Życie wewnętrzne Kościoła

Strona chrześcijańska

Kanał aktualizacji witryny

Biblioteka multimediów Blagovestnik.Org

w Telegramie -

t.me/BlagovestnikOrg

Biblia wideo online

Rosyjska Biblia Audio online

Pismo(recenzje)

Kroniki ostatnich czasów

Ukraińska Biblia Audio

Ukraińska Biblia Audio

ukraiński

Audio-Biblia

Książki wideo

Musical

albumy wideo

Książki(A-G)

Książki(D-L)

Książki(M-O)

Książki(P-R)

Książki(SS)

Książki(T-Ya)

Nowe książki(A-Z)

Fonogramy-aranżacje

(*.mid i *.mp3),

Karaoke

(*.kar i *.divx)

Młodzież Jezusa

PiosenkaEwangelista

stara sekcja

Bezpłatne pobieranie mp3

Archiwum muzyczne

Moduły

dla „Cytatów”

Broszurydla tych, którzy szukają Boga

Szkoła niedzielna,

przybory

dla dzieci,

rozrywkowyprzybory

Lista zasobów

Usługi Blagovestnik.Org

Archiwa:

Biuletyny(1)

Biuletyny(2)

Kazania(1)

Kazania(2)

Spurgeon(1)

Spurgeon(2)

Spurgeon(3)

Spurgeon(4)

Mapa witryny:

Odczyty

Interpretacja

Literatura

Wiersze

Pobierz mp3

Wideo online

Archiwa

Wszystko inne

Dane kontaktowe

Wesprzyj witrynę

Często zadawane pytania

Nasz główny kanał w serwisie Telegram.
Nasza grupa VK: „Chrześcijańska Biblioteka Mediów”.
Nasze aktualności znajdziesz w naszej grupie WhatsApp.

I.P. Plett

Życie wewnętrzne Kościoła

Spis treści

Wstęp

Pomoc w korekcie

Kościół lokalny

Sąd nad sobą

Ujawnianie zła w nas

Napomnienie

Rozumowanie

Wypowiedzenie

Rekryminacja

Kara

Nadwyżka dla innych

Dbanie o siebie nawzajem

Odrzut

Praca

Wzór do naśladowania dla siebie nawzajem

Modlitwa

Szybko

Ministerstwo słowem

Gorliwość w posłudze słowa

Komfort

Pozytywny wpływ

Nauczanie

O stanie Kościoła

Rozdzielenie

Skandaliczny

Bramy piekielne go nie przemogą.

WSTĘP

Bo i Chrystus raz cierpiał za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby nas przyprowadzić do Boga; zabity wprawdzie na ciele, lecz ożywiony w Duchu.

1 Piotra 3:18

Jakże wymowne są słowa „aby nas przywieść do Boga”! Ujawniają one wielką miłość Boga do ludzkości. Z powodu Upadku, Bóg wygnał człowieka z Raju, oddzielając go od Siebie, choć nie było to Jego pragnieniem. Nie odwrócił się od człowieka, lecz szukał z nim wspólnoty: „Bóg, który wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś do ojców przez proroków, w tych dniach ostatecznych przemówił do nas przez Syna…” (Hbr 1,1-2).

Bóg zawsze chce nam coś powiedzieć. Jakże uważnie powinniśmy słuchać Jego słów! Jeśli interesuje nas, co mówi ta czy tamta osoba, o ileż ważniejsze jest, aby wiedzieć, co mówi Bóg! Swoimi słowami objawia nam, jak możemy odzyskać utraconą więź z Nim.

Ojciec powierzył zbawienie ludzkości swojemu Synowi. Dzieło Syna Bożego wyraża się w słowach: „aby nas przyprowadzić do Boga”. Po omówieniu planu zbawienia w jedenastu rozdziałach, Apostoł Paweł kończy słowami: „O głębokości bogactwa i mądrości, i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!” (Rz 11,33).

Nie da się przyprowadzić człowieka do wspólnoty z Bogiem w taki sam sposób, w jaki został wygnany z Raju. Bóg nie może istnieć w obecności grzechu. Dzięki Bogu, nasz grzech został odkupiony przez cierpienie i śmierć Baranka Bożego! Wieść o tym rozchodzi się po całej ziemi i jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wielki tłum już znalazł zbawienie w Chrystusie Jezusie. Odradzając nas przez Ducha Świętego, uczynił nas dziećmi Bożymi. To daje nam solidny fundament nadziei ujrzenia Go takim, jakim jest. Kontynuacja dzieła Bożego w nas objawia się w tym, że „każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, oczyszcza się, tak jak On jest czysty” (1 J 3,3).

