie rozwijał się poza Kościołem, a tym bardziej przeciwko niemu, i miał na celu stworzenie „Kościoła odnowionego charyzmatycznie”.

Odnowa katolicko-charyzmatyczna podlega zatem instrukcjom Kościoła, a próby ucieczki spod tego wpływu są niemal wykluczone.

W tej sprawie profesor dr G. Mühlen przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym Konferencji Episkopatu Niemiec w następujący sposób: „Katolicki wymiar odnowy charyzmatycznej przejawia się nie tylko w tym, że poszczególne grupy i jednostki wykazują gotowość do poddania swojego doświadczenia duchowego osądowi całego Kościoła. W katolickich grupach modlitewnych nie obserwuje się niepohamowanych tendencji do zrywania z Kościołem ani do sekciarstwa”.

Wkrótce utworzono ośrodek koordynacyjny na szczeblu międzydiecezjalnym, którego celem była „opieka nad nowym przyrostem, ochrona go i zachęcanie do dalszego przekazywania impulsów i informacji”.

Centrum Koordynacyjne zapewniało również jedność między poszczególnymi katolickimi grupami modlitewnymi charyzmatyków, organizowało spotkania w całym kraju i utrzymywało stały kontakt z episkopatem. Zapewniło to interakcję grup charyzmatycznych i ich integrację z Kościołem katolickim.

Siłą napędową ruchu odnowy był Herbert Mühlen, jezuicki profesor dogmatyki na Wydziale Teologicznym i mieszkaniec Paderborn. Był również współwydawcą czasopisma „Odnowa w Kościele i Społeczeństwie”, które ukazało się w 1977 roku. W Paderborn powstało wydawnictwo „Erneuerung” („Odnowa”), gdzie oprócz czasopisma publikowano różne rozprawy. Tam również mieściło się Biuro Odnowy Kościoła Katolickiego, gdzie pod kierownictwem Mühlena zaczęły odbywać się krótkie, cieszące się dużym uznaniem seminaria wprowadzające na temat odnowy Kościoła oraz dni pogłębionych studiów nad tym tematem (często prowadzone przez Lucidę Schmieder). W 1976 roku ukazało się dwutomowe dzieło Mühlena „Wprowadzenie do elementarnego doświadczenia chrześcijańskiego”. Do 1987 r. ukazało się 14 wydań i obecnie stanowi materiał podstawowy dla seminariów wprowadzających w kościołach katolickim i ewangelickim.

Od samego początku Kościół Ewangelicki wspierał osoby bliskie ruchowi odnowy Kościoła. A. Bittlinger został następnie współwydawcą czasopisma „Erneuerung”, a W. Kopfermann wkrótce objął stanowisko lidera Charyzmatycznej Odnowy Kościoła (CCR) i wraz z grupą pracowników prowadził seminaria wprowadzające w całym kraju, od Hamburga po Monachium. Od czasu do czasu odbywały się wspólne kongresy ekumeniczne, takie jak ten w Königstein, z udziałem G. Mühlena, L. Schmiedera, P. Gleissa, A. Bittlingera, W. Kopfermanna, G. Behringera i innych prelegentów. Książki G. Mühlena wywarły szczególnie duży wpływ na rozwój tego ruchu w Kościele Ewangelickim. Na przykład F. Schwartz, lider ruchu na rzecz rozwoju wspólnoty, składa następujące wyznanie w pierwszym tomie swojej książki „Kościół pod lupą”: „W tej książce, ubogiej w cytaty i odniesienia, muszę wspomnieć o Herbercie, katolickim profesorze teologii z Paderborn. Jego książce „Ćwiczenia z elementarnego doświadczenia chrześcijańskiego” (Moguncja, 1976) zawdzięczam impulsy, które wpłynęły na moje życie duchowe. Już pracując nad „Kościołem pod lupą”, dzięki G. Mühlenowi, uświadomiłem sobie, czego mi dotychczas brakowało bardziej w śmiałości niż w wiedzy. Do tej pory nie odważyłem się spojrzeć na rozwój wspólnoty w wymiarze Ducha Świętego”.

Ten wpływ G. Mühlena jest szczególnie godny uwagi, ponieważ jest on zwolennikiem historyczno-krytycznego podejścia do interpretacji Biblii. Dla niego Ewangelia jest jedynie narracją, w której ewangeliści dają Jezusowi możliwość przemawiania poprzez modlitwy i przypowieści.

„…Nie wiemy, czy przepowiednie Jezusa dotyczące Jego cierpienia i śmierci są „historyczne” we współczesnym znaczeniu tego słowa. „…Okrzyk Jezusa: „Abba!”, przekazany nam przez tradycję, niewątpliwie pochodzący od Niego samego i odzwierciedlający Jego własne, pierwotne doświadczenie poznania Boga, mógłby nam wyjaśnić fundamentalne charyzmatyczno-prorocze doświadczenie Jezusa, o którym po raz pierwszy mówił publicznie podczas swojego chrztu w Duchu. Ewangelista Jan doświadcza tego samego, gdy Jezus modli się w swojej ostatniej modlitwie: „Ojcze! Nadeszła godzina, uwielbij swojego Syna…”. Być może Jezus modlił się w ten lub podobny sposób podczas swojego chrztu w Duchu”.

Ilekroć Jezus zwraca się bezpośrednio do demonów w narracjach Nowego Testamentu, można dostrzec typową dla ludu formę narracji. Im bardziej dosłownie interpretuje się takie fragmenty, tym mniej jasne staje się, co tak naprawdę mieli na myśli ewangeliści! Spróbujmy wyjaśnić to innym przykładem: nawet w ubiegłym wieku teologowie podtrzymywali twierdzenie, że Bóg stworzył świat „w siedem dni”. Kiedy dzięki naukom przyrodniczym stało się jasne, że świat i ludzkość powstały w trakcie długiego procesu rozwoju, teologowie zaciekle sprzeciwiali się takim twierdzeniom, argumentując, że Biblia „dosłownie” opisuje coś zupełnie innego. Jednakże celem starotestamentowej narracji o stworzeniu nie jest opis naukowy, lecz ludowa opowieść o tym, jak Bóg stworzył wszystko, w tym księżyc i gwiazdy, które były wówczas czczone jako bóstwa, i jak tego dokonał…

Dzięki intensywnej pracy G. Mühlena i jego współpracowników, ruch Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej znacznie się rozwinął. W ostatnich latach do jego szybkiego rozwoju przyczyniły się również inne wybitne postaci, w tym profesor dr Norbert Baumert i jezuicki pastor Fred Ritzhaupt, który zapoczątkował intensywną pracę z młodzieżą w okolicach Ravensburga. Obecnie w Kościele Katolickim działa około 600 grup charyzmatycznych. W 1984 roku, z inicjatywy G. Mühlena, w Maichingen koło Nördlingen powstało Katolickie Centrum Ewangelizacyjne Maichingen pod kierownictwem sióstr L. Schmieder i G. Buoby. W dawnym klasztorze odbywają się tam szkolenia ewangelizacyjne, kursy biblijne, seminaria wprowadzające, szkolenia dla liderów i inne zajęcia.

Od 1987 roku istnieje kolejny magazyn ruchu odnowy, skierowany specjalnie do młodzieży: „C-Magazine” („C-Magazine”), wydawany przez Chrześcijańskie Centrum Młodzieży w Ravensburgu. Dyrektorem centrum jest Fred Ritzhaupt. Obecnie czasopismo jest wspierane przez misję Projection Yot (G. Oppermann) oraz Salzburger Evangelization Center (B. Bieler). Czasopismo to różni się nieco od innych publikacji katolicko-charyzmatycznych tym, że oddaje głos zarówno papieżowi, jak i zielonoświątkowcom oraz charyzmatykom, takim jak Yonggi Cho i John Wimber. Znajdują się tu artykuły na temat książki F. Ritzhaupta „Adoracja przez Eucharystię”, która naturalnie traktuje o przemianie chleba i wina podczas Komunii. Z drugiej strony, czasopismo publikuje artykuł „Maryja i Odnowa”, który, co zaskakujące, oferuje bardzo krytyczne spojrzenie na niezdrowy stan wielu katolików, spowodowany kultem Maryi.

Z tego jasno wynika, że ​​ruch odnowy katolickiej w Niemczech jest wieloaspektowy. Jednak pomimo otwartości na inne poglądy i zachęcającego nacisku na potrzebę studiowania Biblii i życia modlitewnego, nie chce on i nie jest w stanie porzucić utartych kolein katolicyzmu. Dlatego do dziś utrzymuje się twierdzenie, że odrodzenie dokonuje się poprzez chrzest, podczas gdy wszystkie inne doświadczenia duchowe są tłumaczone jako „odnowienie przez chrzest, namaszczenie i uświęcenie”, w którym to, co według nauki katolickiej dokonało się już w wierzącym poprzez sakramenty, jest teraz jedynie odświeżane i odnawiane.

Związek z Watykanem jest dodatkowo udowodniony przez fakt, że ostatnie międzynarodowe konferencje przywódców ruchu odbyły się w Rzymie, gdzie papież, gdy było to konieczne, wygłaszał orędzia do delegatów, w których wzywał do przestrzegania dogmatów Kościoła i uznania odpowiedzialności biskupa za przewodzenie całemu Ciału Chrystusa, w tym „odnowie charyzmatycznej”.

Oto fragmenty kazania Jana Pawła II z 15 maja 1987 r.:

„…W tym roku przypada 20. rocznica ruchu Odnowy Charyzmatycznej w Kościele katolickim. Siłę i owocność tego ruchu odnowy niewątpliwie potwierdza obecność Ducha Świętego, który działał w Kościele przez lata od Soboru Watykańskiego II. Dzięki Duchowi Świętemu Kościół zachowuje swoją witalność. Odnowa Charyzmatyczna jest objawieniem tej witalności w naszych czasach, jasnym wyjaśnieniem tego, co „Duch Święty mówi do Kościołów” (Ap 2,7).

Dlatego ważne jest, aby wszyscy nieustannie dążyli do pogłębiania swojego zaangażowania na rzecz całego Kościoła, jego pasterzy, doktryny i dyscypliny, sakramentu jego życia oraz całego Ludu Bożego. W tym kontekście poprosiłem biskupa Paula Cordesa, jako Doradcę Biskupa, o wsparcie Biura Międzynarodowego Katolickiego Ruchu Charyzmatycznego i pomoc w zapewnieniu zrównoważonego tempa waszego rozwoju, a także o umocnienie więzów waszej wierności Stolicy Apostolskiej…

Drodzy przyjaciele w Chrystusie, przybyliście tuż przed Pięćdziesiątnicą i początkiem Roku Maryjnego... Niech heroiczny przykład miłości, jaki okazała Dziewica Matka naszego Zbawiciela, będzie dla was inspiracją. Zaufajcie Jej wstawiennictwu i macierzyńskiej opiece! W miłości Jej Syna, Chrystusa Zbawiciela, błogosławię was wszystkich moim Apostolskim Błogosławieństwem.

Tak czy inaczej, „wizja” D. Wilkersona z 1973 r. nie spełniła się. Przepowiedział: „Katoliccy charyzmatycy, którzy uważają się za członków niewidzialnego, nadprzyrodzonego Kościoła Jezusa Chrystusa, zbliżają się do czasów surowych prześladowań. Kościół katolicki ponownie zaczyna zwijać dywan, który został gościnnie rozłożony dla wszystkich katolików mówiących językami i skłaniających się ku zielonoświątkowej nauce o Duchu Świętym. Wysokie władze będą wywierać silną presję na wielu duchownych, aby ugasili pożar. Obserwujcie papieża! Zajmie negatywne stanowisko wobec ruchu charyzmatycznego. „Miesiąc miodowy” wkrótce się skończy. Wtedy katolickie czasopisma zwrócą się przeciwko temu ruchowi w swoich szeregach i wezwą do oczyszczenia… Wkrótce katolicki ruch charyzmatyczny będzie liczył ponad 500 tysięcy katolików. Ze strony pozostałych katolików spadną na nich oskarżenia o brak troski o problemy społeczne i zapomnienie o tradycyjnym Kościele. Będą ich oskarżać o odwrócenie się od Maryi Dziewicy i lekceważenie autorytetu papieża”.

Aby zrozumieć ruch odnowy charyzmatycznej w Kościele katolickim, należy wsłuchać się w relacje z doświadczeń duchowych. Wskazują one, że same te doświadczenia duchowe doprowadziły do ​​głębszego związku z typowymi dogmatami i tradycjami katolickimi:

„Matka Boża stała się mi o wiele bliższa. Po chrzcie w Duchu Świętym zacząłem modlić się różańcem… Sakramenty, zwłaszcza pokuta i Komunia Święta, nabrały dla wielu nowego znaczenia… Odkryłem w sobie głęboki szacunek dla Maryi”.

Kardynał Zünens: „Jestem przekonany, że pobożność maryjna odżyje tam, gdzie została wyparta, a będzie to zależało od postawy, jaką zajmą wobec Ducha Świętego i od tego, w jakim stopniu będą żyć zgodnie z Jego natchnieniami... Wtedy Maryja całkiem naturalnie objawi się jako... pierwsza charyzmatyczna kobieta”.

Joseph Orsini: „Jednym z ważnych czynników mocy odnowy charyzmatycznej jest to, że opiera się ona na doświadczeniu prawdziwego nawrócenia, które prowadzi nas do żywej wiary i prawdziwej miłości, do modlitwy i Eucharystii, do lepszego poznania sakramentu spowiedzi, do uzdrowienia lub odnowienia zerwanych relacji międzyludzkich... i do wierności biskupowi i papieżowi”.

Ktoś, młody osiemnastolatek: „Dla mnie osobiście odnowa charyzmatyczna Kościoła jest ponownym odkryciem Mszy świętej”.

Francis McNutt: „Niedawno, podczas homilii-dialogu na święcie Eucharystii, w którym uczestniczyli księża, bracia i siostry, jeden z księdza powiedział, że Eucharystia jest sakramentem przynoszącym uzdrowienie. Natychmiast zapytałem, czy ktokolwiek z obecnych kiedykolwiek doświadczył uzdrowienia podczas Mszy Świętej. Nikt nie mógł sobie przypomnieć niczego szczególnego. Znam co najmniej pół tuzina przypadków uzdrowienia podczas Eucharystii, kiedy nie odmawiano żadnych modlitw poza tymi, które zaleca Święta Liturgia. Kiedy oprócz standardowych tekstów modlitewnych odmawiałem dodatkowe modlitwy o uzdrowienie, na przykład po Komunii Świętej lub po błogosławieństwie, zdarzały się setki uzdrowień”.

Kościół katolicki ma zatem odpowiedzialność przed Bogiem, która przekracza wszelkie pojmowanie. Zamiast osłabiać moc sakramentu, musicie go na nowo odkryć. Dotyczy to nie tylko Eucharystii, ale wszystkich sakramentów w Kościele i poza nim… Czy naprawdę myślicie, że ktokolwiek może przyjąć Ciało Chrystusa, nie doznając zbawienia i uzdrowienia? Czy istnieje ważniejsze i uzdrawiające zadanie niż dar sakramentów?

To właściwy moment, aby zadać sobie pytanie, jaki „duch” stoi za tym ruchem?

„Odnowa duchowa wspólnot w Kościele Ewangelickim” (DOO)

Jak już wspomniano, DOO wywodzi się z konferencji w Enckenbach (1963) i Königstein (1965), zwołanych z inicjatywy pastora A. Bittlingera. W kolejnych latach ruch charyzmatyczny zdołał pozyskać wielu pastorów i przywódców kościelnych. Miało to jednak na celu konkretny cel: odnowę Kościoła ewangelickiego.

W 1976 roku powołano 10-osobowy komitet koordynacyjny. 2 marca 1976 roku opublikował on „Wytyczne teologiczne dla odnowy charyzmatycznej w zborach Kościoła ewangelickiego” w Würzburgu. Wytyczne te jasno pokazują, jak DOO rozumie swoją rolę:

„Odnowa charyzmatyczna to ruch duchowego przebudzenia w Kościele. Postrzega siebie jako punkt przecięcia wielu teologicznych i duchowych impulsów współczesnego chrześcijaństwa. Kluczowe jest, aby ruch ten przenikał i działał we wszystkich obszarach Kościoła. Szczególnie ważne jest wewnętrzne tworzenie tętniących życiem wspólnot, świadomych swojej odpowiedzialności za misję…”

„...Dzięki ruchowi odnowy charyzmatycznej, działalność Kościoła ludowego, charakteryzująca się biernością i obojętnością większości jego członków, została zakwestionowana. Jednakże odnowa charyzmatyczna wspólnot ma swoje źródło w Kościele i podąża za jego tradycyjnym nauczaniem. Dąży do dialogu ze wszystkimi nurtami teologicznymi, które przyczyniają się do odnowy Kościoła. Jej celem jest Kościół odnowiony charyzmatycznie, którego istnienie sprawia, że ​​sam ruch charyzmatyczny staje się zbędny...

W nowym wydaniu broszury „Pierwsze Informacje” (1987) czytamy: „Duchowa Odnowa Kościoła (SRC) uznaje swoją przynależność do ustanowionego kościoła jako miejsca wyznaczonego przez Boga (zarówno domu, jak i miejsca pracy). SRC wierzy i wyznaje, że dzisiaj, pomimo poczucia winy i widocznych oznak rozkładu, Bóg jest wierny temu kościołowi. SRC opiera się wszelkim pokusom opuszczenia kościoła, zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym. SRC modli się o odnowę Kościoła i aktywnie działa na rzecz tego celu”.

W 1978 roku Wolfram Kopferman, proboszcz hamburskiego kościoła św. Piotra w latach 1974–1988, został wybrany na dyrektora DOO. Wywierał silny wpływ na DOO aż do odejścia z Kościoła Ewangelickiego w 1988 roku. Pierwszy list otwarty DOO ukazał się również w 1978 roku. Kopferman redagował te listy aż do odejścia z Kościoła Ewangelickiego. Nieregularnie publikowany „List otwarty” pod jego redakcją stał się swego rodzaju publikacją jednoczącą, publikującą 20–30 stron artykułów na tematy charyzmatyczne, świadectw, a najczęściej sprawozdań ze spotkań, różnych opinii i sugestii wyrażanych na tych spotkaniach. W 1980 roku w Hamburgu powstało biuro DOO, zatrudniające zarówno pracowników etatowych, jak i nieetatowych.

DOO uznaje dalsze poglądy i praktyki ruchu charyzmatycznego, choć dystansuje się od jego powszechnie akceptowanego poglądu na temat „mówienia językami” i „chrztu w Duchu”.

„Bez względu na to, jak wysoko cenimy dar języków, trudno nam dostrzec w Nowym Testamencie absolutny związek między napełnieniem Duchem a modlitwą językami. Dzieje Apostolskie donoszą o przykładach napełnienia Duchem, w tym o modlitwie językami, ale nie dowodzi to uniwersalnego znaczenia tych doświadczeń… Jeśli chodzi o użycie terminu „chrzest w Duchu”, jego powiązanie z koncepcją chrztu wodnego niestety przyczyniło się do niedocenienia znaczenia tego drugiego. Pojmowanie chrztu wodnego jako sakramentu, akceptowanego w kościołach katolickim i luterańskim przez zwolenników „chrztu w Duchu”, jest powszechnie kwestionowane. Według Nowego Testamentu chrzest wodny jest fundamentem osobistego i kościelnego życia w wierze…”

DOO generalnie uznaje tzw. „teologię naukową”: DOO uznaje potrzebę „teologii naukowej” dla Kościoła. Czyniąc to, popiera również historyczną metodę badania Pisma Świętego i uważa za oczywiste, że doświadczenia ruchu charyzmatycznego nie powinny być ignorowane w obliczu różnych faktów naukowych, które podważają te doświadczenia.

Co ciekawe, zarówno V. Kopferman, jak i jego następca w DOO, F. Aschoff, podkreślają, że są zwolennikami „biblijnej”, ale nie „biblijnej” egzegezy Starego i Nowego Testamentu. Oznacza to, że nawet jeśli odrzucają wyniki badań historyczno-krytycznych, to aprobują tę metodę (rozróżnianie źródeł itp.).

Najważniejszą działalnością organizacji wychowania przedszkolnego jest organizowanie licznych spotkań, seminariów i kongresów. Dzielą się one na:

- seminaria wprowadzające,

- spotkania poświęcone tworzeniu wspólnot,

- spotkania i kongresy regionalne.

Wzajemne powiązania

Relacje między Katolicko-Charyzmatyczną Odnową Kościoła a Katolicko-Charyzmatyczną Odnową Kościoła są szczególnie żywe. Świadczy o tym treść wspólnego czasopisma ekumenicznego „Odnowa w Kościele i Społeczeństwie”, pierwotnie wydawanego przez A. Bittlingera, G. Mühlena i R. Koppa. W. Kopfermann wkrótce dołączył do grona wydawniczego, a następnie do rady redakcyjnej. Oto jak W. Kopfermann pisał wówczas o Mühlenie: „W osobie paderbornowskiego dogmatysty Herberta Mühlena zachodnioniemieckie chrześcijaństwo zostało obdarzone nauczycielem o akademickim wykształceniu. Jako wyspecjalizowany teolog systematyczny łączył on potężną duchową godność wiary z niezaprzeczalnym darem przywództwa, zrozumieniem duszpasterskich potrzeb Kościoła, zapałem ewangelizacyjnym i ekumenicznym zasięgiem. Jego nominacja i praca stanowią istotny wkład w charyzmatyczną odnowę Kościoła ewangelickiego, przynosząc jej wielkie korzyści”.

W pierwszych latach zorganizowano szereg konferencji katolicko-ewangelickich, a później zaczęto organizować seminaria wyznaniowe, które wówczas uważano za najskuteczniejszy sposób promowania odnowy Kościoła. Członków DOO, a zwłaszcza uczestników seminariów wprowadzających, gorąco zachęcano do lektury traktatów katolickiego dogmatyka G. Mühlena, a zwłaszcza jego „Ćwiczeń z elementarnego doświadczenia chrześcijańskiego”.

DOO ściśle współpracuje również z „Grupą roboczą ds. budowania społeczności”, w której V. Kopfermann zasiadał w zarządzie przed opuszczeniem Kościoła Ewangelickiego.

W 1988 roku W. Kopfermann niespodziewanie zrezygnował z zarządu DOC, a 12 września tego samego roku z zarządu Kościoła Ewangelickiego w Niemczech. Dzień wcześniej, podczas nabożeństwa, w którym uczestniczyło około 2000 osób, pożegnał cały kościół. Kilka tygodni później W. Kopfermann założył Wolny Kościół Ewangelicko-Luterański Anskar, ewangelicko-charyzmatyczny kościół wolny. Wkrótce po założeniu liczył on 400 członków.

Kopfermann uzasadniał swoje odejście z Kościoła Ewangelickiego w Niemczech, o czym pisały zarówno gazety świeckie, jak i wydawnictwa kościelne, faktem istnienia pluralizmu w Kościele Ewangelickim, a także tym, że „system Kościołów ludowych jest z biblijnego punktu widzenia wysoce wątpliwy, a z historycznego – wręcz przestarzały i w praktyce niezwykle nieskuteczny”.

Przyjmując tak konsekwentną postawę, Kopferman wyprzedził o krok w pełni zaangażowanych członków Stowarzyszenia Gnadaus, którzy często i ostro go krytykowali. Czyniąc to, rzucił wyzwanie Niemieckiemu Kościołowi Ewangelickiemu:

„…Pracowałem i zabiegałem o to, by Kościół ludowy rozwijał nie tylko małe kręgi i komórki wiary, ale by całe zgromadzenia zostały odnowione mocą Ducha Świętego. Ta moja nadzieja zgasła. Pluralizm podniesiony do rangi dogmatu w Kościele Ewangelickim w Niemczech domaga się równych praw dla wszystkich tak zwanych form pobożności, niezależnie od tego, co reprezentują w ogólności lub na poziomie wspólnotowym. Wystarczy im zaprzeczyć w oparciu o Nowy Testament, a natychmiast wybuchnie skandal”.

„…Tym, co spaja Kościół Ewangelicki w Niemczech, nie jest wspólne, znaczące wyznanie wiary w Chrystusa, ale zwyczaj chrztu niemowląt, system podatków kościelnych, posiadanie praw kościelnych i cała masa „niewinnych” sloganów, takich jak: „Kościół był grzeszny i chory przez wszystkie czasy, nawet wczesny Kościół apostolski…”

Zasada jest taka: struktura Kościoła ludowego utrudnia zmiany w fundamentalnym kierunku wspólnot jako całości. Dlatego dziś dystansuję się od tego, czego sam nauczałem i co praktykowałem… Wspólnoty Kościoła Ewangelickiego w Niemczech są całkowicie pozbawione duchowego celu. Mówiąc dokładniej, nie ma już zgody co do tego, jakie jest w istocie powołanie Kościoła.

Zdumiewające, że V. Kopferman miał odwagę, w imię wdrażania zasad biblijnych, wyrzec się wierzeń, które głosił latami i wcielał w życie, zwłaszcza niepisanego „dogmatu” charyzmatyków: „Dogmat dzieli, ale miłość łączy”. „Miłość i prawda są zawsze nierozłączne. Czasami posłuszeństwo prawdzie wymaga kroków, które obrażają ludzi. Wyjaśniają takie kroki jako wyraz braku miłości…”

W ten sposób Kopferman kategorycznie zdystansował się od fałszywych nauk Kościoła katolickiego, które uniemożliwiły mu zostanie katolikiem, oraz od praktyki chrztu niemowląt: „Od dzieciństwa, dorastając w Paderborn, regionie katolickim, żywiłem głęboki szacunek dla Kościoła katolickiego. Moje nawrócenie utrudniają jednak nieprzezwyciężalne przeszkody w jego nauczaniu. Zgadzam się, że w Kościele katolickim są szczerzy uczniowie Jezusa, ale uważam, że ogólnie rzecz biorąc, Kościół dopuszcza zbyt wiele niebiblijnych stwierdzeń i nauk. Niemal każde fałszywe nauczanie płynące z ambony jest tu przyjmowane za prawdę. Już jedno „nie” dla chrztu niemowląt wydaje się Kościołowi zagrożeniem dla jego fundamentów”.

V. Kopfermann tak widzi swoją przyszłą drogę: „Mam nadzieję, że ten krok nie będzie służył tendencjom oportunizmu, lecz zachęci do bezkompromisowego naśladowania Jezusa Chrystusa. Będę teraz nadal gorliwie ewangelizował, mocno ufając działaniu Ducha Świętego i współpracując z jak największą liczbą innych chrześcijan i grup, a przede wszystkim dając priorytet modlitwie”.

Komentarze jego byłych liderów i pracowników DOO są, częściowo, dość ostre i wskazują, że działania Kopfermana najwyraźniej poruszyły czuły punkt wielu zazwyczaj dość liberalnych i tolerancyjnych pracowników Kościoła Ludowego.

G.D. Reimer (Ewangelickie Centrum ds. Światopoglądu, Stuttgart): „Podejmując ten krok, Kopferman wyrządził Kościołowi największą możliwą krzywdę. Skoro on, jako jego przywódca, nie był w stanie uchronić charyzmatycznego impulsu przed innymi, szkodliwymi elementami, które nie odnawiają Kościoła, to jak jego protegowani, pod jego przywództwem, będą mogli to zrobić? Dopiero w przyszłości będzie można zasadnie określić związek między „charyzmatykami” a niebezpieczeństwem schizmy w Kościele. A to jest niezwykle szkodliwe dla naszej wspólnej sprawy”.

Biskup Peter Krusche: „Utworzenie kolejnej wolnej grupy kościelnej, pomimo istniejących możliwości swobodnego uczestnictwa w życiu Kościoła dla chrześcijan, którzy nie chcą pozostać w oficjalnym Kościele, jest sprzeczne z przykazaniem Chrystusa o jedności i podważa zaufanie do chrześcijańskiego świadectwa”.

W. Kopfermann doskonale rozumiał, że z jednej strony wszelkie próby odrodzenia Kościoła ludowego były skazane na niepowodzenie, z drugiej zaś, sytuacja nigdy nie była tak poważna jak obecnie. Uświadomiwszy sobie to, W. Kopfermann wyciągnął trafne i trafne wnioski, dając tym samym silny impuls do refleksji w Gnadaus i innych zborach rozważających utworzenie Kościoła wyznaniowego w ramach Kościoła ewangelickiego w Niemczech.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie będą to jedynie nowe wspólnoty, ale wspólnoty biblijne na wzór Nowego Testamentu, które mimo szczególnej uwagi poświęconej charyzmatom, nie uduszą się ponownie w „kościele duszpasterskim” i nie zastygną w sakramentalizmie.

Wnioski

Porównując pierwszą falę, czyli historię powstania i rozprzestrzeniania się ruchu zielonoświątkowego (1906-1960), z drugą falą, czyli historią rozwoju ruchu charyzmatycznego, oczywiste staje się, że:

1. Niezwykle rozpowszechniony

W przeciwieństwie do ruchu zielonoświątkowego, który w niektórych częściach świata (zwłaszcza w Niemczech) był poddawany ostrym atakom, ruch charyzmatyczny w ciągu 20 lat zdołał uzyskać dostęp do niemal wszystkich popularnych i wolnych zgromadzeń kościelnych, zyskując szerokie uznanie i poparcie w kręgach przywódców kościelnych. Według badacza misjonarzy D.B. Barretta, liczba członków tradycyjnych zgromadzeń zielonoświątkowych na całym świecie sięga obecnie około 193 milionów. (Zielonoświątkowcy są zatem największym wyznaniem protestanckim). Liczba charyzmatyków na świecie wynosi około 140 milionów. Jeśli te dane są dokładne, to 20% wszystkich chrześcijan należy do ruchu zielonoświątkowo-charyzmatycznego. (stan na 1 stycznia 1990 r.)

2. Utrata treści duchowych

Niesamowicie szybki wzrost ruchu charyzmatycznego w ujęciu ilościowym idzie w parze z wyraźnie zauważalnymi stratami jakościowymi. Ruch zielonoświątkowy podziela fundamentalistyczne stanowisko w kwestii natchnienia i historyczności Biblii, historii stworzenia itd., potępiając liberalizm i sakramentalizm. Ruch charyzmatyczny jednak łączy zarówno poglądy fundamentalistyczne, jak i biblijno-krytyczne, ekumeniczne i sakramentalistyczne. Rozróżnienia teologiczne są powszechnie postrzegane jako naruszenie przykazania miłości Jezusa. Wspólnym mianownikiem nie jest jednak biblijne przekonanie o wierze, lecz wspólne doświadczenie charyzmatyczne.

W tym kontekście szczególnie interesujące są refleksje G.D. Reimera, który często pisze o ruchu charyzmatycznym. Jest on konsultantem Centrum Ewangelickiego w kwestiach światopoglądowych i sam jest blisko związany z ekumeniczno-charyzmatycznym skrzydłem tego ruchu. - „W tym kontekście należy ponownie zwrócić uwagę na legalistyczny biblizm i fundamentalizm. Rosnący wpływ tych tendencji na chrześcijan ewangelicznych, w tym charyzmatyków, jest historycznie wytłumaczalny. Jest on jednak wprost sprzeczny z duchowo aspirującymi zasadami odnowy charyzmatycznej. Oczywiście charyzmatycy znajdują się w tej samej sytuacji co bibliści, o ile muszą należycie wykazać świeckiemu i liberalnemu środowisku olśniewającą moc religijnych świadectw Biblii. A świadomość, że opowiadają się za prawdą Biblii, ogólnie rzecz biorąc, wzmacnia ducha protestanckiego, jednoczy towarzyszy. Jeśli charyzmatycy nie wniosą własnego, szczególnego wkładu w tę „bitwę o Biblię”, opierając się właśnie na własnym doświadczeniu, lecz będą stosować legalistyczną, formalną, fundamentalistyczną metodę argumentacji, to wystawią się na działanie ducha im obcego: „Bo rzeczy duchowe należy rozumieć z rzeczy duchowych” (por. 1 Kor 2,13).

3. Ruch charyzmatyczny z perspektywy zielonoświątkowej

Oczywiście, w ruchu zielonoświątkowym nie ma konsensusu co do dzisiejszego ruchu charyzmatycznego. Niektórzy prominentni zielonoświątkowcy utrzymują intensywne kontakty z ruchem charyzmatycznym. Niektórzy z nich dążą do wywierania pozytywnego wpływu na charyzmatyków poprzez współpracę. Inni, tacy jak D. Wilkerson i Ravenhill, nie wahają się ostro krytykować alarmującego rozwoju niebiblijnych nauk i praktyk w ruchu charyzmatycznym.

Ogólnie rzecz biorąc, można stwierdzić, że ruch zielonoświątkowy w większości krajów śledzi rozwój ruchu charyzmatycznego z niepokojem lub co najmniej mieszanymi uczuciami, zwłaszcza tej jego części, w której wyraźnie ujawniają się tendencje katolicko-ekumeniczne.

4. Ruch charyzmatyczny na rozdrożu?

W ostatnich latach krytyka koncentrowała się przede wszystkim na szerszym skrzydle ruchu charyzmatycznego, którego nauki i praktyki znalazły swój najczystszy wyraz w pracach E.E. Kennona, K. Hagena, K. Copelanda, C. Keppsa, D. Austina i innych. Ta część ruchu nazywa siebie „ruchem wiary” lub ruchem „Słowa Wiary”. Konkretne nauki tego ruchu w Niemczech reprezentowane są przede wszystkim przez misję „Słowa Wiary” (w Feldkirchen koło Monachium), kierowaną przez Johna Angelina, którego liczne książki i broszury odzwierciedlają przede wszystkim idee Hagena, a także przez coraz bardziej rozpowszechnione „wspólnoty chrześcijańskie” (Terry Jones, Kolonia) i inne.

Kenneth Hagen, najsłynniejszy rzecznik ruchu, napisał 126 książek i broszur, opublikowanych w wielu językach, w łącznym nakładzie 33 milionów egzemplarzy. Pomimo faktu, że J.R. McConnell udowodnił, że Hagen skopiował praktycznie całe strony z dzieł E.V. Cannona (1867–1948) i opublikował je pod własnym nazwiskiem, Hagen twierdzi, że wszystkie swoje szczególne nauki otrzymał „przed tronem Bożym” podczas ośmiu „osobistych spotkań z Jezusem”. Hagen, który przepowiada nagłą śmierć z powodu raka wszystkim swoim krytykom, szerzy przesłanie dobrobytu, zdrowia i siły, które jego zdaniem powinny być nieodłączną cechą wierzących.

Jego przeciwnicy (tacy jak McConnell i Dave Hunt) określili te nauki mianem „ochrzczonej” „Nauki Chrześcijańskiej”.

Wpływ „unitarianizmu” i „Nowej Myśli” jest szczególnie widoczny w wypowiedziach „nauczycieli wiary” na temat „boskości” wierzących („wierzący jest również wcieleniem Jezusa z Nazaretu”) i pojednania. To ostatnie, ich zdaniem, dokonało się nie na krzyżu poprzez przelaną krew Jezusa, lecz poprzez „duchową śmierć” Jezusa w piekle, gdzie rzekomo przebywał „trzy dni i trzy noce w łonie tej ziemi”, przyjmując „naturę Szatana”, był dręczony przez demony i „odkupił” wierzących od Szatana. Co zaskakujące, najbardziej zaciekłą krytykę tej fałszywej nauki wyraził J.R. McConnell, sam charyzmatyk.

W swojej książce „The Other Gospel” (Fliess Publishing, Hamburg, 1990) McConnell identyfikuje „ruch wiary”, ze względu na jego „sekciarskie korzenie”, jako poważne zagrożenie dla „teologicznie poprawnej ścieżki i praktyki duchowej ruchu charyzmatycznego”. W tej znakomitej analizie ruchu pisze: „My, którzy uważamy się za charyzmatyków, stoimy na rozdrożu. Ruch charyzmatyczny osiągnął duchowy punkt rozwoju, gdzie droga się rozwidla… Stawką w naszym ruchu jest nic innego jak solidny fundament zdrowej doktryny”.

Podsumowując swoją książkę, pisze: „Od samego początku aż do dziś ruch charyzmatyczny prezentował błędną doktrynę objawienia. My, charyzmatycy, nie zwracaliśmy uwagi na zasadę, że jedynym nieomylnym standardem wiary i praktyki jest Biblia… potrzebujemy reformy doktryny w oparciu o zasadę wielkiej historycznej Reformacji…”.

Czytając rozdział „Druga fala – ruch charyzmatyczny”, natrafiamy na liczne daty, liczne postacie religijne oraz bogactwo cytatów i wypowiedzi rzucających światło na historię powstania i rozwoju ruchu. Czego ostatecznie możemy się dowiedzieć z całej tej lektury?

Nie znamy religijnej struktury zachodniego chrześcijaństwa, nie znamy gleby, z której wyrasta wielogałęziowa roślina znana jako ruch charyzmatyczny. Jakie są jej korzenie? Czy jest to duchowe przebudzenie w chrześcijaństwie?

W chrześcijaństwie istnieje wiele ruchów, których powstanie można rozpoznać po znaku Ducha Świętego. Duch Święty, który w pewnych momentach tchnął Pismo Święte w pobożnych ludzi, objawiał im konkretne prawdy ze Słowa Bożego. To było źródłem wielu przebudzeń.

Przedstawicielami duchowego przebudzenia byli przede wszystkim asceci wiary, raz na zawsze „przekazani świętym” (Jud 5,3).

Ci asceci pojawili się w czasach apostazji. W większości przypadków dowodzili swojej wierności prawdzie Bożej, cierpiąc za nią i ponosząc męczeństwo. Niezależnie od tego, czy byli to albigensi, czy paulicjanie, Piotr z Bruys, Piotr Waldo, Jan Wiklif, Jan Hus i wielu innych męczenników za wiarę, zarówno znanych, jak i nieznanych, wszyscy osiągnęli pełnię dzięki mocy Ducha Świętego, który objawił im prawdy Pisma Świętego. Takie ruchy zawsze zaczynały się od kogoś, kto „kopał, sięgał głęboko i kładł fundament na skale” (Łk 6,48).

Z tego, co czytamy w tej książce, nie możemy wywnioskować, że ruch charyzmatyczny narodził się w ten sposób. Objawienie najczęściej pochodziło nie ze Słowa Bożego, lecz z proroctw proroków. Jak wynika z lektury, ruch charyzmatyczny narodził się nie z walki o prawdę, lecz z walki o wpływy we wszystkich warstwach chrześcijaństwa. Właśnie dlatego jest tak wieloaspektowy i obejmuje najbardziej sprzeczne nurty, stosując rozmaite techniki, często wątpliwe z punktu widzenia chrześcijańskiej pobożności.

Charyzmatycy z łatwością współistnieją z doktryną katolicką. Według charyzmatyków katolickich, to właśnie ich charyzmat prowadzi ich do wielkiej gorliwości w stosunku do typowych dogmatów i tradycji katolickich. Obejmuje to kult Maryi, różaniec, gorliwość w stosunku do sakramentów, Kościoła i nie tylko. Aby rozszerzyć swoje wpływy, charyzmatycy pokazują, że wszelkie środki niezbędne do osiągnięcia tego celu są dopuszczalne. Należą do nich „zespoły pantonimiczne i taneczne”, a także „zespoły rockowe i orkiestry rockowe”. W przeciwieństwie do ruchu zielonoświątkowego, ruchowi charyzmatycznemu brakuje tak potrzebnej i należnej uwagi poświęconej uświęceniu i czystości życia wiernych oraz wierności Kościoła Słowu Bożemu.

Charyzmatycy z łatwością współistnieją z historyczno-krytycznym podejściem do interpretacji Biblii i tak zwanym liberalizmem w chrześcijaństwie. Niektóre grupy charyzmatyczne przyjmują nowe teorie teologiczne, których konsekwencje są trudne do przewidzenia. Należą do nich teoria „rządów moralnych” i inne. Te nowe teorie teologiczne negują grzeszną naturę człowieka, wszechobecność Boga i konieczność pojednania z Bogiem poprzez odkupieńczą ofiarę Jezusa Chrystusa.

Mamy nadzieję, że wspólnoty zielonoświątkowe w ZSRR, które otworzyły się na ruch charyzmatyczny, są dalekie od wymienionych powyżej odchyleń, istnieje jednak niebezpieczeństwo, że utrzymanie ich obecnej pozycji będzie trudne. Niniejsza książka pokazuje, że w Niemczech ruch charyzmatyczny początkowo miał kilka niezależnych nurtów, które później połączyły się. Ruch ten, z samej swojej natury, dąży do konsolidacji kosztem prawdy. Brakuje mu biblijnego separatyzmu, czyli oddzielenia od błędu i nieczystości.

Książka wymienia liczne organizacje i grupy, zarówno charyzmatyczne, jak i inne, ale o wyraźnych cechach charyzmatycznych. Wszystkie aktywnie angażują się w globalne działania religijne, często bardzo pożyteczne, takie jak walka z alkoholizmem, narkomanią itd. Wielu przedstawicieli tych organizacji z powodzeniem działa w naszym kraju. Oprócz ich dobroczynnego wpływu, widoczne są również oznaki odejścia od prawdy, wynikające z wolnomyślicielskiej natury charyzmatyków.

W rozmowie z młodym pastorem, który narzekał na problemy w swojej parafii, opowiedziałem historię o tym, jak młody, nowo nawrócony chrześcijanin zrozumiał zasady chrześcijańskiego postępowania. Ten młody człowiek nie mógł pojąć, dlaczego wierzący nie tańczą. Kaznodzieja zapytał go, czy rozumie osobę Chrystusa z Ewangelii, na co odpowiedział twierdząco. Kaznodzieja zapytał wtedy: „Czy wyobrażasz sobie tańczącego Chrystusa?”. „Nie, nie!” – wykrzyknął młody nawrócony. „Teraz rozumiem wszystko inne”. Pastor, z którym rozmawiałem, powiedział: „Ale nie uważam za niemożliwe, żebym nie widział tańczącego Chrystusa”. Z tych słów jasno wynika, że ​​problemy jego kościoła leżą właśnie w samym pastorze. Ten brat ma wiele kontaktów z zagranicznymi chrześcijanami.

Trudno przewidzieć, jaki wpływ ruch charyzmatyczny będzie miał na nasze rodzime chrześcijaństwo. Uważamy, że na ziemi rosyjskiej może on przybrać bardzo odrażające formy, zniesławiając ewangelikalizm, który historycznie rozwinął się w naszym kraju.

Nasi współobywatele wychowani w ateizmie wykazują obecnie wyraźny pociąg do pierwotnego źródła prawdy – Biblii. Pod wpływem liberalnego rozumienia Biblii, które może być promowane głównie przez charyzmatyków, tacy ludzie albo stracą wiarę w prawdę zawartą w Biblii, albo ten wpływ zainspiruje ich do tworzenia ateistycznych teorii chrześcijańskich, które będą próbowały pozbawić nasz naród Chrystusa jako Syna Bożego i Zbawiciela wszystkich.

Chrześcijanie ewangeliczni w ZSRR muszą uzbroić się w Słowo Boże i wiedzę o podstawowych prawdach Pisma Świętego, aby przeciwstawić się szkodliwym wpływom, które najczęściej przenikają poprzez ruch charyzmatyczny.

3. Trzecia fala – „ewangelizacja mocą”

Kolejny rozdział wprowadza nas w postaci związane z początkiem i rozwojem ruchu znanego jako „trzecia fala”. Autor szczegółowo opisuje praktyki i teologię takich postaci jak Peter Wagner, John Wimber, Yonggi Cho i Reinhard Bonnke, a także śledzi rozwój „trzeciej fali” w Niemczech. Opisane są tu zdumiewające przypadki i zdumiewające stwierdzenia; w rozdziale tym poznajemy takie koncepcje, jak „pokój w Duchu”, „święty śmiech”, „pozytywne myślenie”, „motywacja”, „Ewangelia dobrobytu”, „wizualizacja”, „twórcza moc słowa mówionego” i tak dalej. Autor nie spieszy się z wyrażaniem swojego punktu widzenia, mając nadzieję, że bogobojny czytelnik, pomimo zdumiewających zjawisk i niezbadanych perspektyw w sferze doświadczenia religijnego, nie ulegnie pokusie skosztowania tych owoców, lecz będzie się starał, modląc się i w świetle Słowa, dokonać właściwej oceny praktyki i teologii „trzeciej fali”.

Oczywiście, incydent z narzeczonym, samochód, historia zbankrutowanego piekarza i tak dalej, które znajdziesz w tym rozdziale, same w sobie są kuszące. Niektórzy będą kuszeni, by wypróbować te metody jako Bożą moc zaspokojenia swoich pragnień. Ale czyż nie byłoby to podobne do pokusy, gdy głodny Chrystus został poproszony o wypieczenia chleba z kamieni?

Celem „trzeciej fali” jest przeniknięcie do wszystkich ruchów chrześcijańskich, które nie są objęte ruchem zielonoświątkowym i charyzmatycznym. „Trzecia fala” zamierza „głosić moc Bożą tym, którzy jej nigdy nie doświadczyli”, stąd jej nazwa „Ewangelia mocy” – czyli głoszenie Ewangelii z potężną mocą Ducha Świętego, objawiającą się w znakach i cudach.

Czytając książkę, widzimy, jak arsenał ewangelistów „Ewangelizacji Mocy” zawiera narzędzia ewangelizacji, których nie da się wyjaśnić w sposób naturalny. Jednak nie da się ich również wyjaśnić za pomocą Biblii. John Wimber spędził całą noc na próżno nad Biblią, mając nadzieję na znalezienie wyjaśnienia incydentu, gdy na modlitwę pewnego człowieka setki ludzi wokół niego padły na podłogę i zaczęły mówić „językami”. Gdyby Wimber, wyczerpany nocnymi poszukiwaniami, nie usłyszał głosu w telefonie wczesnym rankiem: „John, to ode Mnie”, to „spoczynek w Duchu” pozostałby niewytłumaczalną tajemnicą. Teraz jednak stało się to wydarzeniem, które oznacza narodziny „Ewangelizacji Mocy”. Od tego czasu setki i tysiące tych, którzy zostali przypadkowo rzuceni na ziemię, zademonstrowały „moc Bożą”.

Środki „potężnej ewangelizacji”, które zadziwiają tysiące ludzi, zbudowane są z elementów od dawna praktykowanych w okultyzmie, religiach pogańskich i, do pewnego stopnia, psychologii, ale z pewnością nie w Dziejach Apostolskich. Filozofia „czwartego wymiaru” Yonggi Cho, według jego własnych słów, zrodziła się w nim, gdy ubolewał nad cudami, jakich dokonują joga, japońskie sokakakai i inne religie Wschodu, podczas gdy we współczesnym Kościele cuda były nieobecne. Yongi wkłada swój wgląd w usta Ducha Świętego i mówi: „Spójrz na sokakakai. Należą do Szatana. Duch ludzki jednoczy się z duchem złego w czwartym wymiarze, tak że obaj (razem) sprawują władzę nad ciałami i okolicznościami… dokładnie tak samo, jak magowie w Egipcie sprawowali władzę nad różnymi wydarzeniami i manifestacjami, podobnie jak Mojżesz… Musimy kierować czwartym wymiarem za pomocą Ducha Świętego”. Cho stał się gorliwym obserwatorem cudów i znaków. I ludzie widzą te cuda. Zaczął od wykluczenia religii Wschodu i najwyraźniej coś od nich zapożyczył.

Niesprawiedliwe byłoby postrzeganie „Ewangelików Mocy” jako ludzi celowo wymyślających wszelkiego rodzaju środki, by wpływać na masy, by zdobyć popularność, pieniądze, władzę i sławę na szczycie „trzeciej fali”. Chociaż ich intencje często nie są pozbawione tych cech, a ich filozofia życia nie promuje zdolności do cierpienia dla Chrystusa, jak to miało miejsce w przypadku apostołów, wciąż można wierzyć, że szczerze pragną podobać się Bogu. Pragną i są przekonani, że masy przyciągane ich głoszeniem są dowodem na to, że Bóg jest z nimi. Niebezpieczeństwo polega na tym, że wielkość Boga jest głoszona za pomocą obcych, niepobożnych instrumentów. Biblia mówi nam: „Uczyń je według wzoru, jaki ci pokazano na górze” (Wj 25,40). „I uczynisz z niego święty olej do namaszczania… będzie to dla mnie święty olej do namaszczania dla waszych pokoleń… po jego przygotowaniu nie będziecie czynić niczego podobnego”. Wj 30,25-31. W tym miejscu objawia się Boża surowość co do celów i sposobów oddawania czci Jedynemu Bogu. Objawienie Nowego Testamentu, poprzez narracje i nauki natchnionych sług Jezusa Chrystusa, dostarcza Kościołowi konkretnych narzędzi i instrumentów dla ekonomii i sposobów oddawania czci Bogu. Metody zapożyczone od filozofów, psychologów, joginów i innych mogą stworzyć nie Królestwo Boże, ale okultystyczne pogańskie chrześcijaństwo, za którym tęskni rozczarowana ludzkość.

Świat zawiera pakt z diabłem. Nasz oświecony świat staje się pogański na naszych oczach. Nasi współcześni stają się bałwochwalcami. Siły szatańskie niegdyś inspirowały ludzi oświeconych naukami przyrodniczymi do umniejszania autorytetu Słowa Bożego. W ten sposób stworzyli pseudonaukę i przeciwstawili ją Biblii. Teraz pseudonauka jest wykorzystywana do rehabilitacji pogańskich kultów, nadając im naukowe podstawy i pogrążając świat w mroku bałwochwalstwa. W telewizji widzimy tak zwanych jasnowidzów, czyli po prostu czarnoksiężników, wróżbitów i innych sług ciemności, którzy „oświecają” świat w nowy sposób. W tym procesie duchowego rozkładu „Ewangelizacja Mocy” nie będzie najlepszym narzędziem dla naszego społeczeństwa.

Eksperymenty współczesnych jasnowidzów, którzy dokonują cudów, dają przeciwnikom Boga nadzieję na „obalenie osoby Chrystusa”. Utożsamiają oni cuda uwielbionego Jezusa, Syna Bożego, z cudami dokonywanymi przez moce tajemne. Nic dziwnego, że współcześni wyznawcy religii Wschodu tłumaczą lukę w biografii Jezusa, twierdząc, że w tym czasie przebywał On w Indiach, gdzie uczył się sztuki czynienia cudów.

Wszystkie trzy „fale” wypływają nie z głębin Objawienia, lecz z niebezpiecznych eksperymentów w sferze ukrytej. Ich obecność w naszej kulturze chrześcijańskiej zmieni nasze chrześcijaństwo na gorsze. Te „fale” są w stanie zniszczyć naszą naturalną glebę. Korzenie naszej ewangelizacji, karmione objawieniem Pisma Świętego i szacunkiem dla Biblii, zostaną odsłonięte, a błogosławione pędy pokory, poświęcenia, gotowości do cierpienia dla Chrystusa, nabożnej kontemplacji piękna Słowa Bożego i poczucia obecności Pana uschną.

Techniki kaznodziejów „Power Evangelical” to metody łagodzenia stresu. W najlepszym razie są one psychoterapią, która nie może zastąpić prawdziwego pokoju w Bogu, znanego naszym ludziom, którzy znieśli tak wiele trudności i stoją u progu nowych prób. Ani „taniec na chwałę Bożą”, ani „święty śmiech”, ani „pokój w Duchu”, ani „pozytywne myślenie” nie złagodzą napięcia ani nie zapewnią „ukojenia naszym duszom”, które tak prosto obiecał Chrystus. (Mt 11,28-30)

Straciwszy wszelką nadzieję i oparcie w ziemskim życiu, nasz człowiek stoi w pokornej adoracji przed Wszechmogącym. Klęczy, z pokornie złożonymi i nieśmiało uniesionymi dłońmi, z twarzą mokrą od łez, otwartą w czułej kontemplacji niewidzialnego. Pokój jest wypisany na nim całym. To nie psychoterapia. To pokój. Znalazł go nie w zgiełku zbiorowej ekstazy. Znalazł go sam na sam ze Zbawicielem.

„Dusza moja znajduje schronienie tylko w Bogu… Duszo moja, szukaj schronienia tylko w Bogu… Bo tylko w Nim pokładam nadzieję. Tylko On jest moją skałą i zbawieniem, twierdzą moją; nie zachwieję się. W Bogu jest moje zbawienie i chwała moja; siła mojej mocy i ufność moja w Bogu. Psalm 61:2,6-8

Około 1980 roku wielu zaczęło wierzyć, że ruch charyzmatyczny w skali globalnej miał już za sobą okres szczytowy. Niektórzy odważyli się nawet mówić o „okresie postcharyzmatycznym”. Angielski ewangelista David Watson, który regularnie prowadził seminaria na temat ewangelizacji i odnowy w Fuller Theological Seminary, w rozmowie z Johnem Wimberem w 1980 roku, wskazał na następujące oznaki stagnacji w ruchu charyzmatycznym:

- spadek liczby uczestników konferencji w USA i Wielkiej Brytanii; - rozłam w kierownictwie,

- ogólne złe samopoczucie, wyrażające się w duchowej depresji i niezadowoleniu.

Jednak właśnie w tym roku, gdy druga fala ruchu charyzmatycznego zaczęła tracić impet, rozpoczęła się nowa era – era „trzeciej fali Ducha Świętego”. Celem tej fali są „konserwatywne ewangelikalne wspólnoty niecharyzmatyczne”, do których nie dotarły dwie pierwsze fale.

Tło „trzeciej fali” jest ściśle związane z nazwiskami postaci, które wywarły szczególny wpływ na ten ruch: Petera Wagnera i Johna Wimbera.

Peter Wagner i „Trzecia fala”

Zanim poznał Donalda McGevrana, założyciela Fuller School of World Mission i ojca ruchu budowania kościołów, Wagner spędził już 16 lat jako misjonarz w Boliwii. Wspominając swoją podróż misyjną, Wagner powiedział, że nie przypomina sobie ani jednego przypadku, w którym „moc Ducha Świętego przenikała go, by uzdrawiać chorych lub wypędzać demony”.

Oprócz braku wiary i półskłonnego poświęcenia, które jego zdaniem są przyczyną jego impotencji, wymienia jeszcze cztery inne:

1. Byłem dyspensacjonalistą... Zostałem dokładnie pouczony, że odkąd istnieje kanon Pisma Świętego, nie ma już potrzeby dokonywania znaków i cudów, aby przyciągnąć uwagę niewierzących do Jezusa...

2. Byłem przeciwnikiem zielonoświątkowców. W kręgach, w których się obracałem, zielonoświątkowcy byli postrzegani jako oszuści… a ich teologia wydawała nam się zbyt powierzchowna.

3. Moje wyobrażenia o mocy Boga były ograniczone.

4. Mój światopogląd nosił piętno świeckiego humanizmu... Pamiętam, że myślałem, iż częścią mojej służby misyjnej było przekonywanie miejscowej ludności, że choroby są wywoływane przez bakterie, a nie przez złe duchy, jak sugerowały lokalne przesądy...

Następnie Wagner wymienia cztery powody, dla których przestał być dyspensacjonalistą i zmienił swoje nastawienie do zielonoświątkowców:

1. Spotkanie ze Stanleyem Jonesem.

W połowie lat 60., gdy Wagner był jeszcze „fundamentalistą Selarotisa”, do Boliwii zaproszono znanego misjonarza, który pracował w Indiach, S. Jonesa. Ponieważ Wagner cierpiał na uporczywą ranę, która uległa zakażeniu po operacji, mimo to, choć z dużą nieufnością, wysłuchał jednego z kazań Jonesa. Pod koniec kazania Jones odmówił modlitwę za chorych zgromadzonych. Następnego ranka rana Wagnera zagoiła się.

2. Obserwowanie rozwijających się społeczności.

P. Wagner nauczył się odkrywać zasady wzrostu od D. McGevrana. Pod koniec lat 60. Wagner rozpoczął badania nad gwałtownym wzrostem zboru zielonoświątkowego w Chile. Zaczął coraz bardziej wątpić w słuszność swoich ówczesnych poglądów. W 1971 roku Wagner wykładał w Seminarium Fullera i napisał książkę „Energia duchowa a wzrost zboru”, w której przedstawił wyniki swoich badań nad wzrostem zboru.

3. Współpraca ze wspólnotą zielonoświątkową.

W połowie lat 70. Wagner spędził wiele czasu nauczając zasad rozwoju Kościoła w tradycyjnej kongregacji zielonoświątkowej zwanej „Kościołem Boga”. To właśnie tam dostrzegł u słuchających go mężczyzn i kobiet oznaki „wielkości Bożej energii”, której sam tak żarliwie pragnął. „Za każdym razem, gdy wracałem do domu z tej kongregacji, czułem duchowe oświecenie. Czasami sam pragnąłem zostać zielonoświątkowcem!”

4. Pojawienie się Johna Wimbera.

W 1976 roku Wagner poznał Wimbera, wówczas pastora w zborze kwakrów, który wyraził zainteresowanie udziałem w szkoleniu poświęconym zasadom rozwoju wspólnoty. Pod koniec drugiego tygodnia szkolenia Wagner, dostrzegając talent przywódczy Wimbera, przekonał go do rezygnacji z pracy w zborze i dołączenia do Instytutu Fullera ds. Ewangelizacji i Rozwoju Wspólnot. Od tego momentu Wimber i Wagner nawiązali bliską przyjaźń. Przyjaźń ta trwała nadal, gdy Wimber opuścił instytut dwa lata później, aby założyć własną wspólnotę o nazwie „The Vineyard”.

W 1982 roku P. Wagner został wyznaczony do prowadzenia kursu poświęconego znakom i cudom w Szkole Misji Światowych. Jako profesor, Wagner był odpowiedzialny za ten kurs. Wykłady prowadził D. Wimber. Kurs ten stał się powszechnie znany jako „MK-510” (Mk 5,10).

Wimber nigdy nie przedstawiał wyłącznie suchej teorii, lecz wplatał w swoje wykłady praktyczne ćwiczenia z modlitwy i posługi uzdrawiania. Po uzdrowieniu z nadciśnienia, Wimber sam zaczął nakładać ręce na chorych i modlić się nad nimi.

Trzecia fala

Uwolniwszy się w końcu od swoich „antycharyzmatycznych” uprzedzeń, Wagner rozpoczął prowadzenie zajęć w szkółce niedzielnej dla dorosłych w „niecharyzmatycznej” tradycyjnej kongregacji o nazwie Lake Avenue Parish Church. Tam, wraz z dwoma uczniami, Wagner rozpoczął skuteczną posługę uzdrawiania. „Zauważyłem dary wstawiennictwa, zbawiania dusz, uzdrawiania, wypędzania demonów, proroctwa, organizacji, rozeznawania duchów, słowa poznania i wiele innych”.

Ponieważ uczniowie tych klas nie chcieli być nazywani charyzmatykami, pojawiła się potrzeba alternatywnej etykiety. To właśnie wtedy ukuto termin „trzecia fala”. „Chcemy w ten sposób wyrazić, że podobnie jak w ruchu zielonoświątkowym (pierwsza fala) i charyzmatycznym (druga fala), doświadczamy tej samej nadprzyrodzonej siły, nie będąc i nie chcąc być częścią dwóch pierwszych fal”.

Ciekawe jest, jak Wagner podchodził do tego zlecenia i jak uświadomił sobie, że jest to jego powołanie. - „Czy nazwa „trzecia fala” okaże się uzasadniona, czy nie, to się okaże, ale samo duszpasterstwo otrzymało już potwierdzenie z różnych źródeł w listopadzie 1983 roku. Otrzymałem pięć proroctw od różnych, niezwiązanych ze sobą osób. Wszystkie miały podobną treść. Najwyraźniej sam Bóg powołał mnie na swojego posłańca. Aby budować Kościół, muszę głosić Bożą moc tym, którzy nigdy jej nie doświadczyli. I muszę wykonywać tę posługę w sposób niezielonoświątkowy i niecharyzmatyczny. Proroctwa zawierały również ostrzeżenia przed atakami wroga. Pan poinformował mnie, że moje imię znajduje się na czarnej liście szatana i jest na jej szczycie. Po rozmowie duszpasterskiej z Johnem Wimberem w styczniu 1983 roku moc złego ducha została złamana, która przez wiele lat powodowała u mnie bóle głowy, będące dla mnie wielką przeszkodą. W marcu diabeł próbował mnie zabić – wytrącił mi drabinę z rąk. Ten incydent sprawił, że zaczęliśmy podejrzewać, że wróg zesłał złe duchy do naszego domu. Potwierdziło się to później, gdy moja żona, Doris, zobaczyła takiego ducha w naszej sypialni. George Eckart i Kathy Schaller, pod przewodnictwem Ducha Świętego i z pomocą darów rozeznania i egzorcyzmów, zdołali oczyścić nasz dom z wielu złych duchów. Od tamtej pory przestały nas nękać.

W 1984 roku do Niemiec przybył wieloletni przyjaciel Petera Wagnera, Yonggi Cho, pastor „największego kościoła świata” (Centralnego Kościoła Ewangelickiego w Seulu w Korei Południowej). Miał rozpocząć coroczny cykl wykładów na temat budowy Kościoła. Cho słyszał już o szczególnym darze Wagnera, jakim jest „wydłużanie nóg poprzez modlitwę”, a po przyjeździe był świadkiem, jak modlitwa Wagnera uzdrowiła sparaliżowaną nogę koptyjskiego księdza. „Moc Boża działała stopniowo. Noga rosła, aż w końcu pastor mógł na niej chodzić po raz pierwszy od wypadku”.

Jako zwolennik McGevrena, Wagner opublikował 27 różnych prac, głównie na tematy takie jak „Wzrost społeczności” i „Misja”. W niemieckim ruchu na rzecz rozwoju społeczności, dzięki swojej książce „Dary ducha dla budowania społeczności”, jest znany jako „wiodący myśliciel światowego ruchu budowania społeczności”.

John Wimber i ewangelizacja mocą

Według Wolframa Kopfermanna, który nazwał D. Wimbera „czołową postacią zachodniego chrześcijaństwa”, znaczenie jego dzieła jest następujące: „Jego osobowość łączy trzy nurty o ogromnym znaczeniu dla przyszłości protestantyzmu: ruch ewangelicki, z którego sam się wywodzi i z którym nadal się utożsamia, Ruch Wzrostu Społeczności (Community Growth Movement), którego nadal jest uważany za najzdolniejszego przedstawiciela w Stanach Zjednoczonych, oraz XX-wieczny Ruch Ducha Świętego, na którego czele działa”.

Wimber opisuje siebie jako osobę wychowaną jako poganin w czwartym pokoleniu, która w młodości wybrała muzykę jako cel swojego życia. Został zawodowym przedsiębiorcą muzycznym i zbudował karierę w jazzie i rock'n'rollu.

Kiedy w 1962 roku jego żona, Carol, zostawiła go z trójką dzieci i zagroziła rozwodem, John przeżył kryzys duchowy. Z żalu szukał ukojenia w religii i zaczął się modlić. Jego żona poszła na ustępstwa i pojednała się, ale pod jednym warunkiem: musiał poślubić ją podczas ceremonii katolickiej, ponieważ Carol była katoliczką. Jakiś czas później, na spotkaniu chrześcijańskiej grupy studium domowego, Wimber i jego żona nawrócili się i natychmiast zostali członkami wspólnoty kwakrów. John został później współpastorem, a Carol starszym. John zaczął mówić językami zaraz po nawróceniu, ale jego żona wciąż go przed tym ostrzegała. Siedemnaście lat później Carol Wimber śniła, że ​​głosi kazanie przeciwko używaniu darów duchowych. Pod koniec kazania dostała gorączki: „Żar ogarnął całe moje ciało, a potem zaczął wydobywać się z moich ust. Obudziłam się i zaczęłam mówić obcym językiem”.

W tym czasie John był pracownikiem naukowym Fuller Institute for Evangelism and Community Growth.

W 1976 roku Wimberowie zorganizowali kółko domowe w społeczności kwakrów, które wkrótce liczyło 125 członków.

W 1977 roku Wimber wraz ze 150 wyznawcami opuścił wspólnotę kwakrów i założył własną kongregację, obecnie zwaną „Vineyard of Christian Fellowship”, i został jej pastorem. Do 1988 roku liczba kongregacji należących do tego stowarzyszenia osiągnęła 235 i liczyła 80 000 członków. Znany pisarz i psychiatra David White oraz inni ewangeliccy działacze chrześcijańscy współpracują z tymi kościołami jako pastorzy.

W kolejnych miesiącach Wimberowie zaczęli odczuwać, że brakuje im mocy Bożej i zaczęli się z tym modlić.

Pewnego dnia, po wykładzie o „chrzcie w Duchu Świętym”, Wimber, na prośbę słuchaczy, zaczął się modlić i kłaść na nich ręce. Carol wspomina: „Z jego rąk płynęła niewiarygodna moc. Kiedy kogoś dotknął, natychmiast upadał na ziemię. John czuł, jakby jego ręce promieniowały jakąś duchową energią, podobną do elektryczności. To było jego pierwsze tego rodzaju doświadczenie, emanującej z niego energii”.

Kilka dni później John doświadczył zdarzenia, w którym dziewczyna została uzdrowiona dzięki jego modlitwie: jej skrócona noga zaczęła drżeć i drgać, aż w końcu wydłużyła się do normalnej długości. Po tym uzdrowieniu John zaczął dzielić się swoimi wrażeniami z żoną w domu. Powiedział jej, nalewając sobie szklankę mleka: „Wierzę, że jeśli głosisz i nauczasz Słowa Bożego, to Duch Święty…”. Ale nie mógł kontynuować. Po słowach „Duch Święty” jego nogi nagle sparaliżowały i ledwo zdołał utrzymać się w pozycji pionowej, trzymając się rękami krawędzi stołu, aby nie upaść. Spojrzał na Carol ze zdziwieniem i powiedział z uśmiechem: „Carol, myślę, że mamy jeszcze wiele do przeżycia”.

Godzina narodzin „Ewangelizacji Mocy”

W Dzień Matki w 1981 roku miało miejsce następujące wydarzenie: kościół, który liczył już 700 członków, był świadkiem tego, jak na modlitwę młodego mężczyzny setki osób wokół nich zaczęły drżeć, upadać i mówić językami. Kiedy Carol zbliżyła się do ciał „dotkniętych”, poczuła emanującą z nich energię „…coś jak ciepło lub elektryczność”.

Początkowo John Wimber, niepewny, jak to wszystko zrozumieć, był bardzo zdezorientowany i spędził całą noc szukając wyjaśnienia w Biblii i innych księgach. W końcu, o 5:00 rano, zawołał do Boga w modlitwie:

„Panie, jeśli to od Ciebie, daj mi znać”. Wkrótce po tej modlitwie zadzwonił telefon, a przyjaciel pastora zwrócił się do Johna i powiedział: „Przepraszam, że przeszkadzam o tak wczesnej porze, ale mam ci coś dziwnego do powiedzenia. Nie wiem, co to znaczy, ale Bóg kazał mi ci powiedzieć: „To ode mnie, John”.

Przyjmując ten telefon jako potwierdzenie od Boga, rozwiał wszelkie wątpliwości. „Od tamtej pory” – pisze Wimber – „pierwszą rzeczą, która przyciąga wzrok osób odwiedzających naszą wspólnotę, są znaki i cuda”.

W 1983 roku Wimber założył Vineyard Ministries International, organizację organizującą w Stanach Zjednoczonych i za granicą wydarzenia poświęcone takim tematom jak „Wzrost społeczności”, „Ewangelizacja z mocą”, „Posługa uzdrowienia” i „Suwerenna modlitwa”. W ostatnich latach odbyło się kilka konferencji w Europie, a konkretnie w Anglii, Szkocji, Irlandii, Francji, Szwecji, Szwajcarii i Niemczech. Według samego Wimbera, on i jego zespół przeszkolili około 100 000 duchownych. Szacuje się, że w jego konferencjach na całym świecie wzięło udział od 400 000 do 500 000 osób.

Kierunek „trzeciej fali”

I. P. Wagner i D. Wimber zgadzają się, że „trzecia fala” musi dotrzeć przede wszystkim do konserwatywnych, niecharyzmatycznych chrześcijan ewangelicznych, na których nie miały wpływu lub które ledwie dotknęły dwie poprzednie „fale”.

John Wimber: „Oblicze grup i kongregacji ewangelikalnych zaczyna się zmieniać, i to bardzo szybko. Fundamentaliści i konserwatywni ewangelicy, którzy nie są charyzmatykami, nie będą już mogli ignorować pierwszych dwóch wielkich fal Ducha Świętego w tym stuleciu… Choć nie wszyscy, większość fundamentalistów, którzy obecnie pozostają poza wpływem pierwszych dwóch wielkich fal, trzyma się starych, sprzed półwiecza, krytycznych poglądów na temat nadużyć zielonoświątkowców. Wierzę, że im silniejsze będzie działanie Ducha Świętego wokół nich, tym głośniej będą głosić swój sprzeciw wobec zielonoświątkowców i charyzmatyków. Mimo to niektórzy z nich otrzymają namaszczenie i zostaną przemienieni.

Drugą grupę stanowią konserwatywni chrześcijanie ewangeliczni. Zaczynają już oni wykazywać oznaki, że stali się celem nowej, trzeciej fali. Przez „konserwatywnych chrześcijan ewangelicznych” rozumiem grupę wierzących niecharyzmatycznych, ale niekoniecznie antycharyzmatyków. Przez wiele lat należałem do tej grupy.

P. Wagner: „Trzecia fala” rozpoczęła się w 1980 roku. Wtedy to coraz większa liczba tradycyjnych wspólnot ewangelickich i ich organizacji, które – choć nie były i nie chciały stać się zielonoświątkowe ani charyzmatyczne – zaczęły coraz bardziej otwierać się na wpływ Ducha Świętego.

Różnica między „trzecią falą” a dwiema poprzednimi

D. Wimber dostrzega znaczącą różnicę między „trzecią falą” a pierwszymi dwiema, polegającą na tym, że w „trzeciej fali” to nie przede wszystkim pastorzy etatowi są przyobleczeni w moc Bożą do posługi, jak to miało miejsce w „pierwszej fali”, i nie tylko odpowiedzialni świeccy liderzy kręgów domowych i komórek, jak w „drugiej fali”, ale wszyscy chrześcijanie.

„Zamiast szkolić wyłącznie ewangelistów, duchownych uzdrowicieli i liderów grup studyjnych, trzecia fala wyposaża wszystkich chrześcijan w moc Ducha Świętego do posługi, a w szczególności do ewangelizacji i uzdrawiania przez Boga”.

Jeśli jestem jednym z liderów „trzeciej fali”, a posługa wspólnot winnicowych jest cechą charakterystyczną jej istoty i celu, to jest ona falą obdarowania. Mam na myśli falę, w której wszyscy chrześcijanie otrzymują śmiałość do modlitwy za chorych i korzystania ze wszystkich darów. W oparciu o to prowadzę nie nabożeństwa uzdrawiające, lecz seminaria szkoleniowe. Dążę do tego, aby posługa uzdrawiania była akceptowana w całym Ciele Chrystusa. Nie chciałbym, aby posługa ta ograniczała się do udziału tylko kilku wierzących uzdrowicieli.

P. Wagner cytuje „brak elementów dzielących” jako cechę charakterystyczną, odróżniającą „trzecią falę” od dwóch pierwszych. To szczególnie cieszy Wimbera, ponieważ dla niego „najwyższym priorytetem jest pragnienie pokoju i jedności w Ciele Chrystusa”. Cytuje D. Blesha: „Jedyną duchową drogą do takiej jedności (wśród chrześcijan) jest powrót do biblijnego przesłania i nauczania przy jednoczesnym stosowaniu tradycji całego Kościoła”.

Zatem jedność musi być zapewniona przez starożytną zasadę Kościoła katolickiego – Biblię i Tradycję. Dlatego mało prawdopodobne jest, abyśmy w książkach Wimbera znaleźli jakiekolwiek rozróżnienie w tej kwestii. I nie powinno dziwić, że wymienia on papieża Grzegorza I, Tertuliana (montanistę), Ignacego Loyolę (założyciela zakonu jezuitów w 1540 roku) oraz cudowne uzdrowienia w Lourdes jako kościelno-historycznych „koronarzy” „ewangelizacji mocy”.

Maniery D. Wimbera

Słynny teolog ewangelicki D. Packer, charakteryzując ruch charyzmatyczny, nazywa go rodzajem kameleona, dostosowującego odcienie swojej teologii do środowiska, w którym się znajduje, a wraz ze zmianą czynników zewnętrznych zmienia również swój kolor. To porównanie doskonale pasuje do charakterystyki „trzeciej fali”, a w szczególności samego D. Wimbera. Wimber ma bardzo dobre predyspozycje do osiągnięcia swojego celu i wpływania na konserwatywnych niecharyzmatyków. Zna sposób myślenia i metody argumentacji ewangelicznych chrześcijan-fundamentalistów i nazywa siebie dyspensacjonalistą, choć jest zwolennikiem poglądów przeczących twierdzeniu większości dyspensacjonalistów, że w Nowym Testamencie Izrael i Kościół Chrystusowy nie są tożsame, i w tej kwestii uważa dyspensacjonalistów za najzagorzalszych przeciwników swoich poglądów. – „Najbardziej zagorzali obrońcy doktryny ustania znaków i dyspensacjonaliści są czołowymi zwolennikami cuda. ​​Wierzą w określone okresy zbawienia, okresy w historii, w których Bóg działa w szczególny sposób. Dzięki Biblii Scofielda, której przypisy wyraźnie podkreślają dyspensacjonalizm, teoria końca epoki cudów rozpowszechniła się wśród milionów ewangelicznych chrześcijan w krajach anglojęzycznych oraz wśród fundamentalistów.

Wimber słusznie zauważył również, że dla wielu ewangelikalnych chrześcijan potknięcia dotyczą nie tyle nauk i praktyk charyzmatyków, co ich zachowania. Pisze o „słynnej teleuzdrowicielce” Kathryn Kuhlman: „Uważałem jej mowę za zbyt afektowaną, jej strój za zbyt ekstrawagancki. Jej maniery były teatralne, a cała jej postawa trąciła mistycyzmem… Jej osobowość raczej powstrzymywała mnie przed kontemplacją boskiego działania, niż mnie do niego przybliżała”. Ale zaraz dodaje w nawiasie: „…tymczasem cenię Kuhlman i wiele się od niej nauczyłem”.

Uważa również, że uzdrawiające usługi innych charyzmatyków są skandaliczne: „Carol i ja uczestniczyliśmy w niektórych nabożeństwach uzdrawiania… Byliśmy oburzeni, jakby „uzdrowiciele” interesowali się parafianami tylko dla pieniędzy. Chociaż niektórzy ludzie byli ewidentnie uzdrowieni, nie mogliśmy uwierzyć, że te uzdrowienia pochodzą od Boga. Byliśmy pewni, że Jezus nigdy nie urządziłby takiego widowiska. Uzdrowiciele byli spięci, jak na przedstawieniu teatralnym, popychając ludzi, aż upadli, a na dodatek nazywali to „mocą Bożą”. I pieniędzmi! Chcieli coraz więcej pieniędzy, mówiąc ludziom, że jeśli dadzą pieniądze, zostaną natychmiast uzdrowieni”.

Dlatego D. Wimber zachowuje inny sposób bycia podczas swoich wydarzeń. Na kongresie we Frankfurcie w 1988 roku unikał rozgłosu, pojawiając się publicznie jedynie po to, by krótko powitać uczestników, poza kazaniem. Jego strój był daleki od ekstrawagancji, raczej swobodny. Przechadzał się wśród obecnych swobodnie. Pseudonim „Niedźwiedź” naprawdę do niego pasował. Uosabiał wizerunek życzliwego, godnego zaufania ojca, pozbawionego arogancji. Brakowało mu typowego charyzmatycznego popisu: nie było uniesienia, nie było wzniecania emocji potokami słów czy podniesionym głosem, nie było błagania.

Prezentacje personelu były również rzeczowe, momentami wręcz wyważone, a niekiedy wręcz samokrytyczne. To eliminowało wiele uprzedzeń słuchaczy niecharyzmatycznych, a prawdopodobieństwo, że pod koniec nabożeństwa będą otwarci na ostateczne uzdrowienie emocjonalne i wyzwolenie, było całkiem realne.

„Ewangelizacja mocy” Wimbera

Czym jest ta „ewangelizacja mocą”?

Wimber definiuje tę koncepcję następująco: „Jest to głoszenie Ewangelii, które mieści się w granicach ludzkiego pojmowania i jednocześnie je przekracza. Przedstawia człowiekowi dowód mocy Bożej poprzez znaki i cuda oraz czyni Jego majestat dostępnym dla jego poznania”. Według Wimbera „…znaki i cuda są znakiem rozpoznawczym Królestwa Bożego” i nie są kojarzone wyłącznie z czasami Jezusa Chrystusa i apostołów; „…specyficzny sposób działania Chrystusa (w tym znaki i cuda) musi stać się integralną częścią normalnego życia chrześcijanina”. „Przez «ewangelizację z mocą» rozumiem prezentację Ewangelii, która jest nie tylko dostępna dla intelektu, ale także zawiera elementy dla niego niedostępne. Temu głoszeniu Ewangelii towarzyszą widoczne przejawy mocy Bożej – znaki i cuda. ​​«Ewangelizacja z mocą» to spontaniczne, natchnione przez Ducha Świętego, autorytatywne przedstawienie Ewangelii. Prezentacja ta jest poprzedzona i wspomagana przez widoczne znaki obecności Boga”.

Wimber krytykuje dyspensacjonalistów, takich jak Scofield i Warfield, za ich twierdzenie, że znaki i cuda ustały wraz z końcem ery apostolskiej, które nie znajduje uzasadnienia w Biblii. „Najsłabszym punktem stanowiska Warfielda jest fakt, że twierdząc, iż boskie cuda ustały wraz ze śmiercią apostołów i ich pokolenia, nie potrafi on powołać się na Biblię. Nigdzie w Piśmie Świętym nie ma ani jednego fragmentu, który by to sugerował lub uzasadniał taki wniosek”.

Według nauczania Wimbera, widzialne znaki, takie jak wypędzanie demonów, uzdrawianie chorych i wskrzeszanie umarłych, są nadal znakami nadchodzącego Królestwa Bożego, które, według Wimbera, znajduje się obecnie na „terytorium wroga” aż do przyjścia Chrystusa. Wierzy on, że praktykowanie „Ewangelizacji Mocy” prowadzi do starcia sił – Boga i diabła. Często wiąże się to ze spotkaniem i walką z demonami. „Kiedy Królestwo Boże wchodzi w bezpośredni kontakt z królestwem tego świata (Jezus konfrontuje się z Szatanem), dochodzi do starcia. Zazwyczaj trudno nam sobie z tym starciem poradzić (chaotycznym i nieobliczalnym).

Jednakże w tym rozumieniu Królestwa Bożego przez Wimbera należy zauważyć jeden pozytywny aspekt, który korzystnie odróżnia je od tego, co głosi się dzisiaj (i nie tylko w kręgach charyzmatycznych), a mianowicie potrzebę jasnego głoszenia Ewangelii: „Niewłaściwe głoszenie Ewangelii doprowadzi do tego, że chrześcijanie będą mieli błędne poglądy, w najlepszym razie bezsilni. To właśnie dzieje się dziś zbyt często. Zamiast wezwania do przyjęcia panowania Chrystusa i dołączenia do szeregów Jego armii, ludzie słyszą Ewangelię sformułowaną według ludzkiego „ja”: „Przyjdź do Jezusa, pozwól Mu pomóc ci w tej czy innej potrzebie! Pozwól Mu wypełnić twoje życie! Wykorzystaj swoje możliwości”. To nie jest Ewangelia Królestwa Bożego, którą głosił Chrystus i za którą trzeba zapłacić wysoką cenę: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Mk 8, 35).

Celem „ewangelizacji mocą”

Wimber argumentował, że „Ewangelizacja Mocy” pomoże przezwyciężyć uprzedzenia i opór niewierzących, a nadejdzie czas, gdy wielu nawróci się i będzie „większa gotowość do przestrzegania przykazań Chrystusa”. Co więcej, zgodnie z jego nauczaniem, widzialne znaki często dotykają najpierw tych, którzy ewangelizują, a dopiero potem ludzi, na których mają wpłynąć: „Widoczne znaki mocy Bożej, prowadzące do nawrócenia, często pojawiają się najpierw u tych, którzy ewangelizują, a dopiero potem u tych, których ewangelizują. W dniu Pięćdziesiątnicy ludzie „byli zaniepokojeni, zdumieni i zakłopotani”. Jednak wielu z nich natychmiast przyjęło inną postawę: stali się uczestnikami łaski Bożej. Kiedy niechrześcijanie są świadkami objawienia mocy Bożej wobec chrześcijanina, sami zostają cudownie otwarci na przyjęcie Ewangelii Królestwa Bożego”. – „Wzrost wspólnoty wyłącznie poprzez ewangelizację jest dość rzadki”.

Wimber opiera swoją argumentację na posłudze Jezusa, Jego posłannictwie danym apostołom oraz posłudze samych apostołów (Łk 9,1-6; Mk 16,15-18), a także na przykładach z historii Kościoła. Jako świadków znaków i cudów, które miały miejsce już w naszym stuleciu, Wimber cytuje Bonnkego, Erlo Stegena, proroka Harrisa, Jacques’a Girauda, ​​Tommy’ego Hicksa i Subę Rao.

Warto zauważyć, że wymieniając te świadectwa, Wimber wspomina również o osobach, które zalecają korzystanie z sakramentów w celu uzdrowienia i przywiązują dużą wagę do „wstawiennictwa relikwii świętych”. Cytuje więc Augustyna: „Czasami słyszy się twierdzenia, że ​​cuda, o których opowiadają chrześcijanie, już się nie zdarzają… Jednak w rzeczywistości nawet dzisiaj cuda wciąż są dokonywane w imię Chrystusa: czasami poprzez sakramenty, a czasami za wstawiennictwem relikwii Jego świętych”.

Służba Uzdrawiania

Wimber uważa uzdrawianie chorych za kluczowy element „Ewangelizacji Mocy”. Wspomina, że ​​Bóg powiedział mu: „Tak, chrześcijanie są powołani do uzdrawiania chorych, tak samo jak do ewangelizacji”. Wimber postrzega publiczne uzdrowienia chorych jako potężne wsparcie dla ewangelizacji i szerzenia Królestwa Bożego: „Kolejnym powodem, dla którego warto modlić się za chorych, jest to, że uzdrowienie ułatwia ewangelizację. Uzdrowienie jest wsparciem dla Ewangelii. Nauczyłem się tego od studentów z krajów Trzeciego Świata”, którzy twierdzili: „Modlitwa o uzdrowienie ludzi jest łatwiejsza niż ewangelizowanie ich o Chrystusie. Ale mówienie ludziom o Chrystusie po tym, jak zostali uzdrowieni, jest bardzo łatwe. Celem naszej modlitwy za chorych jest ich uzdrowienie, a w rezultacie szerzenie Królestwa Bożego”.

Wimber opowiada, jak jedna z wizji zmieniła jego wcześniejsze negatywne nastawienie do uzdrowień i „zmieniła jego życie bardziej niż wszystkie inne doświadczenia”. „Nagle zobaczyłem w wyobraźni zwał chmur, jakby rozciągnięty na niebie. Wyglądał jednak zupełnie inaczej niż chmury, jakie kiedykolwiek widziałem. Aby dokładniej przyjrzeć się temu zjawisku, zjechałem na pobocze i odkryłem, że to wcale nie był zwał chmur, lecz plaster miodu, z którego kapał miód. Pod plastrem stali ludzie. Ich zachowanie było różne. Niektórzy byli w stanie czci, płakali i podnosili ręce, by złapać kapiący miód i spróbować go, a nawet oferowali go innym. Reakcja reszty grupy była zupełnie inna. Byli rozgniewani i próbowali oczyścić się z miodu, narzekając, że wszystko wokół nich stało się lepkie. Zamarłem ze strachu. Co to mogło znaczyć? „Panie! Co to jest?” – zapytałem.

Odpowiedział: „To jest Moje miłosierdzie, Janie. Dla jednych jest ono błogosławieństwem, a dla innych przeszkodą. Wystarczy wszystkim. Nie proś Mnie ponownie o uzdrowienie. Problem nie leży we Mnie, lecz w tobie”.

„...To wydarzenie głęboko mną wstrząsnęło. Zmieniło moje życie bardziej niż jakiekolwiek inne doświadczenie, jakiego doświadczyłem, odkąd zostałem chrześcijaninem. Od tego dnia patrzę na uzdrowienie zupełnie inaczej”.

Dalszą inspirację do swojej posługi uzdrawiania Wimber czerpał od ojca Francisa McNutta i jego książek, które często cytował. Książka „Moc uzdrawiania” została rozdana uczestnikom konferencji w Sheffield w 1985 roku pod hasłem „Znaki, cuda i rozwój wspólnoty”. McNutt określa siebie mianem „chrześcijańskiego humanisty”. Jego książki wyraźnie świadczą o jego wierze w uzdrawiającą moc sakramentów, zwłaszcza Eucharystii. Do innych często cytowanych autorów, którzy wywarli znaczący wpływ na rozwój jego myśli, należą Agnes Zanford, przyjaciółka McNutta, oraz Morton Kelsey, uczeń Carla Junga, który (według Davida Hunta w jego wpływowej książce „Oszustwo chrześcijaństwa”) utożsamia Ducha Świętego z jaźnią, a szamańskie moce psychiczne z darami Ducha Świętego.

Kelsey, którego niektóre książki zostały również opublikowane przez Franza w języku niemieckim, przedstawia następujące poglądy: „Jasnowidzenie, telepatia, przewidywanie przyszłych wydarzeń, psychokineza i uzdrawianie były obserwowane w życiu wielu przywódców religijnych i niemal wszystkich świętych chrześcijańskich… To ten sam rodzaj mocy duchowej, którą posiadał sam Jezus. Jezus był potężnym człowiekiem. Był silniejszy niż wszyscy szamani. Moi uczniowie zaczynają lepiej rozumieć znaczenie Jezusa, gdy czytają książki „Szamanizm” Mircei Eliadego i „Podróż do Ixtlan” Carlosa Castanedy… To dokładnie ten sam rodzaj mocy psi (nadprzyrodzonej), którą posiadał sam Jezus”.

Czym jest choroba?

Zgadzając się z wieloma zielonoświątkowcami i charyzmatykami, Wimber twierdzi, że choroba jest konsekwencją i skutkiem grzechu, narzędziem szatana i jego demonów. „W Nowym Testamencie choroba jest postrzegana jako konsekwencja i skutek grzechu, a zatem jest złem wrodzonym i oznaką panowania szatana. Chrześcijanie z I wieku postrzegali chorobę jako dzieło szatana, narzędzie jego demonów i środek, za pomocą którego zło rządzi światem”.

To prawda, że ​​Wimber, w przeciwieństwie do innych kaznodziejów uzdrowień (Orala Robertsa, C. Hagana i C. Copelanda), nie postrzega każdej choroby jako bezpośredniego skutku grzechu lub nieposłuszeństwa. „W przeciwieństwie do Starego Testamentu, według Nowego Testamentu tylko niektóre choroby są bezpośrednim skutkiem konkretnego grzechu osoby chorej… Są choroby, których nie da się wytłumaczyć popełnionym grzechem. Wiele chorób jest spowodowanych przez szatana”.

Wimber, który cierpi na niewydolność serca, nadciśnienie, wrzody żołądka i otyłość, musi przyznać: „Chciałbym móc napisać, że jestem całkowicie wyleczony i nie mam żadnych dolegliwości fizycznych, ale niestety tak nie jest”.

Opierając się na własnym doświadczeniu, konkluduje: „Pozycja Epafrodyta, Tymoteusza, Trofima i Pawła, podobnie jak moja, jest pokorna i przypomina nam, że nasze pełne odkupienie zostanie nam objawione dopiero wraz z przyjściem Jezusa. Wiemy, że odkupieńcza ofiara Chrystusa przyniosła uzdrowienie naszym ciałom. Jeśli Bóg nie wysłuchuje każdej modlitwy o uzdrowienie, nie powinniśmy sądzić, że wynika to z naszego braku wiary lub braku wierności Boga. Już dawno temu zdecydowałem, że lepiej modlić się o uzdrowienie setek osób, niż nie modlić się o to uzdrowienie wcale, skoro ani jedna osoba nie zostanie uzdrowiona”.

Mimo to Wimber nadal wierzy, że w większości przypadków, gdy nie następuje uzdrowienie, winny jest grzech lub niewiara. Podaje następujące ogólne wyjaśnienie faktu, że nie wszyscy, nad którymi zanoszona jest modlitwa, zostają uzdrowieni: „Dochodzę do ostatecznego wniosku: uzdrowienie nie jest zawarte w ofierze przebłagalnej w takim samym stopniu, jak zbawienie. Mimo to Bóg pragnie uzdrawiać i zakładam, że w procesie budowania Kościoła Bożego istnieje okres przypływu i odpływu. Ta myśl pomaga znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie wszyscy zostają uzdrowieni w określonym czasie i zrozumieć, że wielu zostaje uzdrowionych z innych powodów. Kiedy wspominam moje doświadczenia z wpływem Boga, widzę taki przypływ i odpływ. Są chwile, gdy dzięki uzdrawiającej obecności Boga dokonuje się coś niewiarygodnego, a są chwile, gdy prawie nie dochodzi do uzdrowienia. Dlatego uzdrowienie jest jedynie ubocznym skutkiem ofiary przebłagalnej, a jego najlepsze wyjaśnienie zawiera się w teologicznej nauce o Królestwie Bożym”.

Praktyka

W praktyce posługa uzdrawiania wygląda następująco: Wimber, jeśli to możliwe, w obecności kilku chrześcijan „mających wiarę”, modli się za chorych. On lub jego personel kładą ręce na chore części ciała lub trzymają je blisko nich. „Zawsze, gdy modlę się za chorych, szukam tych, którzy są obecni i mają wiarę. Są to członkowie grupy modlitewnej: sam chory, jego rodzina, a nawet dzieci, które zazwyczaj mają wielką wiarę w uzdrowienie, przyjaciele i oczywiście ja. Kiedy te osoby się zbierają, instruuję ich, jak kłaść ręce na chore części ciała lub jak trzymać je blisko nich, a następnie proszę Boga o uzdrawiającą moc”.

W większości przypadków ten rodzaj nakładania rąk wiąże się z przenoszeniem ciepła i przepływów energii. Opis pierwszego doświadczenia takich przepływów, które płynęły przez Wimber w nocy podczas snu, jest zastanawiający: „Ona (Carol Wimber) cierpiała na bóle pleców z powodu reumatoidalnego zapalenia stawów. Te bóle miały stać się kamieniem probierczym. Pewnej nocy w górach, gdy spaliśmy w tej samej chacie, poczekała, aż zasnę, a potem położyła moją dłoń na swoim ramieniu. Powiedziała: »Teraz, Panie, Twoja kolej«. W tym momencie poczuła przepływ ciepła i energii w ramieniu, a ból zniknął. Została uzdrowiona. Obudziłem się i byłem zaskoczony, że moja dłoń jest taka gorąca”.

Poniższy incydent jest dość typowy dla uzdrawiającej posługi Wimbera. Podczas konferencji uzdrowieniowej w kościele baptystycznym w Göteborgu Wimber otrzymał „słowo poznania”, że kobieta, która tego dnia została wypisana ze szpitala, zostanie uzdrowiona z raka piersi: „Wtedy kobieta w długim wełnianym płaszczu wstała i powiedziała: »Tak, to prawda«”. „To ja”. Poprosiłem ją, aby podeszła do modlitwy i wezwałem tych, którzy chcieli się za nią modlić. Trzech mężczyzn z pierwszego rzędu wstało. Dwóch stanęło za kobietą, a jeden przed nią. Poprosiłem ją, aby skrzyżowała ramiona na piersi i zapytałem, czy zgodzi się, aby jeden z modlących się mężczyzn położył rękę na jej dłoni… Mężczyźni modlący się za kobietą położyli ręce na jej ramionach. Odsunąłem się i powiedziałem im, żeby poczekali, aż się pomodlę. Zanim jednak tłumacz zdążył im przekazać tę instrukcję, nagle poczułem tak wielką wiarę, że krzyknąłem głośno po angielsku: „Bądźcie uzdrowieni w imię Jezusa!”. Ledwo wypowiedziałem te słowa, gdy moc Boża zstąpiła na całą czwórkę, zachwiali się i upadli na podłogę. Wyglądało to tak, jakby uzdrawiająca moc Boga przelała się przez kobietę na mężczyzn, albo na odwrót… Wszyscy czterej wstali, płakali i wielbili Boga, a później kobieta opowiedziała o swoim uzdrowieniu.

„Słowo wiedzy”

Przez tę koncepcję Wimber odnosi się do doświadczenia i praktyki, które inni chrześcijanie nazywają jasnowidzeniem. Najsłynniejszym przykładem, jaki podaje, aby wyjaśnić tę koncepcję, jest incydent w samolocie, gdzie Wimber zauważył mężczyznę w średnim wieku: „Kiedy przypadkiem spojrzałem w jego stronę, zobaczyłem coś, co mnie zaskoczyło. Na jego twarzy, bardzo wyraźnie, całkiem czytelnie, zobaczyłem słowo „cudzołóstwo”. Zamrugałem, przetarłem oczy i spojrzałem ponownie. Nadal tam było: „Cudzołóstwo!”. Zobaczyłem to nie oczami fizycznymi, ale duchowym wzrokiem… Duch Boży mi to objawił”.

W praktyce uzdrawiania Wimbera „słowo wiedzy” odgrywa kluczową rolę. Czasami widzi on „świecące stożki” nad głowami ludzi, wskazujące na tych, którzy potrzebują uzdrowienia. Czasami odczuwa ból, który ostrzega go przed chorobami, które Bóg zamierza uzdrowić. „Podczas pewnego wydarzenia (w Londynie) Bóg powiedział mi, że ktoś z publiczności oślepł z powodu powikłań cukrzycy. Przyszło mi na myśl słowo „cukrzyca”. Czasami odczuwam ból w różnych częściach ciała. To ostrzega mnie przed chorobami, które Bóg zamierza uzdrowić. Czasami nawet od razu dowiaduję się o czyichś problemach…”

„Spoczywaj w Duchu” i „święty śmiech”

Kolejnym zjawiskiem, które ma miejsce na spotkaniach nie tylko Wimbera, ale także innych charyzmatyków, takich jak Kathryn Kuhlman, Kim Collins, Reinhard Bonnke, jest „odpoczynek w Duchu”. Wimber definiuje to zjawisko następująco: „Zjawisko upadania ludzi na podłogę, a czasem leżenia na plecach lub brzuchu przez kilka godzin, jest nam znane nie tylko ze sprawozdań z historii Kościoła. Zdarza się ono często w naszych czasach. Większość ludzi doświadcza uczucia spokoju i całkowitej równowagi w odniesieniu do okoliczności życiowych. Z reguły nie obserwuje się po tym żadnych pozytywnych ani negatywnych konsekwencji. Zdarza się, że stan ten trwa od 12 do 48 godzin. Mówi się, że po takich przypadkach ludzie później zgłaszają, że zaszła w nich głęboka przemiana duchowa. Sytuacje, gdy pastor lub przywódca duchowy zostaje w ten sposób rzucony na ziemię, są dość dramatyczne. Z reguły wielu „pada w Duchu” i leży na brzuchu przez jakiś czas. Zdarzały się na przykład przypadki, gdy pewien pastor rytmicznie uderzał głową o podłogę przez prawie godzinę. Zmiany, które zachodzą po takich doświadczeniach, mogą być ogromne. Wydaje się, że pastorzy otrzymują nowe moce dzięki takim doświadczeniom i stają się bardziej aktywni w służbie”.

Czasami takie doświadczenie wiąże się z „mówieniem językami”, wizjami i tak zwanym „świętym śmiechem”. Murray Robertson, pastor zboru baptystycznego w Nowej Zelandii, opowiada o osobistym doświadczeniu, które miało miejsce podczas konferencji na temat „Znaków, cudów i rozwoju zboru”. Jego ręka nagle zaczęła gwałtownie drżeć, „jakbym trzymał młot pneumatyczny”, a potem wydarzyło się to: „John Wimber kontynuował: »Niektórzy z was są w służbie od dawna i jesteście zmęczeni i zniechęceni. Duch Święty przyjdzie i was doda otuchy«. Poczułem chęć śmiechu, ale ponieważ moment był zupełnie nieodpowiedni do śmiechu, stłumiłem tę potrzebę. »Duch przyjdzie falami«, kontynuował Wimber. »Każda kolejna fala będzie niosła ze sobą coraz więcej ludzi niż poprzednia«”. Ludzie w pierwszym rzędzie zaczęli się śmiać. Potem ktoś inny się roześmiał. „To chyba zachęta Ducha” – pomyślałem i nie mogłem powstrzymać śmiechu. Po około 10 minutach ta radość w Duchu Świętym rozprzestrzeniła się po całej sali, a potem stopniowo zaczęła zanikać. Wszyscy, którzy się śmiali, ucichli, oprócz mnie. Po prostu nie mogłem przestać. W końcu nie mogłem ustać! Najpierw upadłem do przodu, potem do tyłu, a w końcu rozciągnąłem się na podłodze, turlając się z boku na bok, trzymając się za boki ze śmiechu. Tymczasem widzowie otoczyli mnie: stałem się prawdziwie rozrywkowym widowiskiem! Co ciekawe, mogłem nawet obserwować samego siebie. Zrozumiałem, co się stało – miesiące, a może nawet lata rozczarowań w posłudze zniknęły z mojego życia… Śmiałem się przez około czterdzieści pięć minut. Kiedy w końcu przestałem się śmiać, podszedł do mnie kolega, jeden z moich bliskich przyjaciół, i kładąc mi rękę na głowie, powiedział: „Panie! Daj mu jeszcze więcej tego." I śmiałem się przez kolejne 45 minut. Potem błagałem go, żeby już więcej tego nie powtarzał, bo żebra bolały mnie od tego śmiechu! Następnego dnia miałem krótkie spotkanie z Johnem Wimberem. Powiedziałem mu, że żebra nadal mnie bolą. Następnie publicznie opowiedział wszystkim, co się stało, dodając, że jestem pierwszym „świętym śmiejącym się”, jakiego zna wśród baptystów.

Ministerstwo Wyzwolenia

Podobnie jak wielu niecharyzmatyków, Wimber uważa uwalnianie chrześcijan i niechrześcijan od demonów za ważne zadanie. Kontakty i walki z demonami nie są już dla Wimbera czymś „niezwykłym”, ponieważ, jego zdaniem, zdarzają się zawsze, gdy „Królestwo Boże wchodzi w konflikt z królestwem szatana”. Wimber po raz pierwszy praktykował egzorcyzmy w 1978 roku, kiedy młody mężczyzna rozpaczliwie błagał o pomoc dla swojej przyjaciółki, która brutalnie się biczowała, wydając zwierzęce odgłosy: „Dziewczyna (czyli ktoś w niej) powiedziała: »Znam cię« – to były jej pierwsze słowa do mnie, wypowiedziane ochrypłym, upiornym głosem. »I nie wiesz, co robić«. Pomyślałem sobie: »Masz rację«”. Wtedy demon powiedział przez Melindę: „Nic z nią nie możesz zrobić. Ona należy do mnie”. Pomyślałem: „Mylisz się!”. Rozpoczęła się dziesięciogodzinna duchowa walka, podczas której wzywałem moce niebios, by pokonały szatana. Dał o sobie znać na różne sposoby: unosił się smród zgnilizny, oczy Melindy wywracały się do tyłu… Byłem przerażony, bardzo się bałem. Nie chciałem się jednak poddać. Wierzę, że demon ostatecznie zniknął, oczywiście nie dlatego, że miałem doświadczenie w wypędzaniu demonów, ale dlatego, że go wyczerpałem. Od tamtej pory wiele się nauczyłem o spotkaniach z demonami. Myślę, że gdybym wtedy wiedział tyle, co dziś, to spotkanie nie trwałoby dłużej niż godzinę… Teraz takie spotkania i walki z demonami nie są już dla mnie niczym niezwykłym.

Według Wimbera, chrześcijanie, którzy grzeszą i nadal żyją w grzechu, mogą popaść w opętanie przez demony. Dlatego „służba uwalniania” jest ważną częścią każdej konferencji, którą prowadzi. „Jednak kiedy chrześcijanie popełniają grzech i się do niego nie przyznają, oni również mogą popaść pod wpływ, a nawet moc złych duchów… Nowy Testament uczy nas, że chrześcijanie żyjący w grzechu są narażeni na wydanie w ręce szatana… Chrześcijanie mogą być również opętani przez demony odziedziczone (przekazane z rodziców na dzieci) lub przez demony przyciągnięte w inny sposób”.

Według Wimbera wyzwolenie od sił demonicznych może nastąpić poprzez „samowyzwolenie”, kiedy każda osoba osobiście, bez modlitewnego wsparcia innych osób, zrywa kajdany, lub poprzez „braterskie”, „duszpasterskie” wyzwolenie.

Przekazywanie darów przez włożenie rąk

Wimber jest przekonany, że nawet dzisiaj dary duchowe i autorytet duchowy mogą być przekazywane poprzez włożenie rąk. Biblijne pierwowzory tego widzi w Mojżeszu i Eliaszu, którzy w ten sposób przekazali swoją „władzę” innym. Pierwszy przypadek udzielenia darów przez D. Wimbera opisuje jego żona, Carol: „John bardzo martwił się, jak może pomóc innym doświadczyć mocy i obecności Boga w takim samym stopniu, w jakim sam coraz bardziej ich doświadczał. W tamtym czasie nie wiedzieliśmy jeszcze, że Bóg daje komuś zdolność do udzielania darów innym poprzez wkładanie rąk. Wiedzieliśmy, że Mojżesz i Eliasz to czynili, ale nie odnieśliśmy jeszcze ich działań do naszej osobistej sytuacji. A potem Bóg przemówił do Jana. Bóg powiedział mu, aby namaścił innych do posługi. Pewnego dnia, pod koniec niedzielnego porannego nabożeństwa, Jan zaprosił tych, którzy bardzo pragnęli otrzymać więcej autorytetu w swojej posłudze, aby wystąpili. Nakazał im zdjąć buty, a następnie namaścił ich olejem zgodnie z Księgą Kapłańską: prawe ucho, kciuk prawej ręki i duży palec prawej stopy. W ten sposób Mojżesz ustanowił Aarona i jego synów do posługi. Następnie Jan nałożył na nich ręce, aby udzielić im daru uzdrawiania. Początkowo czuł się trochę niepewnie, ale… Wiedział na pewno, że Bóg mu to nakazał. Następnie poprosił wszystkich chorych, aby wystąpili. Osoby, za które się właśnie modlił, miały teraz same modlić się za tych chorych. To, co nastąpiło, bardzo nas zaskoczyło: wielu zostało uzdrowionych.

Sam Wimber opowiadał o swoich negatywnych doświadczeniach, gdy pewnego razu powstrzymał się od udzielania swoich darów poprzez wkładanie rąk. Wciąż dobrze pamiętam, jak Bóg po raz pierwszy dał mi dar poznania faktów, informacji o szczególnych sytuacjach, ludziach, szczególnych rzeczach, które można uzyskać jedynie drogą nadprzyrodzoną. Zacząłem poznawać ukryte myśli ludzi. Ten dar sprawił mi radość, a ponieważ nie był on niczyją własnością w kościele, poza mną, zacząłem się wywyższać. Wtedy Bóg powiedział mi, abym przekazał ten dar innym. Oznaczało to, że powinienem położyć na nich ręce i przekazać im ten dar. Powiedziałem tylko prostą modlitwę: „Panie! Daj tym ludziom słowa wiedzy!”. I większość z nich otrzymała ten dar wiedzy. Ale szatan zaczął mi szeptać, że sam stracę ten dar, jeśli będę go nadal przekazywał innym. I dlatego przestałem prosić o ten dar dla innych. Przez kolejne cztery miesiące nie otrzymałem ani jednego słowa wiedzy. W końcu zwróciłem się do kilku moich przyjaciół i poprosiłem ich o modlitwę, aby dar ten we mnie odżył. Bóg wysłuchał ich modlitwy”.

Wimber nie jest przekonany, że każdy chrześcijanin posiada jeden lub więcej darów, lecz wierzy, że dary Ducha Świętego są udzielane w określonych sytuacjach. „Wielu ludzi propaguje naukę, że każdy chrześcijanin posiada jeden lub dwa dary. Zachęcają każdego do odkrywania własnego daru. Sugeruje to, że tylko nieliczni są powołani do szczególnych posług, takich jak uzdrawianie. Uważam, że ta nauka – że każdy chrześcijanin posiada jeden lub dwa dary i powinien ograniczać do nich swoje zdolności – jest błędna”.

Na podstawie 1 Kor. 12 Wimber wnioskuje, że dary są przekazywane przede wszystkim nie poszczególnym członkom, ale całej wspólnocie, a zatem „wszystkie dary są do dyspozycji wszystkich członków”.

Są sytuacje, w których pojawiają się szczególne potrzeby. W takich przypadkach szczególne dary są przekazywane konkretnej osobie. Oznacza to, że w każdej konkretnej sytuacji dary są przekazywane konkretnej osobie, aby mogła ona wykorzystać ten dar do błogosławienia wszystkich. Dlatego każdy chrześcijanin może modlić się za chorych… Duch Święty zstępuje i namaszcza chrześcijan darami, aby pomóc im w konkretnych sytuacjach. Dar uzdrawiania jest udzielany w ten sam sposób.

Kiedy rozmawiam z ewangelicznymi chrześcijanami o Duchu Świętym, pytam ich, czy otrzymali Go w odrodzeniu. Jeśli odpowiadają „tak” (co jest słuszne), mówię im, że wystarczy, że poddadzą się Duchowi Świętemu, pozwalając Mu obdarzyć ich wszystkimi darami, jakie im dał. Następnie kładę na nich ręce i mówię: „Bądźcie napełnieni Duchem Świętym”. I tak się dzieje.

W tym kontekście interesujący jest artykuł Siegfrieda Grossmanna „Ewangelizacja w mocy Ducha: wrażenia z kongresu Johna Wimbera we Frankfurcie”. Autor, wieloletni lider Ruchu Heraldów, dzieli się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami dotyczącymi przekazywania darów.

Podzielam opinię, że powinniśmy zwracać większą uwagę i świadomie zwracać uwagę na dary Ducha Świętego, które już posiadamy, i prosić o ich rozbudzenie. Ta konwencja niewątpliwie dała wielu taką możliwość. Ale dlaczego konieczne było stworzenie wrażenia, że ​​każdy chrześcijanin w zasadzie posiada każdy dar i otrzymuje go, jeśli tylko o niego poprosi? Aby wyjaśnić istotę problemu, opiszę nieco bardziej szczegółowo to, czego doświadczyłem podczas porannego spotkania z McClure.

Mówca wzywa wszystkich pragnących pokuty do wystąpienia, aby Duch Święty zstąpił na nich. Kilkaset osób podchodzi. McClure kontynuuje: „Pan jest z was dumny i obdarzy was wspaniałym sukcesem”. Następnie następuje modlitwa o ponowne zstąpienie Ducha Świętego i o znaki i cuda. ​​Atmosfera jest cicha, pełna skupienia i oczekiwania. McClure wzywa wszystkich, którzy pragną daru ewangelizacji, do podniesienia rąk: „Przyjmijcie dar ewangelizacji”. Następnie następuje modlitwa językami, której interpretacja potwierdza, że ​​Duch Święty teraz udzieli tego daru… Kiedy pod koniec spotkania pojawia się możliwość modlitwy o dar uzdrawiania, ponad połowa uczestników wyraża takie pragnienie. McClure powtarza zapewnienie, że ta prośba zostanie wysłuchana. Na zakończenie mówi: „Oświadczam wam w imię Chrystusa: uzdrawiajcie chorych, wypędzajcie demony, głoscie Ewangelię! Przyjmijcie te dary od Chrystusa”. Następnie mówca dziękuje Jezusowi za wysłuchanie tej modlitwy, a całe zgromadzenie odpowiada długimi brawami. Podczas różnych próśb specjalnych, zwłaszcza o dar uzdrawiania, obecni tworzyli liczne małe grupki, w których błogosławili się nawzajem poprzez wkładanie rąk. Wielu reagowało na to padając na podłogę lub trzęsąc się ze śmiechu.