Dla naszego oczyszczenia, edukacji i duchowego wzrostu Pan stworzył na tej ziemi widzialny Kościół, który jest odbiciem Kościoła niewidzialnego – Ciała Chrystusa, Jego Oblubienicy. Duch Święty, posłany do naszych serc, oddziałuje na nas bezpośrednio, dokonując w nas Bożego dzieła. Działa również na nas poprzez naszych braci i siostry, z którymi tworzymy jedną rodzinę dzieci Bożych. W tej rodzinie, która jest Domem Bożym, wszyscy w jakiś sposób oddziałujemy na siebie nawzajem.

Chciałbym zastanowić się nad relacjami w Kościele, mając nadzieję zachęcić wielu do głębokiego przyjrzenia się tym zagadnieniom w świetle Słowa Bożego.

POMOC W KOREKCIE

Kościół lokalny

I ja, Jan, widziałem miasto święte, nowe Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, przygotowane jak oblubienica przyozdobiona dla swego męża. I usłyszałem donośny głos z nieba mówiący: „Oto przybytek Boga z ludźmi i będzie mieszkał z nimi…”.

Obj. 21:2-3

Takie doskonałe mieszkanie, w którym Bóg zamieszka z ludźmi, jest tworzone w niebie. Jest ono przygotowywane przez Ducha Świętego (Ef 2,22). Ludzie są przygotowywani do tego mieszkania na ziemi.

Pierwowzorem tej budowli jest Świątynia Salomona. W górach ciosano, polerowano i dopasowywano kamienie do jej murów. Rozległ się huk i kurz, a odłamki kamienia sypały się z toporów. Ale „nie słyszano młota, toporów ani żelaznego narzędzia w świątyni, gdy ją budowano” (1 Krl 6,7).

Tak jest w niebie – cisza i harmonia; tam budowla wznosi się harmonijnie. Tu na ziemi, niczym żywe kamienie, jesteśmy obrabiani i obrabiamy innych, bo z jednej strony jesteśmy kamieniami, z drugiej – robotnikami. „Wy również, niczym żywe kamienie, jesteście budowani w duchową świątynię” (1 P 2,5). Chociaż obróbka kamieni wiąże się z hałasem i pyłem, jest ona nadal bardzo konieczna. Kieruje nią Duch Święty. Widzialną stronę tego dzieła wykonują ludzcy robotnicy. „I On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do wykonywania posługi, do budowania ciała Chrystusowego” (Ef 4,11-12).

Kluczowe jest dla nas jasne zrozumienie, jak ta praca jest wykonywana, jakie siły w niej uczestniczą i co na nią wpływa. Musimy również znać główny cel tej pracy, co ułatwia jej powodzenie, a co ją utrudnia. Musimy zrozumieć techniki i metody, za pomocą których jest ona wykonywana. Dlatego kluczowe jest, aby wiedzieć, co Bóg mówi w tej sprawie.

Lokalny kościół można porównać do warsztatu, w którym rzeźbi się kamienie na wieczny dom. Jego otoczenie powinno sprzyjać pełnemu i udanemu wytwarzaniu tych żywych kamieni.

Na ziemi żyjemy tymczasowo i przygotowujemy się do wieczności. Bóg z łatwością uczyniłby nasze życie beztroskim i łatwym, ale nie taki jest Jego cel; chodzi raczej o naszą duchową formację, której służą wszystkie okoliczności w naszym życiu – zarówno radosne, jak i smutne. Ponieważ przygotowanie do wieczności jest głównym celem Boga, zsyła On doświadczenia, które najlepiej temu celowi służą.

Nasza formacja duchowa w dużej mierze zależy od kondycji lokalnego Kościoła, w którym żyjemy i pracujemy. Niewidzialny Kościół powszechny – Ciało Chrystusa, Jego Oblubienica – musi być święty i nienaganny (Ef 5,27). Kościoły lokalne również mają braki, które wpływają na formację ich członków. W takim stanie organizacyjnym Kościół nie może wejść do wieczności, dlatego należy dołożyć wszelkich starań, aby go ustrukturyzować w sposób, który najlepiej ułatwi duchowy wzrost jego członków.

Organizując lokalny kościół, ważne jest, aby jasno zrozumieć jego główny cel. Organizacja, harmonia nabożeństw, śpiew chóralny, muzyka i wszelkie inne formy posługi nie powinny być celem samym w sobie. Wszystko to powinno przyczyniać się do nawrócenia grzeszników i duchowego rozwoju członków kościoła. Smutne jest, że kazania przeradzają się w oratorskie dialogi, a niektóre grupy wiernych słuchają ich i dyskutują o nich jednostronnie. Kazania mają sens, gdy są przejawem działania Ducha Świętego i oddziałują na dusze słuchaczy, przybliżając ich do Boga.