Następnie, w piątek wieczorem, John Wimber wezwał wszystkich pastorów, liderów kręgów domowych i odpowiedzialnych członków kościoła na przód. Mówił o szczególnym darze, który otrzymał właśnie dla przywódców duchowych – o tym, by delegować im władzę duchową: „Nawet nie wiem dlaczego, ale to działa”. Potem znów się modlił: „Duchu Święty, przyjdź!”. W ciszy, często przedłużającej się, słychać było pojedyncze, głośne krzyki; tu i ówdzie w sali panowało zamieszanie, gdy niektórzy padali na podłogę, a inni wybuchali wymuszonym śmiechem. Wimber powiedział: „Nie bójcie się – to Duch Święty”. … Ostatniego wieczoru Wimber skłonił większość zgromadzenia do tego, co nazwał „świętym śmiechem”, a następnie do psotnych gestów i tańców. To, jak większość konwentu, wywarło na mnie ambiwalentne wrażenie… Byłem zaniepokojony, że tak psychiczne, ostre przeżycie, mające charakter sugestii mszalnej, zostało przedstawione jako „przełom” Ducha Świętego. W tym przypadku manipulowanie charyzmą staje się bardzo prostą sprawą.

Paul Yonggi Cho jest pastorem „największego kościoła na świecie” w Seulu, w Korei Południowej.

P. Yonggi Cho, pastor Kościoła Pełnej Ewangelii Yoido, który w 1989 roku liczył ponad 700 000 członków, urodził się w rodzinie buddyjskiej.

W wieku 18 lat zachorował i zdiagnozowano u niego gruźlicę w stadium terminalnym. Dawali mu od trzech do czterech miesięcy życia. Gdy umierał, odwiedziła go młoda chrześcijanka i ostatecznie przekonała go do przeczytania Nowego Testamentu. To doprowadziło do nawrócenia Yongiego.

Ale doznał również uzdrowienia fizycznego, tak wielkiego, że po zaledwie sześciu miesiącach wstał z łóżka i od tamtej pory nie miał problemów z gruźlicą. Następnie Yonggi Cho dołączył do zboru zielonoświątkowego w Busau, a po ukończeniu szkoły biblijnej w 1958 roku założył zbór niedaleko Seulu, a następnie obecny kościół w samym Seulu. Jego niezwykły rozwój przyniósł mu sławę wśród chrześcijan na całym świecie. Według wielu ekspertów, sekret tego rozwoju tkwi w intensywnym życiu modlitewnym zboru. Według samego Yonggi Cho, każdego roku 300 000 członków jego zboru szuka swojej własnej „góry modlitwy”, aby intensywnie modlić się o konkretne potrzeby. „Około 60% z nich modli się o chrzest w Duchu Świętym i dar języków. Kolejna co do wielkości grupa modli się o rozwiązanie problemów rodzinnych, a trzecia o uzdrowienie”.

W swoim osobistym życiu duchowym Cho ceni dar mówienia językami: „Ja również dużo modlę się językami. Mówienie językami to mowa Ducha Świętego, więc kiedy mówię językami, doświadczam Jego obecności w mojej świadomości. W moim życiu modlitewnym modlę się językami w ponad 60% czasu. Modlę się językami we śnie i po przebudzeniu, kiedy studiuję Biblię i podczas nabożeństw, również modlę się językami. Gdybym w jakiś sposób stracił dar mówienia językami, myślę, że moja posługa zmniejszyłaby się o 50%. Ilekroć mówię językami, zachowuję Ducha Świętego w mojej świadomości… Modlitwa językami pomaga mi więc utrzymywać stały kontakt z Duchem Świętym”.

W międzyczasie Yonggi Cho stał się poszukiwanym gościem i prelegentem na konferencjach w wielu krajach. Jego książki zostały opublikowane w wielu językach. Jako założyciel Ruchu Wzrostu Kościoła Światowego (World Church Growth Movement), stał się wpływową postacią nie tylko w kręgach zielonoświątkowych i charyzmatycznych, ale także w ruchu wzrostu Kościoła. Jego kościół i założone przez niego „Światowe Centrum Misyjne” stały się celem licznych wyjazdów studenckich z grup wzrostu Kościoła.

W swoich kazaniach i książkach Cho porusza przede wszystkim tematy związane ze specyfiką swojej posługi i tajemnicą swojego sukcesu:

- Pozytywne myślenie, motywacja do sukcesu.

- Wizualizacja (sny, wizje) i „czwarty wymiar”.

- Twórcza moc słowa mówionego.

Przesłania Cho na te tematy i jego doświadczenia w rozwijaniu tych nauk ujawniają liczne paralele z naukami i praktykami Johna Wimbera i innych postaci „trzeciej fali”. Nie zagłębiając się w ocenę nauk Cho (co zamierzam uczynić w drugiej części książki), chciałem spróbować zademonstrować istotę jego nauk, posługując się przykładami z jego książek.

1. Pozytywne myślenie. Motywacja.

Przemówienia J. Cho na temat sukcesu i dobrobytu bardzo przypominają kazania Roberta Schullera, prawdopodobnie najsłynniejszego teleewangelisty współczesnego świata. Jego kazania są transmitowane w każdą niedzielę przez dwieście stacji telewizyjnych. Schuller, jak nikt inny, z powodzeniem szerzył naukę pozytywnego myślenia wśród ewangelicznych chrześcijan. Interpretuje on pojęcia „krzyża”, „grzechu” i „bezinteresowności” w następujący sposób. „Tradycyjna interpretacja słów Chrystusa o „wzięciu krzyża” pilnie wymaga reformy… Zatem głoszenie myślenia o możliwościach jest pozytywnym głoszeniem krzyża!… Jezus Chrystus był jednym z największych myślicieli możliwości, jakich świat kiedykolwiek widział. Czy odważymy się za Nim pójść? Jestem przekonany, że nic, co czyniono w imię Chrystusa i pod sztandarem chrześcijaństwa, nie miało tak druzgocącego wpływu na ludzką osobowość, a tym samym nie stanowiło większej przeszkody dla ewangelizacji, jak ta niezdarna, nietaktowna i niechrześcijańska strategia polegająca na próbie tłumaczenia ludziom najpierw, jak grzeszni i zagubieni są”.

Schuller jest przekonany, że krzyż Chrystusa „uświęca ścieżkę ludzkiego ja i że Jezus niósł swój krzyż, aby uświęcić poczucie własnej wartości”. Schuller jest jednym z kaznodziejów, którzy zainspirowali Cho i wywarli na niego ogromny wpływ. „Dr Schuller ma liczną publiczność w Ameryce. Powodem tego są jego kazania o „myśleniu możliwościami”, podczas których wpaja wiarę, miłość i nadzieję w serca słuchaczy. Kiedy jestem w Stanach Zjednoczonych i chcę obejrzeć chrześcijański program telewizyjny w niedzielę, zatrzymując się w hotelu, włączam program „Godzina Mocy” dr. Schullera. Wiem i jestem pewien, że wpaja on wiarę, miłość i nadzieję w moje serce. Jego kazania mnie budują. Słuchałem już kilku znanych ewangelistów, ale kiedy oni głoszą, wyłączam telewizor. Ciągle potępiają słuchaczy, a ja czuję się tak przygnębiony i przygnębiony, że tracę nawet ochotę na modlitwę”.

Z tego wszystkiego jasno wynika, że ​​przedmowę do angielskiego wydania książki Yonggi Cho „Czwarty Wymiar” napisał Robert Schuller. W tej książce dwaj mężczyźni odnaleźli się nawzajem, każdy z nich potrafił skutecznie przedstawić czytelnikowi ten sam temat na swój własny, niepowtarzalny sposób. Poniższe cytaty z książek Yonggi Cho ujawniają jego duchowe pokrewieństwo z Robertem Schullerem i Normanem Vincentem Peale’em:

Duch Święty powtarzał: „Jesteś dzieckiem Króla, ważniakiem. Zachowuj się jak prawdziwy szef”.

„To nie może się tu wydarzyć, ponieważ grunt jest tu twardy i nieodpowiedni”. Takie negatywne określenia muszą zniknąć z naszego słownika raz na zawsze. Zamiast tego musimy zacząć mówić językiem Ducha Świętego i stworzyć w umysłach naszych ludzi nową mentalność sukcesu.

Aby zmotywować ludzi do budowania pewności siebie, sami musimy mieć nastawienie na sukces. Nie tylko w słowach, ale w całym naszym życiu. Wiele zborów popada w stagnację tylko dlatego, że ich pastor nie ma pojęcia, kim jest. Jednak zdrowe poczucie własnej wartości jest fundamentalnym warunkiem wypełniania obowiązków przywódczych. Przyczynami braku poczucia własnej wartości mogą być: nieatrakcyjny wygląd, niedostateczne wykształcenie, brak dyscypliny, skromne pochodzenie, brak umiejętności, słabe zdrowie. Tę listę niedociągnięć można by ciągnąć dalej, ale te już wymienione dostarczają nam potencjalnych wymówek dla duchownych, którzy zachowują się tak, jakby brakowało im poczucia własnej wartości.

„Co w praktyce było kluczem do sukcesu naszego przedsiębiorstwa? Nauczyliśmy członków naszej społeczności, jak wykorzystać moc swojego „czwartego wymiaru”. Potrafią wizualizować swój sukces. Nie angażujemy się w negatywne myślenie, ale budując na pozytywnym myśleniu, mówimy pozytywnie”.

Chociaż sam Yonggi Cho żyje prosto, „w prostym stylu”, i wydaje się to pozytywne, chociaż mówi o sobie, że „wszystko, co posiada w obfitości, oddaję na naszą globalną służbę”, to nadal głosi innym „Ewangelię Dobrobytu”:

„Jestem pewien, że jeśli żyjemy w obfitości pod względem duchowym, fizycznym i materialnym, jest to wola Boga”.

„Ubóstwo jest przekleństwem szatana. Bóg pragnie, aby wszyscy Jego ludzie byli zdrowi i szczęśliwi, tak jak dobrze prosperują ich dusze (3 Jana 1:2).”

Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenie, to przede wszystkim, kiedykolwiek dzień zaczyna się dla mnie w jakiś nieistotny i bezosobowy sposób, robię tak: nadaję temu dniowi imię i definiuję jego istotę. W ten sposób daję mu „twarz”. Zazwyczaj mówię: „Ojcze, dziękuję Ci za darowanie mi tego nowego dnia. Nowy dniu, niech Twoje imię będzie „sukces”! Dzisiaj, od wczesnego rana do późnego wieczora, będziesz mi służył sukcesem i energiczną aktywnością. W tym przypadku moje „dzieło” – ten dzień – niewątpliwie będzie mi służyło i przyniesie maksymalny i wszechstronny sukces”.

2. Wizualizacja („inkubacja”, wizje i sny)

Norman Vincent Peale, jeden z ojców pozytywnego myślenia, nazwał wizualizację „pozytywnym myśleniem posuniętym o krok dalej”.

W okultyzmie, religiach pogańskich i, do pewnego stopnia, psychologii, wizualizację rozumie się i praktykuje jako „materializację poprzez intensywne obrazowanie”. Zgodnie z tą nauką „obrazowanie rozwija się stopniowo, aż tak zdefiniuje rzeczywistość, że ostatecznie stanie się samą rzeczywistością”.

Ta teoria jest prosta i wydaje się całkiem przekonująca: według nauk przyrodniczych materię można przekształcić w energię. Dlatego, konkludują, możliwa jest również odwrotna transformacja: energia w materię. Skoro myśli i duch są energią, to za pomocą jakiejś specyficznej techniki świadomości lub twórczej wyobraźni, jej materializacja również powinna być możliwa.

Słowo „wizualizacja” rzadko pojawia się w niemieckich tłumaczeniach książek Yonggi Cho. Zamiast tego używa się pokrewnych terminów, takich jak „inkubacja” (wpływ rozwojowy), „inkubacja”, „wizje i sny”, „rozwój podświadomości” oraz „intensywne wyobrażenia”. Cho twierdzi, że jego wiedza o „czwartym wymiarze”, związana z mocą wyobraźni, została mu dana poprzez szczególne objawienie od Boga.

Cho, były buddysta, znał uzdrawianie poprzez jogę i medytację, a także japońskie spotkania Sokakakai, podczas których uzdrawiani są głusi, niewidomi i niemi. Fakt, że Kościół chrześcijański, w przeciwieństwie do religii Wschodu, nie doświadcza cudów, pogrążył go w poważnym konflikcie:

„Bardzo mnie niepokoiło, że wielu naszych chrześcijan nie uważało cudów Bożych za nieistotne. Mówili: »Jak możemy wierzyć w Boga jako absolutną istotę boską? Jak możemy nazywać Go Bogiem Jahwe, jedynym Stwórcą, Istotą Najwyższą? Cuda widzimy wśród buddystów, Sokakakai i innych religii Wschodu. Dlaczego więc mielibyśmy twierdzić, że Bóg Jahwe jest jedynym Stwórcą wszechświata?«... Dlatego zanosiłem wszystkie ich pytania do Boga w modlitwie... Cudowne objawienie zstąpiło na moje serce. Od tamtej pory wyjaśniam to wydarzenie na wykładach dla mojej kongregacji w Korei...

Pan powiedział do mojego serca: „Synu, tak jak drugi wymiar zawiera i kontroluje pierwszy, a trzeci obejmuje i kontroluje drugi, tak i czwarty wymiar kontroluje trzeci. W ten sposób tworzy porządek i piękno”. Czwarty wymiar to duch. Zatem człowiek jest zarówno istotą duchową, jak i fizyczną. Ludzkie serce zawiera zarówno czwarty wymiar, jak i trzeci.

„Sny i wizje to podstawowy materiał, którego Duch Święty używa, aby coś dla nas stworzyć. Biblia mówi: „Gdzie nie ma widzenia, tam lud się psuje” (Księga Przysłów 29:18). Bez wizji nie da się niczego stworzyć.

Sny i wizje to podstawowy materiał, z którym działa Duch Święty. Zawsze powtarzam, że sny i wizje to język Ducha Świętego. Jeśli nie znasz tego języka, nie możesz wydawać owoców. Duch Święty pragnie do nas mówić, ale bez snów i wizji nie może tego zrobić. W Biblii, kiedy Bóg chciał coś dla kogoś zrobić, najpierw zsyłał sny i wizje do jego serca.

Na podstawie całej tej wiedzy Yongi wyciąga następujące wnioski:

„A zatem, eksplorując swoją czterowymiarową sferę duchową poprzez rozwijanie w wyobraźni skoncentrowanych wizji i snów, mogą „inkubować” i rozwijać czwarty wymiar, wpływając na niego i zmieniając go. Tego nauczył mnie Duch Święty”.

„Kiedy Bóg dał ci wizję, musisz nauczyć się poświęcać czas na jej „inkubację”. Musisz dosłownie „zajść w ciążę” z tą wizją, niezależnie od tego, co myślą o niej inni. To jest esencja mojej chrześcijańskiej filozofii, która leży u podstaw wszystkich zasad rozwoju wspólnoty. Widziałem wiele przykładów na całym świecie, jak wykorzystanie „wizji i snów” naprawdę poszerzyło ludzką wyobraźnię”.

Aby uzasadnić swoją „chrześcijańską filozofię” na podstawie Biblii, Yonggi Cho przedstawia następujące argumenty:

„Podczas stwarzania świata Duch Boży, stwarzając świat, rozprzestrzenił się nad wodami, jakby go wysiadywał. Był jak kura wysiadująca jajka i wysiadująca pisklęta, jednocześnie ułatwiając im rozwój”.

„...Ponadto Ojciec Niebieski obiecał Abrahamowi: «Twoje potomstwo będzie tak liczne, jak te gwiazdy». Abraham był wzruszony!... Nie mógł zasnąć. Gdy tylko zamknął oczy, ujrzał przed sobą gwiazdy. Wszystkie przekształciły się w twarze jego potomków, wołając raz po raz: «Ojcze Abrahamie!» Jego myśli nieustannie zdominowały te obrazy, które stały się jego własnymi snami i obrazami. Jednocześnie, w języku duchowych wizji i snów jego starego, stuletniego ciała, stały się one częścią jego «czwartego wymiaru», tak że wkrótce samo ciało przekształciło się w ciało pozornie młode... Tak więc, takie zmiany w Abrahamie wywołał jeden sen i jedna wizja. Zmiany nie tylko w jego myślach, ale także, w równym stopniu, w jego ciele”.

„Moc «czwartego wymiaru» Abrahama, po rozpoczęciu swojego działania, sprawiła, że ​​on, stuletni mężczyzna, był w stanie naturalnie począć dziecko. Było to możliwe, ponieważ (duchowe) okoliczności czwartego wymiaru przeważają nad fizycznymi okolicznościami trzeciego wymiaru”.

Yonggi Cho dostrzega dalsze biblijne przykłady wizualizacji w rozmnożeniu bydła przez Jakuba, snach Józefa, budowie przybytku widzianej oczami Mojżesza, życiu proroków oraz apostoła Piotra, zwanego „skałą”, który (według Y. Cho) stał się nią tylko dlatego, że nosił w sercu wizję skały. Życie Izaaka (według Y. Cho) pozostało przeciętne tylko dlatego, że nie był marzycielem.

Codzienne doświadczenie „wizualizacji”

Aby wyjaśnić pojednanie, jakie nauki J. Cho na temat czwartego wymiaru i inkubacji wnoszą do codziennego życia, przytoczę kilka przykładów z jego książek. (Czytelnicy znający się na pozytywnym myśleniu i tym podobnych zagadnieniach zgodzą się, że poniższa historia równie dobrze mogłaby zostać opowiedziana w bestsellerze Napoleona Hilla „Myśl i bogać się”).

Pewnego dnia piekarz przyszedł do I. Cho i poprosił go o wstawiennictwo, ponieważ jego piekarnia, pomimo wszelkich starań, była skazana na bankructwo. Cho opowiada:

Po modlitwie za niego zacząłem mu tłumaczyć zasadę wizji i snów. Powiedziałem: „Wracaj do swojej piekarni, panie Ho. Wyobraź sobie, że twój biznes znów prosperuje znakomicie. Zacznij liczyć pieniądze w pustej kasie, spójrz na klientów stojących w kolejce do lady!”

...Dwa miesiące później do mojego gabinetu wszedł uśmiechnięty pan Ho: „Doktorze Cho, miał pan rację. Po prostu nie od razu zrozumiałem, o czym pan mówi. Przyznaję, że uważałem tę teorię za szaloną. Ale skoro jest pan człowiekiem bożym, pomyślałem, że powinienem pana posłuchać jako pastor. A teraz moja żona i ja musimy przekazać ten czek kościołowi”. Spojrzałem na niego i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem czek na ponad 1000 dolarów. To była jego dziesięcina.

Następna historia wydarzyła się w Niemczech. Po wykładzie dwóch kaznodziejów podeszło do Cho z nadzieją, że kupi mu Volkswagena. Udzielił im takiej odpowiedzi:

„Dlaczego nie zaczniesz tego wysiadywać już teraz?”

„Jak to robisz?” – zapytali zaskoczeni. „Wykluwanie się to ważna część modlitwy” – wyjaśniłem. „Jeśli tylko masz nadzieję, nigdy nie uda ci się tego wykluć… Więc zacznij się wykluwać. Otwórz swoje notatniki na pustych stronach”. Następnie dałem im następującą instrukcję: „Wyobraź sobie szczegółowo Volkswagena, którego chcesz. Ile ma miejsc? Jakiego jest koloru?” „Zielony, czteromiejscowy” – odpowiedzieli. „Dobrze, zapisz to. Zamknij oczy i wyobraź sobie Volkswagena. Wypisz w myślach wszystkie sposoby, dzięki którym możesz zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy na zakup samochodu. Przyklej opis swojego samochodu do ściany w sypialni. Czytaj go każdego wieczoru przed pójściem spać… Wyobraź sobie, jak siadasz za kierownicą i wkładasz kluczyk do stacyjki… Powiedz sobie: „To mój Volkswagen”. Dziękuj Bogu za to i wierz. Nadzieja na w pełni rozwinięty embrion nie zawiera żadnej idei, ale kiedy pielęgnujemy daną przez Pana wizję z wiarą, pojawia się coś realnego”.

Kilka miesięcy później kaznodzieje stali się właścicielami Volkswagena, którego „wykluli”, a ja, Cho, przedstawiłem w tej sprawie następujące wyjaśnienie: „Musimy zastosować zasady wykluwania, aby w ten sposób uświadomić sobie z mentalnego zarodka rzeczywistość cudu”.

Inna historia rozgrywa się w podobnym tonie. Cho opowiada historię kobiety, która długo, bezskutecznie, poszukiwała partnera. Cho poradził jej, aby wypisała wszystkie cechy, jakich oczekiwała od wymarzonego narzeczonego: narodowość, wzrost, budowę ciała, zawód, hobby itd. Kiedy w końcu przeczytała całą listę pożądanych cech, Cho powiedział do niej: „Zamknij oczy. Czy potrafisz sobie wyobrazić swojego przyszłego męża?”. „Tak” – odpowiedziała – „Wyobrażam go sobie doskonale”. „Dobrze” – powiedział Cho – „teraz go zamówimy. Dopóki go sobie nie wyobrazisz, nie możemy prosić Boga o niego, a On nigdy nam nie odpowie…”.

Potem poprosił ją o jeszcze jedną rzecz: „Siostro, zabierz tę karteczkę z notatką do domu i przyklej ją do lustra. Każdego ranka i każdego wieczoru czytaj te notatki na głos i dziękuj Bogu za odpowiedź, którą ci dał”.

Rok później siostra wyszła za mąż i była szczęśliwa ze swoim „uporządkowanym” mężem. W dniu ślubu jej matka wzięła kartkę z 10 punktami i, zanim ją podarła, przeczytała ją na głos gościom.

3. Twórcza moc słowa mówionego

Podstawowym założeniem tej części nauczania Cho jest twierdzenie, że ośrodek mowy w mózgu kontroluje wszystkie pozostałe ośrodki nerwowe. Cho zapożyczył tę teorię od neurologa, który przekonał go, że mowa wpływa na całe ciało i można ją kontrolować i manipulować nią według własnego uznania. Neurolog ten podaje między innymi następujące wyjaśnienie: „Na przykład, jeśli ktoś ciągle powtarza sobie: »Jestem stary, moje siły są wyczerpane, nie dam rady«, wówczas narząd sterujący w ośrodku mowy natychmiast reaguje i wydaje odpowiednie polecenia, które realizują wypowiedź. Reakcja ośrodków nerwowych będzie wtedy wyglądać następująco: »Tak, jesteśmy już starzy i gotowi umrzeć. Przygotujmy się na rozkład«. Jeśli ktoś ciągle powtarza, że ​​jest stary, to rzeczywiście wkrótce umrze”.

Po tym spotkaniu Cho wyznał: „Ta rozmowa miała dla mnie ogromne znaczenie i wywarła na mnie trwałe wrażenie, które wpłynęło na resztę mojego życia. Zrozumiałem, że posługiwanie się słowem mówionym jest najważniejszym warunkiem sukcesu w życiu”.

Co ważne, to jednak Bóg objawił mu tę zasadę. Na początku swojej posługi, głosząc kazania, widział na „ekranu swojego wewnętrznego świata”, jak ludzie byli uzdrawiani z gruźlicy, a kalecy i chromi odrzucali kule, nagle odzyskując zdolność chodzenia. Początkowo Cho postrzegał to wszystko jako ingerencję szatana i odpowiedział słowami: „Duchu, który przeszkadzasz, zostaw mnie! Nakazuję ci odejść! Odejdź!”. Ale potem posłuchałem głosu Boga w moim sercu: „Synu mój, to, co widzisz, to nie przeszkoda szatana, ale pragnienie Ducha Świętego. To słowo mądrości i wiedzy. Bóg chciałby uzdrowić tych ludzi, ale nie może tego zrobić, dopóki ty nie przemówisz”.

Od momentu tego „objawienia” Cho zaczął dzielić się na spotkaniach wszystkimi uzdrowieniami, które w sobie widział. „Teraz, kiedy tu stoję, Pan pokazuje mi wszystkie uzdrowienia, które się dzieją, a ja po prostu ogłaszam je zgromadzeniu. Po prostu zamykam oczy i zaczynam mówić. Ludzie, zdając sobie sprawę, że otrzymali uzdrowienie, zaczynają się podnosić”.

Opierając się na tym doświadczeniu, Cho nawołuje: „Używaj i wypowiadaj słowo obietnicy, bo w istocie twoje słowo, kiedy się objawi, ma moc tworzenia. Bóg przemówił i powstał cały świat. Twoje słowo jest materiałem, którego Duch Święty używa do twórczego działania”.

Na koniec Cho idzie jeszcze dalej w swoim nauczaniu i twierdzi, że poprzez moc mówionego słowa możemy zamanifestować „obecność Chrystusa” i uwolnić „moc Jezusa”.

„Jezus jest związany słowami, które wypowiadamy. Tak jak uwalniasz moc Jezusa swoimi słowami, tak możesz ich użyć, aby sprowadzić obecność Chrystusa. Jeśli nie potrafisz jasno wypowiedzieć słowa wiary, Chrystus nigdy nie będzie mógł być wolny”.

„Bądźcie odważni! Rozwijajcie dar śmiałości i mówcie swoje słowa! Mówcie je jasno i w ten sposób stwórzcie szczególną obecność Jezusa Chrystusa. Uwolnijcie tę moc Jezusa w swoim zgromadzeniu, a otrzymacie odpowiednie rezultaty”.

„Wreszcie, twoje słowo kształtuje twoje życie, ponieważ ośrodek mowy kontroluje cały układ nerwowy. Dlatego mówienie językami jest głównym znakiem chrztu w Duchu Świętym. Kiedy Duch Święty przejmuje kontrolę nad ośrodkiem mowy, przejmuje władzę nad całym układem nerwowym i kontroluje całe ciało. Kiedy mówimy językami, jesteśmy napełnieni Duchem Świętym… Poddaj swoje słowo Duchowi Świętemu, aby coś przez nie stworzyć. Wtedy posłuży ono do zamanifestowania obecności Jezusa Chrystusa, a ty uwolnisz Jego moc poprzez słowo, które wypowiadasz… Pamiętaj więc: Chrystus polega na tobie i słowie, które wypowiadasz, aby uwolnić Jego obecność”.

Na zakończenie chciałbym raz jeszcze podkreślić, że Yonggi Cho, choć powołuje się na Objawienie Boże, nie potrafi przytoczyć ani jednego wersetu z Biblii na poparcie swojej teorii.

Reinhard Bonnke – „Kombajn Boży”

Bonnke urodził się w 1940 roku w Szlezwiku-Holsztynie, w rodzinie kaznodziei zielonoświątkowego. Nawrócił się do Boga w wieku dziewięciu lat. Rok później, podczas spotkania domowego, jedna z obecnych kobiet miała „wizję”: małego chłopca łamiącego chleb dla tysięcy czarnoskórych. Następnie zwróciła się do Reinharda, który stał obok ojca, i powiedziała: „Oto chłopiec, którego widziałam w wizji”.

Już w wieku jedenastu lat Reinhard miał mocne postanowienie, by zostać misjonarzem w Afryce. Jako nastolatek marzył o mapie, na której widniała nazwa miasta: Johannesburg. W wieku piętnastu lat R. Bonnke po raz pierwszy doświadczył „przepływu mocy Bożej”. – „Podczas godziny modlitwy w małym kręgu nagle przeszył mnie strumień mocy Bożej. Poczułem się, jakbym włożył palec do gniazdka elektrycznego. W sercu wyraźnie usłyszałem słowa: »Wstań i połóż ręce na siostrę stojącą za tobą! Ma wielką potrzebę«. – Ogarnęło mnie przerażenie. Co pomyśli mój ojciec?! Był kaznodzieją w tym zgromadzeniu. Ale Pan zwiększył przepływ energii we mnie. Zacząłem to odczuwać jeszcze intensywniej. W końcu zerwałem się i położyłem ręce na głowie kobiety. Poczułem, jak ten przepływ energii wlewa się w nią przez moje dłonie”.

W 1959 roku R. Bonnke rozpoczął naukę w szkole biblijnej w Suwensea w Walii w Wielkiej Brytanii. Ku zaskoczeniu jego rodziców i całej wspólnoty, szkoła ta „wcale nie była zielonoświątkowa, lecz ewangelicka” i miała raczej konserwatywny charakter. Mimo to, potrafił nadal modlić się językami, nie drażniąc uczniów i nauczycieli, ponieważ „myśleli, że modli się po niemiecku”. Od personelu szkoły nauczył się „żyć wiarą”. Wszystko, czego potrzebowali pracownicy i szkoła biblijna, otrzymywał od Boga poprzez modlitwę, choć ta była utrzymywana w tajemnicy. Kiedy dyrektor ponownie podzielił się z uczniami swoją wysłuchaną modlitwą, Bonnke wypowiedział wyjątkową modlitwę: „Panie, jeśli chcesz mi zaufać, to pragnę stać się człowiekiem wiary”.

W 1961 roku zakończył studia duchowe. W dniu, w którym miał wyjechać do Niemiec, podczas postoju w Londynie, Bonnke odwiedził dom George’a Jeffery’ego, który niegdyś „przyniósł ogień pełnej Ewangelii Brytyjczykom potężnymi znakami i cudami”. Sam Bonnke opowiadał o tym spotkaniu: „…Wyglądał na dziewięćdziesięcioletniego mężczyznę, choć miał zaledwie siedemdziesiąt dwa lata. »Czego chcesz?« – zapytał. Powiedziałem mu swoje imię i zaczęliśmy rozmawiać o dziele Bożym. Nagle upadł na kolana, pociągając mnie za sobą i zaczął mnie błogosławić. Moc Ducha Świętego wypełniła pokój i miałem wrażenie, jakby namaszczenie, niczym olej Aarona, spływało z mojej głowy „aż do rąbka moich szat”. Byłem oszołomiony, wstałem, pożegnałem się i odszedłem. Cztery tygodnie później Jeffery wstąpił do chwały Pana i było to podobne do tego, co spotkało Eliasza…”

Po przybyciu do Niemiec R. Bonnke zdobył pierwsze doświadczenie, uczestnicząc w działalności ewangelizacyjnej Misji Namiotowej i pomagając w założeniu zboru we Flensburgu. Wkrótce potem poślubił Annę i przeprowadził się z nią do Lesotho w południowej Afryce, aby podjąć służbę misyjną.

Tam, między innymi, w 1970 roku doświadczył tak wielkiej „chwały i obecności Boga”, że nie potrafił tego opisać słowami. W trudnej sytuacji finansowej usłyszał głos Boga: „Beczka mąki się nie opróżni, a dzban oliwy się nie opróżni!”. Na co odpowiedział: „Dobrze, Panie… to będzie beczka, a to będzie dzban. Moim zadaniem jest nalewanie, a Ty weźmiesz na siebie zadanie napełnienia”. Bonnke kontynuuje: „Od tamtej pory, wypełniając wszystkie powierzone mi przez Boga zadania, nigdy więcej nie doświadczyłem trudności finansowych. Jeśli zdarzyło mi się wydać więcej, niż miałem na koncie, to nagle odkrywałem, że na moje konto wpłynęły nowe darowizny”.

Mniej więcej w tym samym czasie Bonnke doświadczył swojego pierwszego uzdrowienia podczas wydarzenia ewangelizacyjnego. Zaprosił znanego ewangelistę, aby głosił w namiocie mieszczącym 400 osób. Jednak ten „mąż Boży”, nagle przerywając kazanie w połowie, poprosił Bonnkego, aby kontynuował ewangelizację samodzielnie. Kiedy Bonnke kontynuował, następnego dnia „moc Boża” wylała się na niego, tłumacza i wszystkich słuchaczy. „Z trudem mogłem kontynuować. Głos był wyraźnie słyszalny w moim sercu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem. Pan powiedział: »Moje słowa w twoich ustach mają taką samą moc, jak w moich ustach«”.

Głos Ducha Świętego nieustannie go namawiał: „Przywołajcie wszystkich niewidomych i mówcie słowo mocy…”. Spojrzał na biednych niewidomych i oświadczył stanowczo: „Przemówię do was z mocą Boga, a zobaczycie białego człowieka stojącego przed wami. Otworzą się wam oczy!”.

Kiedy Bonnke zawołał: „W imię Jezusa Chrystusa, niech się otworzą wasze ślepe oczy!”, kobieta, która cztery lata wcześniej straciła wzrok, odzyskała wzrok, a kalekie dziecko zostało uzdrowione. Na podstawie tego doświadczenia Bonnke doszedł do wniosku, że Bóg powierzył mu większą posługę i przeniósł się z Lesotho do Johannesburga. W tym samym czasie Bonnke ukuł swój własny, niebiblijny „okrzyk wojenny”: „Zrabujemy piekło i zaludnimy niebo!”. Później dodał: „…i ogolimy diabła na łyso”.

Od 1975 roku pod przewodnictwem R. Bonnkego rozpoczęło swoją działalność stowarzyszenie misyjne „Chrystus dla wszystkich narodów”.

"Porażony Duchem Świętym"

W 1976 roku Bonnke głosił kazanie w Botswanie i wynajął na ten cel stadion. Tam po raz pierwszy był świadkiem kazania, podczas którego ludzie padali na ziemię.

Zapytany, co to oznacza, odpowiedział: „Kiedy ktoś upada, nie jest to cud, ale znak – znak obecności Boga”.

Pod koniec ewangelizacji „Duch Święty” zaczął ponownie napominać Bonnkego: „Módl się za ludzi, aby otrzymali chrzest w Duchu Świętym!”

Bonnke poprosił następnie jednego ze swoich pracowników o przeprowadzenie dyskusji biblijnej z publicznością na temat „chrztu w Duchu Świętym”, ale niewiele z tego wynikło. Co więcej, pracownik zapomniał o czymś bardzo ważnym: omówieniu mówienia językami.

Kiedy ponownie wezwano ludzi, wyszło ich około tysiąca, a potem wydarzyło się to: „W chwili, gdy podnieśli ręce, jakby coś eksplodowało pośród nich. W ciągu kilku sekund wszyscy, którzy przed chwilą stali, leżeli płasko na ziemi. Wszyscy modlili się słowami Pana w nowych językach. Bonnke patrzył na ten święty chaos z wielką przyjemnością. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczył”.

Zjawiska tego rodzaju są charakterystyczną cechą całej posługi R. Bonnkego. Na spotkaniach ewangelizacyjnych zazwyczaj zaczyna od kazania o „chrzcie Duchem i ogniem”, a następnie, w ciągu kilku sekund, tysiące ludzi padają na ziemię i zaczynają mówić językami. Ten chaos, ten chaotyczny stos ludzi leżących obok siebie, jest często opisywany terminem, który w języku angielskim tłumaczy się jako „uderzony Duchem” lub „uderzony mocą Bożą”. W języku niemieckim zazwyczaj mówi się o „spoczynku w Duchu” lub „powaleniu przez Ducha”.

W 1980 roku na kongresie charyzmatycznym w Berlinie Bonnke powiedział: „Ostatniego dnia mieliśmy to, co nazwaliśmy „nocą Ducha Świętego”, i mówiłem na temat „Chrztu w Duchu i Ogniu”. Kiedy zapytaliśmy, kto chciałby przyjąć chrzest w Duchu Świętym tutaj, w tym właśnie miejscu, około 5000 osób wyszło na wewnętrzną część stadionu. I w chwili, gdy podnieśli ręce, natychmiast zaczęli chwalić Jezusa. To było jak wybuch bomby. W ciągu około 3 sekund wszystkie 5000 leżało płasko na ziemi… A gdy przechodziłem obok nich, zaczęli wstawać i słyszałem tysiące chwalących Boga w nowych językach. A potem Pan powiedział: „Czas sierpa minął, teraz nadszedł czas kombajnu!”. Teraz oczekuję nowego namiotu, który pomieści 34 000 osób. Bóg już zesłał nam połowę pieniędzy potrzebnych na jego zakup. Czyż to nie fantastyczne? Jestem Jasne, że reszta pieniędzy wkrótce dotrze. A potem ogolimy diabła na łyso w Afryce. Alleluja!

Ewangelizacja masowa

Po ewangelizacji w Garboron, Bonnke uświadomił sobie swoje powołanie, by zostać „masowym ewangelistą”. Od tamtej pory w jego kazaniach ważną rolę odgrywały duże liczby. „Wielkie liczby go fascynują. Ale nie same w sobie, ale ze względu na dzieło Boga i Jego misję”. Bonnke mówi: „Społeczeństwo nie jest zainteresowane widowiskami z udziałem garstki ludzi. Wielkie tłumy robią wrażenie. Jeśli ludzie nie przychodzą do nas tłumnie, to musimy się poważnie zastanowić”.

W 1978 roku Bonnke zdał sobie sprawę, że potrzebuje bardzo dużego namiotu do prowadzenia działalności ewangelizacyjnej. Podczas jednej z nich, prowadzonej w małym namiocie, rozpętała się ulewa. Wkrótce strumienie wody wdarły się do namiotu. Bonnke zawołał do Boga w modlitwie: „Proszę, daj nam porządny dach nad głową!”. I natychmiast w jego sercu pojawiła się odpowiedź: „Zaufaj mi i zdobądź namiot dla 10 000 osób!”. Odpowiedział: „Ufam Tobie, Panie”.

Dwa lata później miał podobny namiot w RPA. Nawiasem mówiąc, nowy budynek administracyjny dla jego misji również został wybudowany w mieście Wittfeld. Jednak namiot ten wkrótce okazał się za mały i po tym, jak Bóg wyraźnie przemówił do Bonnkego: „Czas sierpów minął, teraz nadszedł czas kombajnów”, zapragnął nabyć największy namiot świata – taki, który mógłby pomieścić 34 000 osób. „Z tym namiotem chcemy przede wszystkim dotrzeć z Ewangelią do RPA, ale Bóg objawił naszej wspólnocie, że pragnie go użyć dla całego kontynentu: »Potroję żniwo, bo czas jest krótki. Do tego dzieła obdarzę was potrójnym namaszczeniem Ducha Świętego«”.

Początkowo R. Bonnke miał nadzieję otrzymać ten namiot w ciągu 18 miesięcy, ale minęło aż 5 lat, zanim uroczyste poświęcenie nastąpiło w 1984 roku. Ale wcześniej, w 1981 roku, podczas „Berlińskich Dni Wiary”, zorganizowanych przez F. Spitzera zgodnie z otrzymaną wizją, R. Bonnke wygłosił przemówienie. Z radością relacjonował w nim: „…Dokonują się cuda i znaki, jak za czasów Dziejów Apostolskich. W Niemczech przyszedł do mnie optyk i powiedział: „Chciałbym coś podarować Afryce”. Oczywiście ucieszyłem się, bo pilnie potrzebowaliśmy pieniędzy. Kontynuował: „Chciałbym dać ci 3000 okularów dla Afryki, do rozdania biednym czarnoskórym”. – „Okulary? Nie rozdajemy okularów na naszych spotkaniach ewangelizacyjnych, my je zbieramy! Jak często jesteśmy świadkami tego, jak Bóg otwiera oczy niewidomym! I jak sobie to wyobrażasz?” Najpierw modlimy się za niewidomych, a oni odzyskują wzrok. I co z tego? A potem dajemy im okulary? To się po prostu nie trzyma kupy!

(Tymczasem R. Bonnke sam nosi teraz okulary i zapewne byłby teraz pozytywnie nastawiony do oddawania okularów na cele charytatywne.)

W 1982 roku R. Bonnke udał się do Seulu na zaproszenie I. Cho, aby odwiedzić jego kościół i zadać mu „tysiąc pytań” i „wrócił do RPA ze wzmocnioną wiarą”. „Kiedy zobaczyłem, co robi Cho i jak Pan mu błogosławi, powiedziałem: »Panie, zaufałem Ci za mało«”.

Po pewnym czasie R. Bonnke był już znany jako „Billy Graham Afryki”. Był „uznawany na całym świecie za jedną z czołowych postaci w dziedzinie ewangelizacji” i otrzymywał zaproszenia z całego świata. Jego ewangelizacyjnym działaniom za granicą towarzyszyły „cuda i znaki”. Na przykład w Helsinkach w 1983 roku pewien mężczyzna dotknął kurtki R. Bonnkego i „padł na ziemię pod wpływem mocy Bożej”.

W obliczu wszystkich tych faktów przybycie R. Bonnkego na Konferencję Ewangelistów w Amsterdamie, zwołaną przez B. Grahama, w 1985 roku wydawało się całkiem naturalne.

„Bonnke miał wysokie oczekiwania wobec konferencji. I nie tylko dlatego, że miał tam okazję przemawiać. Miał nadzieję spotkać w Amsterdamie jak najwięcej afrykańskich ewangelistów. Chciał spotkać tam ludzi o podobnych poglądach, podzielić się swoją wizją przyszłości i zdobyć ich zaufanie do współpracy”.

Tak właśnie po raz pierwszy rozmawiał z B. Grahamem, „który zaimponował Bonnkemu swoją wiedzą na temat spraw Stowarzyszenia Chrystus dla Wszystkich Narodów”.

W tym samym roku Bonnke odwiedził znanego, choć nieuznawanego przez większość wspólnot zielonoświątkowych, ewangelistę-uzdrowiciela T. L. Osborna, który wyróżniał się skrajnymi poglądami.

Osborn wysyła swoich pracowników na cały świat specjalnie wyposażonymi pojazdami, wyposażonymi w projektory, filmy o cudach, nagrania z kazań i tym podobne, aby głosić ewangelię. Osborn nazywa te pojazdy „kombajnami”. Znany jest również z rozdawania „błogosławionych” kartek i chusteczek, które rzekomo chronią przed nieszczęściami i uzdrawiają z chorób, w zamian za datki pieniężne.

Kurt Hutten pisze o Osbornie: „Kwadratowy kawałek drewna był szczytem złego smaku Osborna. Wysłał takie kawałki w listopadzie 1976 roku. Podobno zostały wykonane ze starej platformy, na której Osborn stał podczas jednego ze spotkań, kiedy jego posłudze uzdrawiania towarzyszyły liczne cuda. ​​Ciało słuchacza, który spadł z drzewa, a następnie zmartwychwstał, rzekomo leżało na nim przez dwie godziny. Bóg zaś objawił Osbornowi, że moc, która była na platformie, będzie również w każdej jej części. Osborn wysłał każdemu darczyńcy mały kawałek drewna: „Nie dawaj go nikomu i nie zgub, przechowuj go starannie, ponieważ jest on przeznaczony osobiście dla ciebie i nie można go niczym zastąpić!”. Po porównaniu tych kwadratów okazało się, że miały różne pochodzenie, nie były wykonane z tej samej deski”. (Hutten – „Prorok, Myśliciele, Entuzjaści”, s. 37).

Bonnke skorzystał z okazji i w dwugodzinnej rozmowie podzielił się z Osborne'em swoimi „nadziejami i planami na przyszłość”. Obaj przywódcy rozstali się w duchu miłości i współpracy. Przed opuszczeniem biura Osborne'a, Bonnke poprosił wielkiego ewangelistę o modlitwę. „Nie, bracie” – odpowiedział Osborne – „módl się za mnie”. Niemiecki ewangelik i zakres jego wizji przyszłości Afryki wywarły na Osborne'ie głębokie wrażenie.

W tym samym roku R. Bonnke spotkał się z Patem Robertsonem, szefem CBN i właścicielem największej chrześcijańskiej stacji telewizyjnej w Ameryce (nawiasem mówiąc, Robertson kandydował na prezydenta w wyborach w 1988 roku). Robertson obiecał organizacji Christ for All Nations znaczną sumę pieniędzy na rok 1984, a następnie natychmiast przekazał Bonnkemu kolejną, równie dużą sumę, dzięki czemu Bonnke wrócił do RPA z pokaźnymi darowiznami i zapewnieniami o przyszłym wsparciu finansowym.

Z biegiem lat stanowisko Bonnkego w sprawie apeli o darowizny ewoluowało. W jednym z kazań w latach 70. XX wieku nadal uważał za konieczne powtarzać: „Doświadczamy jednego cudu za drugim. Radziliśmy sobie bez pożyczki, a mimo to byliśmy w stanie spłacić wszystko. I tak jest do dziś: nigdy nie musieliśmy płacić ani grosza odsetek od pożyczki. Nigdy nie proszę o pieniądze; modlę się o nie”.

W 1983 roku kontynuował w tym samym duchu: „Bóg płaci za wszystko, co zostało zamówione dla Niego. Nawet ten ogromny namiot – to nie moje dzieło, lecz Jego”. Jednak od tamtej pory ukryte i jawne wezwania do datków z każdym rokiem stawały się coraz bardziej konkretne:

1985. „Pan objawił mi, że włoży w nasze serca większy impuls, niż kiedykolwiek wcześniej doświadczyliśmy, i w cudowny sposób wkrótce nadejdą pieniądze w odpowiedzi na modlitwę. Rachunek miał zostać zapłacony do 15 stycznia 1986 roku”.

1987. „…Nadal mamy 1,65 miliona dolarów długu, co jest dla nas bardzo przygnębiające, zwłaszcza dla mnie, gdy pomyślę o odsetkach… Los wszystkich wielkich kampanii ewangelizacyjnych wisi na włosku… Z góry dziękuję za modlitwy i praktyczną pomoc, nawet jeśli nie jest ona jeszcze bardzo duża…”

1988. „...Jeśli chcemy utrzymać dynamikę, potrzebujemy pilnego wsparcia finansowego... Pilnie potrzebujemy aktywnych partnerów! Partnerów, którzy szczerze się modlą i chcą pomóc finansowo...”

1989. „…Wielu odbiorców czasopisma Missions Report pozostawało anonimowych przez wiele lat. Mówiąc to, wyciągam do nich rękę. Potrzebujemy partnerstwa opartego na silnym zaangażowaniu. Jeśli mamy osiągnąć Boży cel, wysiłek wspólnej modlitwy i wspólnego poświęcenia będzie wart wysiłku…”

Tymczasem nie ukazał się ani jeden numer magazynu „Mission Report”, ani jeden list otwarty, który nie zawierałby mniej lub bardziej uporczywych próśb o pieniądze. 18 lutego 1984 roku nastąpiło uroczyste otwarcie ogromnego namiotu. Przybyli goście z wielu krajów. Nabożeństwu poświęcenia przewodniczyli P. Bengu i P. Schoch. Główne kazanie wygłosił R. Bonnke. Pięć tysięcy osób odpowiedziało na wezwanie do przyjęcia Chrystusa jako Zbawiciela. Ale 11 tygodni później, 6 maja, gdy Bonnke przebywał w Kalkucie w Indiach, uczestnicząc w Konferencji Biznesmenów Pełnej Ewangelii, burza zerwała dach nowego namiotu wzniesionego w Kapsztadzie w RPA: „Największy na świecie namiot ewangelizacyjny został zniszczony! Na jego miejscu pozostał jedynie szkielet lin i stalowych słupów. Pozostałe fragmenty dachu zwisały, a większość, ważąca około 20 ton, została porwana przez ulice i ogrody Falhalli. W ciągu kilku godzin owoc prawie pięcioletniej pracy został zniszczony. Trudno w to uwierzyć”.

A ten, który wydał okrzyk „ogolić diabła na łyso”, zmuszony był po powrocie z Indii zobaczyć na własne oczy „stalowe rury ramy, zastygłe w niemej ciszy, wznoszące się ku górze. Obok leżały podarte, już złożone i związane resztki plandeki”. A jednak sam Bonnke, będąc w Kalkucie 6 maja, „w samotności tam w Indiach, wielbił i dziękował Bogu za to, że tego dnia minęło dokładnie 25 lat, odkąd pozwolił mi pozostać w Jego posłudze”. (25 lat, jeśli za posługę uznać dwa lata szkoły biblijnej). Teraz, po zniszczeniu namiotu, zadał sobie pytanie: „Czy to zniszczenie namiotu nie było darem od diabła z okazji tej rocznicy?”

Jednak po przybyciu do RPA odważnie oświadczył: „To dopiero początek. Diabeł przekroczył granicę. W głębi serca czuję, że wydarzy się coś fantastycznego. Ta posługa składa się z cudów”.

Osiemnaście miesięcy po tym, jak kaznodzieja Ewangelii Dobrobytu i uczeń K. Hagena, Kenneth Copeland, obiecał pokryć cały koszt nowego dachu, namiot został odrestaurowany. „Pieniądze na nowy dach otrzymałem od Kennetha Copelanda, znanego i popularnego nauczyciela Biblii w Stanach Zjednoczonych. Kwota wyniosła dokładnie 2,53 miliona marek”.

Przeprowadzka do Niemiec

W 1985 roku, uważanym za „najbardziej traumatyczny rok dla Reinharda i jego zespołu”, podjęto wspólną decyzję o przeniesieniu siedziby Towarzystwa Chrystus dla Wszystkich Narodów z Wittfield w RPA do Frankfurtu w Niemczech, gdzie Bonnke zdołał nabyć działkę z budynkiem biurowo-mieszkalnym. Przeprowadzka ta nieuchronnie doprowadziła do rozłamu między R. Bonnke a jego wieloletnimi współpracownikami.

Konferencja „Fiery” w Harare, Zimbabwe, 1986

W 1983 roku R. Bonnke, planując zorganizowanie konferencji „Ogień” w Afryce, udał się do Amsterdamu na konferencję ewangelistów, aby spotkać się z afrykańskimi ewangelistami i nawiązać z nimi kontakt. I tak w kwietniu 1986 roku w nowoczesnym Centrum Kongresowym Harare zebrało się około 4000 delegatów z całego świata.

Wśród prelegentów znaleźli się tacy wybitni duchowni, jak Loren Cuningham (założyciel One Mission Youth), Kenneth i Gloria Copeland oraz kaznodzieja pozytywnego myślenia Robert Schuller. Podczas tej konferencji ponownie poświęcono odnowiony namiot. Został on odbudowany ze środków przekazanych przez K. Copelanda. Sama konferencja została nazwana „drugą Pięćdziesiątnicą”. Copeland z entuzjazmem oświadczył: „Zbliżamy się do jednego z najwspanialszych okresów Bożego zbawienia. Widzimy zbawienie całego kontynentu w zasięgu wzroku. Doświadczyłem na tej „ognistej” konferencji czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Atmosfera była elektryzująca, przepełniona ożywieniem, wiarą i jednością, co miało niezwykle dobroczynny wpływ na moje serce. Doprawdy, był to najwspanialszy przejaw ducha ożywienia, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem”.

Po tym, jak R. Bonnke „padł na ziemię pod namaszczeniem Ducha”, D. Newberry wygłosił na konferencji „słowo prorocze”. „Ogłosiło ono, że wkrótce nastąpi wielkie wylanie Ducha Bożego, a Bonnke zdobędzie cały naród w imię Jezusa i stanie przed władcami i królami świata. Co więcej, powiedziano, że Pan zgromadzi potężną armię i wzmocni posługę Chrystusa dla Wszystkich Narodów, i że nadszedł czas na nowe działanie Ducha Świętego na świecie”.

„Początek największego wylania Ducha Świętego na Europę”. Płomienna konferencja we Frankfurcie w 1987 r.

Oczywiście, przeprowadzka z RPA do Niemiec oznaczała również, że praca Bonnkego nie koncentrowała się już głównie na Afryce, lecz coraz bardziej rozszerzała się na Europę. „Duch Boży jasno wskazał, że nasza przeprowadzka do Frankfurtu była związana z Bożym planem dla Europy”. Dlatego planowanie i zorganizowanie „ognistej” konferencji we Frankfurcie w 1987 roku było całkowicie zrozumiałe. Zaproszenia zawierały obietnicę: „Początek największego wylania Ducha Świętego w Europie… Bóg będzie czynił znaki i cuda! Dla Europy nastał nowy dzień. Niemcy, Szwajcaria, Austria – cała Europa zostanie ogarnięta chwałą i mocą Ducha Świętego…”

R. Bonnke najwyraźniej zignorował mądre ostrzeżenie Salomona z Księgi Przysłów 27:2 i umieścił na zaproszeniach następujące słowa: „Po około siedmiu latach pracy misyjnej w Afryce, w której nie było wielkiego ognia, doświadczyłem duchowej przemiany… wydarzyły się znaki i cuda. ​​Ludzie zaczęli masowo zwracać się do Pana. Setki tysięcy ludzi gromadziły się na jednym nabożeństwie, aby słuchać Słowa Bożego. Miałem stać się gwiazdą przewodnią do Jezusa dla milionów drogocennych dusz. W 1986 roku doświadczyłem momentu, gdy podczas jednego ze spotkań około 100 000 osób zostało ochrzczonych Duchem Świętym i ogniem. Tak potężny wpływ Boga można opisać jedynie jako DUCHOWE TRZĘSIENIE ZIEMI. A Europa? Jestem przekonany, że Bóg zamierza dokonać czegoś większego w Europie. Ma moc, by w ciągu jednej nocy zmienić odpływ w przypływ! Nadeszła godzina! Fale „Chwała Boża ogarnie Europę!” Nikt nie może ograniczyć działania Boga... Postrzegam tę konferencję jako płomienny blask od Boga, sygnał dla całej Europy. Pan powiedział mi to bardzo wyraźnie i nie mam wątpliwości, że nawet nasz ogromny afrykański namiot będzie używany w Europie. Będziemy go potrzebować, gdy rozpocznie się żniwo... Nastała nowa duchowa era dla Europy... Ta ulotka to Boże wezwanie do Ciebie, drogi Czytelniku, abyś i Ty mógł być obecny z nami we Frankfurcie..."

W dniach od 5 do 9 sierpnia 1987 roku na Targach Frankfurckich zgromadziło się do 14 000 osób. Wśród prelegentów znaleźli się L. Cunningham, R. McCauley, B. Hinn, P. Schoch i V. Sinen.

Atmosfera podczas wieczornych spotkań była szczególnie napięta. Muzyka, śpiew językami, mówienie językami, proroctwa, uzdrowienia, oklaski („ofiara przez klaskanie”), a nawet tańce: „Bracia i siostry, telewizja tu, telewizja tam, a my zatańczymy!”

Kiedy padło zaproszenie do otrzymania „specjalnego namaszczenia”, uczestnicy rzucili się, by je przyjąć przez włożenie rąk, a następnie natychmiast padli „powaleni Duchem”. Benny Hinn odważył się ogłosić wszystkim: „Duch Święty powiedział mi, że ktokolwiek dmuchnę dziś wieczorem, otrzyma specjalne namaszczenie”. Po tych słowach zaczął dmuchać w mikrofon. Gdziekolwiek dmuchnął, ludzie padali. Niektórzy wstali i wybuchnęli śmiechem. Hinn nazwał to „śmiechem Ducha Świętego”.