Kościół jest filarem i podporą prawdy (1 Tm 3,15). Życie w Kościele powinno być tak zorganizowane, aby wszyscy jego członkowie byli przekonani, że prawda istnieje i znajduje się w Chrystusie. On sam jest prawdą (J 14,6). Kościół musi kochać prawdę, dostrzegać jej piękno i zawsze działać zgodnie z nią. To daje naszemu duchowi stałość, wytrwałość i radość. Prawda jest zbroją sprawiedliwości; nie daje miejsca diabłu (Ef 4,27) – pochlebcy i ojcu kłamstwa, który w niej nie trwa, „bo nie ma w nim prawdy” (J 8,44).

Każda decyzja Kościoła, która potwierdza nieprawdę, jest zła. Może wyrządzić wielką szkodę duchowemu dobru jego członków. Podobnie, każda praca w Kościele lub jego metody, które nie są zgodne z prawdą, są szkodliwe dla Kościoła. Dlatego ważne jest, abyśmy uważnie studiowali wszystkie Boże instrukcje, które rzucają światło na te kwestie.

„Dla doskonalenia świętych” – to jest główny cel posługi w Kościele (Ef 4,12). Apostoł Paweł pisze o tym w Liście do Kolosan (1,28-29): „Którego głosimy, napominając każdego człowieka i nauczając każdego człowieka we wszelkiej mądrości, aby każdego człowieka przedstawić doskonałym w Chrystusie Jezusie. Nad tym też pracuję i walczę według Jego potężnego działania, które we mnie działa”.

Bóg nas stworzył do wspólnoty, a nie do samotności, choć czasami jest to konieczne. „Jeśli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy społeczność między sobą” (1 J 1,7). Potrzebujemy miłości i sami potrzebujemy kochać. Potrzebujemy dobrego wpływu innych dzieci Bożych na nas, a sami mamy na nie pewien wpływ. Wszystko to znajdujemy w kościele. W kościele jesteśmy budzeni, gdy zasypiamy; pocieszani, gdy się smucimy; ostrzegani, gdy zbaczamy od prawdy. W kościele otrzymujemy duchowe pożywienie, nieustanne zbudowanie naszego ducha. W kościele jesteśmy upominani, gdy zgrzeszyliśmy, a Bóg modli się za nas. Pismo Święte wzywa nas do takiej służby: „Usługujcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał, jako dobrzy szafarze rozlicznej łaski Bożej” (1 P 4,10).

Nasz wpływ na innych członków Kościoła zależy od naszego własnego stanu duchowego. Filemon, trwając w miłości, wywierał pozytywny wpływ na innych: „Doznajemy bowiem wielkiej radości i pociechy z miłości twojej, bo dzięki tobie, bracie, serca świętych doznają ożywienia” (Flp 1,7). Dlatego przed podjęciem jakiejkolwiek posługi w Kościele zawsze powinniśmy zbadać nasz stan duchowy i być gotowi przyjąć pouczenia lub napomnienia od innych.

Sąd nad sobą

Odrodzenie i uświęcenie to proces przyobleczenia się w nowego człowieka poprzez zrzucenie starego człowieka (Kol 3,9-10). Uwolnieni od starego człowieka jesteśmy tylko wtedy, gdy potępiamy jego działania w sobie i osądzamy siebie. W tym przypadku wpływ innych na nas będzie korzystny, jeśli doprowadzi do samoosądu.

„Gdybyśmy sami siebie osądzali, nie bylibyśmy sądzeni. Lecz gdy jesteśmy sądzeni, jesteśmy karceni przez Pana, abyśmy nie zostali potępieni ze światem” (1 Kor 11,31-32). Mówi to o trzech sądach: sądzie nad nami samymi, sądzie nad nami przez Pana i innych w tym życiu oraz sądzie nad całym światem, prowadzącym do wiecznego potępienia. Tylko sąd nad nami samymi naprawia człowieka. Kiedy człowiek potępia się za popełniony grzech i wyznaje go przed Bogiem, Pan go uwalnia.

Jeśli człowiek jest uważny na swój stan, bada i analizuje siebie, dostrzeże swoje wady i osądzi siebie, zanim inni zaczną go osądzać. Jeśli człowiek nie osądza siebie, inni zaczną go osądzać i ganić. „Wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się” (Ap 3,19).

Osąd ze strony innych i kara ze strony Pana nie korygują człowieka, lecz skłaniają do samoosądu, bo tylko taki osąd prowadzi do poprawy. Punkt zwrotny w życiu syna marnotrawnego nastąpił dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie: „Zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie” (Łk 15,18). Osąd ze strony innych powinien zwrócić naszą uwagę na nasz występek i skłonić nas do jego potępienia.