Głoszenie ewangelii przez R. Bonnkego podczas wieczornych spotkań składało się z mieszanki kazań, czasem szeptem, czasem płaczliwym głosem, a na koniec, w formie okrzyku, „proroctw”, „mówienia językami”, „śpiewania językami”, okrzyków „Alleluja!” i braw publiczności. Ostatniego wieczoru Bonnke zaprosił wszystkich obecnych ewangelistów do wystąpienia i otrzymania „specjalnego namaszczenia”. Większość ludzi natychmiast rzuciła się do przodu, pozwalając Bonnkemu szybko włożyć na nich ręce, a w końcu upadli, przytłoczeni „dotknięciem Bożej mocy”.

Felietonista gazety z Kassel, komentując konferencję w niedzielnym wydaniu, chyba trafił w sedno, pisząc: „W tym pokazie sugestii, pełnym dramatycznych arcydzieł, Reinhard Bonnke, po początkowych trudnościach (stracił głos), zdołał oczarować dziesiątki tysięcy ludzi”.

Redaktor „Mission Report”, podsumowując raport, ma odmienny pogląd: „Jestem przekonany, że we Frankfurcie rozpoczął się szczególny okres Bożego planu zbawienia… Coś się scala. Wiele rozproszonych pożarów łączy się w nieustanny pożar, tak że wkrótce wybuchnie ognisty huragan. To jest biblijne i to jest obietnica. Dlaczego więc nie mielibyśmy się z tego cieszyć?”

Europejska Konferencja „Ogień” w Birmingham (Anglia) – 1988

Kolejna konferencja „ogniowa” odbyła się w Birmingham w dniach 19–24 lipca. Na zaproszeniach Bonnke napisał: „…teraz nadchodzi drugi cios: od 19 do 24 lipca w Birmingham w Anglii. Spodziewamy się przybycia od 30 000 do 40 000 uczestników i już zadbaliśmy o wynajem stadionu Villa Park, ponieważ hale będą na to za małe i nie pomieszczą wszystkich przybyszów. Cieszę się, że wśród prelegentów będzie przewodniczący Ewangelickiego Sojuszu Wielkiej Brytanii, Jego Wielebny Clive Colver. Poza Niemcami Zachodnimi cieszymy się wielkim uznaniem jako zielonoświątkowcy i charyzmatycy. Ogień Ducha Świętego zdobywa ogromne poparcie wśród ludu Bożego i to jest powód naszej radości… Pan pokazał mi Europę rozpaloną blaskiem Jego chwały! Tu wkrótce nastąpi wielki duchowy przełom… Dlatego każdy, kto pragnie odrodzenia i ewangelizacji w Duchu Świętym, nie może tego przegapić. tego wydarzenia i nie przyjechać do Birmingham..."

Chociaż oczekiwane 40 000 uczestników nie dotarło, a według samego Bonnkego w spotkaniu finałowym wzięło udział tylko 19 000 osób, magazyn Missions Report opublikował po tym wydarzeniu artykuł porównujący konferencje we Frankfurcie i Birmingham: „Europejska Konferencja Pożarnicza we Frankfurcie była burzliwa, potężna i z pewnością nie cicha. Tragedia podzielonego kraju nie została wyciszona. Echo konferencji w mediach było bardzo głośne i, ponad oczekiwania, pozytywne. Kościoły i zgromadzenia słuchały i czekały na głos Boga. Europejska Konferencja w Birmingham również została usłyszana i odczuta. Tam również radowano się, śmiano, tańczono, ale też płakano, czasem zasmuceni, świadomi grzechu i winy, czasem radując się. Ale wszystko było łagodniejsze, bardziej naturalne i w jakiś sposób bardziej swobodne. Dla mediów ta konferencja nie stała się sensacją. Ale dla chrześcijan z licznych kościołów i wspólnot, oczywiście, i dla tych, którzy nie mogli przybyć, ta konferencja była znakiem od Boga. Ma ogromne znaczenie i dotrze również do kontynentalnej Europy!”

R. Bonnke napisał, podsumowując miniony rok 1988: „Rok 1988 był dla mnie i moich współpracowników najbardziej błogosławionym i owocnym rokiem mojego życia. Bez przesady i z pokorą w sercu mogę powiedzieć, że nigdy wcześniej nie zebraliśmy tak ogromnego żniwa dusz dla Jezusa Chrystusa. Miliony ludzi usłyszały ewangelię i przyjęły Jezusa Chrystusa jako swojego osobistego Zbawiciela i Pana. Setki tysięcy otrzymały chrzest w Duchu Świętym, a niezliczone rzesze doświadczyły uzdrawiającej mocy Jezusa w swoich chorych ciałach! To są znaki, które Bóg nam dzisiaj pokazuje, ale mamy wszelkie powody, by wierzyć, że wydarzy się coś jeszcze większego! ... Z tym wkraczam w nowy rok 1989. Pan dał nam program: Od Afryki po Singapur i Indonezję. Od Związku Radzieckiego po USA. Od Ameryki Południowej po Skandynawię!”

Charakterystyczne cechy „trzeciej fali” w rządzie R. Bonnkego

Ponieważ Bonnke był bardziej zainteresowany ewangelizacją niż nauczaniem, wpływ niektórych nauk na niego można określić jedynie poprzez analizę jego działalności, kazań i przesłań.

Sny i wizje

Przez całe życie R. Bonnke’a dręczyły sny, wizje i rozmaite zjawiska. Jego następująca wypowiedź na temat snów wskazuje na jego pokrewieństwo z I. Cho: „Marzyciele to ludzie, którzy zmieniają świat. Jesus Navin, już jako człowiek w podeszłym wieku, zastosował do siebie prorocze słowa Joela: »Twoi starsi będą śnić o snach«. Marzenia o zdobyciu świata dla Chrystusa są znakiem charyzmatycznym. To właśnie ta wizja, na początku ruchu zielonoświątkowego, zachęcała ludzi do wytrwałego poszukiwania mocy Ducha Świętego. Właśnie dlatego Bóg zsyła swoją moc. To trzeci krok na drodze do boskiego sukcesu. Rozwijaj swoje duchowe zrozumienie tego, co pragniesz osiągnąć dla Boga, a następnie pracuj i wcielaj swoją wizję w życie. Bez wizji lud Boży ginie”.

„Czwarty wymiar”

I to nauczanie I. Cho znalazło odzwierciedlenie w posłudze R. Bonnkego: „Nie możemy służyć Bogu na poziomie dostępnym ludzkiemu pojmowaniu. Nieustannie zadziwia mnie widok ludzi, którzy uważają, że cudowną moc Boga można logicznie wyjaśnić. Jak zatem, na przykład, można logicznie wyjaśnić chodzenie Jezusa po morzu? To nie ma nic wspólnego z logiką; jest związane z czwartym wymiarem – cudowną mocą Boga. Oto jesteśmy na innej płaszczyźnie, płaszczyźnie Boga…”

„Siła słowa mówionego”

R. Bonnke, podobnie jak I. Cho, również otrzymuje wizje i obrazy uzdrowień, które następnie opisuje: „W chwili, gdy Reinhard zamilkł, czekając na tłumacza, usłyszał „wewnętrzny głos” wypowiadający „słowa”, które niemal pozbawiły Bonnkego mocy mówienia. Usłyszał: „Moje słowa w twoich ustach mają tę samą moc, co w moich ustach”. Gorączkowo, jakby w gorączce, zrozumiał, co się dzieje, a głos powtarzał tę frazę. Wtedy Reinhard zobaczył, jakby na ekranie, działanie mocy Chwały Bożej. Bóg przemówił i stało się. Jezus powiedział uczniom, że jeśli wypowiedzą słowa skierowane do góry, spadnie ona do morza… Tłumacz wstał, a Bonnke kontynuował nauczanie. Głos Ducha Świętego nadal go namawiał: „Zawołaj wszystkich, którzy są całkowicie ślepi i powiedz słowo autorytatywne”. Bonnke nie mógł uwierzyć w to, co słyszał w swoim wnętrzu, ale nie odważył się okazać nieposłuszeństwa Duchowi Świętemu...

Po opisaniu tego wydarzenia biograf R. Bonnke pisze dalej: „Reinhard wkroczył w nowy wymiar swojej służby Jezusowi. Skosztował prawdziwego miodu i nigdy więcej nie zadowolił się jego substytutami”.

Bogactwo i sukces

Wpływ I. Cho, jego bliskie związki z Copelandem, znanym kaznodzieją „ewangelii dobroczynności”, współpraca z R. Schullerem, intensywne relacje z Word of Faith w Niemczech, a w ostatnich latach coraz bliższa współpraca z R. Maccaulleyem – wszystko to odcisnęło głębokie piętno na życiu i posłudze R. Bonnkego. Maccaulley, były kulturysta, a obecnie pastor zboru w Randburgu w RPA, jest uczniem i bliskim przyjacielem K. Hagena oraz bliskim współpracownikiem K. Copelanda. Maccaulley otwarcie głosi „ewangelię dobroczynności” i, nawiasem mówiąc, zasiada w zarządzie organizacji Christ for All Nations.

R. Steele, biograf R. Bonnkego i R. Maccaulleya, pisze o współpracy tych ewangelistów: „W miarę jak służba R. Bonnkego dojrzewała, rozwijała się również jego relacja z Rayem. Ray nie tylko służył na Konferencji Ogniowej w Harare w kwietniu 1986 roku, ale także, podobnie jak Bonnke, głosił kazanie na Drugiej Konferencji Wiary w Monachium w sierpniu tego samego roku. W 1987 roku Ray został zaproszony do Frankfurtu na Europejską Konferencję Ogniową jako główny mówca. Są wszelkie powody, by sądzić, że w nadchodzących latach Ray i Bonnke rozpoczną wspólną działalność ewangelizacyjną na jeszcze większą skalę. Obaj liderzy odkryli pierwsze oznaki duchowego przebudzenia w Europie i widzą tu pola wciąż dojrzałe do żniwa, które ma zostać zebrane dla Pana Jezusa Chrystusa”.

Przekazanie darów duchowych przez włożenie rąk

Podobnie jak J. Wimber, R. Bonnke jest przekonany, że dary duchowe mogą być przekazywane innym poprzez wkładanie rąk. Na konferencji „ognia” w Harare w 1986 roku włożył ręce na delegatów, a następnie złożył następującą obietnicę: „Coś cudownego wkrótce się wydarzy, a to „coś” dotyczy nie tylko tej ewangelizacji. Posłuchajcie słowa Pana: „Teraz otrzymacie namaszczenie uzdrowienia, a będzie ono płonąć w waszych rękach jak ogień. Jeśli więc pójdziecie i włożycie ręce na nieuleczalnie chorych, moc Boża, jak ogień, przeniknie tych chorych i otrzymają uzdrowienie. W ten sposób Królestwo Boże będzie budowane, a dzieła diabła zostaną zniszczone”.

W przyszłości

Dotychczasowe życie R. Bonnkego dowodzi, że ma on ambitne plany i śmiałą wizję przyszłości. Niektóre z jego wypowiedzi sugerują, że cnoty takie jak skromność i pokora nie są owocami Ducha Świętego:

„Cała Afryka zostanie zbawiona krwią Jezusa”.

„Bez obawy o przesadę, jako stowarzyszenie misyjne, możemy powiedzieć, że byliśmy świadkami tego, jak moc Boża wstrząsnęła całym krajem. Kilkaset tysięcy dusz przyjęło Jezusa Chrystusa jako swojego Zbawiciela”.

„Pan dał obietnicę, że gdy podbijemy wszystkie kraje od Kapsztadu po Kair, wówczas całe narody zwrócą się ku Chrystusowi”.

„Stałem tam i przemawiałem jako dowódca w Duchu Świętym, jako rzecznik Wszechmogącego Boga”.

„Czasami, niemal realnie, widzę siebie w roli kapłana Nowego Testamentu, niosącego krew Jezusa Chrystusa narodom tego wspaniałego i cudownego kontynentu”.

„Bóg dokona swojego dzieła w Europie. Ten kontynent zostanie wstrząśnięty mocą Boga. Ognista fala Ducha Świętego, fala Bożej chwały ogarnie ten kraj”.

„Bóg dokona znaków i cudów. Dla Europy zaświta nowy dzień!”

„Na niektórych spotkaniach doświadczyliśmy czegoś zdumiewającego: 70% do 90% obecnych odpowiedziało na wezwanie do zbawienia. Naprawdę gigantyczne rozmiary!”

Niektóre wypowiedzi R. Bonnkego skłoniły nawet jego współpracowników do zastanowienia się, czy nie pozwala sobie na zbytnią ekstrawagancję. Możliwe jednak, że te wypowiedzi nie są owocem nieracjonalnej, zawyżonej oceny własnych umiejętności, lecz raczej wynikiem tragicznego samooszukiwania się: „Moje słowa mają taką samą moc w twoich ustach, jak w moich”.

Z pewnością R. Bonnke jest przepełniony żarliwym pragnieniem zbawiania dusz dla Chrystusa. Niewątpliwie posiada wybitny dar wymowy i otrzymał od Boga dar ewangelizacji, aczkolwiek z zauważalnym brakiem skromności i pokory. Kult „gwiazdorstwa”, który wokół niego powstał, któremu nie stawia oporu, grozi, że stanie się dla niego pułapką. Jeśli utalentowany ewangelista, będący jednocześnie błyskotliwym retorem, świadomie lub nieświadomie wykorzystuje prawa sugestii i dynamiki grupy, uciekając się do muzyki i tańca jako środków pobudzających, to niebezpieczeństwo, że stanie się uwodzicielem mas, jest bardzo duże…

Niestety, trudno jest sprostować R. Bonnkego w jego dziele: „Mam gdzieś wszystkich moich krytyków!”. Postrzega każdą uwagę krytyczną jako wroga „wyłaniającego się ze swoich nor i szykującego się do ataku”. Istnieją zatem wszelkie powody, by obawiać się, że może spotkać go ten sam los, jaki w ostatnich miesiącach z goryczą znosili niektórzy „napełnieni Duchem” ewangeliści, co potwierdza prawdziwość słów Charlesa Spurgeona: „Żaden święty nigdy nie nadymał się swoim pięknym upierzeniem, żeby Pan nie wyrywał go piórko po piórku”.

Trzecia fala w Niemczech

Wpływ „trzeciej fali” na Niemcy widoczny jest w działalności i powiązaniach R. Bonnkego.

Aspiracje „trzeciej fali” zostały zaprezentowane szerokiej publiczności, a przede wszystkim licznym słuchaczom kościelnym, na „Konwencjach Wimber” w Hochheim (1986) i Frankfurcie (1987-1988). Organizatorami tych wydarzeń były „Projekcja Yot” (wówczas jeszcze pod przewodnictwem G. Oppermana) oraz „Duchowa Odnowa Kościoła”.

Wpływ Cho na Niemcy jest o wiele większy, niż się powszechnie uważa. Jedną z osób, na które Cho wywarł największy wpływ, był F. Spitzer. W latach 1979–1981 często zapraszał Cho do Berlina z wykładami. Siegfried Müller i jego posługa „Droga do Radości” również są nie do pomyślenia bez Cho. Müller i jego przyjaciel F. Spitzer poznali Cho i jego kościół podczas pierwszej konferencji w Seulu. Müller przyznał, że w Seulu narodziło się coś, co później miało decydujący wpływ na rozwój naszej wspólnoty w Karlsruhe.

W 1975 roku Y. Cho przybył do Karlsruhe na zaproszenie Z. Müllera. Müller asystował Cho jako tłumacz podczas nabożeństwa w wynajętej sali koncertowej. Ostatniego dnia w Schwarzwaldhalle zgromadziło się 4000 osób. W swoim kazaniu końcowym Cho oświadczył, że Bóg przemówił do niego wyraźnie o wielkim przebudzeniu, które ma nastąpić w Europie. Powiedział dosłownie: „To przebudzenie mogłoby rozpocząć się w Karlsruhe i chciałbym tu być i ofiarować się jako narzędzie dla Jezusa”.

Kiedy Z. Müller odprowadził przyjaciela na lotnisko, „duch wyraźnie przemówił do niego: »Zbuduj dom dla Mojego imienia z 2000 miejsc«”.

Z. Müller, którego wydawnictwo „Droga do radości” (Weg zur Freude) opublikowało później kilka książek J. Cho, w tym „Czwarty wymiar”, natychmiast zaczął wcielać nauki Cho w życie. Ponieważ stary fortepian w sali, w której odbywały się jego spotkania, był „wszystkim, tylko nie ozdobą” kościoła, a Müller zawsze postępował zgodnie z zasadą „dla Boga nie gorszy, lecz najlepszy”, jego modlitwa brzmiała: „Panie, pragnę otrzymać fortepian koncertowy Steinwaya. Musi być czarny, mieć 2,2 metra długości”. Kilka tygodni później nadeszło 33 000 marek potrzebnych do zakupu, a Müller mógł zameldować: „Każdej niedzieli radujemy się niebiańską pełnią dźwięku i niebiańską harmonią muzyczną, którą ten instrument wydobywa na chwałę Boga”.

Według Z. Müllera, jazda zardzewiałym samochodem znieważa Boga. Podobnie jak Cho, Schuller i Copeland, głosi on „Ewangelię sukcesu”, zgodnie z którą każdy, kto wesprze jego misję, otrzyma błogosławieństwo finansowe. W niedawnym kazaniu nazwał siebie „królem Karlsruhe”, a członków swojej kongregacji „dziećmi króla”.

Z. Müller rozpoznaje i uzdrawia choroby, wzorując się na przykładzie Cho: „Ilekroć Duch Święty wskazuje Z. Müllerowi choroby, on następnie informuje o nich zgromadzenie, dodając do historii polecenie: „Przyjmij teraz swoje uzdrowienie i dziękuj Zbawicielowi”. Gdy tylko nabożeństwo rozpoczęło się w Metmann, Pan objawił Z. Müllerowi, że w sali siedzi mężczyzna, który teraz doświadczy Bożego dotyku w stawie nogi… Zanim zdążył dokończyć swoje kazanie, kobieta spadła z krzesła pod wpływem Bożej mocy. Zaraz po nabożeństwie promieniująca radością kobieta podeszła do brata Müllera i zaczęła mu mówić, wciąż podekscytowana: „Bracie Müller, dzisiaj Bóg uzdrowił mnie z trzech chorób naraz. Podczas spotkania ogłosiłeś wszystkie trzy moje dolegliwości i teraz wychodzę z sali całkowicie uzdrowiona”.

Kolejną misją promującą idee „trzeciej fali” jest misja „Słowo Wiary” w Feldkirchen, gdzie uczniowie Hagena wypędzają „ducha ubóstwa” przede wszystkim z bankrutów-przedsiębiorców. Pod przewodnictwem J. Angelina misja „Słowo Wiary” ściśle współpracuje z R. Bonnke, Maccollym, W. Margisem (pastorem zboru „Filadelfia” w Berlinie) oraz Terrym D. Jonesem (zborem chrześcijańskim w Kolonii).

Nauki Cho stały się decydującym impulsem dla pracy innego aktywisty, G. Rifle'a, założyciela Młodzieżowego Towarzystwa Misyjnego w Altenstadt. Rifle po raz pierwszy usłyszał wykład Cho w 1976 roku w Karlsruhe i nagle, jak sam powiedział, „napełnił mnie pewnością, że Pan poprowadzi mnie dalej poprzez pastora Cho, z którym jeszcze nie rozmawiałem osobiście”.

Następnego dnia Rifle przybył do Karlsruhe, aby odebrać Cho na misję w Altenstadt i odwieźć go do domu. Wysiadając z samochodu, Cho uniósł ręce ku niebu i zaczął prorokować kolosalną wizję dzieł, których Pan dokona w przyszłości.

Rifle wspomina: „Po posiłku pastor Cho ponownie wygłosił długie przemówienie, w którym przedstawił swoje duchowe wizje dotyczące przyszłego rozwoju działalności misyjnej. Mówił o ogólnoświatowej działalności o niewiarygodnym zasięgu i tak gigantycznej skali, że było to dla mnie niemal niepojęte. Wiele z przepowiedni już się spełniło, ale większość proroctw jeszcze się nie spełniła. I z pewnością spełnią się w stosownym czasie”.

Jednak wpływ tych misji na chrześcijan ewangelicznych z kościołów tradycyjnych i wolnych był nieznaczny. Misje te są aktywne wśród charyzmatyków, głównie w południowych Niemczech.

Po założeniu kościoła Anskar przez W. Kopfermanna, który podzielał idee „trzeciej fali” i zapoznał z nimi szerokie kręgi chrześcijańskie w Niemczech, można się tylko domyślać, jaki wpływ będzie miała na nie jego działalność.

Ruch na rzecz rozwoju społeczności w Niemczech

Niektórym grupom zajmującym się rozwojem Kościoła udało się w ostatnich latach znacząco i skutecznie rozpowszechnić nauki i praktyki „trzeciej fali”.

Ponieważ ruch na rzecz rozwoju społeczności niemieckiej jest bardzo zróżnicowany i z całą pewnością można stwierdzić, że niektóre jego grupy nie podzielają poglądów D. Wimbera i I. Cho, postaram się pokrótce przedstawić jego historię, aby uniknąć ewentualnych nieporozumień wśród czytelników.

Donald McGavran jest uważany za ojca globalnego ruchu na rzecz rozwoju wspólnot. Urodził się w 1897 roku w Indiach w rodzinie misjonarzy. Sam McGavran nie uważa się za członka ruchu „trzeciej fali”. W latach 1923–1954 pracował jako misjonarz w Indiach i napisał książkę „Mosty Boga”, która zapoczątkowała ruch na rzecz rozwoju wspólnot. W kolejnych latach McGavran badał rozwój wspólnot w różnych krajach. W 1961 roku w Eugene w USA powstał pierwszy „Instytut Rozwoju Wspólnot”. Dało to McGavranowi nowe możliwości intensywniejszych badań nad strukturą i zasadami rozwoju wspólnot. W 1965 roku instytut został włączony do Seminarium Teologicznego Fullera w Pasadenie.

Pięć lat później ukazała się książka McGavrana „Świadomy Wzrost Społeczności”, uważana za dzieło modelowe, oddające istotę ruchu. W tym samym roku Peter Wagner, który, podobnie jak McGavran, jest uważany za czołowego światowego eksperta w dziedzinie ruchu wzrostu społeczności, również rozpoczął pracę w instytucie.

Najbardziej znaczącymi postaciami, które przyczyniły się do rozpowszechnienia ruchu w Niemczech pod koniec lat 70. XX wieku, byli B. Schlothoff (Herne), R. Bosch, D. Griege (Giessen) i J. Knoblauch (Gingen). W 1976 roku przedsiębiorca J. Knoblauch zorganizował pierwszą podróż studyjną do Stanów Zjednoczonych, a w 1978 roku Instytut Rozwoju Kościoła zorganizował w Giessen seminarium na temat rozwoju kongregacji. Prowadził je R. Bosch, były asystent P. Wagnera.

W 1979 roku ukazał się pierwszy numer gazety „Church Growth”, która pozostaje najbardziej znanym i najobszerniejszym wydawnictwem ruchu. Obecnie gazeta jest wydawana przez Church Planting Society. Redaktorem naczelnym jest K.A. Schwartz. W skład redakcji wchodzą również (1989): S. Jacobsen, W. Hecke, J. Knoblauch, R. Bosch, B. Schlotthoff i M. Wollin.

W 1979 roku ukazały się pierwsze książki poświęcone tematyce „Rozwoju Kościoła”. Najsłynniejszą z nich była trzytomowa książka „Church in Review” autorstwa F. Schwartza.

Od 1980 roku pastor B. Schlothoff i jego zespół kościelny prowadzą coroczne szkolenia z zakresu posługi ewangelizacyjnej, odwiedzając domy w szkole. W 1985 roku powstało Stowarzyszenie Zakładania Kościołów, w którego skład weszły cztery instytucje:

1. „Wzrost społeczności” – krąg tworzenia społeczności (miasto Gingen).

2. „Ewangelicka Szkoła Kształcenia na rzecz Rozwoju Społeczności” (Kościół w Herne).

3. „Instytut Tworzenia Społeczności” (Giessen).

4. „Kampania tworzenia społeczności” (Limburgerhof).

Pierwszy przewodniczący organizacji, B. Schlothoff, powiedział: „Czas podziałów między chrześcijanami minął. Dziś chodzi o wspólne planowanie, pracę i modlitwę”.

W skład zarządu wchodzą nie tylko przewodniczący tych czterech instytucji, ale także przedstawiciele innych grup, które pragną wspierać rozwój wspólnot, takich jak W. Kopfermann, J. Blunck i K. Eickhoff. Podstawową ideą „Stowarzyszenia na rzecz Tworzenia Wspólnot” jest: „Tworzenie wspólnot w ramach oficjalnego (ludowego) kościoła”.

B. Schlothoff powiedział o tym w jednym z wywiadów: „W naszej działalności główny nacisk kładziemy na pracę w oficjalnych kościołach ewangelickich. Nie wyklucza to jednak współpracy z wolnymi wspólnotami kościelnymi, ale zawsze należy pamiętać, że problemy kościoła oficjalnego i wolnych wspólnot kościelnych są bardzo różne. Widzimy jednak, że to właśnie w kościele ludowym (oficjalnym), który jest poddawany silnym atakom ze strony przeciwników, istnieje tak wiele możliwości tworzenia wspólnot, tak wiele predyspozycji i gotowości do skutecznej współpracy, że pragniemy wykorzystać mandat, jaki mamy w tym kościele”.

V. Kopfermann nazwał „OSO” trampoliną i forum dla różnych ruchów duchowych w Niemczech. Działalność Towarzystwa Ustanowienia Kościoła obejmuje:

1. Wydawanie czasopisma „Rozwój Społeczności” (kwartalnika).

2. Publikowanie i dystrybucja materiałów edukacyjnych i książek na temat „Wzrostu Społeczności”.

3. Prowadzenie seminariów i dni poświęconych kwestiom rozwoju społeczności.

4. Wyjazdy studyjne do USA i Korei Południowej.

Od 1979 roku aż do swojej przedwczesnej śmierci w 1985 roku, główną siłą napędową ruchu na rzecz rozwoju kongregacji był F. Schwartz, superintendent kościoła Herne. Liczne książki i artykuły Schwartza wywołały ożywioną debatę, szczególnie w obrębie uznanego Kościoła ewangelickiego, i otworzyły ruch na szeroką skalę. F. Schwartz był człowiekiem o poglądach pietystycznych. Przez pewien czas pełnił funkcję kaznodziei, następnie pastora, a ostatecznie został superintendentem kościoła Herne, stanowisko to piastował aż do śmierci.

Dla przywódców kościelnych Franz Schwarz był raczej trudnym i agresywnym rozmówcą. Uwielbiał „braterskie, wesołe debaty” i chętnie korzystał z każdej okazji, by je prowokować. Jego syn, Christian Schwarz, wspomina: „Debaty teologiczne, w których prawie zawsze stosował te same taktyki obronne, sprawiały mu ogromną przyjemność”.

Schwartz był jednym z tych nielicznych teologów, którzy posiadali wszystko oprócz zdolności do nudzenia. Pisał też swoje książki w taki sposób, że czytali je zarówno przyjaciele, jak i krytycy, choć żaden z nich nie podzielał ich entuzjazmu. Jego poczucie humoru było orzeźwiające, a jego niekiedy ironiczna samokrytyka i szczerość były pożyteczne. Uderzającym przykładem jest jego książka „Under Every Chair”.

Jednakże, pomimo naszej sympatii i szacunku dla F. Schwartza jako osoby, nie możemy zamykać oczu na fakt, że jego teologiczna teoria „wspólnego mianownika” jest nie do utrzymania i zgubna. Jest on w istocie relatywistą w kwestii prawdy: „Kochanie samego Jezusa bardziej niż własnej kościelności i dogmatów nie jest relatywizmem w kwestii prawdy, ale niezwykle poważnym podejściem do niej”. Te słowa, choć pobożne i niewątpliwie szczere, nie dotykają istoty problemu. Niestety, wielu teologów ewangelickich można dziś oskarżyć o posiadanie zarówno „pietystycznego serca”, jak i „historycznie krytycznego umysłu”, nawet nie dostrzegając tej „schizofrenii”.

F. Schwartz „odmówił”. Nie chciał wybierać między ruchem konfesyjnym a duchową odnową Kościoła, między Kopfermannem a Deitenbeckiem, ponieważ cenił oba i chciał z nimi współpracować. A w kwestii rozumienia Pisma Świętego Schwartz odmówił wdawania się w debatę między „badaniami historyczno-krytycznymi” a fundamentalizmem, ponieważ czuł się związany z obydwoma nurtami.

„Nie zamierzam polemizować ani z badaniami historyczno-krytycznymi, ani z fundamentalizmem. Bracia i siostry, którzy uważają się za konserwatywnie lub progresywnie zadłużonych w badaniach historyczno-krytycznych, dali mi tak mocne świadectwo o zmartwychwstałym Panu, że wzmocniło to moją wiarę. Muszę przyznać, że słyszałem od nich rzeczy, które mówiły o ich opłakanym stanie duchowym, arogancji, głupocie i pewności siebie”.

„Odmawiam, gdy proszą mnie o potępienie historycznej metody teologii, aby dla chwały Bożej pozwolono mi jedynie trwać przy fundamentalizmie. Teologia historyczno-krytyczna, ze wszystkimi jej nonsensami, ujawniła mi tak wiele piękna i nie chcę się jej wyrzekać”.

„Dla mnie decydujące jest to, że człowiek spotkał Pana, o którym tak prosto świadczy Ewangelia, aby mógł radować się całym sercem z Bożego zbawienia i mógł się tym radować albo po pietystycznemu, albo po prawosławnemu, albo po liberalnemu”.

Formuła „prostej” Ewangelii F. Schwartza głosi: „Kto przyjmuje ten dar Boży i pozwala Jezusowi zająć w swoim życiu miejsce ponad wszelką konkurencją, stanie się chrześcijaninem”. Wszystkie inne pytania, choć dla niego ważne, nie były rozstrzygające.

Ta „prosta” Ewangelia nie pozwoliła F. Schwartzowi odmówić braterskiej współpracy ze wszystkimi, którzy zgadzali się z nią, czy to Bultmannem, Käsemannem, Moltmannem, Bergmannem, czy Huntemannem. „Budowa Kościoła w żadnym wypadku nie zakłada jednolitej teologii. Dla budowy Kościoła nie ma znaczenia, jak rozwiązywane są problemy związane z trójjedyną naturą Boga, jakie teorie Pisma Świętego są preferowane, jak łączy się prawo i Ewangelię, ani jakie koncepcje Wieczerzy Pańskiej są wykorzystywane”.

Z tych samych powodów F. Schwartz odmawiał „pogodzenia się” z faktem schizmy między protestantami a katolikami. Jak wynika z powyższego, zaliczał katolickiego dogmatykę G. Mühlena do tych, którym zawdzięczał impulsy, które w najistotniejszy sposób wpłynęły na jego osobiste życie duchowe. Jego wypowiedzi na temat „prawdziwego ekumenizmu najwyższej rangi” są równie logiczne. Odzwierciedlają one jego sposób myślenia i marzenia: „Niech komisja ekumeniczna, która wkrótce zbierze się na szczeblu lokalnym lub najwyższym, rozpocznie to spotkanie celebracją jedności w miłości Chrystusa. Wyobrażam to sobie tak: prałaci i kardynałowie, radni kościelni i biskupi tańczą wokół ołtarza – obojętnie, czy protestanckiego, czy katolickiego – klaszcząc w dłonie, uśmiechając się do siebie, śpiewając, radując się, śmiejąc się, płacząc z radości, bo wszyscy są umiłowani w Chrystusie, w Chrystusie, który zburzył wszelkie bariery między nimi”.

„Stowarzyszenie Tworzenia Społeczności” i „Trzecia Fala”

Choć niektórzy liderzy OSO zaprzeczają swoim powiązaniom z ruchem na rzecz wzrostu społeczności i „trzecią falą” lub przynajmniej starają się je bagatelizować, fakty mówią same za siebie:

Podróże studyjne. Podróże studyjne Knoblaucha nadal koncentrują się głównie na ośrodkach „trzeciej fali” w Stanach Zjednoczonych oraz „mekce charyzmatycznej” – Seulu w Korei Południowej. Program obejmuje spotkania z Peterem Wagnerem, wizyty w Kryształowej Katedrze Roberta Schullera, Winnicy Johna Wimbera oraz kościele Cho w Seulu.

Polecana literatura. Książki regularnie polecane przez magazyn Community Growth, oznaczone specjalnym znakiem jakości „Wybrane i zrecenzowane dla Ciebie”, to na przykład książki P. Wagnera i R. Schullera „Twoja społeczność ma realne możliwości”.

Magazyn „Community Growth”. W ostatnich latach w czasopiśmie regularnie publikowano artykuły, dyskusje i sprawozdania z konferencji autorstwa D. Wimbera lub na jego temat, a także I. Cho i R. Bonnkego. W tych artykułach, postacie „trzeciej fali” są same zabierane głos lub prezentowane czytelnikowi jako przykładowe przykłady w temacie „Community Growth”.

Oczywiście, w czasopiśmie „Community Growth” można znaleźć również kilka bardzo dobrych artykułów. Niezaprzeczalnym jest fakt, że dzięki działalności ruchu na rzecz rozwoju wspólnoty słowo „nawrócenie” odzyskało znaczenie w wielu kościołach ewangelickich; co więcej, stało się ono ich doświadczeniem życiowym i za to możemy dziękować Bogu. Co zaskakujące, niektórzy stali współpracownicy czasopisma nie boją się nazywać rzeczy po imieniu, narażając się tym samym na niezadowolenie życzliwych chrześcijan z ruchu na rzecz rozwoju wspólnoty. Na przykład trafna uwaga B. Schlothoffa, że ​​„98% pastorów nie wie, jak prowadzić ludzi do Chrystusa”, wywołała spore poruszenie w kościele. Można również dziękować Bogu za to, że ruch na rzecz rozwoju wspólnoty wdrożył kluczowe zasady Nowego Testamentu (na przykład dary duchowe dla budowania Kościoła itp.), które odzyskały znaczenie i przyczyniły się do ożywienia wielu chrześcijan z oficjalnego Kościoła.

Widzę wielkie niebezpieczeństwo tego ruchu w jego liberalnym podejściu do Pisma Świętego (w kwestii inspiracji), do skrajnych nauk charyzmatycznych. B. Schlothoff, jako pierwszy przewodniczący „Towarzystwa Budowy Wspólnoty”, wyraził swój stosunek do ruchu charyzmatycznego i „Trzeciej Fali” następującymi słowami, które zdradzają bliskość stanowiska F. Schwartza: „W ruchu budowania wspólnoty współpracują ze sobą zarówno chrześcijanie, którzy uważają się za charyzmatycznych, jak i ci, którzy definiują się jako „niecharyzmatyczni”. Obie grupy mogą ze sobą współpracować, ponieważ łączy je cel budowania Kościoła Jezusa. Różnice w akcentowaniu znaków i cudów nie stanowią zagrożenia, lecz wzbogacenia… Jestem całkowicie przekonany, że budowanie Kościoła może się dokonać zarówno „ze znakami i cudami”, jak i bez nich. Nie mam zbyt wysokiego mniemania o odłączeniu się od wszystkich stron. Chcę współpracować z każdym, z kim łączy mnie miłość do Jezusa i cel budowania Kościoła”.

Wnioski

„Trzecia Fala” jest na dobrej drodze do osiągnięcia celu, jakim jest wprowadzenie „niecharyzmatycznych chrześcijan ewangelicznych do dzieła Ducha Świętego w tym stuleciu”. Według B. Barretta, liczba osób identyfikujących się jako część ruchu „Trzeciej Fali” na całym świecie osiągnęła 33 miliony (stan na 1 stycznia 1990 r.). Udało się wyeliminować z ruchu „elementy podziałowe”. Przyczyniło się to do rozwoju mentalności „i to, i tamto” wśród wielu jego liderów, co pozwala D. Wimberowi nazywać siebie dyspensacjonalistą, jednocześnie uznając typowe nauki dyspensacjonalistyczne za fałszywe. Przedstawiciele ruchu wzrostu kongregacji podchodzą do kontrowersyjnych stwierdzeń i skrajnych nauk z ostrożnością, a nawet całkowicie ich unikają. Z drugiej strony, zapożyczają lub przynajmniej traktują z lojalnością wysoce wątpliwe nauki i praktyki skrajnych charyzmatyków („wizualizacja”, „pozytywne myślenie” itp.), które w niektórych przypadkach mają wyraźne okultystyczne podłoże.

Podczas gdy „druga fala” (ruch charyzmatyczny) częściowo otworzyła się na infiltrację poglądów liberalnych i zrelatywizowała kwestię prawdy, aby zrobić miejsce dla teologii doświadczalnej, przywódcy „trzeciej fali” poszli o krok dalej i przyjęli „ewangelizację mocy”, mającą swoje korzenie w psychologii i pogaństwie. Nie ma ona nic wspólnego z nowotestamentowym rozumieniem istoty i działania Ducha Świętego. Dlatego nie można tu mówić o jakimkolwiek ruchu odrodzeniowym w nowotestamentowym rozumieniu tego terminu.

4. „Chrzest Duchem”

Tak zwany „chrzest w Duchu Świętym” jest jedną z fundamentalnych zasad praktycznego doświadczenia wiary w większości kościołów zielonoświątkowych i kręgów charyzmatycznych. Mimo to nie ma jednolitego nauczania na ten temat. Jak już wiemy, koncepcja „drugiego doświadczenia duchowego”, zwanego niekiedy „doskonałym uświęceniem”, pojawiła się po raz pierwszy w naukach wczesnego metodyzmu. Jednym z pierwszych, którzy nazwali to doświadczenie „chrztem w Duchu Świętym”, co oznaczało otrzymanie szczególnej mocy do posługi, był Charles Finney.

Moody opowiedział o doświadczeniu „chrztu w Duchu” w 1871 roku, który, podobnie jak Finney, otrzymał jako „namaszczenie do posługi”. Jego współpracownik, a później naśladowca, R.A. Torrey, najwyraźniej głosił „chrzest w Duchu” ustnie i pisemnie, definiując go jako dar mocy do posługi. Dar ten można było przypisywać sobie więcej niż raz, ale w razie potrzeby – wielokrotnie. Podobne poglądy wyznawali przywódcy ruchu uświęceniowego: F.B. Meyer, Andrew Murray, A.P. Simpson, Marcus Gauser – a niekiedy nawet liczni ojcowie niemieckiego ruchu komunijnego.

Początkowo nauka, że ​​„mówienie językami” jest dowodem „chrztu w Duchu”, rozpowszechniła się wraz z ruchem zielonoświątkowym. Jedynym wyjątkiem było „Chrześcijańskie Stowarzyszenie z Mülheim”, które za pośrednictwem swoich liderów J. Paula i K. O. Vogeta, pomimo początkowego zamieszania, odrzuciło naukę o „mówieniu językami”. - „Próby przedstawienia „chrztu w Duchu” jako drugiego doświadczenia duchowego, zasadniczo odmiennego od odrodzenia, nie mają żadnych podstaw biblijnych. Podobnie jak nie ma podstaw dla tego, co wydarzyło się w ruchu uświęcenia dzięki Murrayowi i Torreyowi, ani dla tego, co później wydarzyło się z Marcusem Gauserem. Inspirujący wpływ, jaki wspomniani mężowie Boży wywarli w tym względzie, również nie ma żadnych podstaw biblijnych. Szerokie kręgi zielonoświątkowe skłaniają się ku takiemu schematowi, nauczając, że „chrztowi w Duchu” w każdych okolicznościach musi towarzyszyć „mówienie językami” jako początkowy znak takiego chrztu. Żaden chrzest duchowy w przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości, bez względu na to, jak błogosławiony i ogromny by nie był, nie ma prawa definiować się jako powtórzenie Pięćdziesiątnicy lub „późnego deszczu” przed powtórnym przyjściem Chrystusa na ziemię, w przeciwieństwie do „wczesnego deszczu” w dniu Pięćdziesiątnicy. Oznaczałoby to atak na historyczną wyjątkowość dnia Pięćdziesiątnicy”.

W Niemczech zbory, które wyznają doktrynę „chrztu w Duchu Świętym” jako „drugiego doświadczenia duchowego”, to przede wszystkim te zrzeszone w Związku Wolnych Zborów Zielonoświątkowych (FFC) oraz zbory charyzmatyczne. Jednak ewangeliccy i katoliccy charyzmatycy ostatnio coraz częściej używają terminów „odnowienie w Duchu Świętym” i „namaszczenie odnowy”, które nie są sprzeczne z dogmatami ich Kościoła (chrzest = odrodzenie, namaszczenie = otrzymanie Ducha Świętego).

Zaprezentujemy fragmenty kilku książek opublikowanych w dużych nakładach na temat „Chrztu w Duchu Świętym”.

Dennis Bennett: „...Skoro przyjęliście Jezusa Chrystusa, Duch Święty również mieszka w was. Nie potrzebujecie nikogo, kto by wam Go dał, nawet gdyby mógł. Jezus żyje w was i jest gotowy ochrzcić was Duchem Świętym, kiedy tylko będziecie na to otwarci... Powiedzieliśmy już, że w Biblii mówienie językami jest zawsze znakiem chrztu w Duchu Świętym. Oczywiście, pierwsi chrześcijanie od razu wiedzieli, czy nowo nawróceni otrzymali Ducha Świętego...”

Kenneth Hagen: „Po zbawieniu następuje pewne doświadczenie, zwane napełnieniem Duchem Świętym lub przyjęciem Ducha Świętego... Modlitwa językami jest naturalnym, początkowym znakiem lub dowodem napełnienia Duchem Świętym...

Larry Christenson: „Poza nawróceniem, poza pewnością zbawienia, poza obecnością Ducha Świętego w człowieku istnieje inny chrzest – chrzest w Duchu Świętym… Istnieje biblijna nauka teologiczna na temat chrztu w Duchu Świętym. Jednakże chrzest w Duchu Świętym nie jest koncepcją teologiczną, przedmiotem dyskusji i analizy, lecz doświadczeniem, w które ludzie wchodzą… Doświadczając chrztu w Duchu Świętym, otrzymujemy obiektywny znak tego poprzez mówienie językami…”

Harold Horton: „W odrodzeniu Pan Jezus zapieczętował swoje zrodzone dzieci pieczęcią swojego Życia i Chwały. W chrzcie Duchem Świętym powierzył im swoją niebiańską moc…”

Wolfhard Margis: „Chrześcijański chrzest wodny jest aktem posłuszeństwa po odrodzeniu. Reprezentuje on dopełnienie (w niektórych przypadkach) procesu nawrócenia. Podobnie chrzest w Duchu Świętym będzie dopełnieniem napełnienia Duchem Świętym”.

Reinhold Ulonska: „Chrzest w Duchu Świętym można bardzo łatwo odróżnić, ale nie można go oddzielić od świadomości własnego zbawienia. Nie jest to jakieś odosobnione doświadczenie, lecz rezultat świadomości, że ktoś otrzymał zbawienie. Można to poznać tylko wtedy, gdy człowiek narodzi się na nowo, gdy poznaje odpuszczenie grzechów we krwi Jezusa Chrystusa. Obietnica chrztu w Duchu Świętym nie utraciła swojej mocy. Jezus jest wciąż ten sam – chrzciciel Duchem Świętym i ogniem…”

Heribert Mühlen: „Kto po raz pierwszy doświadcza przytłaczającego poczucia obecności Ducha Świętego, czuje się jakby zanurzony w strumieniach boskiej radości i miłości. Dlatego w kościołach zielonoświątkowych, neozielonoświątkowych i niektórych kręgach katolickich doświadczenie to wiąże się z Ewangelią Mateusza 3,11; Dz 1,5 i nazywa się je również „chrztem w Duchu” lub „chrztem w Duchu Świętym”. Co więcej, przyjęcie daru języków jest często uznawane za potwierdzenie tego chrztu. Zgodnie ze świadectwem Nowego Testamentu i nauczaniem Kościoła, Duch Święty uczestniczy jednak już w chrzcie wodnym (por. J 3,5; Tt 3,5; 1 Kor 6,11), a dar języków nie jest w nim wspomniany.

O tym zjawisku wspomina się w kontekście chrztu w Duchu, gdyż samo doświadczenie stanowi przełom duchowy, rozumiany na tle niniejszych głównych myśli jako forma „poznania Ducha poprzez doświadczenie”.

Kardynał Zünens: „Bardzo poważnie traktowałem to, co w ruchu odnowy charyzmatycznej nazywa się „chrztem w Duchu Świętym”. I wierzę, że właśnie tutaj, w centrum odnowy charyzmatycznej, poprzez chrzest w Duchu Świętym, leży powód, dla którego odnowa ta wnosi tak ważny wkład w Kościół. Oczywiście, istnieją problemy terminologiczne, ale to, o czym mówi się w ruchu odnowy charyzmatycznej i co jest tam znane jako „chrzest w Duchu Świętym”, jest dokładnie tym, czego szukaliśmy. Do tego właśnie musimy prowadzić ludzi. Mamy udział w Duchu poprzez chrzest i namaszczenie. Ale dla wielu z nas istnieje potrzeba chrztu w Duchu, poznania uwolnienia Ducha, poddania się Mu i pozwolenia Duchowi Bożemu, aby całkowicie nami zawładnął”.

Jacob Zopfi: „Droga od śmierci do życia toruje sobie drogę jedynie przez różne kryzysy: kryzys nawrócenia, kryzys odrodzenia, kryzys chrztu przez wiarę, kryzys chrztu w Duchu Świętym, kryzys chrztu do wspólnoty, kryzys powołania. Chrzest zawsze ma to samo znaczenie. Skoro Bóg, wraz z odnawiającym dziełem Ducha Świętego w odrodzeniu, zapewnił również chrzest jako źródło siły, to nigdy nie wolno nam go ograniczać…”

Co mówi Biblia?

Po pierwsze, ważne jest ustalenie faktu, że nigdzie w Biblii nie znajdujemy takiego pojęcia jak „chrzest w Duchu”, a być może nawet takich wyrażeń jak „chrzcić w Duchu Świętym” lub „w Duchu Świętym”.

W Piśmie Świętym w siedmiu miejscach pojawiają się słowa o chrzcie, a cztery z nich znajdują się w proroctwach Jana Chrzciciela: „Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia, ale Ten, który idzie za mną, jest mocniejszy ode mnie; nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem” (Mt 3,11; por. Mk 1,8; Łk 3,16-17; J 1,33).

W następujących trzech miejscach:

„A gdy ich zgromadził, przykazał im, mówiąc: «Nie opuszczajcie Jerozolimy, ale oczekujcie obietnicy Ojca, którą ode mnie usłyszeliście. Jan bowiem chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym»” (Dzieje Apostolskie 1:4-5)

„Wtedy przypomniałem sobie słowa Pana, jak powiedział: «Jan wprawdzie chrzcił wodą, wy zaś ochrzczeni będziecie Duchem Świętym»” (Dzieje Apostolskie 11:16).

„Albowiem w jednym Duchu wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w jedno ciało – czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni, i wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem” (1 Kor. 12:13).

Żaden z tych fragmentów nie mówi o „drugim błogosławieństwie”, „drugim doświadczeniu” ani „obdarzeniu mocą” do posługi. Prawdopodobnie terminy „chrzest w Duchu Świętym” i „napełnienie Duchem” zostały zamienione, a to właśnie to pomieszanie doprowadziło do tych niefortunnych konsekwencji. Te fragmenty Biblii nie mówią o pojedynczym doświadczeniu wierzących, lecz o pojedynczym, jednorazowym wydarzeniu, opisanym w Ewangeliach i Dziejach Apostolskich 1:4-5 i wspomnianym jako już zaistniałe (Dz 11:16 i 1 Kor 12-13) – zstąpieniu Ducha Świętego w Dniu Pięćdziesiątnicy i, dzięki niemu, początku Kościoła Nowego Testamentu – „ochrzczeni Duchem w jedno ciało”. Kiedy mówimy o chrzcie w Duchu Świętym, zawsze mamy na myśli zstąpienie Ducha Świętego w Dniu Pięćdziesiątnicy. Wtedy zaczął On przebywać w zgromadzonych wierzących i w ten sposób uczynił ich jednym Ciałem Chrystusa, Zgromadzeniem Bożym. To wydarzenie jednorazowe, które się nie powtórzy. Dzisiaj każdy, kto wierzy w Ewangelię zbawienia, otrzymuje Ducha Świętego jako pieczęć i przyrzeczenie. Wierzący zostaje dodany do Ciała Chrystusa, ale nigdzie w Nowym Testamencie wydarzenie to nie jest nazywane chrztem w Duchu Świętym ani „chrztem w Duchu”.

Warto zauważyć, że we wszystkich miejscach, w których cytowane są słowa Jana Chrzciciela, druga część – „i ogniem” – jest pomijana. Ogień jest znany jako symbol sądu. Lud Izraela, który odrzucił Mesjasza, został ochrzczony „ogniem” w 70 roku n.e. Modlitwa o „chrzest ogniem” jest w istocie prośbą o sąd.

Różni autorzy (A. Kuehn, A. Seibel, P. Meyer i inni) rozumieją „chrzest w Duchu Świętym” jako wydarzenie duchowe, które przynosi zbawienie i czyni nas członkami Ciała Chrystusa. Inni autorzy (np. Wim Ouweniel, Henk Medema) rozumieją „chrzest w Duchu Świętym” przede wszystkim jako wydarzenie historyczne opisane w drugim rozdziale Dziejów Apostolskich. Ale oprócz tego wszystkiego widzą w nim praktycznie skuteczny proces chrztu w Duchu Świętym przy każdym odrodzeniu, poprzez który człowiek zostaje dodany do Ciała Chrystusa.

1. Pojęcie „chrztu w Duchu” nie pojawia się w Biblii.

2. Biblia nie naucza o „drugim doświadczeniu” ani o „drugim błogosławieństwie”, które jest definiowane jako „chrzest Duchem”.

3. Wielu mężczyzn i kobiet z Ruchu Braterskiego w momencie nawrócenia przeżyło głębokie doświadczenie duchowe, które ze smutkiem określali mianem „drugiego błogosławieństwa” lub „chrztu w Duchu”.

4. Każdy, kto przychodzi do wiary w Pana Jezusa, zostaje dodany do Ciała Chrystusa i opieczętowany Duchem Świętym (1 Kor. 6:19).

5. Wszystkie fragmenty Biblii mówiące o chrzcie Duchem Świętym wskazują na dzień Pięćdziesiątnicy, kiedy wierzący zostali połączeni w jedno ciało, które od tego dnia nazywane jest „miejscem zamieszkania” lub „świątynią” Ducha Świętego (1 Kor. 3:16).

5. Mówienie językami

Wiele napisano na ten temat, który od prawie 90 lat porusza umysły wielu chrześcijan. Wiele dobrych książek szczegółowo omówiło ten dość złożony temat, więc mogę ograniczyć się do zaledwie kilku kluczowych punktów. Wśród chrześcijan ewangelicznych powszechne są następujące stanowiska.

1. Mówienie językami jest wizualnym dowodem chrztu w Duchu Świętym, dlatego jest bardzo ważne i konieczne dla życia wiary.

2. Mówienie językami jest darem towarzyszącym innym darom. Nie jest znakiem chrztu w Duchu, ale darem samokształcenia, przydatnym do duchowego wzrostu i szczególnego oddawania czci Bogu.

3. Mówienie językami było znakiem dla niewierzących. Nawet dzisiaj, w wyjątkowych przypadkach (misjonarze), jest to akceptowalny dar mówienia w języku nieznanym osobie mówiącej.

4. Mówienie językami jest jednym ze znaków związanych z erą apostołów i służyło przede wszystkim jako znak przyszłego sądu dla niewierzących Żydów. Po śmierci apostołów i stworzeniu kanonów Nowego Testamentu dar ten ustał. Wszelkie współczesne mówienie językami ma pochodzenie parapsychiczne lub demoniczne.

Mówienie językami pochodzenia demonicznego

To, że mówienie językami jest inspirowane przez demony, nie budzi nawet kontrowersji wśród rozsądnych zwolenników tej idei. Przecież samo mówienie językami nie jest „zjawiskiem chrześcijańskim”, lecz zjawiskiem znanym wszystkim religiom, okultyzmowi i wielu sektom. Oto dwa przykłady:

Gerald Yampolsky, psycholog, pastor i mówca ze Stanów Zjednoczonych, opowiada o swoim spotkaniu ze słynnym guru Swamim Muktanandą: „Dotknął mnie pawimi piórami. Stopniowo czułem, jakby nasze myśli się połączyły. Potem dotknął mnie ponownie i położył dłoń na mojej głowie. Potem wokół mnie pojawiły się cudowne kolory i miałem wrażenie, jakbym opuścił ciało i patrzył na siebie z góry. Zobaczyłem kolory, których głębia i intensywność światła przewyższały wszystko, co kiedykolwiek sobie wyobrażałem. Zacząłem mówić językami. Piękny promień światła przeniknął pokój i natychmiast postanowiłem przestać osądzać wszystko, co się działo, i po prostu wtopić się w to doświadczenie, całkowicie się mu oddając. Przez kolejne trzy miesiące czułem znacznie więcej energii niż zwykle, a kilka godzin snu wystarczyło mi, żeby odpocząć. Byłem przepełniony świadomością miłości w zupełnie inny sposób, niż ją wcześniej rozumiałem”.

Następny jaskrawy przykład znajdziemy w biografii „Mojżesza-Dawida”, założyciela sekty „Dzieci Boże”. On sam opowiada, jak jego „duchowy przywódca” Ibrahim, z którym zetknął się w obozie cygańskim, modlił się w „Mojżeszu-Dawidzie” językami: „Potem leżałem między Martą a Marią i żarliwie się modliłem, a nagle, zupełnie niespodziewanie, zanim zrozumiałem, co się dzieje, zacząłem modlić się językami… Prawdopodobnie to był Ibrahim… Przez wiele lat starałem się o dar mówienia językami, ponieważ był to dla mnie tak cudowny znak. Móc mówić innym językiem, którego nigdy w życiu się nie uczyłem! To był oczywisty cud, naoczny dowód cudu. Ale Bóg nigdy mi go nie dał, ani razu przez te wszystkie lata! Błagałem Go o ten dar, jak o jałmużnę! Zaklinałem Go! Padłem przed Nim na twarz! Zrobiłem wszystko, co możliwe! A potem, w końcu, kiedy najmniej się tego spodziewałem, zaczął mi dawać ten dar. Dar, który można było usłyszeć i pokazać. Leżałem tam, z tyłu naszego kampera, w łóżku między dwiema nagimi kobietami, kiedy… „pierwszy otrzymał dar mówienia językami”.