Bóg nie pragnie śmierci grzeszników; oddziałuje na człowieka na wszelkie sposoby, skłaniając go do zwrócenia uwagi na swoje wady. Duch Święty przemawia do człowieka poprzez jego sumienie. Posługuje się również innymi, aby mówili nam o naszych wadach ustami. Nie upokarza nas w ten sposób; to nasze grzechy nas upokarzają: pycha, uraza, złośliwość, zazdrość, niewiara, obłuda i tym podobne. Możemy się podnieść jedynie poprzez potępienie ich w sobie, do czego zachęca nas Duch Święty. Aby usłyszeć Jego łagodny głos, musimy mieć czyste sumienie (1 Tm 1,19).

Jeśli nie odpowiadamy na Jego głos, zaczyna On mówić przez ludzi, na przykład poprzez kazanie. „Gdy wszyscy prorokują, a wejdzie ktoś niewierzący lub nieuczony, jest przekonywany przez wszystkich, osądzony przez wszystkich, a tak tajniki jego serca stają się jawne. A gdy upada, oddaje pokłon Bogu i mówi: «Zaprawdę, Bóg jest z tobą»” (1 Kor 14,24-25). Chociaż apostoł Paweł mówi o niewierzących, to samo może spotkać członka kościoła, jeśli zgrzeszył. Nie jest więc upokorzony przed innymi, ponieważ kazanie zostało wygłoszone do całego zgromadzenia, a nie do niego osobiście. Jednocześnie jego wady zostają mu ujawnione i ma on okazję, by potępić samego siebie.

Pan pragnie nam pokazać nasze wady. Jeśli w naszej nieostrożności je ignorujemy, zsyła nam napomnienia, które bezpośrednio wskazują na nasz grzech.

Jeśli jednak sąd zewnętrzny i kara Pańska prowadzą człowieka do samosądu, nie zostanie on potępiony wraz ze światem. Taki sąd jest konieczny, aby wszelkie zło we wszechświecie zostało potępione, a Bóg stał się wszystkim we wszystkich (1 Kor 15,28).

Ujawnianie zła w nas

Nie ma nic tajemnego, co nie miałoby wyjść na jaw, i nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw.

Ewangelia Marka 4:22

Zatem dla naszego oczyszczenia konieczne jest, abyśmy osądzili samych siebie. Ale aby to zrobić, musimy poznać siebie. Mamy tendencję do myślenia o sobie lepiej, niż jesteśmy w rzeczywistości. Bóg mówi do anioła kościoła w Laodycei: „Mówisz: «Jestem bogaty i wzbogaciłem się, i niczego mi nie potrzeba», a nie wiesz, że jesteś nieszczęsny i godzien litości, biedny, ślepy i nagi” (Ap 3,17). Cóż za smutny stan rzeczy!

Mamy grzeszne skłonności, których nawet nie jesteśmy świadomi. Co więcej, jeśli ktoś nam o nich powie, jesteśmy gotowi je zaprzeczyć. Aby pomóc nam dostrzec to, co ukryte w nas, Pan pozwala, aby to zło objawiło się w czynach i słowach.

Tak było z Piotrem. Nie dopuszczał myśli o zaparciu się Pana; nawet Jezus nie mógł go przekonać. Kiedy to się stało, Piotr ujrzał samego siebie. To, co było ukryte w jego wnętrzu, wyszło na jaw.

Bóg widzi najgłębsze wnętrze człowieka, nie ujawniając go. Często przekonujemy się dopiero, gdy widzimy to w działaniu. Dlatego Pan daje każdemu możliwość wyrażenia siebie, aby mógł zobaczyć, kim naprawdę jest. To jedna z Bożych zasad, którymi kierujemy się w życiu.

Musimy pamiętać, że ludzie są źli z powodu Upadku. To zło zagnieżdża się w sercu i wychodzi na wierzch (Mt 15,19; Łk 6,45). To nie czyny człowieka czynią go złym, ale zło w nim tkwiące, które motywuje go do czynienia zła. Tę sytuację można naprawić jedynie poprzez samopotępienie, ale aby to zrobić, musimy poznać głębię zła ukrytego w nas. W swoim wielkim miłosierdziu Pan jest cierpliwy wobec nas, „nie chcąc, aby ktokolwiek zginął, lecz aby wszyscy przyszli do upamiętania” (2 P 3,9).

Ludzie są zazwyczaj bardziej zdenerwowani objawieniem zła niż jego obecnością w nich. Smutno jest widzieć siebie w stanie niegodnym, ale to nie jest powód do rozpaczy. Bez jasnej świadomości grzechu nie będziemy mieli prawdziwej skruchy. Kiedy Pan wskazuje na nasze zło, On, w swoim wielkim miłosierdziu, przygotowuje nas do skruchy. Właśnie wtedy, gdy tak wyraźnie rozpoznajemy nasz grzech, Pan pragnie nas przyjąć. Nie możemy myśleć, że po pewnym czasie grzech straci swoją moc lub zostanie zapomniany. To błąd. Moc grzechu nie zmniejszy się; zmniejszy się tylko świadomość grzechu. Powiedz mi, czy Bóg może nas zaakceptować, jeśli mamy grzech? Nie. Musimy osądzić siebie w obecności Boga. Czasami są to te kilka chwil w życiu, przegapionych, których ludzie pozostają nierozerwalnie związani ze swoim złem.

Weźmy za przykład Heroda, który stracił Jana Chrzciciela. Aby dotrzymać przysięgi złożonej przed obecnymi, nakazał stracić człowieka, o którym wiedział, że jest „mężem sprawiedliwym i świętym” (Mk 6,20). Popełniwszy zło, Herod był zasmucony, ale nie potępił się ani nie żałował. W swoim miłosierdziu Pan dał mu czas na potępienie siebie, zanim nakazał stracenie proroka, ale Herod nie chciał. Wydaje się, że rzadko opłakiwał swoje zbrodnie. Wolałby przyjąć sąd za złamanie przysięgi niż wieczne potępienie. Jego żal okazał się bezowocny. Ale nawet w wieczności Herod nie będzie mógł powiedzieć, że nie był świadomy swojego zła, ponieważ Pan pokazał mu, do czego był zdolny.

Kiedy Piotr uświadomił sobie, że zaparł się Chrystusa, gorzko zapłakał. Na tym polega różnica między tymi, którzy przychodzą do Boga, a tymi, którzy od Niego uciekają. Wszyscy ludzie są źli, ale niektórzy, odkrywając swój grzech, osądzają samych siebie, co ich naprawia; inni stają się zatwardziałymi, a nawet potępiają Boga: „Czemu mnie takim uczyniłeś?” (Rz 9,20) lub „Dlaczego mnie w to wpędziłeś?” (1 Sm 13,11).

Możemy nie zwracać uwagi na wady takie jak tchórzostwo, drażliwość, chciwość, zazdrość, oszczerstwo i tym podobne, nawet jeśli ujawniają się, ale są ukryte przed innymi. Jeśli nas to nie denerwuje, Bóg doprowadzi nas do sytuacji, w których wady te wyjdą na jaw, aby nas zawstydzić i zmusić do samopotępienia. Jeśli jednak zależy nam tylko na hańbie przed innymi, nie będzie to potępieniem wady, ale raczej potępieniem nas samych za naszą nieuwagę i brak ukrycia zła. Taki smutek nie jest ze względu na Boga, ale na siebie. Nie poprawia nas.

Kiedy zaczniemy nienawidzić zła w naszych sercach, a nie tylko jego zewnętrznych przejawów, wtedy osądzimy siebie według własnych zasług i dostąpimy wyzwolenia. Jeśli znany nam występek nie zostanie potępiony, Pan ześle nam przyjaciół z napomnieniem i upomnieniem.

Napomnienie

Napominanie ma wiele wspólnego z napominaniem (Tyt. 2:15; 2 Tm. 4:2). Istnieje jednak między nimi pewna różnica.

Napomnienie jest konieczne, gdy popełniono konkretny grzech, który grzesznik musi uznać i odpokutować. Napomnienie wymaga od osoby upominanej jasnego wyrażenia swojego stosunku do napomnienia. To zadecyduje o tym, jak będzie traktowana w przyszłości.

Napomnienie odnosi się nie tyle do konkretnego przewinienia, co do niewłaściwego zachowania lub błędnego rozumienia. Dlatego Apostoł Paweł pisze: „Niektórzy wśród was postępują nieporządnie, nic nie robiąc, tylko wścibscy” (2 Tes 3,11). Jest to odstępstwo od chrześcijańskiego postępowania i dlatego „napominamy takich”. W Efezie niektórzy mieli błędne rozumienie i nauczali tego samego innych. Apostoł Paweł pozostawił tam Tymoteusza, aby napominał ich, „aby nie nauczali innej nauki” (1 Tm 1,3). Napomnienie wskazuje nie tylko na niewłaściwe zachowanie lub rozumienie, ale także na to, jak należy postępować. „Napominaj niewolników, aby byli posłuszni swoim panom, aby im się we wszystkim podobali, a nie sprzeciwiali się” (Tt 2,9; 1 Tm 6,17).