Jasnowidz mówiący językami

W mojej ocenie mówienia językami nie mogę zgodzić się z tymi, którzy uważają, że wszelkie mówienie językami jest demoniczne. Nawet jeśli w niektórych lub wielu przypadkach rzeczywiście tak jest, i choć z pewnością nie chcę bagatelizować niebezpieczeństwa tego zjawiska, mam wrażenie, że tak wielu prostych i pokornych braci i sióstr, którzy otrzymali dar mówienia i używają go jako swego rodzaju „psychicznego wentyla bezpieczeństwa”, nie jest automatycznie pod wpływem sił demonicznych. Nie chcę w żaden sposób usprawiedliwiać psychicznego mówienia językami, ale chcę przestrzec przed pochopnym etykietowaniem każdego mówiącego językami jako opętanego przez demony. W każdym razie wydaje się, że ewangelicki teolog D. Packer dość upraszcza problem psychicznego mówienia językami, pisząc: „Glossolalia (mówienie językami) to raczej pożądane wydarzenie mowy, w którym, w pewnych okolicznościach religijnych, język porusza duszę, oderwaną od rozumu. To mniej więcej to samo, co dziecięce fantazje językowe, jazzowe „szkice” – śpiew Louisa Armstronga, składający się z bezsensownych sylab, rolady alpejskich pasterzy czy nasze śpiewy pod prysznicem”.

Mówienie językami z perspektywy jego apologetów

Ci, którzy dziś opowiadają się za mówieniem językami, mają całą masę opinii i uzasadnień, ale chciałbym tutaj przedstawić tylko kilka:

Kenneth Hagen: „Modlitwa językami jest nadprzyrodzonym, początkowym znakiem lub dowodem napełnienia Duchem Świętym… Z mojego doświadczenia życiowego wynika, że ​​im częściej modlę się i czczę Boga językami, tym więcej otrzymuję objawień i innych darów Ducha. Im rzadziej modlę się językami, tym mniej innych darów duchowych się manifestuje. Modlitwa językami to brama do kolejnych darów Ducha”.

Wolfhard Margis: „Nie wierzymy, że modlitwa językami jest jedynym sposobem oddawania czci w Duchu i prawdzie, ani że jest to najintensywniejsza i najczystsza forma uwielbienia. Z punktu widzenia absolutnie czystego i nieskażonego uwielbienia, wolnego od jakiejkolwiek skazy czy ludzkiego egoizmu, mówienie językami jest absolutnym wymogiem, ponieważ tylko w ten sposób można osiągnąć ten wzniosły cel. Jeśli uwielbienie jest najwyższą formą ludzkiej aktywności w ogóle, staje się jasne, dlaczego ta wysokiej jakości ludzka ekspresja należy do ostatniego etapu procesu napełniania się Duchem”.

Christian Krust: „Kto się modli, nie powinien błagać Pana o konkretny dar, lecz być otwartym na przyjęcie tego, co Duch Święty pragnie mu dać. Jeśli jest to dar języków, często odczuwa się to tak, jakby przez osobę modlącą się nagle przepłynęły ciepłe strumienie promiennej miłości. Serce osoby żarliwie modlącej się przed Bogiem napełnia się coraz bardziej Bożą miłością, aż cisza nie będzie już możliwa… Wtedy osoba modląca się zacznie wypowiadać słowa, które są jej zupełnie obce, słowa dane jej przez Ducha Świętego”.

Larry Christenson: „Danie języków jest nadawane przede wszystkim nie po to, by głosić Ewangelię, ale jako nadprzyrodzony znak, że Bóg jest w wierzącym”.

Morton T. Kelsey: „Jeśli przyjmiemy za punkt wyjścia koncepcję Junga dotyczącą „nieświadomości zbiorowej”, możemy powiedzieć, że jakaś numinotyczna (boska) siła wkracza w życie osoby mówiącej nowymi językami. W związku z tym zjawisko to nie jest ani patologiczne, ani dziecinne. Może raczej łączyć świadomość z podstawą jej istnienia w nieświadomości zbiorowej… Mówienie językami może być bardzo konkretną pomocą w wyrażaniu radości i uwielbienia przed Bogiem. Jest to również dowód na to, że Duch Święty działa w życiu człowieka i dokonuje swojego dzieła w nieświadomych głębinach duszy, aby doprowadzić do nowej pełni i duchowej integracji – tego, co Kościół zazwyczaj nazywa uświęceniem”.

Reinhold Ulonska: „Mówienie językami, czego osobiście doświadczyłem, jest ogromną pomocą w modlitewnych zmaganiach. Dzięki modlitwie językami chorzy doznają uzdrowienia, chrześcijanie odczuwają chrzest w Duchu Świętym lub przypływ nowej siły, a nawet w najcięższych przypadkach opętania demonicznego ludzie są uwalniani… Chrześcijanie również mają osobiste problemy, porażki i błędy. Nie zawsze mogą zwierzyć się z tego komuś innemu. Ale dzięki darowi języków mogą otworzyć swoje serca na Boga i osiągnąć uzdrowienie duszy. Psychiatrzy odkryli, że psychogramy osób mówiących językami, dzięki częstemu mówieniu, zmieniają się pozytywnie”.

Yonggi Cho: „Mówienie językami to język Ducha Świętego, a kiedy mówię językami, doświadczam Jego obecności w mojej świadomości. W moim życiu modlitewnym modlę się językami w ponad 60% przypadków. Modlę się językami we śnie i po przebudzeniu, modlę się, kiedy studiuję Biblię, i modlę się językami podczas nabożeństw. Gdybym w jakiś sposób utracił dar języków, myślę, że moja posługa zmniejszyłaby się o 50%. Ilekroć mówię językami, zachowuję Ducha Świętego w mojej świadomości”.

Co Biblia mówi o mówieniu językami?

Należy koniecznie zauważyć, że we wszystkich fragmentach Biblii omawiających ten temat zawsze chodzi o język istniejący wcześniej, a nie o niezrozumiały bełkot czy podobne wokalizacje. Pouczające jest zastosowanie w tym miejscu biblijnej zasady, że żaden fragment Pisma Świętego nie posiada własnej, autonomicznej interpretacji. Często wiarygodne wyjaśnienie znaczenia danego pojęcia można uzyskać, badając, gdzie i w jakim kontekście zostało ono po raz pierwszy użyte w Biblii. W Księdze Rodzaju 11,1-9 pojawienie się różnych języków jest wynikiem Bożego sądu nad ludzką pychą. Mówienie językami w Nowym Testamencie jest w pewnym sensie odwrotnością pierwszego. W Starym Testamencie znajdujemy tylko jeden fragment zawierający proroctwo o mówieniu językami, a fakt ten przytacza Paweł w 1 Liście do Koryntian 14,21-22: „Dlatego jąkając się i mówiąc obcym językiem, będą mówić do tego ludu. I rzekli im: «To jest odpoczynek; dajcie odpoczynek zmęczonemu, a to jest ochłodą»”. Lecz oni nie chcieli słuchać” (Izajasz 28:11-12).

To porównanie wyraźnie wskazuje, że ten obcy język jest Bożym sądem nad ludem Izraela, który wraz z niewiernymi prorokami i kapłanami popadł w bałwochwalstwo. Zatem mówienie językami w Księdze Izajasza 28 to nic innego jak znak sądu nad ludem Izraela.

W Ewangeliach znajdujemy tylko jedno miejsce, gdzie w związku z nakazem misyjnym mówienie językami opisane jest jako jeden ze znaków, które będą towarzyszyć tym, którzy uwierzą: „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą...” (Mk 16,17).

W Dziejach Apostolskich mówienie językami wspomniane jest tylko w trzech miejscach:

„I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał” (Dzieje Apostolskie 2:4).

„A wierni z obrzezania, którzy przyszli z Piotrem, zdumieli się, że dar Ducha Świętego został wylany także na pogan. Słyszeli ich bowiem, jak mówili językami i wielbili Boga” (Dzieje Apostolskie 10:45-46).

„Kiedy to usłyszeli, zostali ochrzczeni w imię Pana Jezusa. A gdy Paweł włożył na nich ręce, zstąpił na nich Duch Święty i zaczęli mówić innymi językami i prorokować” (Dzieje Apostolskie 19:5-6).

W listach Nowego Testamentu czytamy tylko kilka słów o mówieniu językami, w 1 Liście do Koryntian 12-14. W rozdziale 14 Paweł mówi o tym bardziej szczegółowo, ponieważ cieleśni Koryntianie uważali i praktykowali mówienie językami za szczególnie atrakcyjny dar.

Paweł wyjaśnia to tutaj:

- proroctwo jest ważniejsze niż mówienie językami (ww. 1-6),

- mówienie językami ma sens tylko wtedy, gdy jest wytłumaczone i zrozumiane przez słuchaczy (ww. 7-19),

- mówienie językami jest znakiem dla niewierzących (ww. 20-22),

- na jednym spotkaniu maksymalnie trzy osoby powinny mówić językami na zmianę, a jedna powinna tłumaczyć to, co zostało powiedziane (ww. 26-27).

Mówienie językami jest znakiem dla wierzących

Biblia nigdzie nie naucza, że ​​mówienie językami jest znakiem lub wskazówką, że ktoś otrzymał tzw. „chrzest w Duchu”. Wręcz przeciwnie, Paweł bardzo wyraźnie podkreśla, że ​​mówienie językami jest znakiem dla niewierzących i dlatego ma sens tylko w obecności niewierzących. Są to albo niewierzący, którzy słyszą, jak obcokrajowiec głosi Ewangelię w ich języku, albo niewierzący Żydzi, którzy są zmuszeni uznać, że Bóg teraz przemawia nie tylko do Żydów przez Żydów, ale zwraca się do wszystkich narodów. Było to szczególnie niezrozumiałe dla Żydów (w tym Żydów wierzących). Wiemy, że sam apostoł Piotr miał trudności ze zrozumieniem, że Bóg nie rozróżnia już Żydów od pogan. Mówienie językami było zewnętrznym znakiem początku tego nowego czasu łaski. Tak jak w Ewangelii Marka 16 spotykamy się z mówieniem językami w związku z misją misyjną, tak w 1 Liście do Koryntian 14,22 czytamy, że mówienie językami było znakiem „nie dla wierzących, ale dla niewierzących”. Oznacza to jednak, że w dzisiejszych czasach dar mówienia językami ma sens jedynie wtedy, gdy chodzi o głoszenie Ewangelii ludziom, którzy mówią językiem, którego nie znamy.

Czym nie jest mówienie językami

Nigdzie w Biblii nie ma nauki, że dar mówienia językami pozwala oddawać cześć Bogu w szczególny sposób, być szczególnie potężnym w modlitwach lub czerpać siłę z tajemniczych źródeł, jak twierdzi wielu. Te twierdzenia są absurdalne, ponieważ dar dany z łaski (według Biblii) nigdy nie definiuje ani nie zmienia naszej relacji z Bogiem, lecz służy „pożytkowi” świętych i zbudowaniu Ciała Chrystusa (1 Kor 12,7; 14,4.26).

W przeciwnym razie ktokolwiek bez daru języków byłby niepełny w swojej relacji z Bogiem. Dlatego listy Nowego Testamentu, przesiąknięte troską o duszę i traktujące o osobistym życiu wiary i praktycznej komunii z Panem, nie wspominają o mówieniu językami. Twierdzenie, że osoby mówiące „językami” mają lepszy psychogram niż inni chrześcijanie (a słyszałem też przeciwne opinie!), najlepiej można wytłumaczyć psychologicznie, a nie biblijnie.

Wnioski

1. W Nowym Testamencie nie ma żadnej nauki o tym, że dar mówienia językami jest znakiem lub pieczęcią „chrztu Duchem”.

2. W rozdziale 12 Pierwszego Listu do Koryntian mówienie językami jest zdefiniowane jako znak dla niewierzących. Dzięki temu znakowi staje się jasne, że Dobra Nowina jest teraz skierowana do ludzi wszystkich narodów i nie ogranicza się już tylko do ludu Izraela.

3. Jednocześnie mówienie językami jest znakiem sądu nad niewierzącymi Żydami (1 Kor. 14:21).

4. Nie sposób znaleźć żadnych biblijnych dowodów na poparcie uznania mówienia językami za specjalny język modlitwy. Takie określenia przeczą istocie i działaniu Ducha Świętego, który nigdy nie wyłącza naszego rozumu (1 Kor 14,19-20, 32), a także samemu celowi darów duchowych.

6. Uzdrawianie chorych

We wszystkich trzech „falach Ducha Świętego” uzdrowienie odgrywa znaczącą rolę. Znani kaznodzieje zielonoświątkowi i charyzmatyczni – Oral Roberts, T. Osborn, C. Kuhlman, I. Cho, A. Sanford, R. Bonnke i inni – zyskali sławę przede wszystkim dzięki swoim spotkaniom uzdrowieniowym. Jednak opinie na temat pochodzenia i natury chorób są bardzo zróżnicowane. Chciałbym przedstawić najpopularniejsze poglądy.

1. Bóg nigdy nie chce, abyśmy chorowali. Jezus wziął na siebie nasze choroby, dlatego możemy, w wierze, domagać się zdrowia fizycznego.

Wolfhard Margis: „Duża część wszystkich rozczarowań po nieudanej modlitwie o uzdrowienie wynika z braku wiary. Bóg pragnie uzdrawiać i oddał nam do dyspozycji swoją uzdrawiającą moc przez Jezusa, który dźwiga nasze grzechy i choroby. Jednak te boskie moce można aktywować tylko poprzez wiarę”.

Kenneth Hagen: „Choroba i niedomagania nie są wolą Boga dla Jego ludu. Bóg nie chce, aby Jego dzieci były przeklęte z powodu nieposłuszeństwa, lecz by były obdarzone zdrowiem. W czasach Starego Testamentu wolą Boga nie było, aby dzieci Izraela chorowały – były sługami Boga. Dzisiaj jesteśmy dziećmi Boga. Skoro nigdy nie było Jego wolą, aby Jego słudzy cierpieli na choroby, to nie może być Jego wolą, aby Jego dzieci chorowały. Choroba i niedomagania nie mogą być dowodem miłości. A Bóg jest miłością”.

Jonathan Paul: „Nie twierdzimy, że chrześcijanin nie może już grzeszyć, chorować i umierać. Ale potwierdzamy słowem prawdy w Chrystusie Jezusie, że żyjący członkowie Ciała Chrystusa nie mogą już grzeszyć. A skoro On poniósł ich choroby, to i oni nie mogą już chorować. A godzina jest już bliska, kiedy nie będą musieli już umierać”.

Harold Horton: „Medycyna i chirurgia to droga świata. Boża droga to jedyna droga objawiona nam w Słowie, a jest nią uzdrawianie nadprzyrodzoną mocą Boga… Boskie uzdrawianie to jedyne uzdrawianie autoryzowane przez Biblię. Uzdrawianie poprzez medycynę nie jest „drogą drugiej kategorii od Boga”, jak wielu to tłumaczy. To jedynie produkt wykształconego świata i nic więcej. W Bogu nie ma niczego drugiej kategorii”.

2. Głoszenie Dobrej Nowiny obejmuje uzdrowienia z chorób. To Jezus uzdrawia, a nie wiara czy wierzący uzdrowiciel.

Roland Brown: „Ewangelizacja to szerzenie Dobrej Nowiny, że wszelkie niedoskonałości mogą zostać usunięte, w tym dolegliwości fizyczne… Dobra Nowina pragnie usunąć wszelki grzech, uzdrowić wszelkie choroby… Jezus umarł za nasze choroby, a także za nasz grzech. W Piśmie Świętym wielokrotnie odkrywamy, że grzech i choroba są ze sobą powiązane… Niektórzy mówią: „Jeśli twoja wiara jest wystarczająco silna, możesz zostać uzdrowiony”. Pracując w tej dziedzinie od 30 lat, mogę powiedzieć, że to nieprawda. Oczywiście, wiara jest wielką pomocą, ale czasami ludzie odzyskują zdrowie bez wiary. A czasami, gdy musiałem modlić się za kogoś, kto nie miał zbyt wiele wiary, mimo to i tak wyzdrowiał… Wiara jest bardzo ważna, ale to nie moja wiara w to, że teraz chcę być zdrowy, dokonuje uzdrowienia, ale Jezus”.

3. Chrystus zniszczył wszystkie dzieła diabła na krzyżu, ale musimy przyznać, że Bóg nie wysłuchuje każdej modlitwy o uzdrowienie z choroby.

John Wimber: „Doświadczenia Epafrodyta, Tymoteusza, Trofima i Pawła, podobnie jak moje własne, skłaniają do pokory i przypominają nam, że nasze pełne odkupienie objawi się dopiero wraz z przyjściem Jezusa. Wiemy, że ofiara przebłagalna Jezusa za grzechy przyniosła uzdrowienie naszym ciałom. Jeśli Bóg nie wysłuchuje każdej modlitwy o uzdrowienie, nie powinniśmy sądzić, że wynika to z naszego braku wiary lub braku wierności Boga”.

4. Przyczyną choroby jest Upadek, ale niekoniecznie grzech osobisty. My, chrześcijanie, żyjemy w świecie upadłym i z tego powodu, pomimo modlitwy, nie wszyscy chorzy zostają uzdrowieni.

Reinhold Ulonska: „Niektórzy czytali w Nowym Testamencie, że istnieje związek między chorobą a grzechem. Niestety, wyciągnęli z tego niebezpieczny wniosek, że w każdym przypadku musi istnieć związek między chorobą a grzechem osobistym… Oczywiście Biblia jasno pokazuje, że choroba, śmierć i zło są powiązane z grzechem, ale to przede wszystkim implikuje konsekwencje upadku Adama. Przyczyną choroby jest zawsze grzech, ale niekoniecznie grzech osobisty. Są na przykład ludzie, którzy rodzą się chorzy, małe dzieci, a nawet najbardziej wzorowi chrześcijanie chorują. My, chrześcijanie, żyjemy w obliczu upadłego świata”.

Metody leczenia chorób

Przedstawienie wszystkich teorii i praktyk związanych z uzdrawianiem w tym miejscu wykraczałoby poza zakres tej książki. Dlatego wymienimy tylko kilka najpopularniejszych metod uzdrawiania:

- uzdrowienie przez włożenie rąk (D. Wimber, R. Bonnke),

- leczenie poprzez wizualizację (I. Cho, A. Sanford, M.T. Kelsey),

- uzdrowienie przez modlitwę (K. Copeland, K. Hagen, V. Margis),

- uzdrawianie mocą słów mówionych (I. Cho, R. Bonnke),

- uzdrowienie poprzez korzystanie z sakramentów (F. McNutt).

Co mówi Biblia?

Już na pierwszych stronach Biblii jasno widać, że choroba i śmierć są konsekwencją Upadku. Co więcej, w Starym Testamencie można dostrzec faktyczny związek między grzechem osobistym a chorobą, choć oczywiście istnieją wyjątki. Ogólnie rzecz biorąc, błogosławieństwa Boże w Starym Testamencie są wyraźnie określone przez widzialną sferę materialną: bogactwo, zdrowie, duże rodziny, długowieczność (Pwt 28,1-14).

Błogosławieństwa Nowego Testamentu to jednak przede wszystkim błogosławieństwa duchowe, które można znaleźć w „niebiańskich mieszkaniach” (Ef 1,3), w samym Chrystusie, i nie składają się z materialnych, widzialnych wartości. Bogactwo materialne i zdrowie są nieobecne w obietnicach Nowego Testamentu, dlatego na jego kartach znajdujemy wielu wiernych ludzi, błogosławionych przez Boga, chorych, a ich choroba nie jest związana z osobistym grzechem:

- Epafrodyt „był chory i umierający” (Flp 2:25-27).

- Trofimus był chory (2 Tym. 4:20).

- Tymoteusz był chory (często dotknięty chorobą) (1 Tym. 5:23).

- Paweł często mówi, że był „słaby” (2 Kor. 11:29; 12:9), (Gal. 4:13), że ciążył na nim „wyrok śmierci” (2 Kor. 1:9) i że był uciskany przez „posłańca szatana” (1 Kor. 12:7).

Warto zastanowić się nad faktem, że ani w Dziejach Apostolskich, ani w Listach nie znajdujemy ani jednego przykładu cudownego uzdrowienia wierzącego. Owszem, znajdujemy przykłady wskrzeszenia wierzących, ale wszystkie przypadki cudownych uzdrowień miały miejsce wyłącznie wśród niewierzących. Jeśli uważnie przeczytamy Nowy Testament, staje się jasne, że choroba może być:

- skutek upadku,

- skutek osobistego grzechu (1 Kor. 11:30; Jk. 5:15),

- nie zawsze jest wynikiem osobistego grzechu (1 Jana 9:3),

- efekt ostrzegawczy (2 Kor. 12:7),

- mądry, a czasem dla nas niezrozumiały, Boży sposób wychowywania nas.

Oczywiście, możemy i powinniśmy modlić się za chorych. Bóg nadal może nadprzyrodzenie uzdrawiać choroby, tak jak może zapewnić uzdrowienie za pośrednictwem lekarzy i leków. Nie mamy jednak prawa do zdrowia, ponieważ nasze ciała nie są jeszcze wolne od przekleństwa i konsekwencji grzechu. „...i wzdychamy w sobie, oczekując przybrania za synów, odkupienia naszego ciała” (Rz 8,23).

Oczywiście, należy podkreślić, że kiedy chorujemy, szukamy nie tylko lekarzy, ale przede wszystkim Boga. Wiele chorób jest wynikiem stylu życia, który nie odpowiada Chwale Bożej, a chorzy nie potrzebują leków, lecz biblijnej opieki nad swoimi duszami.

Musimy leczyć choroby, które są ewidentnym skutkiem grzechu, a nie prowadzą do potępienia, jak stwierdzono w Liście Jakuba 5:15-16. Grzech musi zostać ujawniony, aby uzdrowienie było skuteczne. „Wyznawajcie więc sobie nawzajem grzechy i módlcie się jeden za drugiego, abyście byli uzdrowieni. Wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego” (List Jakuba 5:16). Jeśli jednak po gruntownym rachunku sumienia jesteśmy przekonani, że nasza choroba nie jest wynikiem grzechu, możemy również prosić Boga o siłę, by Go uwielbić nawet w chorobie, cierpliwie znosząc wszystkie nasze słabości.

Czy uzdrowienie ciała zawiera się w odkupieńczej ofierze Jezusa?

Wielu mężczyzn i kobiet z ruchu zielonoświątkowego i charyzmatycznego wyznaje doktrynę, że Pan Jezus nie tylko odkupił nasze grzechy na krzyżu, ale także poniósł nasze choroby jako ofiarę przebłagalną. Cytują Izajasza 53:4 i Ewangelię Mateusza 8:17 i dochodzą do wniosku: „Nie może być wolą Bożą, abyśmy cierpieli z powodu chorób, za które cierpiał Jezus”.

Tak, Nowy Testament wyraźnie naucza, że ​​odkupienie i zastąpienie dokonało się na krzyżu, gdy Pan Jezus, obciążony naszymi grzechami, został osądzony przez Boga przez trzy godziny w ciemności (2 Kor. 5:18-21; Kol. 1:21-22; 1 Piotra 2:24).

Ale Ewangelia Mateusza 8,17 jasno wskazuje również, że proroctwo z Księgi Izajasza 53,4 spełniło się nie na krzyżu, lecz na początku posługi Jezusa, a zatem nie może mieć nic wspólnego z ofiarą zastępczą i przebłagalną. Co zatem oznacza: „…On nasze cierpienia wziął na siebie, a choroby nasze poniósł” (Mt 8,17)? D.N. Darby trafnie wyraził znaczenie tego fragmentu Pisma Świętego jednym zdaniem: „Nasz Pan nigdy nie uzdrowił żadnego chorego, nie dźwigając w swoim Duchu i w swoim sercu ciężaru tej choroby jako owocu mocy zła”. Czytamy o tym w Księdze Izajasza 63,9: „We wszystkich ich udrękach nie opuścił ich”. Pan cierpiał widoczne konsekwencje grzechu. Odczuwał głębokie współczucie i głęboki ból, ale nie jest to związane z przebłaganiem i wstawiennictwem. Kiedy Pan Jezus umarł na krzyżu za grzechy całego świata (J 1,29; 1 J 2,2), kładąc tym samym podwaliny pod jednodniowe usunięcie przekleństwa grzechu (a wraz z nim choroby i śmierci), najpierw nastąpiło „odkupienie naszego ciała” (Rz 8,23). Nasze ciało jest nazywane „ciałem pokornym” (Rz 3,21), „ciałem śmiertelnym” (Rz 8,11) i podlega rozkładowi (2 Kor 4,16). Osobiste doświadczenia wierzących uzdrowicieli przeczą ich własnemu nauczaniu. W końcu większość z nich nosi protezy i okulary i czuje w swoim ciele, że konsekwencje grzechu nie zostały jeszcze usunięte.

Wnioski

1. Konsekwencją upadku są choroby i śmierć.

2. Choroba może, ale nie musi, być wynikiem osobistego grzechu.

3. Bóg może nadprzyrodzenie uzdrawiać choroby, ale może też posługiwać się lekarzami i lekarstwami. Ewangelię Łukasza i Dzieje Apostolskie napisał Łukasz, „umiłowany lekarz” (Kol 4,14).

4. Nowy Testament opowiada nam o wiernych wierzących, którzy chorowali, ale nie zostali cudownie uzdrowieni. Wszystkie przykłady uzdrowień w Nowym Testamencie dotyczą niewierzących.

5. Możemy i powinniśmy modlić się za chorych, ale nie mamy obietnicy, która w sposób kategoryczny zapewniałaby nam zdrowie fizyczne i uzdrowienie.

6. Naukę, że możemy „przyjąć przez wiarę” uzdrowienie ciała jako odkupienie, należy odrzucić jako niebiblijną, ponieważ wciąż czekamy na odkupienie naszych ciał (Rz 8:23).

7. Musimy odrzucić różne metody uzdrawiania za pomocą „wizualizacji”, „mocy wypowiadanych słów” i tym podobnych jako niebiblijne, okultystyczne metody uzdrawiania (patrz rozdział „Wizualizacja”).

7. Wkładanie rąk

Wkładanie rąk jest powszechną praktyką w ruchu zielonoświątkowym, a jeszcze bardziej w ruchu charyzmatycznym, a także w „ewangelizacji z użyciem mocy”. Nie ma również jednolitego nauczania na ten temat.

Wkładanie rąk praktykowane jest w celu:

- uzdrawianie chorych,

- egzorcyzmy,

- uzdrowienie wewnętrzne,

- przekazywanie darów duchowych,

- błogosławieństwa i namaszczenia,

- chrzest w Duchu Świętym.

Metody

W większości przypadków ręce kładzie się na głowie osoby, często również na dotkniętych chorobą częściach ciała. Czasami, szczególnie podczas dużych zgromadzeń, sugeruje się kładzenie rąk na siebie nawzajem lub na siebie. Istnieją również kaznodzieje telewizyjni, którzy zachęcają osoby oglądające telewizję do kładzenia rąk na telewizor podczas modlitwy końcowej, aby otrzymać błogosławieństwo lub namaszczenie.

Oto kilka spośród licznych opisów wkładania rąk, które wydają nam się szczególnie typowe i wiele wyjaśniające.

Michael Flynn, ksiądz z Kalifornii, relacjonuje spotkanie z Agnes Sanford. Odwiedził ją, ponieważ dręczyły go pewne obawy. - Po powitaniu od razu przeszła do rzeczy: „O co mam się modlić?” – zapytała. Do tego czasu moje pytania były już częściowo wyjaśnione i właściwie nie wiedziałam, o co miała się modlić. Agnieszka, stojąca za krzesłem, na którym siedziałam, powiedziała, że ​​i tak się za mnie pomodli. I poinformowała mnie, że zazwyczaj drży podczas modlitwy, ale żebym się tym nie przejmowała. Położyła mi ręce na głowie i przez chwilę stała nieruchomo. Potem poprosiła Boga o namaszczenie, które uzdrowi moje wspomnienia… Dwa tygodnie później do mojego gabinetu weszła kobieta i opowiedziała mi o swoich trudnościach. Po krótkim wyjaśnieniu z Bogiem zgodziłam się pomodlić o jej wewnętrzne uzdrowienie. Ku mojemu wielkiemu przerażeniu zdałam sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia, jak mam to zrobić. Mam zwyczaj wyobrażać sobie obecność Jezusa w przenośni. Gdziekolwiek jestem, widzę Go siedzącego na tronie. Spojrzałam więc na Jezusa. Wstał z tronu, uklęknął obok kobiety i położył prawą rękę. na jej ramieniu, a lewą ręką sięgnął do jej serca i wydobył coś w rodzaju czarnej żółci. Umieścił tę masę w swoim sercu, gdzie zaczęła się zmniejszać, aż całkowicie się rozpuściła. Następnie sięgnął do swojego serca i wydobył białą masę, ostrożnie umieszczając ją w sercu kobiety, gdzie wcześniej znajdowała się czarna masa. W końcu Jezus zwrócił się do mnie i powiedział: „Uczyń to”. Na początku wydawałem się bardzo głupi, ale potem modliłem się tak, jak widziałem, że Jezus to czynił. Kobieta otrzymała wielkie błogosławieństwo i została natychmiast uzdrowiona. Przez następne kilka lat modliłem się podobnie za setki ludzi i uczyłem wielu innych tej metody modlitwy.

Przykład ten pokazuje, w jaki sposób można przekazywać tego rodzaju zdolności.

Wiele relacji wskazuje na to, że podczas nakładania rąk przenoszone są gorące prądy energii. Carol Wimber opowiada o swoim mężu, Johnie: „John chodził po pokoju, modląc się za nas. Niesamowita energia wylewała się z jego rąk. Kiedy dotykał ludzi, po prostu upadali. John czuł, jakby energia duchowa, niczym elektryczność, wypływała z jego rąk. To był pierwszy raz, kiedy John poczuł, jak energia z niego promieniuje”.

Interesujące jest również świadectwo Anny Watson, żony znanego charyzmatyka Davida Watsona, który pod koniec życia cierpiał na raka wątroby: „Kiedy wróciliśmy do domu z restauracji, w której spędziliśmy czas z Johnem, Carol i kilkoma innymi osobami, moje ręce zaczęły gwałtownie drżeć. John (Wimber) wziął je i położył na Davidzie, mówiąc, że szkoda marnować całą tę moc na próżno. To drżenie utrzymywało się przez jakiś czas. Potem bardzo często modliliśmy się za wiele innych osób”.

Moim zdaniem, wiele wyjaśnia fakt, że wielu charyzmatyków, jeśli chodzi o wkładanie rąk, opiera się nie na Biblii, lecz na własnych objawieniach. John Wimber relacjonuje: „Wtedy Bóg objawił mi, że mam przekazywać dar („wiedzę”), mówiąc mi, że powinienem nakładać ręce na innych i modlić się, aby oni również otrzymali ten dar. Po prostu odmówiłem prostą modlitwę: »Panie, proszę, daj tej osobie słowo wiedzy«. Potem większość z nich otrzymała ten dar”.

Od tego czasu John Wimber posługiwał się i ofiarował wkładanie rąk, aby udzielać „darów Ducha” podczas dużych wydarzeń. Franz Laubach, Theo Mendel i Hans Grüber relacjonują konferencję pracowników Wimbera we Frankfurcie w 1988 roku: „Większość uczestników konferencji, choć nie kierowała się egoistycznymi pobudkami, pragnęła jednak jakiejś nagrody za śpiew i modlitwę. Stało się to szczególnie widoczne przedostatniego wieczoru. Powołując się na werset z dziesiątego rozdziału Ewangelii Mateusza, Jan powiedział do słuchaczy: »Uczniowie wyrzucają złe duchy i wskrzeszają umarłych. Jeśli ktoś chce to czynić, niech wystąpi!«. Ponad połowa obecnych wstała i podeszła. Wszyscy musieli podnieść ręce, aby otrzymać Ducha Świętego na to nabożeństwo. Jan wołał: »Niech przyjdą!«. »Niech przyjdą!«. Następnie wielokrotnie wzywał ich do modlitwy językami i błogosławienia się nawzajem. Na koniec kazał im tańczyć do muzyki, aby uczcić wylanie Ducha Świętego”.

Kenneth Hagan również stosuje wkładanie rąk w oparciu o wizję: „Czynię to, ponieważ Pan ukazał mi się w wizji w 1980 roku i powiedział: »Powierzyłem ci posługę wkładania rąk«. Zanim nałożysz na nich ręce, zawsze cytuj Dzieje Apostolskie 19,6: »A gdy Paweł włożył na nich ręce, zstąpił na nich Duch Święty i zaczęli mówić innymi językami i prorokować«. Jezus kontynuował: »Powiedz im, że zleciłem ci, abyś im to powiedział. Kiedy włożysz na nich ręce, zstąpi na nich Duch Święty…«”.

Cameron Peddie, autor książki The Forgotten Gift, opisuje, jak on, ksiądz, który wcześniej odrzucił wszystko, w końcu udał się ze swoją chorą żoną i synem do spirytualisty, znanego jako medium i uzdrowiciel. Opisuje to spotkanie, które miało decydujące znaczenie dla jego dalszej posługi: „Przyjęła nas z sympatią, życzliwością i opowiedziała, jak została powołana do tego dzieła przez śmierć swojego małego syna. Ofiarowała się Bogu w posłudze uzdrawiania i po kilku latach, gdy straciła już wszelką nadzieję, nagle okazało się, że została przez Niego przyjęta i może uzdrawiać pod przewodnictwem bezcielesnych duchów. Usiadła na zwykłym krześle, opowiedziała nam swoją historię, a my obserwowaliśmy i czekaliśmy, co będzie dalej. Stopniowo wydawało nam się, że rysy jej twarzy zaczęły się zmieniać i nabierać orientalnego wyglądu. Była w transie. „Dzień dobry!” powiedział duch, a ona pomodliła się do niego jedną z najpiękniejszych modlitw, jakie kiedykolwiek słyszałem. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy byli w obecności anioła, a przynajmniej nie diabła. Położyła ręce na mojej żonie. I robiła to przez pół godziny, a potem zrobiła to samo z moim synem. Po raz pierwszy od dziesięciu lat… „Po kilku latach ból mojej żony zniknął, a… stan dziecka znacznie się poprawił."

Po tym duchowym doświadczeniu K. Peddie rozpoczął posługę uzdrowiciela, którą później przyjęło ponad stu księży Kościoła Szkocji. Pisze również o tym, jak przekazuje energię i moc poprzez nakładanie rąk. „Wiem oczywiście, że trudno sobie wyobrazić działanie i rolę Ducha Świętego… W każdym razie faktem jest, że podczas modlitwy z nałożeniem rąk w celu uzdrowienia, prądy boskiej energii zmieniają się na różne sposoby. Stopniowo nabierają siły i słabną, gdy zostanie wydatkowana wystarczająca siła. Wtedy nadchodzi czas, aby odłożyć ręce i w razie potrzeby położyć je gdzie indziej. Osoba dokonująca uzdrowienia stale czuje (jeśli jest wystarczająco wrażliwa wewnętrznie) przepływającą przez siebie energię, a pacjent doświadcza szczególnego uczucia ciepła lub zimna”.

Przykłady te pokazują, że wielu charyzmatyków wierzy, iż poprzez wkładanie rąk można przekazać moc duchową, dary Ducha, uzdrowienia i inne wpływy Ducha.

Co mówi Biblia?

Wkładanie rąk w Starym Testamencie.

W Starym Testamencie znajdujemy liczne opisy i instrukcje dotyczące nakładania rąk, szczególnie w kontekście ofiarowania. W Księdze Rodzaju czytamy o Jakubie, który nałożył ręce w geście błogosławieństwa na swoich wnuków, Efraima i Manassesa. Księga Kapłańska zawiera instrukcje, że składając ofiarę za winę lub grzech, winni mieli położyć ręce na zwierzę, zanim zostało ono – jako ofiara zastępcza – zabite za grzechy przeniesione na nie poprzez wyznanie i nałożenie rąk. Jest to szczególnie wyraźnie wyrażone w instrukcjach dotyczących Dnia Przebłagania. „Aaron położy obie ręce na głowę żywego kozła i wyzna nad nim wszystkie winy synów izraelskich, wszystkie ich przestępstwa i wszystkie ich grzechy, i włoży je na głowę kozła, i wypędzi go przez rękę wyznaczonego człowieka na pustynię” (Kpł 16,21).

Ręce kładzione są również na ofiarę pojednania i ofiarę całopalną. W przypadku tych ofiar nie grzechy, lecz wartość zwierzęcia ofiarnego przenoszona jest na ofiarodawcę (Wj 29,10; Kpł 1,4; 3,2; 8,18).

Następnie Izraelici otrzymali polecenie, aby przed powołaniem ich do służby wyświęcić Lewitów. Lewici zostali oddani Bogu w zastępstwie pierworodnych Izraelitów. Ordynacja symbolicznie wyrażała jedność lub utożsamienie (Lb 8,10). Przytoczone tu fragmenty wyraźnie wskazują, że w Starym Testamencie włożenie rąk wyraża utożsamienie (jedność lub komunię).

Wkładanie rąk w Nowym Testamencie.

Ewangelie mówią nam, że Pan Jezus położył ręce na następujących osobach:

- chorych i słabych - o ich uzdrowienie (Mk 6,5; 8,23; Łk 13,13),

- o dzieciach - aby je błogosławić (Mt 19,15; Mk 10,16).

Uderzający jest fakt, że jedynie stosunkowo niewielka liczba chorych została uzdrowiona słowem Pana i że na opętanych nie nałożono rąk. W przypadkach uzdrowień chorych, na których Pan włożył ręce, włożenie rąk świadczy przede wszystkim o tożsamości chorego z ludem Izraela, a tym samym spełnia proroctwo Starego Testamentu, zawarte również w Nowym Testamencie: „...i słowem wypędził złe duchy, i uzdrowił wszystkich chorych, aby się spełniło, co powiedziano przez proroka Izajasza: «On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby»” (Mt 8,16-17).

Podobny przykład znajdujemy w Dziejach Apostolskich 28:8, gdzie Paweł wkłada ręce na Publiusza i uzdrawia go po modlitwie. Oprócz tego przykładu znajdujemy pięć innych przykładów włożenia rąk:

Dzieje Apostolskie 6:6: Apostołowie wkładają ręce na siedmiu diakonów i w ten sposób potwierdzają ich posługę, aby wykluczyć dalsze spory i wątpliwości co do kompetencji duchownych.

Dzieje Apostolskie 8:17: Piotr i Jan włożyli ręce na wierzących w Samarii, po czym otrzymali oni Ducha Świętego. W tym przypadku włożenie rąk miało na celu pokazanie wszystkim, że zarówno wierzący Żydzi, jak i Samarytanie należą do Ciała Chrystusa. Apostołowie, jako posłańcy Boga i przedstawiciele „żydowskich” chrześcijan, mieli publicznie zaświadczyć poprzez włożenie rąk, że przepaść, która istniała od wieków, została pokonana. Dla obu stron było to doświadczenie pełne pokory, ale i błogosławieństwa, które miało wyeliminować wszelkie dalsze spory i niejasności.

Dzieje Apostolskie 9:17: Ananiasz wkłada ręce na Saula (Pawła), po czym Saul odzyskuje wzrok i zostaje napełniony Duchem Świętym. Poprzez to włożenie rąk Ananiasz miał wyrazić swoje rozpoznanie (tożsamość) jako byłego prześladowcy chrześcijan, a teraz jako brata.

Dzieje Apostolskie 13:3: Prorocy z Antiochii nakładają ręce na Pawła i Barnabę, wysyłając ich w pierwszą podróż misyjną. Przez to nałożenie rąk potwierdzają posługę obu apostołów i wyrażają swoją aprobatę i wspólnotę z nimi.

Dzieje Apostolskie 19:6: Paweł wkłada ręce na dwunastu uczniów Jana Chrzciciela po tym, jak zostali ochrzczeni i otrzymali Ducha Świętego. To włożenie rąk wyraźnie świadczy o ich wspólnocie z tą wcześniej oddzieloną grupą. Od tego momentu nie byli już uczniami Jana, lecz chrześcijanami.

Listy Apostolskie o wkładaniu rąk.

Odniesienia do wkładania rąk znajdujemy w obu Listach do Tymoteusza.

„Nie zaniedbuj w sobie daru łaski, który został ci dany za sprawą proroctwa i przez włożenie rąk kolegium prezbiterów” (1 Tm 4,14).

„Rąk na nikogo pochopnie nie wkładaj i nie bądź uczestnikiem cudzych grzechów...” (1 Tym. 5:22).

„Z tego powodu przypominam ci, abyś rozbudził dar Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk” (2 Tym. 1:6).

Tymoteusz otrzymał zatem dar Boży poprzez włożenie rąk przez apostoła Pawła, dar, który później został również potwierdzony lub uznany przez święcenia starszych. Jeśli dobrze rozumiem ten fragment, mamy tu jedyny przykład daru Ducha Świętego przekazanego przez włożenie rąk przez jednego z apostołów.

Sam Apostoł ostrzega jednak Tymoteusza, aby nie wkładał rąk na nikogo pochopnie – to znaczy, aby nie przyznawał się pochopnie do tej osoby i nie utożsamiał się z nią poprzez włożenie rąk. W tym przypadku niebezpieczeństwo błędu jest wielkie, ale jeszcze większe jest niebezpieczeństwo stania się „uczestnikiem cudzych grzechów” poprzez włożenie rąk.

Inną wzmiankę o wkładaniu rąk można znaleźć w Liście do Hebrajczyków 6:2, jednak nie jest ona poparta żadnym wyjaśnieniem.

Analizując wszystkie te fragmenty Starego i Nowego Testamentu, staje się jasne, że włożenie rąk symbolizuje komunię, tożsamość i przekazanie czegoś. Nie znajdujemy tu nakazu nakładania rąk w celu uzdrowienia, udzielania darów czy błogosławieństw, ale wyraźne ostrzeżenie przed pochopnym wkładaniem rąk, ponieważ w pewnych okolicznościach może to prowadzić do poczucia winy.

Kilka uwag podyktowanych troską o zbawienie dusz.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że niektórzy chrześcijanie, na których włożono ręce, doświadczają depresji lub rozwijają nieczyste myśli. Inni nie znajdują już radości w modlitwie ani w studiowaniu Biblii. U niektórych pojawiły się myśli obsesyjne. Za każdym razem, gdy stają do modlitwy, ci ludzie zawsze widzą przed sobą osobę, która nałożyła na nich ręce. Te i wiele innych przykładów wskazują na poważne niebezpieczeństwo, że takie niebiblijne rozumienie i praktykowanie wkładania rąk może prowadzić do przekazania obcej, nieświętej władzy i mocy. Najwyraźniej dzieje się tak często, gdy ręce nakłada się nie w celu wyrażenia rozpoznania lub tożsamości, ale w celu przekazania „energii” itp. Ostrzeżenie apostoła Pawła przed pochopnym wkładaniem rąk na kogokolwiek z pewnością powinno być przestrzegane nawet dzisiaj, w tym sensie, że należy zachować szczególną ostrożność, pozwalając na nałożenie rąk.

Wnioski

1. Wkładanie rąk jest praktyką biblijną, o czym świadczy zarówno Stary, jak i Nowy Testament.

2. Z porównania wszystkich powyższych fragmentów biblijnych jasno wynika, że ​​włożenie rąk symbolizuje komunię, tożsamość lub rozpoznanie. Widzimy, że w Dziejach Apostolskich, w niektórych przypadkach, zstąpienie Ducha Świętego dokonywało się poprzez to rozpoznanie i tożsamość, symbolizowane przez włożenie rąk.

3. Dwa fragmenty Biblii wspominają o włożeniu rąk jako sposobie udzielania łaski: zdrowie fizyczne (Mk 16,18) i dar Ducha Świętego (2 Tm 1,6). W listach Nowego Testamentu nie znajdujemy wezwania do włożenia rąk, a jedynie ostrzeżenie przed pochopnym włożeniem rąk. Ostrzeżenie to jest skierowane do Tymoteusza, jedynego, na którego sam apostoł Paweł włożył ręce (1 Tm 5,22).

4. Współczesną praktykę uzdrawiania, udzielania „darów Ducha”, czyli energii i mocy poprzez wkładanie rąk, należy odrzucić jako niebiblijną.

5. Wiele z praktyk uzdrawiania wymienionych na początku wykazuje silne podobieństwo w konsekwencjach do okultystycznych metod uzdrawiania. Ta obserwacja wyraźnie wskazuje również na potrzebę zachowania najwyższej ostrożności i czujności w tej kwestii.

8. „Ewangelizacja mocy”

Zanim spróbuję przedstawić biblijne podstawy tego nauczania, chciałbym pokrótce podsumować nauki P. Wagnera i Johna Wimbera, najsłynniejszych kaznodziejów „trzeciej fali Ducha Świętego”, dotyczące „znaków i cudów”:

– Znaki i cuda są wizytówkami Królestwa Bożego. Nie kojarzą się wyłącznie z czasami Jezusa i Apostołów;

- Tylko w rzadkich przypadkach wzrost Kościoła następuje wyłącznie poprzez ewangelizację;

- „Ewangelizacja Mocą” sprawia, że ​​moc Boża staje się dostępna dla doświadczenia, przezwycięża uprzedzenia i opór niewierzących, dzięki czemu wielu dzięki niej odnajduje wiarę.

Co mówi Biblia?

1. Czy znaki i cuda są wizytówkami Królestwa Bożego?

Przede wszystkim chciałbym wyjaśnić, że pojęcia „znak” i „cud” nie są tożsame. Cuda nie zawsze są znakami, podczas gdy znaki zawsze są cudami. To prawda, że ​​mają one konkretny cel: wskazują na konkretną osobę. Niejako potwierdzają tożsamość Boga. Bóg dokonywał cudów w każdej epoce. Znaki i dary ze znakami, wręcz przeciwnie, zawsze wiążą się z początkiem nowego czasu łaski.

Znaki i cuda Starego Testamentu

Kiedy Bóg zapragnął wyprowadzić lud Izraela z Egiptu, oznaczało to początek nowego etapu w ich zbawieniu. Bóg dokonał znaków i cudów, aby podkreślić autorytet Mojżesza, powołanego przez Boga przywódcy, „aby uwierzyli, że Pan, Bóg ich ojców, ukazał ci się…” (Wj 4,5).

Przed śmiercią Mojżesz, krótko podsumowując swoje przeżycia, powiedział: „Pan wyprowadził nas z Egiptu ręką mocną i ramieniem… wśród znaków i cudów” (Pwt 26,8). Znaki te miały również ukazać faraonowi i jego ludowi wielkość i moc Boga (Psalm 136,9).

A więc te znaki były następujące:

- proces Egiptu,

- Boże potwierdzenie dla wybranego przez Boga przywódcy i proroka Mojżesza, w którego słowa miał uwierzyć lud izraelski.

Potem znajdujemy tylko pojedyncze cuda i znaki, które przydarzyły się Jezusowi Navinowi (Jozuego 10:12-14), mężowi Bożemu (1 Królów 13), prorokom Eliaszowi, Elizeuszowi, Danielowi i innym.

Nowy Testament o znakach i cudach

W Nowym Testamencie ponownie spotykamy znaki i cuda, począwszy od narodzin Jezusa, a następnie, przede wszystkim, w posłudze naszego Pana. W Ewangelii Jana cuda Jezusa, będące dowodem Jego posłannictwa przez Boga, są wielokrotnie nazywane znakami. Posłudze dwunastu apostołów i siedemdziesięciu uczniów również towarzyszyły znaki i cuda (Łk 10). Ich posługa ograniczała się wyłącznie do Izraela i była związana z orędziem o „Królestwie Bożym”, które zwiastowało nowy czas zbawienia dla Izraela.

Kiedy Izrael odrzucił świadectwo Jezusa i Jego uczniów i ostatecznie ukrzyżował Syna Bożego, apostołowie zostali posłani z nowym zadaniem: głosić Ewangelię nie tylko Żydom, ale wszystkim narodom. Rozpoczął się Wiek Łaski, Wiek Kościoła. To nowe przesłanie zostało początkowo potwierdzone znakami i cudami.

Widzimy, że (z pewnymi wyjątkami) mnożenie się zadziwiających znaków i cudów wiązało się z głoszeniem nowego przesłania i nowego czasu zbawienia.

Obserwując rozwój historii apostolstwa, dostrzegamy spadek częstotliwości znaków i cudów, a w Listach, z wyjątkiem Pierwszego Listu do Koryntian, wspomina się o nich wyłącznie w czasie przeszłym (Rz 15,19; 2 Kor 12,12; Hbr 2,4) lub jako o znakach i cudach nadchodzącego Antychrysta (2 Tes 2,9; Ap 13,13-14). Podobnie w Ewangelii Mateusza 24,24 Pan ostrzega przed fałszywymi prorokami, którzy „będą czynić wielkie znaki i cuda”, aby szatańsko potwierdzić swoje orędzie o Antychryście.

Znaki i cuda są w pewnym sensie „wizytówką” Królestwa Bożego, które reprezentowało nowe orędzie. To prawda, że ​​Jan Chrzciciel, kaznodzieja i zwiastun Królestwa Bożego, sam nie uczynił ani jednego znaku ani cudu (J 10,41). Samo Królestwo Boże rozpoczęło się wraz z posługą Jezusa i Jego apostołów wśród ludu i to właśnie w związku z tym nowym początkiem spotykamy znaki i cuda jako swego rodzaju „wizytówkę” – wizualny dowód dla Żydów na potwierdzenie przez Boga tożsamości i dobrej nowiny Pana i Jego apostołów. Nie sposób jednak nie zauważyć, że po nadejściu Królestwa Bożego liczba znaków i cudów maleje. Po napisaniu przez apostołów swoich Listów i po ustanowieniu Nowego Testamentu, cuda i znaki przestały być normą.

W Liście do Hebrajczyków 2:3-4 czytamy, że orędzie Pana głoszone przez apostołów, którzy usłyszeli od Niego Ewangelię, zostało potwierdzone, a ponadto Bóg „potwierdził” (zwróć uwagę na czas) znakami i cudami, różnymi znakami nadzwyczajnymi i darami Ducha Świętego „według swojej woli”.

W 2 Liście do Koryntian 12:12 „znaki i cuda” interpretowane są jako „cechy apostoła”, kojarzone z apostołami i ich czasami, stanowiące ich boską identyfikację – „wizytówkę”. Jednak Koryntianom, którzy najwyraźniej podziwiali niektórych z „superapostołów” swoich czasów, Paweł pokazuje inną „wizytówkę”. W przeciwieństwie do tych fałszywych apostołów, którzy już wcześniej angażowali się w formę „ewangelizacji z użyciem mocy” i chcieli zaimponować wierzącym swoim zachowaniem, przepełnionych niepohamowaną żądzą dominacji i pewnością siebie, Paweł wymienia kilka oznak swojej posługi, które nie mają nic wspólnego ani z „ewangelizacją z użyciem mocy”, ani z „ewangelią dobroczynności”: bicie, więzy, kamienowanie, rozbicie statku, głód, zimno, nagość itd. (2 Kor 11:23-33).

Poniższe fragmenty, między innymi, dowodzą, że nawet w Dziejach Apostolskich głoszenie Ewangelii nie zawsze wiązało się ze znakami i cudami:

Dzieje Apostolskie 2:37-41 - Pierwsze kazanie Piotra.

Dzieje Apostolskie 8:26-40 - Nawrócenie etiopskiego dostojnika.

Dzieje Apostolskie 11:19-21 - Ewangelizacja uczniów rozproszonych po Fenicji, Cyprze i Antiochii („wielka liczba tych, którzy uwierzyli, nawróciła się do Pana”).

Dzieje Apostolskie 13:14-52 - Paweł i Barnaba w Antiochii Pizydyjskiej.

Dzieje Apostolskie 17:1-9 - Paweł i Barnaba w Tesalonice.

Dzieje Apostolskie 17:10-15 - Paweł i Sylas w Berei („wielu z nich uwierzyło”).

Dzieje Apostolskie 18:1-18 - Paweł w Koryncie.

Dzieje Apostolskie 24:1-27 - Paweł przed Feliksem.

Dzieje Apostolskie 26:1-29 - Paweł przed Agryppą i Festusem.

Dzieje Apostolskie 28:16-31 - Paweł w Rzymie.

Jeśli porównamy wszystkie te relacje, stanie się jasne, że głoszenie Słowa Bożego, któremu towarzyszą znaki i cuda, w żadnym wypadku nie doprowadziło do żywej wiary większej liczby ludzi niż kazania, w relacjach których nie wspominano o znakach i cudach.

2. Czy rzadko zdarza się, że społeczności rozwijają się bez wpływu znaków i cudów?

Jak właśnie ustaliliśmy, Dzieje Apostolskie zawierają liczne przykłady, w których głoszenie prowadziło do tworzenia dużych zgromadzeń, ale nie towarzyszyły temu znaki i cuda. ​​Zapoznanie się z historią Kościoła również potwierdziłoby wszelkie niespójności w prawdziwości takich twierdzeń.

Kazania znanych kaznodziejów, takich jak A.G. Franke, N.L. Zinzendorf, John Wesley, D. Whitefield, C.H. Spurgeon, D. Moody i inni, które doprowadziły do ​​niezwykłego wzrostu liczby wiernych, nie były związane z cudami. Na przykład, ewangelizacyjnym spotkaniom Whitefielda i Wesleya początkowo towarzyszyły „zgniłe jaja, martwe koty i szczury”, których ludzie używali jako pocisków do zakłócania kazań. Analiza obecnej sytuacji w świecie chrześcijańskim również nie potwierdziłaby trafności tezy Wimbera i Wagnera. Na przykład w ZSRR istnieje wiele dużych, stale rosnących zborów, które odrzucają jakąkolwiek formę „ewangelizacji z użyciem mocy”. Nie znam żadnego dużego zboru w tym kraju, który osiągnąłby znaczący wzrost liczby wiernych dzięki znakom i cudom. Analiza sytuacji w Niemczech również nie potwierdziłaby takich twierdzeń, nawet biorąc pod uwagę fakt, że istnieją tam pojedyncze wspólnoty, których liczebność wzrosła dzięki „ewangelizacji z użyciem mocy”.

3. Czy „Ewangelizacja Mocą” przezwycięża uprzedzenia osób niewierzących?

Teza ta nie znajduje żadnego uzasadnienia biblijnego ani kościelno-historycznego. Przecież cuda dokonane przez Jezusa Chrystusa w Korozain, Betsaidzie i Kafarnaum nie doprowadziły do ​​nawrócenia (Mt 11,20-24). Nakarmienie pięciu tysięcy osób również wyraźnie dowodzi, że ten cudowny znak nie dotarł do sumień ludzi. Pan przemówił następnie do tłumów podążających za Nim: „Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb i nasyciliście się” (J 6,26).