Z tego, co zostało powiedziane, jasno wynika, że ​​aby napominać, trzeba mieć jasne i głębokie zrozumienie nauki Chrystusa. Napominający uczy, jak postępować lub rozumieć daną prawdę. Dlatego nie należy pochopnie napominać, jak pisze apostoł Jakub: „Bracia moi, niech niewielu z was zostaje nauczycielami, bo wiemy, że ściągniemy na siebie surowszy wyrok” (Jk 3,1). Nie należy jednak zaniedbywać tej posługi, zwłaszcza tych, którzy są do niej powołani: „Jeśli kto napomina, niech napomina…” (Rz 12,8).

Nie każdy może napominać w trudnych sprawach, ale są pewne rzeczy w naszym życiu, które są zrozumiałe dla wszystkich członków Kościoła. Dlatego wszyscy chrześcijanie są powołani, aby napominać się nawzajem w takich sytuacjach. „Zachęcajmy się wzajemnie…” (Hbr 10,25). „Dlatego napominajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie” (1 Tes 5,11).

Ludzie chętniej schlebiają sobie nawzajem niż wskazują na ich zło. Nawet świadome naruszenie woli Bożej jest mile widziane (Rz 1,32). Wszystko to ma na celu podtrzymanie dobrej woli tych, od których często zależy ich własne dobro. Są jednak i tacy, którzy wprost wskazują na złe uczynki.

Jako chrześcijanie, Słowo Boże uczy nas, abyśmy wzajemnie się zachęcali. Chociaż zostaliśmy oczyszczeni przez Pana, wciąż pozostajemy w ciele, co charakteryzuje się odejściem od Bożej prawdy. Często, poprzez osłabienie samodyscypliny i brak czujności, robimy rzeczy, które nie podobają się Panu. Jeśli sami tego nie zauważymy, zrobią to nasi przyjaciele. To źle, gdy ludzie rozmawiają o tym, co się wydarzyło za plecami kogoś, kto odszedł od prawdy. Często unikamy o tym rozmowy ze sobą, obawiając się kłopotów. Jesteśmy jednak powołani, by nie robić sobie nawzajem wyrzutów, lecz się nawzajem zachęcać. To miłe przypomnienie, abyśmy uwolnili się od wad i rozwijali duchowo.

Aby napominać właściwie, nie obciążając ani nie drażniąc innych, musimy być przepełnieni miłością do nich. Udawanie miłości i napominanie nie zjedna nam sympatii tych, których napominamy. Wyczują oni tę hipokryzję. Musimy kochać szczerze; ludzie powinni zawsze znać nas jako takich. Wtedy ta posługa nie przyniesie złej woli w kościele, ale przyniesie dobre owoce. Tylko pyszni zareagują wrogością na napominanie, nawet jeśli jest ono udzielane ze szczerą miłością.

Marta zwróciła się do Chrystusa z wyrzutem: „Czy ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła” (Łk 10,40). Pan odpowiedział łagodnym napomnieniem: „Marto, Marto! Troszczysz się i niepokoisz o wiele rzeczy, a potrzeba tylko jednego”. Dwukrotne powtórzenie imienia „Marta!” świadczy o serdecznej trosce Pana o nią.

Niektórzy napominają wiernie, lecz surowo, a nawet dostrzegają w tym pewną bezpośredniość i dlatego uważają takie napominanie za godne. Apostoł Paweł naucza: „Miłością braterską bądźcie wobec siebie życzliwi” (Rz 12,10). Czy czułość jest niestosowna, gdy napominamy? A może obawiamy się, że czułość osłabi prawdę? Przecież napominamy braci i siostry, a nie wrogów Chrystusa, dlatego słowa, ton i uczucie, z jakim podchodzimy do tej posługi, są kluczowe. Nawet naszych przeciwników należy napominać z łagodnością (2 Tm 2,25), a tym bardziej tych, którzy są nam pokrewni duchowo.

Inny przykład napomnienia: „Wtedy jego ojciec wyszedł i zawołał go… I rzekł mu: «Synu mój, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko, co moje, do ciebie należy. Lecz trzeba nam było się radować i cieszyć, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się»” (Łk 15,28.31-32). Ojciec zwraca się do rozgniewanego człowieka: „Synu mój!”, przypominając mu w ten sposób o ich bliskości i pokrewieństwie. My również powinniśmy przypominać tym, których napominamy, o naszym pokrewieństwie, że mamy jedną nadzieję, jedną drogę, jednego Ojca i Zbawiciela.

Napominanie może być również stosowane w kaznodziejstwie, bez wymieniania konkretnej osoby, lecz poprzez wskazywanie na odstępstwa od prawdy, charakterystyczne dla dzisiejszych chrześcijan, i napominanie ich, aby się ich wystrzegali. „Lecz kto prorokuje, mówi ludziom ku zbudowaniu, napomnieniu i pocieszeniu” (1 Kor 14,3).

O apostołu Piotrze powiedziano: „Wieloma innymi też słowami dawał świadectwo i napominał, mówiąc: Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia” (Dzieje Apostolskie 2:40).

Każda posługa musi być uświęcona przez Ducha Świętego (Rz 15,16). Podobnie, napominanie pod kierownictwem Ducha Świętego będzie bardzo pożyteczne dla Kościoła.

Rozumowanie

Zatem znając bojaźń Bożą, pouczamy ludzi i jesteśmy otwarci na Boga.

2 Kor.5:11

Napomnienie jest bardzo podobne do napominania. Dotyczy również tych, którzy coś źle rozumieją i postępują wbrew woli Bożej. „Napominamy was, bracia, napominajcie niesfornych” (1 Tes 5,14). „Po pierwszym i drugim napomnieniu heretyka unikaj” (Tt 3,10).

Napomnienie to odwołanie się do rozumu danej osoby w celu logicznego wskazania jej błędu. Przykładem napomnienia jest odpowiedź Pana udzielona saduceuszom (Mk 12,18-27). Tylko ci, których logiczne myślenie rozwija się nie dzięki ludzkiej mądrości, lecz Duchowi Świętemu, mogą pełnić tę posługę. „A głosimy to nie w słowach, których uczy ludzka mądrość, lecz w słowach, których uczy Duch Święty, przedstawiając duchowe sprawy duchowym” (1 Kor 2,13).

Prawda nie jest osiągnięciem ludzkiej myśli, lecz prawdą wieczną. Chrystus jest prawdą (J 14,6), której uczymy się w Jego szkole (J 8,31-32). Jest ona objawiona przez Boga (Łk 10,21). My, którzy poznaliśmy prawdę, nie powinniśmy wywyższać się nad innych, ale też nie powinniśmy kierować się opiniami innych. „Nie idź za tłumem, aby czynić zło, i nie rozstrzygaj sprawy, aby odstąpić od sprawiedliwości” (Wj 23,2).

Napomnienie nie jest rozmową na równych prawach ani debatą między dwojgiem ludzi. Napomnienie jest wyjaśnieniem prawdy otrzymanej od Boga zagubionej osobie. Osoba napominająca musi być pewna prawdziwości swoich twierdzeń. Tylko wtedy może napominać innych. A pewność siebie uwalnia od strachu przed kimkolwiek, kimkolwiek by on nie był. Daniel napominał Belszazara bez lęku, mimo że był królem (Dn 5,18-28).

Nasze napomnienie nie powinno być nakazem. Gorliwość o Bożą prawdę i szczere pragnienie pomocy tym, którzy zbłądzili, w znalezieniu właściwej drogi powinny nas motywować do tej służby. Przede wszystkim musimy ich kochać. Każda posługa w Kościele odnosi sukces, gdy jest pełniona z miłości. „Nie piszę tego, aby was pojąć, ale napominam was jako moje umiłowane dzieci” (1 Kor 4,14). „Jednak nie uważajcie go za wroga, lecz napominajcie jak brata” (2 Tes 3,15).

Każdy, kto zbłądził od prawdy, potrzebuje napomnienia. To bariera przed zniszczeniem, ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Musimy szanować tych, którzy pełnią taką posługę, i nie mieć do nich pretensji, jakby przeszkadzali nam w swobodnym poruszaniu się w wybranym przez nas kierunku. „A prosimy was, bracia, abyście szanowali tych, którzy was upominają, a szczególnie szanowali ich z miłości dla dobra ich uczynków” (1 Tes 5,12-13).

Wypowiedzenie

Synu mój! Nie lekceważ karcenia Pana i nie zniechęcaj się, gdy On cię karci.

Hebr. 12:5

Kto nie zna napomnienia od Pana? Tylko ci, którzy nigdy nie zgrzeszyli, mogą się bez niego obejść. Ale nie ma nikogo takiego, poza Jezusem Chrystusem za Jego ziemskiego życia. Gorycz napomnienia od Pana jest również nieznana tym, którzy są daleko od Niego, których On nie karci.

Kiedyś byłem tak obciążony wewnętrznymi przekonaniami, że popadłem w przygnębienie. Pocieszenie, niczym światło w ciemności, płynęło z myśli, że Pan pozwala mi odczuć ciężar grzechu nie po to, by mnie dręczyć, ale po to, bym go potępił i uwolnił się od niego. Pewność, że Bóg dokończy to, co rozpoczął, napełniła mnie radością. Kluczowe jest, by przyjąć przekonanie nie tylko od Pana, gdy czyni to poprzez nasze sumienie, ale także od innych.