Tłum w Listrze, który był świadkiem uzdrowienia chromego i tak podziwiał Pawła i Barnabę, że chciał im nawet złożyć ofiarę, kilka dni później zebrał kamienie i ukamienował Pawła razem z nimi (Dz 14,8-19). Ani znaki, ani cuda Wyjścia z Egiptu, ani podróż przez pustynię nie zmieniły serc Izraelitów, ani cuda Eliasza i Elizeusza. Nowy Testament, opowiadając historię bogacza w piekle, szczególnie wyraźnie pokazuje, że nawet zmartwychwstanie nie przezwycięża uprzedzeń niewierzących: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” (Łk 16,37). Czy wskrzeszenie Łazarza i zmartwychwstanie Pana Jezusa przezwyciężyły uprzedzenia uczonych w Piśmie i faryzeuszy?

Prawdziwe i trwałe odrodzenie ma miejsce tylko dlatego, że Słowo Boże jest głoszone przez bogobojnych ludzi w całej jego jasności i pełni. Na przykład, odrodzenia wspomniane w Starym Testamencie, mające miejsce za czasów Jozafata, Ezechiasza, Jozjasza, Ezdrasza i Nehemiasza, stanowią tego przekonujący dowód. Podobnie, duchowe przebudzenia wśród chrześcijan w ciągu ostatnich 500 lat są wyraźnym dowodem na to, że serca przemieniają się pod wpływem głoszenia nieskróconej, pełnej Ewangelii. Podstawowa zasada Boga pozostaje aktualna, tak jak wówczas: „Wiara więc rodzi się ze słuchania, a słuchanie przez słowo Boże” (Rz 10,17).

Oczywiście, w całej historii pracy misyjnej zdarzały się przypadki, w których pozorny cud niweczył pokusę bożka, torując drogę Ewangelii. W szczególnych sytuacjach misyjnych dzieje się tak do dziś. Faktem pozostaje jednak, że błogosławiona posługa większości pionierskich misjonarzy, takich jak G. Taylor, C. Stude, A. Jedson i J. Peyton, nie wiązała się ze znakami i cudami dla niewierzących. Paweł jasno daje do zrozumienia (1 Kor 1,21-22), że Bogu spodobało się przekonywać ludzi o ich grzechach nie za pomocą imponujących znaków i cudów oraz szczególnie wzniosłych procesów filozoficznych, ale „… spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia zbawić wierzących. Gdyż i Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości. My zaś głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla Greków, dla powołanych zaś – tak Żydów, jak i Greków – Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą” (1 Kor 1,21-24).

Znaki i cuda nie usuwają uprzedzeń. - „Uczynił wobec nich tak wiele znaków, a oni w Niego nie wierzyli” (J 12,37).

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – tak mówi Pan (Ewangelia według św. Jana 20,29) i wydaje miażdżący wyrok na filozofię, na której opiera się „ewangelizacja przez moc”: „Pokolenie złe i cudzołożne znaku żąda, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza” (Ewangelia według św. Mateusza 12,39).

Biblia wyraźnie wskazuje, że znaki i cuda mogą budzić podziw u ludzi jedynie przez krótki czas. Jednak podziw ten przeradza się w nienawiść, gdy pasja do cudów przestaje być zaspokojona lub gdy ludzie słyszą słowa, które ujawniają ich własny egoizm i niegodziwość serca.

Niestety, często pełne chwały relacje współczesnych „kaznodziejów mocy” nie wspominają o rozczarowaniu i goryczy tych, którzy przychodzili na spotkania uzdrowieńcze z wielkimi nadziejami, ale pomimo wszystkich proroctw i nakładania rąk, wychodzili z nich równie chorzy i jeszcze bardziej zasmuceni. Jak często w przeszłości takie metody „ewangelii mocy” były pożywką dla cynizmu i uprzedzeń niewierzących? Co więcej, ci, którzy dają się zwieść znakom i cudom, są w poważnym niebezpieczeństwie, że ulegną urokowi znaków i cudów przepowiedzianych fałszywym prorokom i Antychrystowi.

Poniższe trzy fragmenty Biblii powinny nas skłonić do zachowania wyjątkowej ostrożności i krytycznego podejścia do wszelkich wydarzeń zapowiadanych za pomocą znaków i cudów.

„Powstaną bowiem fałszywi Chrystusowie i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, żeby w błąd wprowadzić, o ile to możliwe, także wybranych” (Mt 24,24).

„…tego (bezbożnego), którego przyjście nastąpi za sprawą szatana, z wszelką mocą, wśród znaków i fałszywych cudów…” (2 Tesaloniczan 2:9).

„...I czyni on (bestia – fałszywy prorok) wielkie znaki, tak że nawet ogień z nieba każe mu zstępować na ziemię na oczach ludzi. I zwodzi mieszkańców ziemi znakami, które mu dano czynić na oczach bestii...” (Obj. 13:13-14).

Wnioski

1. Podobnie jak w przeszłości, tak i dzisiaj Bóg może czynić cuda zgodne z Jego suwerenną wolą. W większości przypadków są one odpowiedzią na wytrwałą, pełną ufności modlitwę wierzących.

2. Jednakże nadprzyrodzona interwencja Boża, taka jak uzdrawianie chorych, pomoc materialna itp., nie może być definiowana jako znak w sensie „znaków apostołów” (Mk 16,17.20; 2 Kor 12,12).

3. Nie możemy przywołać cudów od Boga, jak to czyniono w licznych, nieudanych próbach wskrzeszenia zmarłych. Możemy jedynie pokornie o nie prosić, jeśli prośba ta jest zgodna z wolą Bożą.

4. Porównanie fragmentów biblijnych i studium historii Kościoła jasno wskazują, że znaki i cuda nie występowały we wszystkich czasach, lecz jedynie w szczególnych okolicznościach i na początku nowych okresów łaski. W związku z tym twierdzenie, że ewangelizacji muszą towarzyszyć znaki i cuda, należy odrzucić jako niebiblijne.

5. Znaki i cuda nie są zamierzonym przez Boga sposobem na przyprowadzenie ludzi do żywej wiary. List do Rzymian 10:17 jest dla nas istotny.

6. Cuda Boże nigdy nie były widowiskiem i nie powinny być wykorzystywane w celach propagandowych.

7. Ponieważ znaki i cuda, jak przepowiada się, będą dziełem fałszywych proroków w czasach ostatecznych, należy zachować szczególną czujność w tej kwestii. Przywódcy duchowi, którzy czynią znaki i cuda znakiem rozpoznawczym swojej posługi, są podejrzewani o bycie fałszywymi prorokami.

8. W czasach, gdy Bóg objawiał swoją moc poprzez znaki i cuda, używał znaków, aby ukarać grzech wśród swojego ludu. Gdyby Bóg ukarał hipokryzję śmiercią dzisiaj, tak jak uczynił to w Dziejach Apostolskich 5:1-11, nasze zbory dawno by wymarły. Wtedy prasa świecka nie miałaby już materiału do drwiących, sensacyjnych artykułów o podwójnym życiu znanych teleewangelistów i innych prominentnych postaci świata chrześcijańskiego.

9. „Odpocznij w Duchu”

W ostatnich latach zjawisko zwane „spoczynkiem w Duchu”, „powaleniem przez Ducha” lub „upadkiem pod wpływem Mocy” stało się szczególnie popularne na spotkaniach charyzmatycznych. Chociaż twierdzi się, że zjawisko to jest znane z historii Kościoła, nie można podać konkretnych przykładów na poparcie tej tezy, ponieważ omdlenia, które miały miejsce na spotkaniach Wesleya i Whitefielda, gdzie miały miejsce przebudzenia, lub na spotkaniach średniowiecznych kaznodziejów pokuty, takich jak Tauler, miały zupełnie różne przyczyny i interpretacje. Następujące osoby są cytowane jako dowód biblijnej podstawy „upadku”: Ezechiel (Ez 2,1); Daniel (Dn 8,17; 10,8-9); żołnierze podczas aresztowania Jezusa (J 18,6), apostołowie na Górze Przemienienia (Mt 17,6); strażnik przy grobie Jezusa (Mt 28,4); apostoł Jan na Patmos (Ap 1,17).

Mimo że zjawisko „przewracania się” często występowało na wczesnym etapie ruchu zielonoświątkowego, szerszej publiczności stało się ono znane dopiero niedawno, dzięki wydarzeniom kierowanym przez K. Kuhlmana, Kima Collinsa, Reinharda Bonnke i Johna Wimbera.

John Wimber opisuje zjawisko „upadania”: „Zjawisko upadania na podłogę, a czasem leżenia na plecach lub brzuchu przez kilka godzin, jest nam znane nie tylko z historii Kościoła. Zdarza się ono często również dzisiaj. Większość ludzi doświadcza uczucia spokoju i wielkiej równowagi w odniesieniu do okoliczności życiowych. Z reguły nie obserwuje się po tym żadnych pozytywnych ani negatywnych skutków ubocznych. Zdarza się, że stan ten trwa od 12 do 48 godzin. W takich przypadkach ludzie później zgłaszali, że zaszła w nich głęboka przemiana duchowa. Sytuacje, gdy pastor lub przywódca duchowy upada w ten sposób, są dość dramatyczne. Z reguły wielu wręcz pada na twarz w Duchu i dalej leży na brzuchu. Znane są na przykład przypadki, gdy pewien pastor rytmicznie uderzał głową o podłogę przez prawie godzinę. (Co ciekawe, nie spowodowało to żadnych bólów głowy ani urazów). Zmiany, które zachodzą po takich doświadczeniach, mogą być ogromne. Wydaje się, że to pastorzy, dzięki takim doświadczeniom, przyjmują nowe moce i stają się bardziej aktywni w posłudze”.

To prawda, w rzeczywistości ludzie nie padają na brzuch, jak opisuje Wimber, ale wyłącznie na plecy. Wielu zeznaje, że w tym stanie mają wizje, „odpoczywają w błogości”, mówią językami lub są napełnieni mocą do posługi. Niektórzy wybuchają tak zwanym „świętym śmiechem”.

Ludzie często padają na ziemię po nałożeniu na nich rąk lub po zetknięciu z konkretną osobą. Inni, jak miało to miejsce we Frankfurcie podczas konferencji „ogniowej”, padają, gdy ktoś dmuchnie w mikrofon. R. Bonnke relacjonuje, że podczas jego dużych wydarzeń ewangelizacyjnych tysiące ludzi często pada na ziemię w ciągu kilku sekund od „chrztu w Duchu” lub „wylania Ducha”. Opublikował nawet zdjęcia przedstawiające tysiące osób leżących bezładnie na ziemi.

Większość tych spotkań wymaga pomocy w podnoszeniu i opuszczaniu ludzi, więc sceny podczas niektórych wydarzeń prezentują dość osobliwy widok. Zdarza się, że ewangelista lub tłumacz pada „porażony Duchem”.

J. Buckingham pisze w swojej autobiografii o Kathryn Kuhlman: „Pewnego niedzielnego popołudnia w Shrine Auditorium Kathryn wezwała na podium wszystkich duchownych: katolików, protestantów i żydów. Około 75 osób odpowiedziało na jej wezwanie i ustawiło się przed nią w kolejce. Wyciągnęła ręce dwa razy, w prawo i w lewo, i wszyscy ci mężczyźni upadli na podłogę w chaosie, niczym sterta drewna na opał. W Miami na Florydzie kiedyś podeszła do środka chóru, aby modlić się z tymi, którzy mogli jej jednocześnie dotknąć, i prawie 400 osób padło na podłogę „pod wpływem siły”.

Buckingham opowiada również, jak pokazał film „Światowy Kongres o Duchu Świętym” (Jerozolima, 1974) swojej kongregacji. Film zawierał dość długą sekwencję o posłudze uzdrawiania prowadzonej przez Kathryn Kuhlman. Kiedy po filmie publiczność została wezwana do modlitwy, nagle rozległ się dźwięk zsuwanych krzeseł i ciał upadających na podłogę: „Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że może jedna trzecia zgromadzenia, pod wpływem »mocy Ducha«, leżała na podłodze lub siedziała w rozluźnionych pozycjach na krzesłach. To był jeden z największych przejawów ukrytej mocy Ducha Świętego, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem”.

Chociaż „przewrót” często występuje w katolickim ruchu charyzmatycznym (zwłaszcza za czasów C. Collinsa i F. McNutta), to, co dziwne, z tego obozu dochodzą głosy ostrzegawcze. Kardynał Zuenens, ojciec katolickiego ruchu charyzmatycznego, był bardzo krytyczny wobec tego zjawiska i uporczywie ostrzegał katolików z Ruchu Odnowy przed nim, traktując je jako zjawisko parapsychologiczne. Psychoanalityk Karl Rey, członek kierownictwa ruchu odnowy charyzmatycznej w Kościele katolickim wśród niemieckojęzycznej ludności Szwajcarii, w swojej książce „Szybkie procesy doświadczania Boga” dochodzi do następującego wniosku: „Spoczynek w Duchu skrywa niebezpieczeństwo powtarzających się złudzeń. Ludzie myślą, że oddają się Bogu, podczas gdy w rzeczywistości oddają się ludzkiej mocy. Myślą, że uwalniają swoje uczucia do Boga, podczas gdy tymczasem pozostają w sferze ludzkiej. Myślą, że doświadczają Boga, podczas gdy w stanie depresji psychicznej rozkoszują się własną żądzą. Myślą, że są powaleni przez Ducha Świętego, podczas gdy w rzeczywistości podlegają działaniu mechanizmu psychiki masowej. Myślą, że pozwalają wpaść w niezawodne ręce Boga, podczas gdy w rzeczywistości są narażeni na niebezpieczeństwo ludzkiego nadużycia najintymniejszych i najczulszych impulsów ich serc”.

Co mówi Biblia?

Z nielicznych przypadków upadków do tyłu jasno wynika, że ​​we wszystkich tych przypadkach mówimy o znaku sądu nad tymi osobami. Kapłan Heli, którego sąd został przepowiedziany w drugim rozdziale Pierwszej Księgi Samuela, zmarł po upadku z krzesła i złamaniu kręgosłupa (1 Sm 4,18). 28. rozdział Księgi proroka Izajasza przepowiada sąd nad prorokami i kapłanami Efraima, którzy pełnili swoją posługę w stanie nietrzeźwości („błądzą w widzeniu i potykają się w sądzie”). Proroctwo dotyczące ich zapowiada, że ​​„upadną do tyłu i zostaną rozbici, i zostaną złapani w sieć, i zostaną usidleni” (Iz 28,13). O tłumie ludzi, którzy przyszli pojmać Jezusa, powiedziano również, że „cofnęli się i upadli na ziemię” (J 18,6), po tym jak Syn Boży powiedział: „Ja jestem”. Z tego przykładu jasno wynika, że ​​Bóg w ten sposób wyraźnie wskazywał im na ich bezradność i niemoc.

Ludzie, zdumieni majestatem i świętością Boga, upadli przed Nim w uwielbieniu. Padali twarzą w dół, nigdy na plecy. Odwrócili twarze od Chwały Bożej i w ten sposób „zakryli się” w obecności Boga.

Abraham. „Abram upadł na twarz, a Bóg dalej z nim rozmawiał...” (Rdz 17:3).

Mojżesz. „Mojżesz ukrył twarz swoją, gdyż bał się spojrzeć na Boga” (Wj 3,6).

Lud Izraela. „...a cały lud to zobaczył i krzyknął z radości, i padł na twarz” (Kpł 9:24).

Balaam: „... i padł na twarz swoją” (Lb 22,31).

Eliasz. „Gdy Eliasz to usłyszał, zasłonił twarz płaszczem i wyszedł...” (1 Król. 19:13).

Ezechiel. „Gdy to zobaczyłem, upadłem na twarz…” (Ez 2:1).

Daniel: „A gdy on ze mną rozmawiał, zemdlałem i położyłem się twarzą do ziemi...” (Dan. 8:18).

Uzdrowiony trędowaty. „I upadł na twarz u nóg Jego, dziękując Mu...” (Łk 17,16).

Aniołowie, starsi i cztery żywe istoty. „...upadli przed tronem na twarze swoje i oddali pokłon Bogu” (Obj. 7:11).

Także o niewierzącym, który wchodzi do zgromadzenia chrześcijańskiego i zostaje przekonany przez Ducha Świętego, powiedziano, że „upada, oddaje pokłon Bogu i mówi: Prawdziwie Bóg jest z tobą” (1 Kor. 14:25).

Ten niewielki wybór fragmentów biblijnych pokazuje, że w obecności Boga ludzie padali na twarz, a nie na plecy, jak to się dzieje na wielu spotkaniach charyzmatycznych, gdzie czasami leżeli w tak nieprzyzwoitych pozycjach, że siostry musiały prostować spódnice „przewróconych” kobiet. Czy coś takiego mogłoby być potrzebne, skoro Duch Święty działa?

A. Seibel w swoim artykule „Jak klasyfikować upadek na plecy w świetle Biblii?” zwrócił uwagę na inny aspekt warty rozważenia: „Diabeł, niczym małpa naśladująca Boga, często działa wbrew Duchowi Świętemu. Wiadomo, że w kręgach satanistycznych ludzie (zazwyczaj kobiety) leżą na plecach niczym żywe ołtarze. Oznacza to objawienie nagości przed Bogiem. Z tego powodu w czasach Starego Testamentu zabraniano budowania ołtarza na stopniach: „Nie będziesz wstępował po stopniach do mojego ołtarza, aby nie ujawniła się przy nich twoja nagość” (Wj 20,26). Człowiek, który pada twarzą przed Bogiem, zakrywa swoją nagość, ale ten, kto leży na plecach, ją odsłania. To duch sprzeciwu, który obnaża ludzi (Obj 16,15). Coś takiego nigdy nie może być dziełem Ducha Świętego”.

Wnioski

1. „Spoczynku w Duchu” nie da się uzasadnić biblijnie. Wręcz przeciwnie, wszystkie nieliczne przykłady w Biblii mają charakter negatywny, to znaczy definiują to zjawisko jako znak sądu Bożego.

2. Jeśli zjawisko to nie jest spowodowane przez Ducha Bożego, możliwe wydają się następujące opcje:

- jest wynikiem wpływu, sugestii, manipulacji lub mechanizmu dynamiki grupy;

- jest to „robione” świadomie, jest więc to tylko pokaz (performance), a więc jest to nieuczciwe;

Zjawisko to wiąże się z siłami okultystycznymi, które zniewalają ludzi, którzy z powodu swojej bierności są podatni na wpływy demoniczne. Oczywiście należy zachować ostrożność w osądzaniu i nie deklarować opętania od razu, gdy ktoś „upadnie”. Z drugiej strony należy jednak pamiętać, że Szatan może ostatecznie wykorzystać prawa sugestii i dynamikę grupy dla własnej korzyści.

Jak wiadomo, pierwszy poważny ruch przebudzenia religijnego w Niemczech został zapoczątkowany przez dzieło Spenera „Ofiara godna przyjęcia”. Dzieło to rozpoczyna się cytatem z Księgi Jeremiasza 9,1: „Obyś napełnił głowę moją wodą, a oczy moje strumieniem łez! Opłakiwałbym dniem i nocą poległych córki ludu mojego”.

Dziś „porażka” nie jest opłakiwana, lecz ceniona jako dowód działania Ducha Świętego. To wyraźnie pokazuje, jak daleko odeszliśmy od przebudzenia w biblijnym sensie.

10. „Myślenie pozytywne” / „Myślenie o możliwościach”

„Potęga pozytywnego myślenia” – ta szeroko rozpowszechniona książka Normana Vincenta Peale’a po raz pierwszy przyniosła „pozytywne myślenie” rozgłos w Niemczech. N.V. Peale studiował teologię na Uniwersytecie Bostońskim, a później był pastorem kościoła Marble College w Nowym Jorku. Wraz z psychiatrą dr. S. Blantonem, uczniem i współpracownikiem Zygmunta Freuda, założył „Instytut Religii i Zdrowia”. Peale opisuje ten instytut następująco: „Organizacja ta może przypisać sobie zasługę za pogrzebanie długotrwałej wrogości między religią a psychiatrią”. N.V. Peale napisał 25 książek, z których niektóre były szeroko czytane wśród ewangelikalnych chrześcijan. Kilka jego książek zostało opublikowanych w Niemczech przez znane ewangelickie wydawnictwo. Jednak pomimo tych wszystkich faktów, nowojorskiego księdza i pisarza nie można ogólnie zaklasyfikować jako ewangelikalnego chrześcijanina. On sam nie ukrywa, że ​​zaprzecza potrzebie odrodzenia w rozumieniu Nowego Testamentu. Twierdzi, że znalazł „wieczny spokój” dla swojej duszy w świątyni shintoistycznej w Japonii.

Według Charlesa Braydona, ojciec Peale'a bardzo jasno scharakteryzował jego nauki, mówiąc kiedyś synowi: „Stworzyłeś nowy ruch chrześcijański. Ma on znaczenie i jest mieszanką nauki o świadomości, metafizyki, „nauki chrześcijańskiej”, praktyki medycznej i psychologicznej, ewangelii baptystów, świadectwa metodystów i solidnej dawki holenderskiego kalwinizmu reformowanego”.

Naturalne jest również, że Peale utrzymuje przyjazne stosunki z mormonami, grupami Chrześcijańskiej Nauki i innymi sektami. Na poglądy Peale’a w decydującym stopniu wpłynął pisarz Ralph Waldo Emerson (1803–1882), do którego pism Peale często się odwołuje: „Trzech mężczyzn wywarło decydujący wpływ na myślenie Amerykanów: Emerson, Thoreau i William James. Jeśli prześledzimy rozwój ducha amerykańskiego do dnia dzisiejszego, zauważymy, że na jego drodze prawdziwie pionierski duch, który nigdy nie daje się zastraszyć żadnym przeszkodom ani trudnościom, w znacznym stopniu kształtowała pozytywna filozofia tych trzech mężczyzn. Jedną z fundamentalnych zasad Emersona jest to, że duch ludzki może być napełniony mocą Bożą. William James podkreślał, że najsilniejszym czynnikiem w każdym przedsięwzięciu jest wiara w nie. Thoreau wiedział, że dzięki sile wyobraźni jesteśmy w stanie zachować w duchu żywy obraz stanu, do którego dążymy”.

W filozofii i teologii Emerson jest definiowany jako „transcendentalista”, który dostrzega „źródło boskości w wewnętrznym świecie człowieka”, dla którego wiara w boskość własnej natury stanowi centrum jego spojrzenia na życie. „Albowiem istota naszego ja, naszego bytu, jest boska. Znajdujemy w sobie byt, moc Boga, z której musimy żyć i działać”.

W swoich książkach Emerson porusza tematy takie jak „wiara w siebie” i „superdusza”, które częściowo odnajdziemy ponownie w pismach Peale’a.

Filozofia Pila - prosta i jednoznaczna:

„Uwierz w siebie! Zaufaj swoim możliwościom! Wiara w siebie przynosi sukces.”

"Wierz we własne moce dane ci przez Boga."

„Ogromne znaczenie modlitwy tkwi w jej zdolności generowania twórczych idei. Wszystkie źródła i siły niezbędne do kształtowania udanego życia drzemią w naszym duchu”.

Wersety biblijne, które Peale i jego uczniowie zawsze cytują, aby udowodnić słuszność swoich poglądów, są następujące:

„Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy” (Mk 9,23)

„Według wiary waszej niech wam się stanie” (Mt 9,29),

„A dla was nic niemożliwego nie będzie” (Mt 17,20),

„Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4:13).

Robert Schuller i „myślenie możliwościowe”

Podczas gdy Napoleon Hill wprowadził „pozytywne myślenie” do kręgów świeckich, a zwłaszcza biznesowych, w swoim bestsellerze „Myśl i bogać się” (patrz rozdział „Wizualizacja”), Robert Schuller stał się tym, który szczególnie szeroko rozpowszechnił je wśród chrześcijan ewangelicznych. Schuller czerpał wiele z myśli Peale’a i najwyraźniej utrzymywał z nim szczególnie bliskie relacje, ponieważ Peale napisał przedmowę do książki Schullera „Jest rozwiązanie każdego problemu” i wygłosił przemówienie otwierające Kryształowy Kościół Schullera. Schuller (ur. 1926) jest uważany za jednego z najsłynniejszych teleewangelistów w Stanach Zjednoczonych. W 1969 roku Billy Graham zainspirował go i zmotywował do rozpoczęcia programu telewizyjnego „The Power Hour”, który, nawiasem mówiąc, jest emitowany w prawie 200 stacjach telewizyjnych i oglądany przez ponad 3 miliony widzów. 2 kwietnia 1989 roku w rocznicowej transmisji wystąpili ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych i czterech byłych prezydentów: Billy Graham, N.W. Peale i żona Martina Luthera Kinga Jr. Punktem kulminacyjnym transmisji był wywiad Schullera z Matką Teresą – „historyczne spotkanie”. Billy Graham zakończył swoje przemówienie pochwałami dla Schullera i jego „myślenia o możliwościach”, którego był orędownikiem:

„Bob, chciałem ci podziękować i powiedzieć: «Niech Bóg błogosławi ciebie, twoją rodzinę i personel, twoją kongregację i wszystkich, którzy cię wspierają. Życzę ci wielu, wielu lat służby w The Power Hour»” (Biuletyn CIB, maj 1989)

Kilka książek Schullera stało się bestsellerami, a niektóre z nich, nawiasem mówiąc, zostały opublikowane w języku niemieckim przez Esch, Ariston i Coprint. Schuller zasłynął również w świecie ekonomii dzięki swoim raportom na temat efektywnego zarządzania. Jego filozofia najwyraźniej zainspirowała niektóre firmy, takie jak Amway. Schuller studiował psychologię i teologię i zbudował słynną Kryształową Katedrę, inwestując w jej budowę ponad 20 milionów dolarów. Budowa została sfinansowana z darowizn i „sprzedaży” 11 000 okien z kościoła. 5 listopada 1961 roku kościół został otwarty kazaniem N.W. Peale'a. Pomimo dobrych relacji Schullera z tak prominentnymi postaciami ewangelikalnymi, jak Billy Graham, i pomimo faktu, że jego kościół jest celem wielu grup wspierających rozwój społeczności, konserwatywni chrześcijanie ewangeliczni odrzucają jego nauki jako urojeniowe. Stało się to szczególnie widoczne po tym, jak wysłał 250 000 bezpłatnych egzemplarzy swojej książki „Kochaj siebie: Nowa Reformacja” księżom, przywódcom kościelnym i innym osobom. Według Dave'a Hunta, fundusze na tę kampanię zostały przekazane przez prezesa Fundacji Napoleona Hilla.

Na pierwszy rzut oka książki Schullera, wydane po niemiecku, wydają się całkowicie ewangeliczne, ale kiedy czyta się, jak Schuller definiuje pojęcie „wiary”, zaczyna się rozumieć pełne niebezpieczeństwo jego pism: „Punktem wyjścia każdej wiary jest wspomniane ziarno, które padło na żyzną glebę. To idea, która pojawia się w głowie. Myśl złożona niczym jajko w ptasim gnieździe… Wierzę, że nic nie jest bardziej niebezpieczne dla cudu czynnej mocy wiary niż brak wiary w siebie. Wierz w swoją prośbę, w swoje upragnione marzenie. Ufaj swojej wierze, wątp tylko w swoje wątpliwości!”

Dla Schullera słowo „możliwość” to słowo „o ogromnej mocy”, jeden z kluczy do sukcesu. Słowo „niemożliwość” jest „nieprzyjemne, odpychające, wręcz obsceniczne”. Ma „destrukcyjny wpływ”, gdy jest wymawiane głośno.

Poniższe fragmenty jego książek dowodzą, że głosi on przesłanie, które zgodnie z humanizmem przywraca wartość ludzkości, a tym samym dewaluuje wartość Pana Jezusa, Jego zastępczego cierpienia i Jego śmierci na krzyżu. „Negatywne koncepcje”, takie jak „grzech”, „zagubienie”, „niegodność” i „wyrzeczenie się siebie”, nie mają miejsca w filozofii Schullera.

„Najcięższym grzechem jest myśl, która sprawia, że ​​mówię: »Nie jestem godzien. Nie mogę mieć prawa do adopcji przez Boga, skoro całe moje zło jest przed Tobą jawne«. Wątpię, aby ktokolwiek, kto kiedyś uważał się za »niegodnego grzesznika«, mógł szczerze przyjąć zbawczą łaskę Boga, którą Bóg ofiarowuje w Jezusie Chrystusie”.

„Jezus znał swoją wartość, a Jego sukces wzmocnił Jego poczucie własnej wartości. Niósł krzyż, aby uświęcić twoją pewność siebie. W takim samym stopniu krzyż uświęci ścieżkę ludzkiego „ja”.

„Jeśli Ewangelię Jezusa Chrystusa można głosić jako teologię poczucia własnej wartości, wyobraźcie sobie, jakie uzdrowienie społeczne mogłoby z tego wyniknąć!”

„W okresie Reformacji nasze zainteresowanie koncentrowało się na Piśmie Świętym jako jedynym nieomylnym przewodniku wiary i życia codziennego. Niech nowa Reformacja skieruje nasze zainteresowanie ku świętemu prawu każdego człowieka do poznania własnej wartości!”

Naszą wartością jest miłość własna – samoubóstwienie

Jeśli człowiek nie dostrzega już własnej niegodności, wielkości i wspaniałości Boga, lecz jest oczarowany własną wielkością i poczuciem własnej wartości, to nie jest mu bliższy krok od ubóstwiania i czczenia samego siebie. Kenneth Copeland wyraził to logicznie tymi słowami: „Nie masz w sobie jednego Boga. Nie, ty jesteś Bogiem!”.

Dokąd prowadzi takie błędne myślenie, wyraźnie pokazuje fragment kazania pastora Caseya Treata, który w obecności trzech i pół tysiąca słuchaczy w Christian Faith Center w Seattle (USA) powiedział: „Ojciec, Syn i Duch Święty odbyli krótką rozmowę i powiedzieli: «Stwórzmy ludzi, którzy będą naszą dokładną kopią»”. Nie wiem jak wy, ale mnie to zadziwia! Dokładna kopia Boga! Powiedzcie to na głos: Jestem dokładną kopią Boga! (Zgromadzenie powtarza słowa z lekkim wahaniem, w ramach eksperymentu.) No, śmiało, powiedzcie to jeszcze raz! (Prowadzi chór.) Jestem dokładną kopią Boga! I jeszcze raz! Jestem dokładną kopią Boga! (Zgromadzenie zaczyna stopniowo ożywać, wymawiając słowa coraz głośniej, śmielej i z większym entuzjazmem.) Wyraźcie to jako własną myśl! (W międzyczasie on już zaczął krzyczeć.) Jestem dokładną kopią Boga! Wykrzyczcie to śmiało! Wykrzyczcie to! (Ludzie krzyczą chórem.) Jestem odbiciem Boga jak wypluj! (powtarza)... Kiedy Bóg patrzy w lustro, widzi mnie! Kiedy ja patrzę w lustro, widzę Boga! O, alleluja! Wiecie, czasami ludzie mówią do mnie, kiedy mają zły humor i chcą się mnie czepiać, „Ale ty myślisz, że jesteś jakimś małym Panem Bogiem!” Tak, dziękuję! Alleluja! Dobrze słyszałeś! Mówią: „Za kogo ty się uważasz? Za Jezusa, może?!” Tak, proszę pana! Słyszysz? A dlaczego nie? Dokładnie to powiedział mi Bóg! ...A kiedy będę odbiciem Boga, będę się zachowywał jak Bóg!”

Nowy wiek?

Oczywiście, filozofia „pozytywnego myślenia” i „myślenia o możliwościach” nie może współistnieć z „negatywnymi” proroctwami Biblii dotyczącymi czasów ostatecznych. A raczej, nie wszyscy kaznodzieje „pozytywnego myślenia” zaprzeczają powtórnemu przyjściu Jezusa, który miał porwać Jego Kościół, ale rośnie liczba tych, którzy marzą o nadchodzącym już Królestwie Bożego Pokoju. Głoszą to i czują się jak u siebie w towarzystwie filozofów „New Age”. Idea, że ​​Tysiąclecie poprzedza odstępstwo i „czas ucisku” wraz z wszystkimi sądami nad chrześcijaństwem i Antychrystem, jest definiowana jako „eschatologia najciemniejszego rodzaju”. Dlatego też, wielebny Robert Tilton (Centrum Słowa Wiary, Dallas, USA), który dzięki łączności satelitarnej jednoczy w swoim centrum ponad 1400 odległych kongregacji, mówi:

„Widziałem to tak wyraźnie, jak widzę teraz to zgromadzenie przede mną, i widziałem to nie w Tysiącleciu, ale tutaj teraz… Jesteśmy potężną grupą i wejdziemy prosto do Królestwa Bożego bez choćby jednego utykania… Kiedy Bóg wyzwolił dzieci Izraela, były one obciążone srebrem i złotem… Dał nam moc, abyśmy sami się wzbogacili i widzimy, że to się dzieje teraz… Mówię wam, żyjemy w najwspanialszych czasach, jakie Kościół kiedykolwiek znał… Mówię wam, podbijemy to miasto, ten naród i cały świat Dobrą Nowiną… o Jezusie Chrystusie!”

Pastor i pisarz Earl Polk wyraził to jeszcze jaśniej:

„Kiedy po raz pierwszy zaczęliśmy mówić o Kościele… po prostu stojąc, wpatrując się (głupio) w niebo i czekając na jakąś spektakularną ucieczkę z tej ziemi, niektórzy początkowo krzyczeli: «Herezja!» Ale… Słowo Boże dowodzi, że ta ziemia należy do Pana i że panowanie nad nią to pierwsze zadanie, z którym Kościół musi się zmierzyć… Odłóżmy tradycje na bok i posłuchajmy, co Duch Boży chce powiedzieć dzisiejszym kościołom… Nie oczekujcie zbawienia przez jakieś «porwanie»! Jeśli chcecie sprowadzić Chrystusa z powrotem na ziemię, możecie to zrobić sami… TAK, MOŻEMY TO ZROBIĆ! Poświęćcie czas i napiszcie do nas. Bóg mobilizuje swoją armię”.

Po przeanalizowaniu teorii tych postaci, można dojść do wniosku, że „pozytywne myślenie” stanowi podstawę późniejszych teorii, takich jak „wizualizacja”, „moc słowa mówionego” i „Ewangelia dobrobytu”. Chociaż postacie takie jak Yonggi Cho i R. Bonnke w dużej mierze czerpały z myśli Roberta Schullera i z nim współpracowały, Schuller był prelegentem na konferencji „Ogień” w Harare i napisał przedmowę do książki Y. Cho „Czwarty wymiar” (wydanie amerykańskie). Wiele zborów zielonoświątkowych w Stanach Zjednoczonych wyraźnie zdystansowało się od tej nauki. Na przykład kaznodzieja zielonoświątkowy David Wilkerson pisze: „Istnieje pewien zły wiatr… który wieje do Domu Bożego i zwodzi wielu wybranych… Książka Napoleona Hilla „Pozytywne myślenie i bogacenie się” zawiera fałszerstwo Pisma Świętego. Ta wypaczona ewangelia próbuje uczynić z ludzi bogów. Ludziom mówi się: „Twój los leży w mocy twoich myśli… Sukces, szczęście, doskonałe zdrowie – wszystko to należy do ciebie, jeśli tylko zechcesz kreatywnie wykorzystać swoje myśli…”. To musi zostać wyjaśnione raz na zawsze. Bóg nie odda władzy naszym myślom, niezależnie od tego, czy są negatywne, czy pozytywne. Musimy dążyć jedynie do sposobu myślenia Jezusa. Jego myśli nie są materialistyczne; nie koncentrują się na sukcesie ani bogactwie. Sposób myślenia Jezusa koncentruje się wyłącznie na uwielbieniu Boga i posłuszeństwie Jego Słowu. Żadne inne nauczanie nie poświęca tak mało uwagi krzyżowi i zepsuciu ludzkiego ducha, jak to. To nauczanie o pozytywnym myśleniu milczy o złu: „Nasza stara ludzka natura, zniszczona przez grzech”. Odwraca wzrok chrześcijan od Chrystusa, od wiecznego zbawienia, a skupia się wyłącznie na ziemskich błogosławieństwach. Wy, święci Boży, uciekajcie od takich myśli!

Co mówi Biblia?

Chociaż wyznawcy „pozytywnego myślenia” określają Biblię jako najważniejszą księgę o „pozytywnym duchowym panowaniu nad sobą”, każdy czytelnik Biblii wie, że słowo „pozytywny” nie pojawia się w Biblii. Schuller nazywa Jezusa „największym ze wszystkich, który zachęcał do pozytywnego myślenia i pozytywnego życia”. Jednak każdy, kto czytał Ewangelie, może zaświadczyć, że Jezus Chrystus wypowiedział co najmniej tyle samo „negatywnych” słów napomnienia, ostrzeżenia i upomnienia, co „pozytywnych” słów zachęty, pocieszenia i obietnicy. Dlatego Nowy Testament nazywa Go nie „pozytywnym”, lecz „Wiernym i Prawdziwym” (Ap 19,11). Z tego powodu poniższe napomnienie znajdujemy w Biblii, zaczynając nie od słowa „pozytywny”, lecz od słowa „prawdziwy”. - „Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie, co jest cnotą i godne pochwały” (Flp 4,8).

Paweł nawoływał Tymoteusza: „Upominaj, strofuj, napominaj – z całą cierpliwością i nauką” (2 Tm 4,2; 1 Tm 5,20). Wiele innych fragmentów Pisma Świętego wzywa nas do badania, upominania i pouczania. Nie oznacza to, że powinniśmy przyjmować „negatywną” postawę wobec bliźnich, ale nasza postawa wobec nich powinna być przepełniona miłością, która „nie raduje się z niesprawiedliwości, lecz raduje się z prawdy” (1 Kor 13,6) i ukazuje charakterystyczne cechy miłości Bożej opisane w tym rozdziale.

Wiara w siebie

Niezliczone apele N.V. Peale’a i R. Schullera o wzmocnienie wiary w siebie i zaufania do siebie pokazują, że ci przywódcy ignorują fundamentalne prawdy biblijne. Biblia nie naucza, że ​​człowiek jest „piękny”, „dobry” czy „boski” ani że posiada cokolwiek innego, na czym można polegać. „Wszyscy zbłądzili, razem stali się nieużyteczni; nie ma nikogo, kto by dobrze czynił, nie ma ani jednego” (Rz 3,12).

To właśnie to, co R. Schuller nazywa „upadkiem Kościoła”, jest pierwszym warunkiem zbawienia: człowiek musi przyznać, że jako grzesznik jest niegodny i niezdolny do uczynienia czegokolwiek, co mogłoby się podobać Bogu.

Sąd biblijny nad człowiekiem jest następujący:

- słaby, czyli bezsilny (Rz 5,6),

- bezbożny, czyli bezbożny (Rz 5:6),

- grzesznik (Rz 5,8),

- wrogiem Boga (Rz 5,10),

- martwi „w występkach i grzechach” (Ef. 2:1).

Dopiero gdy człowiek przychodzi do Boga ze spowiedzią: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i wobec ciebie i już nie jestem godzien nazywać się twoim synem” (Łk 15,18), pojawia się pierwszy warunek usprawiedliwienia tej osoby przez Boga. Według Schullera, przyznając się do tego, człowiek popełnia najcięższy grzech.

Kochasz siebie?

Jezus wypowiedział się na ten temat tak jasno, że można jedynie podziwiać poparcie dla „miłości własnej” w wykładach i książkach, które wywracają jednoznaczne słowa Jezusa do góry nogami. Ponieważ istnieje obecnie kilka książek o tematyce biblijnej na ten temat, chciałbym ograniczyć się do zestawienia słów Schullera ze słowami naszego Pana.

Robert Schuller: „Miłość do siebie jest szczytem poczucia własnej wartości. To budujące poczucie szacunku do siebie… niezachwiana wiara w siebie, szczere przekonanie o własnej wartości. Wynika z samopoznania, samodyscypliny, samoprzebaczenia i samoakceptacji. Daje zaufanie do siebie i wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa, które przynosi głęboki spokój”.

Jezus Chrystus: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie krzyż swój i naśladuje Mnie” (Mk 8,34). „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i własnego życia, nie może być moim uczniem. I kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26-27). „Kto kocha swoje życie, straci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12,25).

Wierzysz w siebie?

Wielu sprzeciwia się niemal nieuniknionej konieczności zajęcia jednoznacznego stanowiska w tej tezie myślicieli „pozytywnych”. Gdyby istniał choć jeden powód do pewności siebie lub wiary w siebie, nie potrzebowalibyśmy Zbawiciela i Wybawiciela, który mówi do nas: „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz gniew Boży ciąży na nim” (J 3,36). „Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie pójdzie na sąd, lecz przeszedł ze śmierci do życia” (J 5,24). „Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne” (J 6,47).

Psalmy pełne są modlitw Dawida i innych ludzi, świadczących o tym, że ufali oni Bogu, gdyż nie pokładali zbytniego zaufania ani w sobie, ani w innych ludziach: „Tylko w Bogu pokłada ufność moja dusza, od Niego pochodzi moje zbawienie. Tylko On jest moją skałą, moim zbawieniem i moją twierdzą; nie zachwieję się już więcej” (Psalm 62:2-3). „Lepiej zaufać Panu niż człowiekowi” (Psalm 118:8). „Panie Zastępów, szczęśliwy człowiek, który ufa Tobie” (Psalm 84:13).

A gdybyśmy mieli jakiekolwiek podstawy, by polegać na sobie, musielibyśmy zaprzestać wszelkiej ewangelizacji i zamiast tego szkolić psychologów, aby wzmocnić w ludziach pewność siebie. Od wieków chrześcijanie głoszą biblijne przesłanie w całej jego jasności: grzesznik może zostać zbawiony tylko wtedy, gdy porzuci poleganie na własnych siłach, gdy jest przekonany, że jest całkowicie zgubiony. Czy Paweł był psychopatą, utożsamiającym się z największym grzesznikiem? „Prawdziwa to mowa i godna całkowitego uznania: Chrystus Jezus przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy” (1 Tm 1,15).

Czyż Marcin Luter nie był u szczytu swoich duchowych możliwości, gdy nazwał siebie „nędznym workiem robaków” i wyraził w swoich pieśniach własną niemoc i potrzebę odkupienia? Czy ludzie tacy jak John Bunyan, John i Charles Wesleyowie, George Whitefield, John Newton, Charles Spurgeon i wielu innych mylili się, opisując w swoich kazaniach, pieśniach i książkach bezcenną chwilę, w której niepojęta łaska Boża wybawiła ich z bagna zagłady?

Czy Søren Kierkegaard miał fałszywe wyobrażenie o sobie, gdy jako młody student załamał się pod ciężarem swoich grzechów, odnalazł łaskę Bożą w wierze, a później napisał: „Przede wszystkim jest coś, czego nie wiesz, ale co musisz przyjąć do wiadomości: «Urodziłeś się w grzechu, a zatem w przestępstwie. Od urodzenia jesteś grzesznikiem, pod władzą diabła. Jeśli pozostaniesz w tym stanie, piekło jest dla ciebie pewne. Bóg w swojej nieskończonej miłości podjął jeden krok dla twojego zbawienia – pozwolił swojemu Synowi narodzić się, cierpieć i umrzeć. Uwierz w to – otrzymasz wieczne błogosławieństwo. Ta dobra nowina jest ci głoszona»”.

Słowo Boże jest jasne wobec człowieka, który ufa sobie: „Kto ufa sobie, jest głupi” (Prz. 28:26).

Czy jesteśmy „małymi bogami”?

To stwierdzenie zniekształca biblijną prawdę do tego stopnia, że ​​nie sposób jej rozpoznać. Biblia naucza, że ​​jesteśmy stworzeniami Bożymi, które z powodu grzechu znajdują się pod władzą diabła i nie mają żadnego związku z Bogiem: „Dlatego powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Jeśli bowiem nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach swoich” (J 8,24). „Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądliwości ojca waszego” (J 8,44).

Ci, którzy uznają, że są zgubieni, wyznają swoje grzechy i wierzą w Jezusa Chrystusa jako swojego Orędownika i Pana, mają prawo do następujących obietnic:

- są dziećmi Bożymi (J 1,12; 1 J 3,1),

- są „narodzeni z Boga” (1 Jana 3:2),

- mają „życie wieczne” (1 Jana 3:16),

- otrzymali „Ducha przybrania za synów” (Rz 8,15),

- są „dziedzicami Boga i współdziedzicami Chrystusa” (Rz 8,17),

- „oczekują przybrania za synów, odkupienia ciała” (Rz 8,23).

Wśród cudownych obietnic, które otrzymujemy, nie ma ani jednej, która sugerowałaby, że sami jesteśmy „małymi bogami” lub „Bogiem” i posiadamy moce twórcze. Czytamy o „synu zatracenia”, „człowieku grzechu”, który w Listach Jana jest nazywany „antychrystem”, a mianowicie o kimś, kto „wynosi się ponad wszystko, co nazywa się Bogiem lub jest przedmiotem czci, tak że zasiądzie w świątyni Bożej jako Bóg, dowodząc, że sam jest Bogiem” (2 Tes 2,4).

Zdumiewające jest, że odwieczne kłamstwo Szatana: „Będziecie jak bogowie” (Rdz 3,5), jest jednak artykułem wiary nie tylko dla hinduistów, mormonów i wyznawców filozofii New Age, ale także dla tych, którzy wyznają Chrystusa. Apostoł Paweł, który w swoich listach jasno pokazał, z jakiej otchłani Bóg nas wybawił i na jakie wyżyny nas wyniósł swoją łaską, wypowiedział słowa, które każdy grzesznik, któremu przebaczono, może powtarzać z wdzięcznością: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar” (Ef 2,8). „Ale niech mnie Bóg nie chlubi, z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Gal 6,14).

Wnioski

1. Źródła „pozytywnego myślenia” i „myślenia o możliwościach” nie znajdują się w Biblii, lecz w filozofii humanistycznej i psychologii.

2. Te nauki i praktyki zaprzeczają całkowitemu zepsuciu natury ludzkiej. Pomimo religijnego charakteru, skłaniają ludzi do polegania na własnej sile, a nie na Bogu, tym samym obalając biblijne rozumienie wiary.

3. „Myślenie pozytywne” i „myślenie o możliwościach” nie mają na celu wychwalania Boga, lecz zwiększenie poczucia własnej wartości ludzkiego „ja”.

11. Wizualizacja

Nauczanie i praktykowanie teorii wizualizacji są pod wieloma względami powiązane z teoriami „pozytywnego myślenia”, „myślenia o możliwościach”, „uzdrawiania poprzez pamięć” i „uzdrawiania wewnętrznego”. N.V. Peale, jeden z najsłynniejszych zwolenników „pozytywnego myślenia”, wyjaśnił, że wizualizacja jest dalszym rozwinięciem „pozytywnego myślenia”. Inne terminy używane do opisania „wizualizacji” to „pozytywne obrazy”, „pozytywna fantazja” oraz „sny i wizje”.

Aby uniknąć nieporozumień, należy zaznaczyć, że nie każdy, kto używa terminu „wizja”, jest koniecznie zwolennikiem „wizualizacji”. Każdy z nas ma określone cele i poglądy życiowe, które czasami można zdefiniować słowem „wizja”. Każdy, kto chce coś zbudować lub stworzyć, musi najpierw mieć mentalny obraz tego, co następnie wcieli w życie. Bogata fantazja i wyobraźnia nie są niczym złym; są dobre i korzystne dla zdrowego rozwoju umysłowego. Wielu z nas, z własnego doświadczenia rodzicielskiego, może potwierdzić, że nasze dzieci miały okres, w którym szczególnie fantazjowały i bawiły się w świecie fantazji. Niebezpieczeństwo jednak polega (i to jest tematem tego rozdziału), że obecnie psychologowie, trenerzy motywacyjni, a niestety także wielu charyzmatyków naucza, że ​​nasza fantazja lub intensywna wyobraźnia może wpływać na rzeczywistość, zmieniać ją, a nawet tworzyć. Wizualizacja, o której teraz mówimy, to starożytna praktyka okultystyczna stosowana przez magów i uzdrowicieli od tysiącleci. Tworzą w swojej wyobraźni intensywne obrazy lub wizje, które następnie kierują ku innym jako błogosławieństwo lub przekleństwo, aby ich uzdrowić lub wzbogacić, bądź też aby sprowadzić przekleństwo w postaci choroby, ubóstwa lub śmierci.

Wiodący okultyści podają następującą definicję wizualizacji: „Egipscy czciciele Hermesa, którzy wierzyli, że wszystko jest tylko duchem, wierzyli, że można wyleczyć się z choroby, wyobrażając sobie, że jest się całkowicie zdrowym. Indianie Navajo, lecząc pacjentów, stosują rozwiniętą technikę bardzo specyficznych wizualizacji, w których uczestniczy wiele osób. Taki rytuał pomaga pacjentowi zobaczyć siebie zdrowym… Paracelsus, szwajcarski alchemik i lekarz XVI wieku, wierzył, że „moc fantazji jest ważnym czynnikiem w medycynie. Może ona powodować choroby i może je leczyć”. Pod koniec XIX wieku Mary Baker Eddy stworzyła naukę – „Naukę Chrześcijańską”… która opierała się na idei, że… choroba jest z natury wytworem ludzkiego ducha… „Źródło wszystkich chorób leży w sferze duchowej… Każda choroba jest leczona przez ducha”.

Wizualizacja w psychologii

Dave Hunt w swoich wpływowych książkach The Seduction of Christianity i The Return to Biblical Christianity dowodzi, że psychoanalityk C. G. Jung odegrał szczególną rolę w upowszechnieniu starożytnych nauk i metod okultystycznych w nowej, naukowej oprawie, najpierw wśród psychologów, następnie wśród ludzi biznesu, a w końcu wśród chrześcijan. Pisze: „Psychologia «naukowo» przekształca okultyzm w «badanie wewnętrznego świata psychiki», oczyszcza go z demonów i rzeczywistego zła, pospiesznie wprowadzając do niego nowe definicje i czyniąc ze spirytualizmu rodzaj czysto psychicznego doświadczenia, które rzekomo ma być bardzo korzystne, a obecnie jest zalecane jako środek w różnych formach psychoterapii i autoafirmacji. Teorie C. G. Junga oferują pozornie naukowe wyjaśnienie okultyzmu, które w rzeczywistości jest jedynie jego etymologią, dzięki czemu osoby go praktykujące mogą być pewne, że nie mają do czynienia z istotami prawdziwie duchowymi, lecz nawiązują kontakt z archetypowymi obrazami w sferze nieświadomości zbiorowej. Pozwala to analitykom i zwolennikom Junga, pod szyldem psychologii, oddawać się magii wyjętej ze starożytności”.

Wizualizacja w życiu gospodarczym

W międzyczasie te teorie rozprzestrzeniły się również w Niemczech poprzez różnorodne kursy motywacyjne i seminaria dla menedżerów, przedsiębiorców i liderów ekonomicznych. Amerykański bestseller Napoleona Hilla „Myśl i bogać się” został przetłumaczony i rozpowszechniony w Niemczech. Hill przyznaje, że z każdym problemem zwraca się do swoich nieżyjących już „niewidzialnych doradców” – Emersona, Paine’a, Edisona, Darwina, Lincolna, Burbanka, Napoleona, Forda i Carnegiego – którzy pomogli mu pokonać liczne trudności. Wielu biznesmenów przyjęło radę Hilla: „Twoja pewność siebie i wiara w siebie to najpewniejszy fundament dobrego życia… Zdrowe poczucie własnej wartości sprawi, że będziesz wrażliwy na wpływy z obszarów poza zasięgiem naszych pięciu zmysłów… Niewidzialne, ciche siły nieustannie na nas wpływają… to niewidzialni obserwatorzy… Mogę rozwinąć wiarę, która ogromnie pomnoży moje moce… Zawsze wiem, że jestem panem swojego życia”.

Wizualizacja wśród chrześcijan ewangelicznych

Jak te okultystyczne nauki trafiły w ręce ewangelicznych chrześcijan? W Stanach Zjednoczonych stało się to przede wszystkim dzięki Agnes Sanford i Mortonowi Kelseyowi (oboje byli uczniami C.G. Junga), którzy rozpowszechniali te idee za pośrednictwem licznych książek i wykładów seminaryjnych. Wśród ich uczniów znaleźli się Francis McNutt, John i Paula Sanford, Larry Christenson, Richard Foster, William Weswig, John Wimber i wielu innych. W Niemczech książka Agnes Sanford „Healing Light” została wydana przez ekumeniczne wydawnictwo dr. R.F. Edela. Przedmowę napisał Larry Christenson. Nic dziwnego, że były pastor baptystów Walhard Becker wystawił tej książce bardzo przychylną rekomendację. Zaskakujące jest to, że Rudolf Seiss i sam Werner de Boor, choć z pewnymi zastrzeżeniami, odważyli się wyrazić o niej ciepłe słowa. Zostały one opublikowane w drugiej części książki jako dyskusja. W tej książce Agnes Sanford przedstawia się jako zdeklarowana panteistka, sugerując wykorzystanie autosugestii: „Wszystkie te przygotowania do modlitwy można bezpiecznie zrealizować dzięki wykorzystaniu twórczych praw autosugestii, ponieważ pochodzą one z ręki Boga i są w Jego ręku”. Wierzy w obecność Jezusa we „Mszy Świętej” (Wieczerzy Pańskiej), poprzez którą życie Jezusa i uzdrowienie przekazywane są ciału. Oto kilka krótkich cytatów z jej książki, które ujawniają istotę panteistyczno-mistycznych, okultystycznych idei autorki:

„Na przykład, miałem kiedyś okazję rozmawiać w szpitalu wojskowym z człowiekiem, który był całkowicie zniechęcony… Próbowałem mu opowiedzieć o życiu, które mogłoby przywrócić mu złamany kręgosłup: «Ale lekarze powiedzieli ci, że natura cię uzdrowi» – powiedziałem mu. – «A czym jest natura? Czyż nie jest ona w swej istocie życiem Boga w tobie?» «Być może» – mruknął z wielkim zwątpieniem. Próbowałem mu wytłumaczyć, że istnieje rodzaj duchowej transfuzji krwi, która mogłaby mieć dobroczynny wpływ na stan jego ciała. «Ale to jest sprzeczne z moją religią» – zaprotestował. «Jestem rzymskim katolikiem». – «Nie, to w żaden sposób nie jest sprzeczne z twoją wiarą» – odpowiedziałem. – «Co więcej, właśnie tego naucza twój Kościół. Czy nie mówi, że nasz Pan wkłada swoje prawdziwe życie w sakrament Komunii Świętej?» – «Och, dlaczego nie!» – powiedział, a jego oczy rozbłysły. – «No cóż, skoro On jest obecny w Eucharystii ze swoim ciałem i krwią, to czyż nie są w niej również Jego kości?» Czy to nie mogłoby mieć również wpływu na twój kręgosłup? – Och, tak, oczywiście! Nigdy o tym nie myślałam. – W takim razie pomodlę się za ciebie, żebyś mogła to tak postrzegać. I poproszę moje przyjaciółki, pielęgniarki, żeby modliły się za ciebie każdego ranka podczas Mszy Świętej. Obecność Jezusa podczas Mszy Świętej wleje nowe życie w twój kręgosłup poprzez modlitwę. Poczekaj, a poczujesz to.

Żydowski żołnierz przebywał w tym samym szpitalu. Rozpaczliwie potrzebował kogoś, kto wzmocniłby jego uzdrawiające moce, ale ten człowiek nie znał Pana. Powiedziałem mu po prostu, że natura w nim jest częścią natury całego świata. Dałem mu proste instrukcje, jak poprzez codzienne zanurzanie się w Bogu może otrzymać wzrost swojej witalności z zewnątrz. Pokazałem katolikowi, jak może zostać uzdrowiony przez Komunię Świętą, i wskazałem Żydowi możliwość oddziaływania na ciało duchem. Obaj bardzo szybko wyzdrowieli. Jednak sama droga do zrozumienia Boga, która była odpowiednia dla jednego, nie była odpowiednia dla drugiego.

„Wyobraź sobie w myślach obraz swojego zdrowego ciała. Pomyśl szczególnie intensywnie o tej części ciała, która najbardziej potrzebuje uzdrowienia. Postaraj się wyobrazić ją zdrową i doskonałą, wypełnioną Bożym Światłem. Podziękuj, że już tak się staje. (Mk 11,22-24; 9,23)

„On (Jezus) nie tylko przywrócił pierwotną więź z Bogiem, oddając Swoją Krew, ale jeszcze ściślej zjednoczył Boga ze światem. Jego ciało nie pozostało na ziemi. Z materialnego, Jego ciało przekształciło się w duchowe, komórka po komórce odnawiane i oczyszczane. Ale Jego Krew – ta tajemnicza, żywotna substancja ciała, która w cudowny sposób zawiera w tobie twoją prawdziwą esencję i osobowość – pozostawił na ziemi. Krew ta została pozostawiona naszemu światu jako boski zadatek i nasienie w postaci plazmy, jednocześnie niesiona przez niebiańskie wiatry do każdego miejsca pod słońcem. Ma ona duchową moc rozładowania, niczym reakcja łańcuchowa atomu, przy czym każda eksplozja wyzwala całą serię kolejnych, w coraz większej pełni, i tak bez końca”.

W ostatnich latach Yonggi Cho wniósł szczególnie znaczący wkład w upowszechnianie tej nauki w Niemczech dzięki swoim wykładom i książkom na temat „czwartego wymiaru” oraz „wizji i snów”. Ze względu na jego wiodącą rolę w ruchu wzrostu kongregacji, teologowie ewangeliczni polecają jego książki. Jego nauki i praktyki zostały już omówione w tej książce. Co ciekawe, Cho czerpie swoją wiedzę nie z Biblii, lecz rzekomo poprzez szczególne „objawienie Boga”. Dopiero wtedy szuka dowodów na swoje teorie w Biblii.

Chciałbym skupić się na jednym z jego ulubionych przykładów, ponieważ szczególnie ilustruje on, jak Yonggi Cho i inni nauczyciele wizualizacji nasycają biblijną koncepcję wiary głęboko niebiblijną treścią. Cho wyjaśnia, jak Bóg powołał Abrahama do liczenia gwiazd i powiedział mu, że jego dziedzictwo będzie równie liczne. Następnie opisuje reakcję Abrahama: „Emocje Abrahama wezbrały i wkrótce łzy zaczęły płynąć z jego oczu. Jego wzrok całkowicie się zamglił. Kiedy Abraham ponownie uniósł go ku gwiazdom, wszystko, co widział, wypełniły twarze jego dzieci… Nie mógł zasnąć; za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział przed sobą gwiazdy. Wszystkie przemieniały się w twarze jego potomków, wołając raz po raz: „Ojcze Abrahamie!”. Jego myśli nieustannie znajdowały się pod wpływem tych obrazów, które stały się jego własnymi snami i obrazami. Jednocześnie stały się one częścią jego „czwartego wymiaru” w języku duchowych wizji i snów jego starego, stuletniego ciała, tak że wkrótce samo ciało przeobraziło się w rodzaj młodego ciała… Co sprawiło, że Abraham tak bardzo się zmienił? To Duch Święty, który wyzwolił rzeczywistość czwartego wymiaru mocą Boga. Tak więc jeden sen i jedna wizja były w stanie wywołać takie zmiany w Abrahamie. Nie tylko w jego myślach, ale również w jego ciele”.

Z rozumowania I. Cho jasno wynika, że ​​nie postrzega już „wiary” jako zaufania Bogu i Jego obietnicom, ale jako „moc czwartego wymiaru”, którą rozwija w sobie poprzez wizualizację, aby coś stworzyć, wpłynąć lub zmienić: „Moja kongregacja tak bardzo się rozrosła nie dlatego, że jestem najzdolniejszym pastorem na świecie! Nie! Jej liczba członków wzrosła do 275 000 osób, ponieważ postępowałem zgodnie z abrahamową zasadą obecności. Widzę, że w 1984 roku liczba członków mojej kongregacji wzrośnie do pół miliona. Mogę ich policzyć. A w 1985 roku przewiduję, jak nasz program telewizyjny będzie nadawany w całej Korei i Japonii, a nasze programy w języku angielskim będą nadawane widzom w USA i Kanadzie. Widzę to! Mapy geograficzne wiszą w moim biurze i mam jasną wizję stacji telewizyjnych nadających ten program. Dzięki wizjom i snom możemy usunąć mur ograniczeń i sięgnąć do wszechświata… Jeśli nie masz wizji, nie jesteś… Osoba kreatywna... Wizje i sny są językiem czwartego wymiaru, ponieważ Duch Święty komunikuje się z nami za ich pośrednictwem. Tylko poprzez wizję lub sen możesz wyobrazić sobie, jak możesz zbudować wielki kościół... Poprzez wizje i sny możesz rozwijać swoją przyszłość i dojrzewać duchowo.

Y. Cho pisze nawet, że jogini i buddyści wykorzystują te same moce czwartego wymiaru, ale próbuje interpretować te moce i zdolności na swój własny sposób i przedstawiać je ludowi Bożemu jako dar od Boga. Oczywiście Y. Cho nie ma złych intencji, ale to nie zmienia faktu, że w rzeczywistości odgrywa on ważną rolę w szerzeniu praktyk okultystycznych w chrześcijańskim wydaniu. Jego sukces w rozwoju społeczności i jego trafne poglądy na pewne inne kwestie nie powinny przesłaniać nam tego niezwykle poważnego faktu. Ponieważ nauki Yonggi Cho podważają wiarę biblijną, sam powinien zostać nazwany fałszywym nauczycielem.

Co Biblia mówi o wierze Abrahama?

W Liście do Rzymian apostoł Paweł jasno opisuje wiarę Abrahama: „…w Boga, któremu uwierzył, który ożywia umarłych i powołuje to, co nie istnieje, do istnienia. Wbrew nadziei, w nadziei uwierzył, że stał się ojcem wielu narodów, zgodnie z tym, co było powiedziane: «Takie będzie twoje potomstwo». I nie zachwiał się w wierze, i nie uznał swojego ciała za obumarłe, mając około stu lat, ani obumarcia łona Sary. Nie zachwiał się z niedowiarstwa w obietnicę Bożą, ale był mocny w wierze, oddając chwałę Bogu i będąc w pełni przekonany, że to, co On obiecał, ma moc wypełnić” (Rz 4,17-21).

Ten fragment biblijny jasno definiuje, co Słowo Boże rozumie przez wiarę: całkowite zaufanie obietnicom Bożym; Bóg obiecał, a ponieważ nie może kłamać, będzie wierny Swojemu Słowu i dotrzyma go, nawet jeśli przekracza ono nasze pojmowanie. Hudson Taylor doszedł do zrozumienia pewnej duchowej rzeczywistości, mówiąc: „Nie potrzebujemy wielkiej wiary, lecz wiary w wielkość Boga!”. Biblijna wiara nie jest siłą, którą w sobie zaszczepiamy lub którą rozwijamy w sobie, aktywując ją poprzez wizualizację i wyznawanie; jest niezachwianą wiarą w wierność Boga i Jego obietnicę. „Przez wiarę również sama Sara (będąc niepłodna) otrzymała moc poczęcia i poczęcia ponad swój wiek, bo uznała za wiernego Tego, który obiecał” (Hbr 11,11).

Dlatego mężczyźni i kobiety wiary zawsze byli ludźmi modlitwy, blisko związani z Bogiem. Ileż trudności i depresji narasta wśród braci i sióstr w kręgach charyzmatycznych, gdy słyszy się, że brakuje im wiary i dlatego pozostają chorzy i biedni. Zaczynają gorączkowo próbować „wzmocnić swoją wiarę!”. Jakież wyzwolenie płynie ze zrozumienia, czym jest biblijna wiara!

„Wyobrażanie sobie obrazu” Jezusa

Podobnie, wszelkie „widzenie obrazu” Jezusa w celu „wewnętrznego uzdrowienia” powinno zostać odrzucone. Biblia oferuje potężne narzędzia do radzenia sobie z duchowymi ranami. Nie znajdziemy jednak ani jednej wskazówki, że powinniśmy wizualizować Jezusa i podróżować z Nim przez nasze przeszłe życia, aby uleczyć rany emocjonalne, jak zalecają Dennis i Rita Bennett, F. McNutt, Ruth Stapleton-Carter, Richard Forster i wielu innych kaznodziejów. Wielkie niebezpieczeństwo tkwi w wyruszaniu w podróż z „przewodnikiem duchowym” zamiast z Jezusem. Ojcowie jezuici, bracia Lynn i Francis McNutt, zalecają wizualizację Maryi. Inni wizualizują wielkich świętych, hinduskich guru, a znany autor Morton T. Kelsey wizualizował nawet swoją zmarłą matkę: „Dzięki wstawiennictwu Junga w zakresie aktywnej fantazji i jego rozumieniu zmarłych, którzy naprawdę żyją, mogłem doświadczyć tego szczególnego spotkania z moją (zmarłą) matką… Wszystko wydawało mi się takie prawdziwe”.

Tutaj staje się szczególnie oczywiste, jak niebezpieczną ścieżkę obrali nauczyciele „wewnętrznego uzdrowienia”. Należy potraktować poważnie przypomnienie A. V. Tozera: „W naszych czasach jest wśród nas całe mnóstwo fałszywych Chrystusów. John Owen ostrzegał ludzi już wtedy: »Macie tylko wyimaginowanego Chrystusa i jeśli zadowala was ten wyimaginowany Chrystus, to musicie zadowolić się wyimaginowanym zbawieniem duszy«”.

„Twórcza” moc słów mówionych

Jak już powiedzieliśmy, Kenneth Hagen, Kenneth Copeland, Yonggi Cho, R. Bonnke i inni nauczyciele Ruchu Słowa Wiary szczególnie bronią swojego przekonania, że ​​nie tylko nasza wyobraźnia, ale także nasze słowa są twórcze i możemy uwolnić „obecność Jezusa” za pomocą naszych słów.

Tak, a Biblia jasno stwierdza, że ​​nasz język jest w istocie potężną bronią: „Ale nikt nie potrafi okiełznać języka: to nieokiełznane zło, pełne zabójczej trucizny. Nim wielbimy Boga naszego, Ojca, i nim przeklinamy ludzi, stworzonych na podobieństwo Boże. Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Bracia moi, tak być nie powinno” (List św. Jakuba 3:8-10).

Słowami możemy szerzyć radość i zadawać ból. Możemy błogosławić i przeklinać, zachęcać i sprowadzać rozpacz. Ale nigdzie w Biblii nie ma mowy o tym, że nasze słowa mają moc twórczą. A jeśli I. Cho twierdzi, że „Bóg mu to powiedział”, to z pewnością nie jest to Bóg Biblii: „Wtedy Bóg powiedział mi to: 'Czujesz obecność Ducha Świętego w swoim kościele. Pulsującą, przenikającą obecność Ducha Bożego – ale nic się nie stanie. Ani jedna dusza nie zostanie zbawiona, ani jedna rozbita rodzina nie zostanie przywrócona, dopóki nie wypowiesz słowa. Nie błagaj bez przerwy o to, czego potrzebujesz. Daj mi słowa! Daj mi materiał, z którego mogę budować cudowne wydarzenia, tak jak czyniłem to przy stworzeniu świata. Mów! Powiedz: „Niech stanie się światłość!” Albo powiedz: „Niech stanie się firmament!”. Uświadomienie sobie tej prawdy stało się punktem zwrotnym w moim życiu”.

Jakże wielka jest arogancja związana z przekonaniem, że nasze słowa mogą skrywać twórczą moc! Zrozumiałe jest, że w religiach pogańskich istnieje „pogański lęk” przed mocą słowa uzdrowiciela. Tymczasem nic dziwnego, że podobny lęk można zaobserwować wśród niektórych chrześcijan, gdy jakiś „duchowy autorytet” prorokuje lub ostrzega w imieniu Pana.

Ale na jakiej podstawie biblijnej wnioskujemy, że Bóg zwraca uwagę na nasze słowa? Czy On, który podtrzymuje wszystko Słowem swojej mocy (Hbr 1,3), powinien zwracać uwagę na nasze słowa? Czy nie powinno być odwrotnie – czy to my powinniśmy zwracać uwagę na słowa Boga?

Poniższe stwierdzenia Cho mają niewielkie poparcie w Biblii: „Jezus jest związany z tym, co mówimy. W takim stopniu, w jakim potrafisz uwolnić moc Jezusa poprzez wypowiadane słowa, możesz również stworzyć obecność Chrystusa poprzez swoje słowa”.

Biblia naucza, że ​​obecność Jezusa jest obiecana tam, gdzie „dwaj albo trzej” zgromadzą się w Jego imieniu (Mt 18,20), ale nigdzie nie uzasadnia założenia, że ​​nasze słowa mogą uwolnić obecność Jezusa. Pan Jezus może być obecny nawet wtedy, gdy nie wypowiedziane jest ani jedno słowo. Jego moc ujawnia się przede wszystkim wtedy, gdy Jego Słowo jest czytane, słyszane „uchem serca”, rozumiane i przeżywane zgodnie z nim. Nie trzeba dodawać, że posłańcy są powołani do głoszenia „słów Bożych” (1 P 4,11). Oznacza to bycie ustami Boga, aby Bóg mógł mówić przez nas to, co pragnie powiedzieć w danym momencie. Tutaj mamy do czynienia z czymś przeciwnym – jesteśmy powołani przez Ducha Świętego do rozeznawania, co Bóg pragnie powiedzieć, i ubieramy tę wiedzę w nasze własne, często nieodpowiednie, słowa. Ale tylko w ten sposób nasi słuchacze mogą otrzymać błogosławieństwo. Prorocy Boga mogli przemawiać z pełnym autorytetem do ludu Bożego tylko wtedy, gdy Bóg wcześniej przemówił do nich w ciszy. Oto kilka przykładów:

Mojżesz: „Wtedy Pan zawołał Mojżesza i przemówił do niego z Namiotu Spotkania tymi słowami: Mów do synów izraelskich i powiedz im...” (Kpł 1,1-2; Lb 5,1; 5,11; 8,1; 15,1 itd.)

Samuel: „Samuel opowiedział ludowi wszystkie słowa Pana...” (1 Samuela 8:10)

Izajasz: „Głos powiedział: «Wołaj!» I rzekł: «Cóż mam krzyczeć? Wszelkie ciało jest trawą, a cały jego wdzięk jak kwiat polny...»” (Izajasz 40:6-7)

Jeremiasz: „...i będziesz mówił wszystko, co ci rozkażę” (Jer. 1:7). „Słowa twoje znalazły się i je spożyłem; a słowo twoje było dla mnie radością i weselem serca mego…” (Jer. 15:16)

Ezechiel: „I mów do nich moje słowa, czy będą słuchać, czy nie, bo są uparci. Ty zaś, synu człowieczy, posłuchaj tego, co ci powiem…” (Ez 2,7-8)

Na zakończenie jeszcze jedno proroctwo ze Słowa Bożego o fałszywych prorokach, którzy już wtedy zwracali większą uwagę na sny i wizje niż na Słowo Boże i stawiali własne słowa ponad Boże: „Tak mówi Pan Zastępów: Nie słuchajcie słów proroków, którzy wam prorokują. Zwodzą was, głoszą wyobrażenia własnego serca, a nie z ust Pana… Nie posłałem tych proroków, lecz oni biegli; nie przemawiałem do nich, lecz oni prorokowali. Gdyby stanęli w Mojej radzie, oznajmiliby Moje słowa Mojemu ludowi i odwróciliby go od jego złej drogi i od zła jego uczynków… Słyszałem, co mówią prorocy, którzy prorokują kłamstwa w Moim imieniu. Mówią: „Śniłem, śniłem”. Jak długo będzie to w sercu proroków, którzy prorokują kłamstwa, którzy prorokują oszustwo własnego serca? Czyż myślą, że Mój lud zapomni Moje imię? Swoimi słowami, które powtarzają, do drugiego, jak ich ojcowie zapomnieli Mojego imienia z powodu Baala? Prorok, który ma sen, niech go opowiada jak sen, Lecz ten, który ma Moje słowo, niech głosi Moje słowo wiernie. Jaka społeczność plew z czystym ziarnem? Mówi Pan. Czyż Moje słowo nie jest jak ogień, mówi Pan, I jak młot, który kruszy skałę? Dlatego oto Ja jestem przeciw prorokom, mówi Pan, Którzy kradną Moje słowa jeden drugiemu. Oto Ja jestem przeciw prorokom, mówi Pan, Którzy używają swego języka I mówią: „On to powiedział”. Oto Ja jestem przeciw prorokom kłamliwych snów, mówi Pan, Którzy je opowiadają I zwodzą Mój lud kłamstwami i podstępem, Gdy ich nie posłałem i im nie rozkazałem, I nic nie przynoszą temu ludowi, mówi Pan” (Jeremiasz 23:16, 21-22, 25-32).

Wnioski

1. Nauki o wizualizacji i mocy słów mówionych pochodzą z okultyzmu i nie mogą być poparte Biblią.

2. Nauki te interpretują biblijną koncepcję wiary na swój własny sposób, jako moc i zdolność, którą rozwijamy w sobie poprzez intensywną wyobraźnię. W rezultacie poleganie na obietnicach i wierności Boga staje się zbędne, a myślenie człowieka koncentruje się na nim samym i jego własnych mocach twórczych.

3. Nauka wizualizacji i „wewnętrznego uzdrawiania” prowadzi do tworzenia obrazu Boga lub Jezusa w fantazjach, co jest pogwałceniem drugiego przykazania Bożego.

4. Teoria i praktyka wizualizacji przeczą biblijnemu wymogowi patrzenia na Jezusa, wpatrywania się w Jego chwałę, która przemienia nas na Jego obraz (Hbr 12,1-2; 2 Kor 3,18). Te biblijne wymogi nie dotyczą wizualizacji, lecz skupionego, pełnego czci i modlitwy studium Słowa Bożego.

5. Doktryna o mocy słowa mówionego przecenia ludzkie słowa i deprecjonuje Słowo Boże, które jako jedyne ma moc stwórczą. Ostateczny sąd nad tymi fałszywymi prorokami zawarty jest w 23. rozdziale Księgi Jeremiasza.

12. Ewangelia i dobrobyt

Pomimo tego, że tematy „pieniędzy”, „bogactwa” i „majątku” są jasno i jednoznacznie przedstawione w Nowym Testamencie, zawsze znajdą się tacy, którzy próbują głosić „ewangelię dobrobytu”, czyniąc w ten sposób Dobrą Nowinę bardziej „atrakcyjną”. Nawet jeśli założymy, że ci kaznodzieje głoszą swoje nauki z dobrymi intencjami, to jednak wypaczają istotę Ewangelii i w wielu przypadkach budzą drwiny i pogardę wśród niechrześcijan.

Godność wiary chrześcijańskiej została szczególnie nadszarpnięta w ostatnich dekadach przez wystawny styl życia prominentnych chrześcijan ewangelicznych, częściowo finansowany z apeli o datki. Te duchowe postacie często wpadają w skandale finansowe, a ich niemoralne historie często sprawiają, że ich nazwiska stają się tematem sensacyjnych nagłówków w prasie świeckiej.

Jeśli się nad tym zastanowić, może wydawać się szczególnie dziwne, że w miejscu, gdzie tak wiele mówi się o napełnieniu Duchem, znakach i cudach, wizualizacji i mocy wiary, to właśnie tam (z nielicznymi wyjątkami) obserwuje się masowe błaganie o datki. Wydaje się, że pomimo pełni Ducha i nacisku na znaki i cuda, zaufanie Bogu w sprawach finansowych jest tu znikome. Apostolskie moce czynienia cudów są dziś bardzo pożądane, ale apostolski styl życia, jak się wydaje, nie cieszy się szczególną popularnością.

Leonhard Ravenhill nie jest tak naprawdę „antycharyzmatykiem”, ale ma rację, pisząc: „Chociaż na amerykańskich banknotach widnieje napis »In God We Trust«, kto tak naprawdę Mu ufa? Czy kaznodzieje radiowi i telewizyjni ufają, że zaspokoi ich potrzeby? Jeśli tak, to nie wołaliby Jego imienia przed cynicznym światem w swoich jęczących orgiach żebractwa. Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi na pytanie, które zadałem niektórym czołowym zielonoświątkowcom i charyzmatykom. Pytanie brzmi: »120 mężczyzn i kobiet w Wieczerniku w Jerozolimie wywróciło świat do góry nogami (bez wszystkich naszych wydawnictw, szkół biblijnych, mediów itd.). Teraz mamy tak zwane 5 milionów ludzi napełnionych Duchem Świętym i wiele milionów więcej z innych wyznań, ale dlaczego grzech jest większy w naszych zborach i w naszych krajach niż kiedykolwiek wcześniej? O co tu chodzi?

Oto kilka cytatów charyzmatyków na temat „Bogactwa i sukcesu”.

Kenneth Hagen: „Niektórzy zdają się uważać, że jeśli osoba wierząca w Boga żyje w ubóstwie, bez żadnych dóbr materialnych, jest to oznaką pokory i błogosławieństwa od Boga. Wierzą, że powinniśmy iść przez życie z dziurą w kapeluszu, znoszonymi butami i znoszonymi spodniami. I tylko w ten sposób możemy związać koniec z końcem. Ale Jezus tego nie powiedział… Błogosławieństwo Abrahama było potrójnym błogosławieństwem. Pierwszą obietnicą daną Abrahamowi było to, że Bóg go wzbogaci”.

Yonggi Cho: „Myślę, że wolą Boga jest, abyśmy cieszyli się duchowym, fizycznym i finansowym dobrobytem”.

R. McCauley: „Co do mnie, wiem, że Bóg dał mi przesłanie wiary dla tego ludu, a częścią tego przesłania jest biblijny dobrobyt. Niejednokrotnie prosiłem Pana: »Czy nie mogę pominąć tej części o dobrobycie i głosić tylko resztę?«. Ale Pan nakazał mi głosić wszystko i nauczać całego Słowa Bożego, a zwłaszcza tego, co Biblia mówi o dobrobycie. Nie sądzę, żeby Jezus był biedny… Pierwsi apostołowie prawdopodobnie też nie byli biedni…

Gloria Copeland: „Dajesz jednego dolara dla Ewangelii, a już posiadasz 100 dolarów. Dajesz 10 dolarów, a otrzymujesz 1000 dolarów w prezencie. Dajesz 1000 dolarów, a otrzymujesz 100 000 dolarów. Rozumiem, że sam potrafisz mnożyć, ale chcę ci to jeszcze raz jasno wyjaśnić… Podaruj samolot, a otrzymasz stokrotnie większą wartość niż ten samolot. Podaruj samochód, a otrzymasz więcej samochodów, niż będziesz potrzebował przez całe życie. Krótko mówiąc, to, co mówi Ewangelia Marka 10:30, to dobry biznes”.

Norman Vincent Peale: „Był czas, kiedy błędnie uważałem, że wiara i dobrobyt nie mogą iść w parze. Wierzyłem, że religia nie powinna mieszać się do spraw biznesowych, lecz powinna być ograniczona wyłącznie do kwestii moralnych, etycznych i społecznych. Ale już dawno zrozumiałem, że taki pogląd ogranicza moc Boga i rozwój człowieka”.

Uzasadnienie „biblijne”

Kiedy w ubiegłym roku odwiedziłem stoisko wydawnictwa publikującego książki ruchu Słowo Wiary na targach książki we Frankfurcie, odbyłem następującą rozmowę z pracownikiem wydawnictwa:

„Jeśli dobrze cię rozumiem, uważasz, że jeśli jeżdżę starym, zardzewiałym Volkswagenem, to znaczy, że nie czczę Boga, a jeśli jeżdżę luksusowym Mercedesem, to Go czczę?” – „Oczywiście!” – „Czy masz biblijne powody, żeby tak myśleć?” – „I nie jeden, ale dwa: w Drugim Liście do Koryntian 8,9 jest napisane, że Chrystus stał się ubogim, aby oni przez swoje ubóstwo stali się bogaci. A w Trzecim Liście Apostoła Jana czytamy, jak Jan pragnie, aby Gajusowi we wszystkim się powodziło. Oto bogactwo i pomyślność”.

W tym kontekście często cytowany jest również List do Filipian 4:18, gdzie Paweł wyjaśnia: „Wszystko otrzymałem i jestem w obfitości”. Zapomina się jednak dodać, że Paweł napisał te słowa nie w luksusowej willi ani hotelu Hilton, lecz w rzymskim więzieniu. Poniższe argumenty zaczerpnięte są ze Starego Testamentu. Wspominają o bogactwie Abrahama, Izaaka, Hioba i Salomona oraz o bogactwach, które Bóg obiecał Izraelitom w Kanaanie. K. Hagen argumentuje ten punkt widzenia w następujący sposób: „Błogosławieństwo Abrahama należy również do nas. Nie może być nam odebrane. Wszyscy ci wątpiący, niewierzący, złodzieje radości i siejący wątpliwości nie będą mogli nam go odebrać! Błogosławieństwo Abrahama należy do mnie! Błogosławieństwo Abrahama należy do ciebie w Jezusie Chrystusie! Alleluja!”

Co mówi Biblia?

Czy błogosławieństwo Abrahama zostało nam przekazane? Ci, którzy włączają bogactwo materialne do błogosławieństw Nowego Testamentu, nie rozumieją istoty Ewangelii. Ziemski lud Boży otrzymał obietnice dotyczące swojego dziedzictwa – ziemi Kanaan. Dobrobyt finansowy, zdrowie, długowieczność, wielodzietność i zwycięstwo nad wrogami – wszystko to było oznaką błogosławieństwa. Jednocześnie ubóstwo, nieurodzaj, bezdzietność i tak dalej były postrzegane jako wyroki Boże.

W przeciwieństwie do tego, Kościół Nowego Testamentu posiada przede wszystkim duchowe, niebiańskie błogosławieństwa. Nasze bogactwo tkwi w osobie Jezusa Chrystusa: „Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który nas obdarzył wszelkim duchowym błogosławieństwem w okręgach niebieskich w Chrystusie…” (Ef 1,3).

Oczywiście, Bóg obiecał nam także, że zatroszczy się o nasze pożywienie i ubranie, o wszystko, czego potrzebujemy w życiu codziennym, jeśli przede wszystkim będziemy zabiegać o Królestwo Boże i Jego sprawiedliwość... (Łukasza 12:31).

List do Efezjan 6,1-2 cytuje również przykazanie czci ojca i matki, co jest powiązane z obietnicą długowieczności i pomyślności. Jednak „dobro” i „dobrobyt” to nie to samo. W Starym Testamencie Bóg wezwał lud Izraela, aby wpatrywał się w Ziemię Obiecaną, a później praktycznie ją posiadł. W Nowym Testamencie Bóg wzywa nas, abyśmy odwrócili wzrok od spraw ziemskich i skupili go na naszym niebiańskim dziedzictwie: „Jeśli więc powstaliście razem z Chrystusem, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu…” (List do Kolosan 3,1-2).

Wszystko, co Paweł cenił jako znak „korzyści” i „dobroci” przed nawróceniem do Chrystusa, teraz uważa za stratę dla Chrystusa: „Lecz to, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. Co więcej, wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego poniosłem szkodę i uznaję to za śmieci, żeby zyskać Chrystusa” (Flp 3,7-8).

Dla Pawła ci, którzy skupiali się na rzeczach ziemskich, byli „wrogami krzyża” (Flp 3,18). To właśnie świadomość, że z łaski mamy duchowe, niebiańskie błogosławieństwa, od czasów Dziejów Apostolskich i przez wszystkie okresy odrodzenia Kościoła, skłoniła wielu do rozstania się ze swoimi dobrami materialnymi i oddania ich na cele misyjne lub potrzebujących. Dla tych, którzy uznali Królestwo Boże, pieniądze tego świata nie miały już żadnej mocy ani wpływu. Idąc za wspaniałym przykładem Pana Jezusa Chrystusa, radowali się swoją zdolnością do zadowolenia, żyjąc w ubóstwie i oszczędności. H. W. Taylor zdefiniował ten stan jako „luksus posiadania niewielu zmartwień”. Biografie C. Stade’a, J. Darby’ego, R. Champana, N. L. von Zinzendorfa i wielu innych są żywym świadectwem sposobu życia, który czyni Ewangelię godną wiary. Ale jeśli uważają, że Boga można czcić kosztownymi i luksusowymi budynkami kościelnymi (Domami Bożymi), to jedynie dowodzą, że źle zrozumieli lub zapomnieli o istocie Domu Bożego Nowego Testamentu. Dom Boży, według Nowego Testamentu, nie jest zbudowany z wykwintnych kamieni szlachetnych ani drogiego marmuru, lecz z żywych „kamieni” (1 Kor 3,16; 1 P 2,5).

Już 150 lat temu Philip Spitta opisał prawdziwe dobro chrześcijanina w prostej, ale pełnej emocji piosence:

Nieporównywalny dobrobyt jest stanem chrześcijanina,

Nie doświadczył tego ani jeden bogaty człowiek na świecie.

Nikt nie może go ukraść, bez względu na to jak bardzo się stara.

Chrześcijanin w wierze jest dzieckiem najbogatszego Ojca.

Chrześcijanin może stanąć przed obliczem Boga z radością,

On wszystko akceptuje i niczemu się nie sprzeciwia,

Cokolwiek mu się przydarzy, czy to radość, czy cierpienie,

Dostęp do Ojca jest dla Niego zawsze otwarty.

Ale pewnego dnia ziemskie dzieciństwo dobiegnie końca.

Chrześcijanin wie, co mu się należy zgodnie z Testamentem Jezusa.

Udział w dziedzictwie bogatej, ukochanej Ojczyzny.

Nieporównywalny dobrobyt jest stanem chrześcijanina.

Nawet David Wilkerson, jeden z najwybitniejszych przywódców zielonoświątkowych w Stanach Zjednoczonych, zadaje nam poważne pytanie: „Ilu z nas przestałoby służyć Bogu, gdyby nie miał On nic więcej do zaoferowania poza sobą? Żadnego uzdrowienia, żadnego sukcesu, żadnego dobrobytu, żadnych dalszych błogosławieństw, żadnych znaków, żadnych cudów… Jak by to było, gdybyśmy nie mieli nic poza biedą, smutkiem i cierpieniem? A jedynym dobrem, jakie mamy, jest Chrystus?”

Przykład naszego Pana

Życie i nauczanie Syna Bożego powinny być absolutnym standardem dla każdego chrześcijanina. Jesteśmy zobowiązani postępować tak, jak On postępował (1 J 2,6). Nasz Pan narodził się w ubóstwie. Jego rodzice byli biedni, o czym świadczy Jego ofiara (Łk 2,24). A kiedy później wędrował ze swoimi uczniami, nie miał zapasów, więc musiał uciekać się do ryb, aby zapłacić podatek świątynny za siebie i Piotra (Mt 17,24-28). Kiedy pewien młody człowiek z entuzjazmem wyraził pragnienie pójścia za Jezusem, Pan powiedział mu: „Lisy mają nory i ptaki niebieskie – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Łk 9,58).

Wieczorami, gdy „wszyscy rozeszli się do domów”, Jezus udał się „na Górę Oliwną” (J 7,55; 8,1), gdzie spędził noc (Łk 21,37). Nie miał schronienia na tej ziemi. Przed ukrzyżowaniem odebrano Mu ostatnią rzecz materialną – Jego ubranie. W ten sposób nasz wzniosły ideał umarł w skrajnym ubóstwie, doświadczając najdotkliwszego bólu. Według standardów Starego Testamentu wydaje się, że Jego życie, mówiąc z szacunkiem, nie było błogosławione przez Boga. To jasno nam wyjaśnia, że ​​my, co najmniej, nie możemy rościć sobie prawa do dóbr ziemskich, dobrobytu, zdrowia i tym podobnych. Ale skoro Bóg mimo wszystko pozwala wielu z nas posiadać więcej, niż potrzebujemy do życia, to błogosławieństwo jest niezasłużone. Jego słowa o bogactwie i dobrobycie są jednoznaczne i niedwuznaczne: „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” (Ewangelia Mateusza 6,19-21). „Sprzedajcie, co posiadacie, i dawajcie jałmużnę. Starajcie się o sakiewki, które nie niszczeją, o skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje i gdzie mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” (Ewangelia Łukasza 12,33-34).

Czy jesteśmy „wątpiący, niewierzący, kradnący radość i szerzący zwątpienie”, gdy poważnie traktujemy przykład i słowa naszego Pana Jezusa?

Apostołowie

Piotr powiedział do żebraka przy wejściu do świątyni: „Spójrz na nas… Srebra i złota nie mam; ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, wstań i chodź” (Dz 3,4-6). Listy apostoła Piotra nie mówią o żadnej „ewangelii dobrobytu”, lecz o cierpieniu i niedoli dla sumienia i sprawiedliwości. Piotr wzywa nas do pójścia w ślady naszego Pana i wymienia znaki fałszywych proroków: herezje, chciwość, kłamliwe słowa, oczy pełne chciwości i samowolę (2 Piotra, rozdział 2). Paweł, wielki apostoł, głosił ewangelię całkowicie odmienną od „ewangelii dobrobytu”. Mówił nie z wielką pewnością siebie, lecz „w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem” (1 Koryntian 2,3). Wymienia on oznaki jego apostolskiej posługi dla Koryntian, którzy podziwiali „super-apostołów” tamtych czasów:

- "Bóg wydał na nas, ostatnich posłańców, wyrok śmierci...

- Jesteśmy szaleni, na litość boską,

- słaby... i w niełasce...,

- znosimy głód i pragnienie...

- i nagość, i bicie, i błąkanie się...

- i pracujemy, pracując własnymi rękami,

- oczerniają nas... prześladują nas... oczerniają nas...

- jak kurz zdeptany do dziś."

Na zakończenie tej listy Paweł prosi: „Dlatego proszę was, naśladujcie mnie…” (1 Kor. 4:9-16).

W 2 Liście do Koryntian 6:4-10 znajdujemy kontynuację tej listy:

- potrzeba, katastrofa, trudne okoliczności,

- bicie, więzienia,

- prace, czuwania, posty,

- nagana i pochwała,

- „Uważają nas za oszustów, ale jesteśmy wierni”

- „Uważają nas za martwych, ale oto jesteśmy, żywi”

- „Jesteśmy karani, ale nie umieramy”

- Jesteśmy smutni, ale zawsze szczęśliwi

- Jesteśmy biedni, ale wzbogacamy wielu

- "Nie mamy nic, a jednak posiadamy wszystko."

Wreszcie, w 2 Liście do Koryntian 11:23-30, znajdujemy ostatnią listę doświadczeń apostoła w służbie Panu, po opisaniu cech charakteru fałszywych apostołów: żądzy władzy, arogancji i chciwości. Mówi o głodzie i pragnieniu, zimnie i nagości, kończąc słowami: „Jeśli więc mam się chlubić, to będę się chlubił z mojej słabości” (2 Kor 11:30).

Porównajmy tę wypowiedź apostoła z następującymi słowami Roberta Schullera: „Musisz wierzyć, że pewnego dnia, gdzieś, własną siłą i z pomocą innych, osiągniesz najwyższy cel, jaki sobie wyznaczyłeś. Musisz wierzyć, że jesteś godzien sukcesu. Musisz wierzyć, że osiągniesz wszystko, co chcesz osiągnąć”.

Chrześcijanie: posiadacze czy zarządcy?

Nowy Testament przedstawia chrześcijan jako szafarzy, którzy nie posiadają żadnej własności, ale zarządzają dobrami materialnymi zgodnie z instrukcjami Chrystusa: „...a ci, którzy kupują, jak gdyby nic nie posiadali; i ci, którzy używają tego świata, jak gdyby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor. 7:30<31).

Biblia nie oferuje nam bogatego życia, lecz skromne: „Wielkim zyskiem jest pobożność połączona z poprzestawaniem na tym, co wystarczy. Nic bowiem nie przynieśliśmy na świat, nic też nie możemy wynieść. Mając więc żywność i odzienie, będziemy z tego zadowoleni” (1 Tym. 6:6-8).

Paweł pisze dalej, że ci, którzy pragną się wzbogacić, „wpadają w pokusę i sidła… albowiem korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy” (1 Tym. 6:9-10).

Gdy dziś coraz więcej ewangelistów „dobrobytu” głosi i mówi nie o Drugim Przyjściu Chrystusa, który porwie Kościół, ale o „przejęciu tego świata” i o tym, że „Ciało Chrystusa ostatecznie posiądzie wszystkie pieniądze, ponieważ dobroczynność jest wolą Boga” (K. Copeland), to takimi stwierdzeniami jedynie dowodzą, że to nie chrześcijanie przejmują ten świat, ale świat przejmuje chrześcijan.

David Wilkerson, który od wielu lat zna „ewangelię dobrobytu”, doszedł do następującego wniosku podczas studiowania tego przesłania: „Chciałbym raz jeszcze podkreślić, że „prorocy dobrobytu” są odpowiedzialni za ducha Laodycei w naszych kościołach. Oślepiają wierzących, odwracają uwagę chrześcijan od potrzeby usunięcia wszelkiego grzechu z ich życia i nieulegania wpływom tego świata… Sami skosztowali owoców sukcesu i dobrobytu, a teraz zatruwają trzodę tym samym wypaczeniem ewangelii. Niektórzy z nich chętnie zastąpiliby słowo „oczyszczenie” słowem „wzbogacenie”… Intensywnie studiowałem nauki „ewangelii dobrobytu” w nadziei znalezienia czegoś, z czym mógłbym się zgodzić, przynajmniej jakiejś wspólnej podstawy. Ale wszystko na próżno. Spotkam się z zarzutem, że nauka o dobrobycie jest przesłaniem na te ostatnie czasy. W odpowiedzi mogę jedynie zamknąć się w mojej komnacie modlitewnej i „wołam do mojego Ojca Niebieskiego: »Jak możesz być tak zaślepiony!«” Jak ludzie Boży mogą uczynić z takich rzeczy treść Ewangelii? Nie ma tu żadnego ciężaru dla dusz: żadnej krwi, żadnego samozaparcia, żadnej ofiary, żadnego noszenia krzyża, żadnego piętnowania grzechu i nieprawości. Nie ma powołania do świętego życia, oddzielonego od świata, żadnego wezwania do pokuty i klęczenia, ani słowa o skrusze, spowiedzi, wstawiennictwie za ginących i miłosierdziu dla nich.

Duński myśliciel i poeta Søren Kierkegaard (1813–1855) w ubiegłym stuleciu posługiwał się środkami werbalnymi i wizualnymi, aby ostrzegać chrześcijan przed „Ewangelią Dobrobytu”, którą tak proroczo przewidział. W jednym ze swoich dzieł sformułował swoją ostatnią wolę i testament dla świata chrześcijańskiego, który jest dziś bardziej aktualny niż kiedykolwiek: „Gdybym otrzymał moc wygłoszenia jednego słowa lub zdania, aby utrwaliło się w pamięci i nigdy nie zostało zapomniane, dokonałbym wyboru. Mam takie słowo. Powiedziałbym: «Nasz Pan Jezus Chrystus stał się niczym»” (Flp 2). Chrześcijanie, pamiętajcie o tym!”

Na zakończenie, jeszcze jeden dowód wielkiego, Boskiego przykładu dla nas: „To dążenie niech was ożywia, jakie było też w Chrystusie Jezusie, który, będąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,5-8).

Wnioski

1. Kaznodzieje „ewangelii dobrobytu” nie rozróżniają między błogosławieństwami, które w przeważającej mierze były materialne dla ludu Izraela w Starym Testamencie, a błogosławieństwami duchowymi, w przeważającej mierze niematerialnymi, obiecanymi Kościołowi Nowego Testamentu.

2. Głoszenie „ewangelii dobrobytu” utwierdza i umacnia wielu chrześcijan w ich ziemskich, świeckich przekonaniach. Ignoruje jasne nauki i przykłady Nowego Testamentu dotyczące uczniostwa, wyrzeczeń oraz skromnego i bezpretensjonalnego stylu życia.

3. „Ewangelia dobrobytu” podważa wiarygodność chrześcijaństwa i pozbawia je mocy, która ujawnia się zwłaszcza w czasach prześladowań, ubóstwa i cierpienia, a jest niezbędna do duchowego przetrwania.

4. Niespokojni chrześcijanie, którzy muszą znosić choroby, ubóstwo i prześladowania, mogą popaść w kryzys duchowy i rozpacz pod wpływem takich kaznodziejów głoszących niebiblijne nauki, a także zwątpić w Bożą miłość i opiekę.

5. Tego rodzaju nauki promują laodycejski charakter współczesnego chrześcijaństwa i, składając obietnice materialne, pozbawiają swoich wyznawców samej istoty Ewangelii.

13. „Służba wyzwolenia” i „walka duchowa”

W tym rozdziale trafne osądy autora są mocno przeplatane niezrozumieniem biblijnych zasad posługi uwalniania, która obejmuje wypędzanie demonów z opętanych osób (w tym członków Kościoła). Na przykład, autor twierdzi, że nie znajdziemy w Piśmie Świętym bezpośrednich odniesień do tego tematu (odziedziczone demony itp.), ani nie zobaczymy, że osoba odrodzona może być opętana.

Trzeba przyznać, że osoba zbawiona nie może być jednocześnie opętana, ale nikt nie może zaprzeczyć oczywistemu faktowi, że osoba zbawiona może zostać opętana i w związku z tym będzie potrzebowała posługi uwolnienia (bardzo często będąc nadal członkiem lokalnego kościoła).

Jest to wyraźnie stwierdzone w takich fragmentach Pisma Świętego, jak Ewangelia Mateusza 12:43-45 i Ewangelia Łukasza 11:24-26 – po egzorcyzmie duch nieczysty może powrócić do człowieka. Jest całkowicie jasne, że w okresie między tymi wydarzeniami (egzorcyzmem a powrotem demona) człowiek może zostać zbawiony i stać się członkiem Kościoła.

Drugim punktem, który wyraźnie sugeruje możliwość zaistnienia takiej sytuacji, jest Judasz, który zdradził Pana. Jezus wielokrotnie powtarzał uczniom, że są już zbawieni (tj. odrodzeni). Potwierdzają to słowa: „Wy już jesteście czyści dzięki słowu” (J 15,3), „Radujcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie” (Łk 10,20) i kilka podobnych fragmentów. Słowa te odnoszą się również do Judasza. Niemniej jednak czytamy, że „wszedł w niego szatan” (J 13,27; Łk 22,3).

Jeśli chodzi o dziedziczenie, możemy wyciągnąć wniosek z dwóch jasnych fragmentów Pisma Świętego: Wyjścia 34:7 i Liczb 14:18: „Karając nieprawość ojców na synach i na wnukach do trzeciego i czwartego pokolenia”. Tutaj wyraźnie stwierdzono, że kara nie może być zewnętrzna, lecz może być odczuwana w człowieku.

Niestety, fakty te stanowią brutalną rzeczywistość, której lekceważenie jest bardzo niebezpieczne.

Autor strony

„Najważniejszym przesłaniem Ducha Świętego do Jego ludu jest to, że my, jako Kościół Jezusa, możemy poprzez wojowniczą modlitwę zapanować nad książętami i możnymi tego świata w świecie niewidzialnym i przemijającym”.

Volhard Margis

„Służba wyzwolenia” i „walka duchowa” należą do niebiblijnych praktyk głoszonych i praktykowanych nie tylko, ale przede wszystkim przez „trzecią falę”. W ruchu zielonoświątkowym nauki te są generalnie odrzucane. Jak donosi C.P. Wagner, największy na świecie zbór zielonoświątkowy, Zbory Boże, odpowiedziały jednoznacznie „Nie!” na pytanie o swoje stanowisko w tej sprawie: „Czy wierzący, którzy narodzili się na nowo, mogą być opętani przez demony?”. Niemiecki ruch zielonoświątkowy nadal podziela to stanowisko, choć niektóre zbory, kaznodzieje i wydawnictwa, pod wpływem D. Wimbera, K. Hagena i innych, odchodzą od ogólnego stanowiska ruchu w tej kwestii.

Jeden z przywódców niemieckiego ruchu zielonoświątkowego wyraził się jednoznacznie: „Na podstawie Nowego Testamentu istnienie opętania u wierzących można całkowicie odrzucić… Ani w Listach Apostoła Pawła, ani w Dziejach Apostolskich nie znajdujemy opisu ani jednego przypadku, w którym wierzący zostałby uwolniony od szatańskiej niewoli lub ciężaru, albo demony zostałyby z niego wypędzone”.

Do najbardziej znanych postaci praktykujących „posługę wyzwolenia” i „walkę duchową” w ramach ruchów charyzmatycznych i trzeciej fali zaliczają się m.in.: Yonggi Cho, Michael Harper, Francis McCnutt, Jack Hayford, John Wimber, Lester Sumrall, Omar Karber, Kenneth Hagen, Don Basham, Bob Mumford i Reinhard Bonnke.

Co oznacza „służba wyzwolenia”?

W kręgach charyzmatycznych „służba uwalniania” odnosi się do uwalniania chrześcijan i niechrześcijan z demonów i demonicznej niewoli. Ogólnie rzecz biorąc, głoszą oni doktrynę, że z powodu swoich grzechów chrześcijanie mogą popaść pod wpływ i moc demonów lub zostać związani przez „odziedziczone demony”, czyli demony przekazane z rodziców dzieciom.

Jako biblijną podstawę takich nauk podaje się przykłady Saula (1 Samuela 16:14), pochylonej kobiety (Łukasza 13:16), Piotra (Łukasza 22:31), Ananiasza i Safiry (Dzieje Apostolskie 5:4) itd., mimo że takie postacie jak C.P. Wagner przyznają, że „w Biblii nie ma ani jednego miejsca, które bezpośrednio poruszałoby ten temat”.

Prawie cała wiedza w dziedzinie opętania i uwolnienia od niego jest zdobywana na podstawie praktycznej pracy nad zbawianiem dusz i ma wartość pewnego doświadczenia, a nie jako rezultat studiowania Biblii.

Z tej nauki wynika ponadto, że istnieją różne stopnie opętania lub „demonów”, z którymi należy sobie radzić zależnie od liczby i powagi „demonów mieszkających w nas”.

John Wimber między innymi wymienia następujące objawy jako oznaki wskazujące na demoniczne powiązania danej osoby:

- narkomania i alkoholizm;

- nawyki depresyjne: chciwość, rozwiązłość, masturbacja, kradzież, kłamstwo, obżarstwo;

- łączenie uczuć: strach, lęk, depresja, gniew;

- nienawiść do samego siebie, nieustępliwość, gorycz, gniew, pogarda; - przewlekłe choroby fizyczne.

Wspomniano tu także częściowo o demonach pożądania, słabości, ubóstwa, gniewu, brzydoty, a nawet o „fałszywych szatańskich demonach mówiących językami”.

Wolfhard Margis dodaje do już wymienionych objawów następujące choroby, które jego zdaniem są wynikiem niewoli demonicznej:

- dysfunkcje i choroby autonomiczne (zaburzenia snu, wyczerpanie, choroby psychosomatyczne serca);

- wszystkie postacie przewlekłego reumatycznego zapalenia stawów, wszystkie rodzaje przewlekłej egzemy, alergie, astma, atopowe zapalenie skóry, nowotwory;

- schizofrenia, epilepsja, psychoza.

"Terapia"

Istnieją różne sposoby uwolnienia się od tych rzekomych demonów.

John Wimber wymienia trzy sposoby wybawienia: „samodzielne wybawienie”, „braterskie wybawienie”, „pasterskie wybawienie” i wybawienie przez osoby „posiadające szczególny dar rozeznawania duchów i szczególną moc pokonywania diabła i złych duchów tam, gdzie są najbardziej aktywne”.

Francis MacKnut, znana i szeroko czytana postać w kręgach charyzmatycznych, sugeruje modlitwę o ochronę wszystkich zaangażowanych, zanim rozpocznie się właściwe wybawienie: „Modlę się, aby moc Krwi Chrystusa ogarnęła i ochroniła wszystkich obecnych. Modlę się również, aby Maryja, Matka Boża, i św. Michał Archanioł, wszyscy aniołowie i święci oraz całe zastępy niebieskie wstawiali się za wszystkimi zaangażowanymi”.

Następnie demony są zazwyczaj proszone o podanie swoich imion. John Wimber zazwyczaj nakazuje demonom, aby go słuchały, i kończy wymawiając ich imiona: „W imię Jezusa, nakazuję ci podać swoje imię”. Następnie pojawiają się demony o imionach takich jak „Ból”, „Pożądanie”, „Brzydota”, „Śmierć”, „Senny”, „Obżarstwo” i „Pożądanie” (według Wimbera, Wagnera i Bashama). Imiona te są wymawiane z ślinotokiem i drgawkami duszenia. W końcu demony te zostają wypędzone na rozkaz. Często towarzyszą temu zjawiska takie jak „upadanie, krzyk, jęki, ciężki oddech, nieprzyjemny zapach” i tym podobne.

V. Margis opisuje swoją praktykę egzorcyzmów: „W imię Jezusa nakazujemy najpierw zwrócić się do wroga po imieniu, a następnie związać go autorytetem naszego Pana. Przez związanie rozumiem, że ogłaszamy daną nam przez Pana władzę nad wszystkimi siłami wroga, paraliżując i unieszkodliwiając w ten sposób poszczególne moce demoniczne. Są one teraz pod naszą kontrolą i muszą być posłuszne…”

Egzorcyzm uważa się za skuteczny, gdy żadne demony nie odpowiadają na pytania lub, jak podaje Wimber, gdy „łaskotanie w dłoniach, ciepło, nadprzyrodzony spokój ustają”.

Co ciekawe, „służba wyzwolenia” w takiej czy innej formie jest również praktykowana przez osoby niecharyzmatyczne, a nawet antycharyzmatyków wszelkiej maści. Tymczasem „walka duchowa”, o ile wiem, jest głoszona i praktykowana wyłącznie przez charyzmatyków.

„Prowadzenie walki duchowej”

W ostatnich miesiącach opublikowano kilka raportów i świadectw, które wywołały niemałą sensację i doprowadziły do ​​pojawienia się „nowej fali” w wielu kręgach charyzmatycznych. Ta „nowa fala” nazywana jest „wojną duchową”, co oznacza rozszerzoną „służbę wyzwolenia”, która atakuje nie tylko jednostki, ale całe „terytoria”. Celem jest pozbawienie Szatana jego „terytorialnej” władzy nad całymi krajami, miastami, dzielnicami, ulicami i domami w „przestrzeni kosmicznej”.

Na przykład C.P. Wagner opisuje argentyńskiego pastora Omara Cabrerę, który „doświadczył komunikowania się z demonami działającymi na pewnym obszarze”. Pastor ten otrzymuje wizje demonów w postaci fizycznej, poznaje ich imiona i pozbawia je władzy nad określonym terytorium. Wraz z innymi „wybitnymi przywódcami chrześcijańskimi” „bezpośrednio wzywa szatana i przeklina go”.

C.P. Wagner wskazuje również na psychiatrę McCalla, który uważa, że ​​najwyraźniej rozwiązał zagadkę zniknięcia statków w niesławnym „Trójkącie Bermudzkim”.

Kiedyś handlarze niewolników wyrzucili za burtę około 2 milionów niewolników w tym rejonie, aby zebrać pieniądze z ubezpieczenia, sprowadzając tym samym klątwę na ten obszar, która jest źródłem wszystkich tych mistycznych zjawisk. W 1977 roku miała się odbyć „Eucharystia Jubileuszowa”, w której uczestniczyło wielu księży i ​​biskupów, aby zdjąć klątwę i zapewnić wyzwolenie duszom, które spotkała przedwczesna śmierć w Trójkącie Bermudzkim.

W praktyce „walka duchowa” wygląda następująco: „Podczas wydarzeń ewangelizacyjnych we Frankfurcie związujemy władzę i moce panujące nad tym obszarem, które uświadamiamy sobie z pomocą Ducha Świętego. Powietrze, które wydawało się tak gęste, że można je było przeciąć, staje się rzadsze, duchowy opór zostaje pokonany, a ludzie przychodzą do Pana szybciej i łatwiej. Rozwiązywanie i wiązanie w imię Jezusa (Mt 16,19) dotyczy nie tylko osób opętanych przez demony. Czasami poprzez modlitwę musimy uwolnić całe domy, a czasem całe dzielnice miasta, od różnych mistycznych i przytłaczających zjawisk”.

Aby uzasadnić biblijnie tę praktykę, cytują List do Efezjan 6:12, który mówi o naszej walce z „władcami ciemności tego świata, ze złymi duchami w okręgach niebieskich”. Dalsze dowody znajdują się w 10. rozdziale Księgi Daniela, który opisuje walkę między „książętami” Szatana a „książętami” Boga o określone obszary (terytoria).

Co mówi Biblia?

Nigdzie w Nowym Testamencie nie ma nakazu, aby chrześcijanie pozbawili Szatana jego „władzy terytorialnej” nad regionami, miastami i krajami w „przestrzeni kosmicznej”. Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że taka praktyka, a także związane z nią przesłuchanie i egzorcyzmowanie demonów, jest bardzo bliskie spirytyzmowi. Czy Archanioł Michał nie znał „walki duchowej”, gdy spierał się z diabłem o ciało Mojżesza i „nie odważył się wydać na niego hańbiącego sądu”? (Jud 9).

Walka duchowa, jak pokazuje List do Efezjan (rozdział 6), nie ma nic wspólnego z kwestionowaniem demonów i tym podobnymi sprawami, ale jest powiązana z prawdą, sprawiedliwością, ewangelizacją, Słowem Bożym, wiarą i modlitwą.

Czy mamy „władzę apostolską” lub „władzę nad diabłem”?

Opierając się na słowach Jezusa skierowanych do uczniów: „Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze nieprzyjaciela…” (Łk 10,19), niektórzy przywódcy, zwłaszcza ci z ruchu „Słowo Wiary” lub „Wiary”, dochodzą do wniosku, że możemy równie dobrze sprawować władzę nad diabłem. K. Hagen, ojciec tego ruchu, który ma ogromny wpływ w ruchu charyzmatycznym i który, jak udowodnili Dave Hunt i D.P. McConnell, który sam był pod silnym wpływem Nowej Myśli, unitarianizmu i Chrześcijańskiej Nauki, zapożyczając niektóre z ich teorii, wyraził się w tej sprawie następująco: „Masz władzę nad diabłem” „…masz władzę nad wszystkimi tymi niewidzialnymi siłami. Możesz sprawować władzę nad innymi, dopóki są w twojej obecności… Znam żony, które mają władzę nad diabłem, gdy ich mężowie wracają do domu i próbują je schwytać. Grożą szatanowi i sprawują nad nim władzę”.

Boży plan dla ciebie to, abyś dominował i panował w życiu nad wszystkim, co cię uciska: okolicznościami, ubóstwem, chorobą. Dominujesz, ponieważ masz autorytet.

Wolfhard Margis, który najwyraźniej stał się niemieckim „rzecznikiem” K. Heygena (w każdym razie jego książki zawierają „teologię” Heygena), wyraził się w podobny sposób: „Jesteśmy potężniejsi od Szatana i jego królestwa… mamy nad nim czynną władzę”.

To błędne, samouwielbiające przekonanie konsekwentnie prowadzi Margisa do wydawania miażdżących osądów na temat chrześcijan z krajów bloku wschodniego, którzy jego zdaniem od lat nie korzystają ze swojej władzy: „Bycie męczennikiem i akceptowanie cierpienia prześladowań nie jest priorytetem w życiu chrześcijanina. A każdy, kto mimo to kładzie na to niebiblijny nacisk, szkodzi sobie… Nasi drodzy i oddani bracia i siostry z regionu Europy Wschodniej narzucili sobie tradycję ucisku i cierpienia… z powodu priorytetu cierpienia, wbrew woli Jezusa, pośrednio doprowadzili do istnienia antyboskich form rządów na wiele lat. Z powodu swojego przewrotnego rozumowania, ostatecznie zebrali to, co zasiali”.

Jeśli czytamy takie rozumowanie, musimy z niego wywnioskować, że Apostoł Paweł nie miał takiego upoważnienia, gdy pisał do Tesaloniczan: „I dlatego chcieliśmy raz jeszcze przyjść do was, ale przeszkodził nam szatan” (1 Tes. 2:18).

Byłbym bardzo ciekaw, jakie wyjaśnienie znalazłby V. Margis dla jednoznacznych słów z 2 Listu do Tymoteusza 3:12: „A wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Chrystusie Jezusie, prześladowanie znosić będą”.

Czy Szczepan, mimo napełnienia Duchem Świętym, miał niebiblijne poglądy na życie, które doprowadziły do ​​jego śmierci? Czy apostoł Jakub nie znał „walki duchowej” i został zabity przez Heroda? Jeśli rzeczywiście można „związać władze i moce nad pewnymi miejscami”, to dlaczego Jezus nie wykorzystał tej okazji podczas kuszenia na pustyni, aby dać nam praktyczne wskazówki, jak radzić sobie z diabłem?

Wyobrażając sobie, że posiadamy „władzę nad diabłem”, poddajemy się tragicznemu samooszukiwaniu. Biblia i samo życie charyzmatyków świadczą o tym, że brakuje nam właśnie tej mocy i lepiej byłoby pokornie uznać nasz stan i „być silnym w łasce” (2 Tm 2,1), niż tak upojnie chełpić się wyimaginowaną mocą. Można mieć tylko nadzieję, że wielu wierzących dostrzeże prawdziwe oblicze tych niebiblijnych teorii i praktyk, które, jak mi się wydaje, w wielu miejscach są zastępowane „falami” „wewnętrznego uzdrowienia” i „odpoczynku w Duchu”, i powrócą do świadomości niezmiennych fundamentów biblijnej Ewangelii.

Wnioski

1. „Walka duchowa” prowadzona w kręgach charyzmatycznych przeciwko „terytorialnym” demonom i władzom jest wypaczeniem nowotestamentowej nauki o walce duchowej, zbliżającej się do spirytualizmu.

2. Ilekroć odwracamy uwagę od Pana Jezusa i kierujemy ją ku innym ludziom, autorytetom i rzeczom, tracimy siłę duchową i padamy ofiarą oszustwa. Nie powinniśmy poświęcać diabłu więcej uwagi niż to konieczne, wyrażając w ten sposób szacunek dla niego.

14. Alternatywy biblijne

Poprzednie rozdziały uwypukliły niektóre błędy, które rozwinęły się wśród chrześcijan, a także sporadyczne dowody na to, że każda ścieżka błędu, na którą wkroczyli chrześcijanie, była również spowodowana jakimś upadkiem ludu Bożego. Starotestamentowa historia Izraela uczy nas, że plagi, nieurodzaje, epidemie i tym podobne były Bożą odpowiedzią na niewierność, nieposłuszeństwo i bałwochwalstwo. W 2 Kronik 7:13-14 Bóg mówi do króla Salomona: „Jeśli zamknę niebo, tak że nie będzie deszczu, i jeśli nakażę szarańczy, aby pożreła ziemię, i jeśli ześlę zarazę na mój lud, a mój lud, który jest nazwany moim imieniem, ukorzy się, będzie się modlił, będzie szukał mojego oblicza i odwróci się od swoich złych dróg, wtedy Ja wysłucham z nieba i odpuszczę im grzech, i uzdrowię ich ziemię”.

Kiedy takie boskie wyroki są wykonywane, ziemia nie może rodzić żywności, a żywność, która jest, jest zjadana przez szarańczę; zaraza – ta zaraźliwa choroba – niszczy jednego na dziesięciu członków ludu Bożego, a wszystko to dzieje się w jednym celu – aby ludzie opamiętali się, aby się ukorzyli i nawrócili do Pana. Każde nieszczęście, każda choroba ludu Bożego jest Bożym narzędziem dyscypliny, które powinno nas motywować do nawrócenia.

Ogólne procesy zachodzące w chrześcijaństwie, a zwłaszcza ruch „trzech fal”, powinny nas skłonić do uznania potrzeby uczciwego i poważnego rachunku sumienia. Być może ruchy te nie powstałyby, gdybyśmy nie zaniedbali ważnych nauk Nowego Testamentu i nie zignorowali jasnych wskazówek Pana.

Z tego wynika, że ​​nie powinniśmy osądzać naszych braci i sióstr z ruchów charyzmatycznych i zielonoświątkowych, kierując się samozadowoleniem i pewnością własnej nieomylności.

Historia ruchu zielonoświątkowego i charyzmatycznego rodzi zatem pytania, których nie powinniśmy ignorować. Chciałbym wymienić i pokrótce omówić niektóre z nich.

Cześć

To haniebne, że ta fundamentalna, pilna prośba Boga, sedno naszego życia duchowego, musi być uświadamiana chrześcijanom ewangelicznym poprzez ruch charyzmatyczny. Co prawda, istnieją kręgi wśród tak zwanych „niecharyzmatyków” (na przykład „Ruch Braci” i niektóre ruchy liturgiczne w ramach oficjalnego Kościoła ewangelickiego), które poświęcają nabożeństwu ważne miejsce. Ale nawet tam często dominuje wypaczone przekonanie, że nabożeństwo polega na spotkaniu się na godzinę w tygodniu, modlitwie i śpiewaniu pieśni, które w jakiś sposób nawiązują do tematu nabożeństwa.

Większość ewangelikalnych chrześcijan wywraca do góry nogami słowo „uwielbienie”. Rozumieją je jako służbę Bożą dla nas poprzez kazania i tak dalej. Jednak „uwielbienie” oznacza przede wszystkim, że nasze życie jest zgodne z Bogiem, że Go wielbimy, czcimy i dziękujemy Mu sercem, ustami i czynami.

W swoim Pierwszym Liście Piotr opisuje nas, chrześcijan, jako „święte” i „królewskie kapłaństwo”, mające dwa zadania:

1. „Święte” kapłaństwo jest naszą służbą Bogu.

- Musimy składać Bogu „ofiarę uwielbienia”:

- „owoc warg” (Hbr 13,15) uwielbienie, dziękczynienie i cześć,

- ofiarować nasze ciała jako ofiarę za służbę.

„Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, przyjemną Bogu, bo to winna być rozumna służba wasza” (Rz 12:1).

2. Kapłaństwo „królewskie” – nasza służba ludziom.

- głoszenie Ewangelii (1 P 2,9; Rz 15,16),

- „czyniąc dobro i dzieląc się” (Hbr 13,16) z potrzebującymi,

- troszczyć się o ludzi pogrążonych w smutku i samotności (List św. Jakuba 1:27).

Oczywiste jest, że cała nasza odpowiedzialność wobec Boga jest poważnie zaniedbywana. Dzieje się to w czasach, gdy kręgi charyzmatyczne podkreślają wagę uwielbienia. Jednak to, jak praktykuje się dziś uwielbienie, jest czymś zupełnie innym niż to, czego naucza Biblia. Uwielbienie z pewnością nie jest jakimś religijnym nastrojem kreowanym za pomocą „muzyki uwielbienia” i „tańców uwielbienia”. Uwielbienie zakłada poznanie Boga i jest rezultatem serc i życia przepełnionych czcią i podziwem dla majestatu i wspaniałości Boga.

Dary duchowe

Listy Nowego Testamentu zawierają kilka rozdziałów, które dostarczają nam precyzyjnych wskazówek dotyczących znaczenia i funkcji darów duchowych (Rz 12,4-8; 1 Kor 12,14; Ef 4,4-16). W minionych wiekach, począwszy od reformatorów Spenera, Zinzendorfa i innych, nieustannie mówiono o „powszechnym kapłaństwie świętych”. Większość zborów ewangelicznych jest wspierana przez pełnoetatowego pastora, kaznodzieję lub „kaznodzieję-amatora”, który ucieleśnia wszystkie te dary. Czy istnieje biblijna podstawa dla takiej praktyki? Temat darów duchowych zajmuje ważne miejsce w ruchu „trzech fal”. Napisano wiele książek na temat tego, jak odkrywać i rozwijać te dary. Choć słusznie się im sprzeciwia, gdyż niektórym sensacyjnym darom poświęca się zbyt wiele uwagi, a inne są zaniedbywane, należy przyznać, że w tych kręgach poruszany jest ważny temat i poddawany bardzo poważnej analizie, podczas gdy w niektórych kręgach niecharyzmatycznych można zaobserwować dokładnie odwrotny proces.

Przewodnictwo Ducha

Zarówno w naszym życiu codziennym, jak i podczas spotkań parafialnych, musimy być otwarci na prowadzenie Ducha Świętego. Musimy sobie o tym nieustannie przypominać. Zrozumiały lęk przed błędami i herezjami, takimi jak te, które obserwujemy na spotkaniach charyzmatycznych, oraz przed niekontrolowanymi incydentami i sytuacjami, nie powinien prowadzić nas do prowadzenia naszych spotkań według monotonnego schematu, zamieniając je w martwą liturgię pozbawioną spontanicznego działania Ducha Świętego.

Potrzebujemy spotkań charyzmatycznych, w biblijnym znaczeniu tego słowa – spotkań, na których Bóg może do nas przemawiać poprzez różnorodne dary udzielone zgromadzeniu, poprzez to, co pragnie nam powiedzieć w naszych konkretnych sytuacjach. Nadużycia mogą również wystąpić, gdy ktoś zamienia prowadzenie Ducha w rodzaj karnawałowej wolności. Tymczasem starsi, doświadczeni bracia, obdarzeni darem „rządzenia” (1 Kor 12,28), unikają nieporządku i, jeśli to konieczne, uciszają „nieokiełznanego gadułę” (Tt 1,10-11). Jednak w tej sprawie, kluczowej dla zdrowego życia zgromadzenia, musimy ponownie dostosować nasze postępowanie do Słowa Bożego i dążyć do biblijnej i trzeźwej praktyki pod kierownictwem Ducha Świętego.

Życie pełne Ducha

Jak już ustaliliśmy, Biblia nie naucza o takim „chrzcie w Duchu” jako o „drugim doświadczeniu”. Znajdujemy tam jednak inne, wyraźne wymagania:

- „...bądźcie napełnieni Duchem” (Ef. 5:18),

- „I nie zasmucajcie Ducha Świętego...” (Ef. 4:30),

- „Ducha nie gaście” (1 Tes. 5:19).

O ile zapieczętowanie Duchem Świętym wiąże się ze słuchaniem Ewangelii i wiarą w Niego (Ef 1,13), o tyle napełnienie Duchem Świętym zależy od naszego posłuszeństwa Bogu i poddania się Mu. W Dziejach Apostolskich 4,31 czytamy o chrześcijanach w Jerozolimie, którzy po modlitwie zostali napełnieni Duchem Świętym. Rozdział 6 mówi o siedmiu diakonach napełnionych Duchem Świętym. To samo świadectwo dano Szczepanowi (Dz 7,55). Dowiadujemy się również o Barnabie, że „był człowiekiem dobrym i pełnym Ducha Świętego i wiary” (Dz 11,24). Napełnienie Duchem nie jest czymś, co uzyskuje się poprzez teoretyczną znajomość jakichś „praw duchowych” ani przez włożenie rąk; wiąże się ono z poddaniem się Bogu, studiowaniem Biblii, modlitwą i posłuszeństwem. Nie otrzymujemy pełni Ducha raz na zawsze. Możemy Go obrazić naszą niewiernością, obojętnością i apatią. Ci, których Biblia opisuje jako napełnionych Duchem Świętym, wyróżniali się nie „mówieniem językami”, lecz wiarą i duchową siłą w służbie i świadczeniu. „Pełnia Ducha” objawia się w „owocu Ducha”. „Owocem Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Gal. 5:22-23).

Chrześcijanin napełniony Duchem Świętym będzie przejawiał cechy Ducha Świętego w swoim życiu: „Lecz gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, wprowadzi was we wszelką prawdę. Bo nie będzie mówił od siebie, ale cokolwiek usłyszy, będzie mówił, i rzeczy przyszłe wam oznajmi. On Mnie uwielbi, ponieważ z mojego weźmie i wam oznajmi” (J 16,13-14).

Wielu młodych i starszych chrześcijan tęskni za życiem pełnym Ducha, które ruch charyzmatyczny zdaje się im oferować w atrakcyjny sposób, choć często myli pełnię Ducha z entuzjazmem. Nasuwa się pytanie: czy tacy chrześcijanie mogą doświadczyć działania Ducha Świętego? Mamy tu wszelkie powody, by żałować naszej obojętnej obojętności, przeciętności i „braku duchowości”. Z Biblią w ręku i poczuciem prawości w sercu możemy polemizować z pewnymi niespójnościami i błędami w naukach ruchu charyzmatycznego, ale nasze słowa pozostaną bezskuteczne, jeśli nasze życie nie będzie stanowiło atrakcyjnej i przekonującej biblijnej alternatywy dla tych błędów.

Miłość do Jezusa Chrystusa

Miłość do Pana jest bezpośrednio związana z pełnią Ducha. Chrześcijanin, napełniony Duchem w biblijnym sensie, niewiele mówi o Duchu Świętym, niewiele o sobie, za to chętnie o Jezusie Chrystusie, którego kocha i który wypełnia jego życie. Niczym kochający adorator, który stara się skierować każdą rozmowę do dziewczyny, która wypełnia jego serce, wykorzystując każdą okazję, by to uczynić, powinniśmy doświadczać tak głębokiej miłości do Pana Jezusa, aby promieniowała ona z nas na otaczających nas ludzi. Ale gdzie dziś można znaleźć chrześcijanina, młodego czy starego, który nie porzucił swojej „pierwszej miłości”? Kto z nas potrafi odpowiedzieć na pytanie Pana: „Czy mnie miłujesz?” tak szczerze, jak Piotr: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham!” (J 21,17).

Jak często cytujemy 13. rozdział Pierwszego Listu do Koryntian, jak często słuchamy kazań na temat Listu do Efezjan, ale powiedzcie mi, kiedy ostatnio szczerze żałowaliśmy, w szczerym żalu, naszej obojętności wobec Tego, który oddał za nas swoje życie? On modli się za nas nieustannie, tęskniąc za swoją Oblubienicą, dla której oddał wszystko. Wydaje się jednak, że Jego Oblubienica bardziej interesuje się innymi ludźmi i innymi sprawami. Jej rozległa działalność ewangelizacyjna, wzorowy aktywizm społeczny i jej walka o czystość nauk Słowa Bożego – nic z tego nie powinno przesłaniać prawdy, że niebiański Oblubieniec pragnie przede wszystkim znaleźć w swojej Oblubienicy kochające serce.

Studium Biblii

Aby wzrastać w wierze i mieć siłę do wypełniania naszych chrześcijańskich obowiązków, potrzebujemy głębokiej miłości do Słowa Bożego i silnej woli studiowania Biblii. Pomimo wszystkich kursów, seminariów i szkół biblijnych, nasza wiedza o Biblii jest żałośnie niewystarczająca. Musimy żarliwie modlić się o napełnionych Duchem, obdarzonych darami i wykształconych chrześcijan, którzy potrafią wyjaśniać innym tajniki Pisma Świętego i ukazywać nam, przynajmniej w pewnym stopniu, wspaniałość Słowa Bożego. Solidna znajomość Biblii jest najlepszą gwarancją przeciwko powodzi fałszywych nauk i dziwacznych teorii, które nas spotykają. Ruch charyzmatyczny i, niestety, większość ewangelicznych chrześcijan jest wręcz zniesmaczona tolerancją dla liberalnej teologii w swoich szeregach, która jest krytyczna wobec Biblii. Konsekwencją tego będzie to, że w przyszłości wyłoni się typ chrześcijaństwa, który nie będzie miał wiele wspólnego z Nowym Testamentem, lecz będzie coraz bardziej przypominał „falę religijną”, jak trafnie opisał Georg Huntemann w swojej pracy o Bonhoefferze: „To, co obserwujemy dzisiaj jako falę religijną, to religijność, która różni się od religijności naiwnej tym, że nie jest dana, lecz stymulowana. Jak mogliby istnieć nasi współcześni ewangeliści bez swojego marketingu, bez stymulacji, którą sami zaplanowali, a której często towarzyszy cała flota różnorodnej elektroniki? .. Neoreligijność, która do pewnego stopnia przybiera postać chrześcijańską, jest całkowicie ukierunkowana na podniesienie standardu życia w sensie czysto subiektywnej, konsumpcyjnej samoafirmacji. Jest to całkowicie i całkowicie zbawczy egoizm… Ta religijność jest religijnością obietnic „życia w mocy”, które mogą być tak konkretne, że obiecują nowo nawróconym nie tylko zdrowie, ale także dobrobyt i bogactwo. Ten typ ewangelizacji jedynie podnosi ducha Ludu. Tutaj, zamiast prawdziwego odrodzenia, Istnieją sztucznie wywołane, wzniosłe doświadczenia, które, podobnie jak chwilowe akty konsumpcji, są całkowicie ograniczone, ponieważ nie mają znaczenia dla całościowego procesu życia we współczesnym świecie. Nowa fala religijna postrzega religię jako konsumpcję. Przejawia się ona jako utopijny, zbawczy egoizm. To, że ta religijność nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, jest oczywiste, biorąc pod uwagę fakt, że tzw. ruch „New Age” – ruch mający na celu zaspokojenie potrzeb religijnych – wprowadza zupełnie inną treść religijną – coś z dalekowschodniej praktyki medytacji i wschodnich mitologii.

Tylko jasne stanowisko w sprawie autorytetu Pisma Świętego oraz stałe, modlitewne studiowanie Biblii może nas uchronić przed takimi procesami, gdyż może rzucić światło na wszystkie nasze pytania dotyczące wiary i życia oraz dać nam siłę, aby żyć, polegając nie na sobie samych, ale na Bogu.

Modlitwa

Wszyscy często mówimy o potrzebie modlitwy i od dzieciństwa wiemy, że modlitwa jest kluczem do przebudzenia. Jednak brak modlitwy pozostaje ważnym elementem naszego osobistego i wspólnotowego życia wiary. To właśnie od tego musi się zacząć nasze nawrócenie. I bez względu na to, jak mroczne stają się czasy, jak wyraźnie wisi cień Antychrysta, jeśli wspólnota szczerze wyzna swoje grzechy, swoje niedociągnięcia, swoje nieposłuszeństwo przed Bogiem, przebudzenie z pewnością nadejdzie. Bóg jest wierny Swojemu Słowu. Kiedy we wszystkim na Nim polegamy, będziemy wiedzieć, że On wypełnia swoje obietnice w prawdzie życia.

Skromny styl życia

Niech głosiciele dobrobytu kierują swe serca i oczy ku sobie, ku rzeczom tego świata, ku czci, sukcesowi i władzy, ale my musimy swoim pokornym życiem głosić wszystkim Tego, którego czci szukamy i który jest naszym Panem: „Bo gdzie jest skarb twój, tam będzie i serce twoje” (Łk 12,34).

A gdy liczba tych, którzy definiując naukę o odrodzeniu jako „negatywną”, odrzucają ją, bo marzą o „zdobyciu świata”, nasze praktyczne życie musi stać się jeszcze skromniejsze, ale jednocześnie być takim wezwaniem do pokuty, że nie sposób nie zauważyć: „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie wasze, a będziecie podobni do ludzi, oczekujących powrotu swojego pana...” (Łk 12, 35-36).

Styl życia ewangelizacyjnego

Nie da się zaprzeczyć, że wielu charyzmatyków angażuje się w działalność misyjną. Szukają oni możliwości wypełnienia wielkiego nakazu naszego Pana. Choć niektóre z ich metod uważamy za wysoce wątpliwe, a inne całkowicie odrzucamy, pomimo znacznego skrócenia Ewangelii, którą głoszą, musimy jednak przyznać, że nasi bracia i siostry w ruchach zielonoświątkowych i charyzmatycznych na całym świecie pragną wszelkimi możliwymi sposobami przyprowadzać ludzi do Chrystusa. Jednocześnie musimy zadać sobie pytanie: dlaczego sami tak mało angażujemy się w tę ważną posługę? Praca ewangelizacyjna jest niezbędna dla zdrowego życia duchowego zgromadzenia. Kiedy ludzie ze świata dochodzą do żywej wiary w Pana Jezusa i zostają wciągnięci do Kościoła, jest to w pewnym sensie jak transfuzja świeżej krwi dawcy dla zgromadzenia, która ma ożywiający wpływ pod każdym względem. Kościół, który doświadcza wielu nawróceń, jest chroniony przed negatywnymi tradycjami i martwymi formami, ponieważ ci nowi konwertyci, nieświadomi tradycji, nieustannie zmuszają nas do analizowania naszego własnego sposobu pobożnego życia swoimi licznymi pytaniami. Zgromadzenie, które aktywnie ewangelizuje, nie ryzykuje tak łatwo zagubienia się w obcej wiedzy, ponieważ działalność ewangelizacyjna pozwala nam zawsze pozostawać ugruntowanymi w faktach, nieustannie pokornieje naszego ducha i w ten sposób jest najlepszym lekarstwem na wypaczenia i legalizm.

Nie chodzi tu przede wszystkim o organizację masowych wydarzeń, ale raczej o rozwijanie ewangelizacyjnego stylu życia, którego celem jest wywieranie wpływu na otoczenie. Ten rodzaj osobistej ewangelizacji jest niezwykle potrzebny i skuteczny w naszych czasach.

Równowaga między odpowiedzialnością osobistą a współodpowiedzialnością

Społeczności od zawsze były nękane niebezpieczeństwem indywidualizmu, który może prowadzić do napięć i schizm. Z drugiej strony, istniało również niebezpieczeństwo klerykalizmu, prowadzącego do mikrozarządzania w sprawach, które leżą w gestii poszczególnych członków wspólnoty. I tutaj musimy nauczyć się zwracać równą uwagę na dwie zasady, które zdają się ze sobą sprzeczne i prowadzą do licznych sporów.

Pierwszą zasadą jest prawda biblijna. Bóg powołuje swoich pracowników, szkoli ich, posyła do pracy na swoich polach i zapewnia im to, czego potrzebują. Powszechna tradycja wysyłania misjonarzy, ewangelistów, pastorów i nauczycieli z jednej „fabryki misyjnej” lub ośrodka, a tym samym kierowania nimi i zapewniania im środków do życia, ma dobre intencje i oferuje wiele korzyści organizacyjnych i praktycznych. Nie jest jednak zgodna z naukami Nowego Testamentu. Pracownik Pański musi zdawać sobie sprawę, że jego pierwszą i ostateczną odpowiedzialnością jest Bóg, który powierzył mu tę posługę. Nigdy nie powinien uzależniać się od innych w kwestii swoich metod i samej posługi. Nie oznacza to jednak, że powinien unikać krytycznych, biblijnie uzasadnionych komentarzy dotyczących jakiejkolwiek jego osobistej „wolności”.

Druga zasada wymaga od zgromadzenia uznania darów Bożych, pielęgnowania ich dobrego rozwoju oraz korygowania i wspierania. Zgromadzenie może upominać i ostrzegać sługę Pańskiego; może wyrażać swoje życzenia i sugestie, ale nigdy nie może interweniować między Panem a Jego sługą. Jedynie w przypadkach fałszywego nauczania lub wykroczenia moralnego zgromadzenie ma prawo i obowiązek stosowania dyscypliny kościelnej. Pracownik nie ma jednak oczywistego prawa do uznania i wsparcia, jeśli z jakiegokolwiek powodu takiego uznania i wsparcia brakuje. Zgromadzenie może wspierać sługę Bożego i, w przenośni, „włożyć na niego ręce” (Dz 15,3), utożsamiając się w ten sposób z jego posługą. Może jednak również przyjąć postawę wyczekującą, udzielając słudze okresu próbnego, jednocześnie odmawiając uznania i wsparcia, powierzając go całkowicie woli i karności Pana. Nigdy nie powinno być zależności finansowej ani organizacyjnej, która utrudniałaby duchownemu wypełnianie Bożego powołania, ani też, przeciwnie, nakładałaby na zgromadzenie obowiązek wspierania i wychowywania pracownika, którego boskie powołanie i zdolności są wątpliwe. Powrót do biblijnej, zdrowej praktyki w tej kwestii nie jest łatwy; jednakże czyniąc to, podejdziemy do posługi z większym poczuciem odpowiedzialności, z większą modlitwą o jasne wskazówki, a jednocześnie zdobywając cenne doświadczenie wiary. Większość pierwszych misjonarzy i głosicieli odnowy nie wykonywała swojej pracy z polecenia żadnego stowarzyszenia misyjnego ani zgromadzenia. Przeciwnie, uznawali się za ludzi powołanych i posłanych przez Boga, odpowiedzialnych przed Nim. I w ten sposób zdobyli odpowiednie doświadczenie wiary, którego nam tak bardzo brakuje.

Oczywiście, gdy zbór nie ufa pracownikowi na polu Bożym, powinien poważnie zastanowić się nad sobą, aby upewnić się, czy Bóg rzeczywiście go powołał, i z wdzięcznością przyjąć wszelkie napomnienia. Gdy duchowny i zbór znajdują się w dobrej duchowej relacji z Bogiem i ze sobą nawzajem, ich współpraca będzie owocna, harmonijna i pełna błogosławieństw Bożych.

Jim Elliott, młody misjonarz, który zginął śmiercią męczeńską z rąk plemienia Auki w 1956 roku, zapisał w swoim dzienniku sugestię szczególnie istotną w kontekście naszego tematu: „Nie stawiaj się w pozycji jakiejkolwiek grupy, która daje jej powód do dyktowania ci sposobu postępowania w sprawach, w których wiesz, że możesz decydować jedynie poprzez osobistą samoocenę przed Bogiem. Nigdy nie pozwól, aby jakakolwiek organizacja dyktowała ci wolę Bożą”.

A chwilę później napisał ponownie: „Minął długi czas bycia uczniem, zanim nauczyłem się żyć tylko przed Bogiem, pozwolić, aby tylko On kształtował moje sumienie i nie bać się niczego poza odstępstwem od Jego woli”.

Niech Bóg sprawi, aby te refleksje nad procesami zachodzącymi w chrześcijaństwie dały nam wszystkim nowy impuls do poznania Jego woli poprzez Słowo, do praktycznego ucieleśniania jej w naszej pobożności, pokorze i wierności. – „Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i stawić nienagannych przed obliczem swojej chwały z radością niezmierną, jedynemu mądremu Bogu, Zbawicielowi naszemu, przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała i majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami, teraz i na wieki. Amen” (Jud 25).

Załącznik I

Deklaracja Berlińska

Niżej podpisani bracia podnoszą głos w ostrzeżeniu przed tzw. ruchem zielonoświątkowym.

1. Po gruntownym, wspólnym przestudiowaniu przed Panem obszernych i wiarygodnych materiałów, doszliśmy do następujących wniosków:

a) Ruch jest nierozerwalnie związany z ruchami w Los Angeles, Christian, Hamburgu, Kassel i Großalmerode. Próby zaprzeczenia temu powiązaniu kończą się fiaskiem z powodu następujących czynników.

B)Tak zwany ruch zielonoświątkowy nie pochodzi z góry, lecz z dołu.Ma wiele podobieństw do spirytyzmu. Wiąże się z demonami, przebiegle sterowanymi przez Szatana. Mieszają one kłamstwa i prawdę, aby uwieść Dzieci Boże. Ci, którzy tak zwani „obdarzeni duchem”, często później okazują się opętani.

c) Osobista lojalność i oddanie poszczególnych braci i sióstr nie mogą nas zwieść ani zachwiać naszą pewnością, że ten ruch pochodzi „z dołu”, tak jak nie mogą tego zrobić uzdrowienia, języki, proroctwa i tym podobne zjawiska, które mu towarzyszą. Takie znaki często kojarzono z podobnymi ruchami, na przykład z irvingianizmem, a nawet z Chrześcijańską Nauką i spirytualizmem.

d) Duch tego ruchu wywołuje potężne skutki duchowe i fizyczne, ale wciąż jest duchem fałszywym. Zdemaskował się. Tym razem również na spotkaniach pojawiają się przerażające zjawiska: upadki, grymasy, drżenie, krzyki, odrażający, głośny śmiech itd. Nie ośmielamy się oceniać, jaki odsetek tych manifestacji ma charakter demoniczny, a jaki histeryczny lub psychotyczny – Bóg nie wywołuje takich zjawisk.

d) Duch tego ruchu przenika Słowo Boże i spycha go na dalszy plan za pomocą tak zwanych proroctw (2 Kronik 18,18-22). Proroctwa te, generalnie rzecz biorąc, niosą ze sobą wielkie niebezpieczeństwo. Nie tylko ujawniają oczywiste sprzeczności, ale gdzieniegdzie podporządkowują braci i całą ich pracę takim „przesłaniom”. Metoda przekazywania takich proroctw jest podobna do przekazów mediów spirytystycznych. W większości przypadków przekazującymi są kobiety. W niektórych miejscach doprowadziło to do tego, że żony, a nawet młode kobiety, zajmowały centralne pozycje kierownicze w zborach dzięki jasnym proroctwom z Pisma Świętego.

2.Nie można uznać takiego ruchu za dar od Boga.Oczywiście, możliwe jest, że głoszenie Słowa Bożego, z jego nieodłączną mocą, przynosi owoce podczas spotkań. Niedoświadczeni bracia i siostry dają się zwieść takim błogosławieństwom Słowa Bożego. Jednak te błogosławieństwa nie zmieniają fałszywego charakteru całego ruchu (2 Kor 11,3; 4,14).

3. Kościół Boży w Niemczech ma wszelkie powody, by kłaniać się w modlitwie pokutnej za to, że ruch ten znalazł w swoim gronie miejsce. Wszyscy uznajemy swoją winę, że stało się to z powodu naszych niedociągnięć i zaniedbań, zwłaszcza w modlitewnym wstawiennictwie. Brak wiedzy biblijnej i fundamentów, poważne podejście do świętości i czujności, powierzchowne rozumienie grzechu i łaski, nawrócenia i odrodzenia, arbitralne interpretacje Biblii, pragnienie nowych i ekscytujących zjawisk, skłonność do przesady, a przede wszystkim arogancja – wszystko to utorowało drogę temu ruchowi.

4. Rozwój tzw. ruchu zielonoświątkowego był szczególnie ułatwiony przezniebiblijna nauka o „czystym sercu”, które stało się zgubne dla wielu kręgów chrześcijańskich. Nauka ta potwierdza błąd, że grzech „nieodłączny” w ludzkiej naturze zostaje rzekomo wykorzeniony, gdy grzesznik otrzymuje przebaczenie i zbawienie. Mocno stoimy w uznaniu prawdy, że Pan pragnie i jest w stanie chronić swój lud przed potknięciami i upadkami, a mocą Ducha Świętego otrzymuje on władzę panowania nad grzechem (1 Tes 5,23; Jud 24-25; Hbr 13,21). Jednakże człowiek nigdy nie otrzyma „czystego serca”, które przewyższałoby to wszystko na ziemi, i nawet przy długotrwałej ochronie udzielonej przez Boga, musi pokornie powtórzyć za Pawłem: „Chociaż bowiem nic nie wiem przeciwko sobie, to jednak nie jestem przez to usprawiedliwiony”. Nawet najbardziej pobożny chrześcijanin musi ukorzyć się przed Bogiem, który jedynie może osądzić prawdziwy stan serca (1 Kor 4,4). „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, oszukujemy samych siebie i nie ma w nas prawdy” (1 Jana 1:8).

Tak, wierzący otrzymujew ChrystusieSerce nieskalane, oczyszczone. Jednakże fałszywe nauczanie, że serce może osiągnąć stan bezgrzeszności, sprowadziło już na wiele dzieci Bożych przekleństwo nieszczerości, wprowadzając je w błąd co do grzechów popełnionych w umyśle, a także zaniedbań lub odstępstw od przykazań Bożych. Nigdy nie będzie zbyteczne napominanie ich do zachowania duchowego wzroku czystego od grzechu, nie pozwalając, by został on przyćmiony uświęceniem narzuconym przez wolę człowieka, przez wymyśloną teorię eliminacji grzesznej natury. Niewystarczająca skrucha za grzechy blokuje drogę do nowych błogosławieństw i wystawia ich na wpływ wroga. Smutne doświadczenie współczesności świadczy o tym: gdzie twierdzą, że osiągnęlistanybezgrzeszność, tam wierzący może doświadczyć utraty zdolności odrzuceniafałszywe nauki, nie wspominając o jego wyznawaniu. Kolejną smutną konsekwencją fałszywego nauczania o uświęceniu jest spadek jakości życia rodzinnego opartego na Biblii i woli Bożej, gdy w niektórych miejscach relacje rodzinne między mężem a żoną są postrzegane jako niezgodne z prawdziwym uświęceniem (por. Rdz 1,28; Ef 5,31).

5. P. Paweł stał się przywódcą tzw. ruchu zielonoświątkowego w Niemczech. Jest on również czołowym rzecznikiem wspomnianych odrzuconych, niebiblijnych nauk. Kochamy go jak brata i życzymy rzeszy jego zwolenników posługi w prawdzie. Boli nas fakt, że musimy zająć wobec niego otwarcie przeciwne stanowisko. Nie brakowało dyskusji i napomnień w bliskim i szerokim kręgu braci. Teraz, gdy wszystko to okazało się daremne, musimy teraz powiedzieć, dla jego własnego dobra i dla dobra Sprawy Bożej, co następuje: „My, niżej podpisani bracia, nie możemy już uznać go za przywódcę i nauczyciela Kościoła Jezusowego. Napominamy go z miłością, wiarą i nadzieją w łasce Pana, która wszystko porządkuje”.

6.Wierzymy, że istniała tylko jedna Pięćdziesiątnica, opisana w Dziejach ApostolskichWierzymy w Ducha Świętego, który będzie przebywał w Kościele Jezusa na wieki (por. J 14,16). Jesteśmy absolutnie przekonani, że Kościół Boży był wielokrotnie nawiedzany łaską Ducha Świętego na przestrzeni dziejów i że Kościół tej łaski potrzebuje.

Wezwanie Apostoła, by „napełnić się Duchem” (Ef 3,18), dotyczy każdego. Drogą do tego stanu była i pozostaje bliska więź z ukrzyżowanym, zmartwychwstałym i wniebowstąpionym Panem. W Nim mieszka żywa pełnia Ducha, z której otrzymujemy łaskę za łaską.Nie oczekujemy nowej Pięćdziesiątnicy. Oczekujemy przyjścia Pana.Niniejszym prosimy wszystkich naszych braci i siostry, w imię Pana i Jego dzieła, które szatan usiłuje zepsuć: uciekajcie z tego ruchu! A ci z was, którzy już popadli w moc tego ducha, niech się go wyrzekną i proszą Boga o przebaczenie i wybawienie. Nie traćcie nadziei w walce, z którą wielu z was najwyraźniej się zmaga. Szatan nie odda łatwo swojego panowania. Wiedzcie jednak jedno: Pan was przez to przeprowadzi. On już wielu uwolnił i naprawdę pragnie uzbroić was w Ducha.

W tych trudnych czasach nasze głębokie przekonanie jest następujące:Lud Boży wyjdzie z tej walki nasycony błogosławieństwem!To samo należy powiedzieć również wam, drodzy bracia i siostry, którzy jesteście zszokowani faktami, które tu przedstawiliśmy. Bóg oświeci prostodusznych i pokornych, umocni ich i zachowa.

Pozostawiamy was Jezusowi, Najwyższemu Pasterzowi. Jeśli każdy poświęci Panu i Jego słowu należne im miejsce, dzieło Jego Ducha, które tak łaskawie rozpoczął w Niemczech, osiągnie piękne, miłe Bogu cele. Pozostawiamy was Temu, który mówi:

„Niech moje dzieci i praca będą poddane autorytetowi moich przykazań”.(Izajasz 45:11, tłumaczenie dosłowne)

Berlin, 15 września 1909 r.

Podpisano: Veren, Hanower; Bartscha w Charlottenburgu; Blecher; A. Dallmayera; Broda, Gelsenkirchen; Dollmann; Engel, Neuroda; Zwere, Rixdorf; Franka w Hamburgu; Grothe, Oberfischbach; Hermanna, Berlina; Heydorn; Hun, Fraenwalde; ilef; Jern, Berlin; Kmitta; Knippela; Koehlera w Berlinie; Hrabia Korff; Kuhn; hrabia Lichtenfelde; Lammerta w Berlinie; Zawietrzny; K. Macher; ks. Macher, Lee; Meister, Waldenburg; Merten, Elberfeld; Michaelisa; von Patowa; Rohrbacha; von Rothkircha; Rudersdorf, Düsseldorf; Ruprecht, Herschdorf; Sartorius; Scharwächter; Schieffera, Neukirchen; Schopf, Witten; Schrencka; Schutza w Berlinie; Schutz, Rawicz; Seitza; Simoleit, Berlin; Stockmayera; von Thiele-Winkler; Tiemann; von Tresckowa; von Tümmlera; M. Urbana; Urbschat, Gela; Fasel; von Viehbahna; Wächter, Frankfurt; Wallraf w Berlinie; ostrzega, Berlinie; Wittekindta; Wüsten, Görlitz; von Zashtrow, hrabia Briesen. Za zgodą i modlitwą podpisano w domu Wittekindta w Wernigorodzie.

Załącznik II

Informacje o niektórych wyznaniach, ruchach, znanych postaciach religijnych, koncepcjach

Przymierze(The Gospel Alliance) – Międzywyznaniowe stowarzyszenie założone w XIX wieku dzięki wysiłkom braci z różnych kościołów, mające na celu wzajemne duchowe podnoszenie się i wspólną działalność ewangelizacyjną. Co roku Alliance organizuje różne tygodnie modlitwy, konferencje i wydarzenia ewangelizacyjne w wielu krajach na całym świecie.

Kościół Anskar- Charyzmatyczny wolny kościół w Niemczech, założony w 1988 roku przez byłego pastora luterańskiego Wolframa Kopfermanna i nazwany na cześć katolickiego misjonarza Anskara.

Biznesmeni pełnej ewangelii- Międzynarodowe stowarzyszenie niezwykle charyzmatycznych biznesmenów, założone przez Demosa Shakariana (USA), którzy spotykają się na tzw. „spotkaniach zakonu” i prowadzą działalność ewangelizacyjną wśród ludzi biznesu, wspierają finansowo wiele charyzmatycznych grup i finansują ich wydarzenia.

Inspiracja słowna- Nauka, że ​​dosłownie każde słowo Biblii zostało napisane pod natchnieniem Ducha Świętego, a zatem Biblia jest nieomylnym, natchnionym przez Boga Pismem Świętym.

Stowarzyszenie Gnadaus- Zrzeszenie stowarzyszeń i misji działających w ramach Kościoła Ewangelickiego w Niemczech, których celem jest szerzenie nauki o autorytecie Biblii i potrzebie nawracania.

Darbizm- Pogardliwe określenie ruchu braci, na który wpływ miała teologia D.N. Darby'ego (1800-1882).

Ruch BraciRuch, który narodził się około 1830 roku w Anglii, a następnie rozprzestrzenił się na cały świat. Swoją nazwę zawdzięcza odrzuceniu wszelkiej władzy duchownej i pragnieniu sprawowania wspólnej posługi pasterskiej zgodnie z modelem Kościoła nowotestamentowego. Wybitnymi postaciami tego ruchu byli D.N. Darby, G. Müller, W. Kelly, F.W. Baedeker, C. Mackintosh, G. von Viebahn i R. Brockhaus. W ramach tego ruchu istnieją dwie duże grupy: tzw. „Bracia Zamknięci”, którzy podkreślali swoją odrębność, oraz „Bracia Otwarci”, którzy uznawali autonomię poszczególnych zborów, ale byli otwarci na wspólnotę z wierzącymi w Biblię chrześcijanami z Kościoła ludowego i wolnych wspólnot kościelnych.

Ruch Heraldyczny- Została założona w 1949 roku przez Wilhelma Beckera w celu grupowej działalności ewangelizacyjnej. W latach 1949-1975 działała w Kościele Baptystów w Niemczech, szerząc nauki i praktyki charyzmatyczne.

Ruch na rzecz komunii- Powstała w XIX wieku w Niemczech, gdy wierni kościoła ewangelickiego, w odpowiedzi na rozprzestrzenianie się liberalizmu, zaczęli spotykać się w kręgach biblijnych w celu duchowego wzrostu i wspólnoty, nie opuszczając swojego kościoła ewangelickiego.

Ruch Uświęcenia- Głoszenie nie tylko Ewangelii odpuszczenia grzechów, ale także wyzwolenia od skłonności do grzechu („drugiej łaski”). Idee te stały się szczególnie rozpowszechnione po konferencjach oksfordzkich (Anglia) i ruchu keswick (Anglia). Ruch ten utorował drogę ruchowi zielonoświątkowemu.

Ruch na rzecz wzrostu społeczności- Została założona przez Donalda McGuire'a (1897-1990) w celu zbadania struktury i zasad rozwoju społeczności oraz opublikowania wyników tych badań, aby zachęcić inne społeczności do naśladowania. Do znanych postaci tego ruchu należą Charles Wagner, David Wimber i Yonggi Cho.

Ruch Ludzi JezusaRuch religijny, głównie wśród hipisów, który narodził się pod koniec lat 60. XX wieku w Stanach Zjednoczonych. Znane postacie tego w dużej mierze charyzmatycznego ruchu to David Wilkerson, Chuck Smith i „Moses-David”.

Chrześcijanie ewangeliczni- Chrześcijanie z różnych kościołów oficjalnych i wolnych, którzy uznają autorytet Biblii i głoszą potrzebę nawrócenia i odrodzenia.

JezuiciChrześcijanie należący do zakonu rzymskokatolickiego założonego przez Ignacego Loyolę (1491-1556) w okresie tzw. kontrreformacji w celu obrony papiestwa i nauk Kościoła katolickiego. Członkowie tego zakonu są zobowiązani do bezwzględnego posłuszeństwa wobec przełożonych w hierarchii kościelnej. Jezuici praktykują tzw. „ćwiczenia” (pobożne ćwiczenia). Praktyka ta, nawiasem mówiąc, przeniknęła również do kościołów protestanckich.

Joga- Wschodnioazjatycka metoda medytacji praktykowana przez buddystów i hinduistów w celu przejścia przez różne etapy „wyzwolenia” i osiągnięcia ostatecznego „zbawienia”.

Kwakerzy(Kwakrzy) – Założony przez George'a Foxa (1627-1691), Kościół rozprzestrzenił się najpierw w Anglii, a następnie w Stanach Zjednoczonych. Według nauczania kwakrów, Bóg może objawić się każdemu wierzącemu poprzez „wewnętrzne światło”, aby wierzący mógł prowadzić życie niezależne od światła biblijnej prawdy i biblijnego przewodnictwa.

Kuhlman Catherine(1907-1967) – Jedna z najsłynniejszych amerykańskich ewangelistek, która prowadziła nabożeństwa uzdrowieniowe na całym świecie. Znana była z występów teatralnych i ekstrawaganckiego stylu życia. Podczas jej kazań wielu słuchaczy padało na podłogę („pokonani duchem”).

Konserwatywni protestanci- Chrześcijanie Kościoła Ewangelickiego w Niemczech, którzy odrzucają liberalną i modernistyczną teologię ludowego (oficjalnego) kościoła.

Kościół luterański lub ewangelicki- Protestanci prawosławni, w przeciwieństwie do protestantów reformowanych, oprócz uznawania autorytetu Biblii, podkreślają wagę świętych sakramentów i nauk Marcina Lutra.

Medytacja- Ćwiczenie mentalne w praktykowaniu religii Wschodu, polegające na stanie bierności („wypróżnieniu”) i koncentracji. Zazwyczaj używa się określonych przedmiotów lub obrazów.

metodysta- Członkowie jednego z niezależnych kościołów założonych przez Johna Wesleya (1703-1791), którzy na początku wyróżniali się zdyscyplinowanym, duchowo metodycznym życiem.

Modersohn Ernst(1870-1948) – Nawrócił się będąc już studentem teologii, został pastorem, a później znanym ewangelistą i szeroko poczytnym pisarzem chrześcijańskim w Niemczech.

Młodzież z jedną misją- Międzynarodowa Misja Charyzmatyczna, założona przez L. Cunninghama, która kładzie szczególny nacisk na nauczanie. MSOM zasłynęła z aktywnej działalności muzycznej (komponowanie muzyki do tekstów biblijnych, komponowanie pieśni i publikowanie różnych śpiewników) oraz z grup tanecznych i pantomim, działających na rzecz uwielbienia i ewangelizacji na ulicach. Dyrektorem europejskiego oddziału misji jest Floyd McCluge (Amsterdam).

McGovern Donald(1898-1990) – Ojciec ogólnoświatowego ruchu budowania wspólnot, założył wydział budowania wspólnot w Seminarium Teologicznym Fullera. Napisał wiele książek na ten temat. Jego następcą był C.P. Wagner.

Nowa Era(Nowa Era) – Ogólne określenie wielu nauk spirytualistycznych, mistycznych i okultystycznych, opowiadających się za „Nową Erą Wodnika”. Głównym nauczaniem tego ruchu jest teoria rozszerzania możliwości ludzkiej świadomości, dzięki której człowiek staje się „boski” i rozwija nadprzyrodzone moce.

Oral Roberts(ur. 1918) – Znany amerykański ewangelista uzdrawiania, którego spotkania są transmitowane w licznych stacjach radiowych i telewizyjnych. W 1965 roku założył Uniwersytet Orala Robertsa, przeznaczając na niego 250 milionów dolarów. Podobną kwotę przeznaczył również na utworzenie szpitala „City of Faith”, w którym pacjenci są leczeni modlitwą i lekami. Roberts zasłynął ze swojej „wody święconej” i „błogosławionych chusteczek”, które rozdawał, twierdząc, że przynoszą uzdrowienie, a także z masowych apeli o datki.

Osborne Tommy(ur. 1925) – amerykański ewangelista uzdrawiania, który zyskał rozgłos dzięki spekulatywnym metodom pozyskiwania nowych wyznawców, częstym apelom o datki i doniesieniom, w których opisywano nawet wskrzeszanie zmarłych. Jego praktyka wysyłania kawałków drewna, chusteczek i kartek, które rzekomo mogły czynić cuda, doprowadziła do odrzucenia go przez wielu zielonoświątkowców.

Pluralizm- Różnorodność poglądów. W Kościele pluralistycznym jest miejsce dla wszystkich nurtów duchowych, nawet jeśli są sobie przeciwstawne.

Misja plażowa- Grupy ewangelicznych chrześcijan, które zajmują się działalnością ewangelizacyjną głównie wśród plażowiczów w okresie świątecznym.

Projekcja IoT- Charyzmatyczna misja i wydawnictwo założone przez G. Oppermanna w Niemczech. Misja ta jest szczególnie aktywna wśród kościołów ewangelickich i katolickich oraz organizuje kongresy wimberskie.

Sakramentalizm- Wiara, że ​​święte sakramenty – chrzest, namaszczenie i komunia – sprzyjają „dobru”. Takie poglądy dominują wyłącznie w kościołach prawosławnym, katolickim i ewangelickim.

Wolne wspólnoty kościelne- Wspólnoty, do których ludzie stają się członkami „dobrowolnie”, niezależnie od narodowości czy chrztu niemowlęcego. Takie wspólnoty, w przeciwieństwie do popularnych (oficjalnych) kościołów w większości krajów zachodnich – ewangelickiego, anglikańskiego i katolickiego – działają niezależnie od państwa.

Błękitny Krzyż- Ewangelickie stowarzyszenie osób wierzących w abstynencję w Niemczech, którego celem jest pomoc alkoholikom i osobom uwolnionym od tego szkodliwego uzależnienia w prowadzeniu trzeźwego życia.

Tolerancja- Tolerancyjna postawa wobec odmiennych poglądów.

Unitarianie- Teologia, która neguje doktrynę Trójcy Świętej, cuda dokonane przez Jezusa Chrystusa, a często także samą boskość Jezusa.

Franciszkanie– Chrześcijanie należący do jednego z zakonów monastycznych Kościoła rzymskokatolickiego, założonego przez Franciszka z Asyżu (1181-1236). Członkowie tego zakonu składają ślub dobrowolnego ubóstwa.

Instytut Fullera na rzecz Rozwoju Społeczności- Instytut powstał w Fuller Theological Seminary w Pasadenie w USA. Do znanych profesorów tego instytutu należą D. McGavran i P.W. Wagner.

Fundamentaliści- Chrześcijanie z kościołów wolnych i popularnych, którzy bronią i głoszą natchnienie każdego słowa Biblii (patrz inspiracja werbalna).

Bracia Herrnhut- Chrześcijanie należący do wspólnoty założonej przez N. Zinzendorfa (1700-1760) w Herrnhut w Niemczech. Początkowo składała się ona z wiernych wygnańców z Polski i Czech, którzy wkrótce rozprzestrzenili się po całym świecie jako pierwsi misjonarze.

Hagen Kenneth(ur. 1917) – Jeden z najsłynniejszych charyzmatyków w Stanach Zjednoczonych. W swoich kazaniach i licznych książkach wyjaśnia swoją naukę, zgodnie z którą chrześcijanin może cieszyć się zdrowiem i dobrym samopoczuciem dzięki wierze. Hagen twierdzi, że wszystkie swoje szczególne nauki otrzymał przed „tronem Bożym”. Nauki Hagena sugerują, że odkupienie dokonało się nie na krzyżu, ale w zaświatach, gdzie rzekomo po śmierci Chrystus był dręczony przez demony i przyjął naturę Szatana.

Chrześcijańska Nauka- Sekta założona przez Mary Baker Eddy (1821-1910), która neguje osobowość Boga, autorytet Biblii, upadek człowieka i odkupienie, a także uważa grzech, chorobę i śmierć za złudzenie, sen i iluzję.

Kościół NazarejczykaKościół ten, działający głównie w Stanach Zjednoczonych, odłączył się od Kościoła Metodystycznego w 1908 roku. Przestrzega doktryny „uświęcenia” poprzez chrzest w Duchu Świętym jako „drugiego doświadczenia duchowego”, które uwalnia od grzechu pierworodnego.

Zinzendorf Nikolaus Ludwig(1700-1760) – hrabia, kompozytor pieśni chrześcijańskich, kaznodzieja duchowego przebudzenia, założyciel wspólnoty braterskiej w Herrnhut (Śląsk, wschodnie Niemcy). W 1732 roku w tej wspólnocie rozpoczęło się duchowe przebudzenie. Wielu jej członków zostało pierwszymi misjonarzami w wielu krajach na całym świecie. Stało się to impulsem do duchowego przebudzenia w Anglii i Stanach Zjednoczonych.

Herbaciarnia- Komfortowo umeblowany pokój, w którym osoby niewierzące mogą prowadzić nieformalne rozmowy ewangelizacyjne przy filiżance herbaty.

"Eglow"- Międzynarodowe międzywyznaniowe stowarzyszenie kobiet chrześcijańskich. Jego cele są zbieżne z celami stowarzyszenia Full Gospel Businessmen. Do znanych liderek tego stowarzyszenia należą Joy Lawson i Betty Lowe.