Nagana jest konkretnym wskazaniem popełnionego grzechu. Zawsze denerwujemy się, gdy grzech zostaje ujawniony innym, ale musimy pamiętać, że to nie nagana nas upokarza, ale sam grzech. Nagana jest wyciągniętą do nas ręką, która pomaga nam się podnieść.

Wiemy, że przyjęcie nagany jest mądre. Pismo Święte o tym mówi. Jednak w konkretnym przypadku osoba udzielająca nagany często spotyka się z wrogością. Grzesznik próbuje podważyć naganę lub usprawiedliwić grzech okolicznościami, jak czynił Saul (1 Sm 13,11-12) czy Aaron (Wj 32,22-24), albo argumentuje, że czyn nie był grzeszny. Jeśli to wszystko zawodzi, świadomy grzechu, często mimo to wyraża niezadowolenie z osoby udzielającej nagany.

Król Asa gorliwie zabiegał o to, co dobre i miłe w oczach Pana. „Król Asa pozbawił swoją matkę Maakę godności królewskiej za to, że sporządziła posąg rzeźbiony w Aszerze. Asa zburzył więc jej posąg rzeźbiony, pociął go na kawałki i spalił w dolinie Cedron” (2 Kronik 15:16). Postąpił w ten sposób, mimo że sprawa dotyczyła kogoś bliskiego. Kiedy widzący Chanani zganił samego króla, „Asa zapłonął gniewem na widzącego i wtrącił go do więzienia, gdyż rozgniewał się na niego z tego powodu. Asa i część ludu byli wówczas uciskani” (2 Kronik 16:10).

Nagana jest przejawem Bożej miłości do nas (Ap 3,19). Powinniśmy ją przyjąć niezależnie od tego, czy to On sam nas upomina, czy inni. Otrzymujemy od Pana wiele dobrych i pożytecznych rzeczy, takich jak pocieszenie, zbudowanie i ochrona w chwilach zagrożenia. Nagana jest również jednym z wielu błogosławieństw; jest błogosławieństwem od Pana. Postrzeganie jej jako błogosławieństwa przyczyni się do naszego duchowego rozwoju.

Ci, którzy opierają się napomnieniom lub przyjmują je z niechęcią, tłumią w innych chęć ich upomnienia. Nawet jeśli zauważą wady u takiej osoby, będą niechętni do konfrontacji. W ten sposób ci, którzy najbardziej potrzebują napomnienia, są go pozbawieni, ale tylko tymczasowo, ponieważ sami nie są w stanie się poprawić; zło w nich narasta i nadejdzie moment, gdy milczenie stanie się niemożliwe, a wtedy wszystko nagle wypłynie na powierzchnię. „Człowiek, który mimo upomnienia usztywnia swój kark, nagle zostanie złamany i nie będzie dla niego ratunku” (Prz 29,1).

Powinniśmy akceptować tylko to, co faktycznie się wydarzyło, co naprawdę rozumiemy. Faryzeusze i uczeni w Piśmie nieustannie oskarżali Chrystusa z zazdrości i nienawiści, chociaż nie był On najmniej winny, dlatego nigdy nie przyjął ich oskarżeń. Choć staramy się naśladować Jezusa Chrystusa, nie możemy zagwarantować, że nie zgrzeszymy, dlatego musimy zawsze zwracać uwagę na upomnienia. Jeśli są fałszywe, nie powinniśmy się zgadzać tylko po to, by utrzymać pokój. Prawdziwy, trwały pokój nigdy nie opiera się na kłamstwie.

Ważne jest nie tylko poważne traktowanie nagany, ale także upominanie innych. „Uważajcie na siebie! Jeśli brat twój zgrzeszy przeciw tobie, upomnij go; a jeśli żałuje, przebacz mu” (Łk 17,3). Pan nie wzywa nas do obserwowania innych i szukania ich błędów. Wzywa nas do obserwowania siebie, abyśmy nie zgrzeszyli. Może się jednak zdarzyć, że będziemy świadkami grzechu bliźniego. Jeśli ten grzech jest przeciwko nam, nie możemy mu milcząco przebaczać, udając, że go nie dostrzegamy. Przecież każdy grzech jest naruszeniem woli Bożej, a uwolnienie się od niego jest samopotępieniem. Właśnie w tym musimy pomóc grzesznikowi, wskazać mu jego grzech i uświadomić mu niebezpieczeństwo, w jakim się znajduje.

Zauważmy, że Pan nie chce nas upokorzyć przed innymi. Grzesznik musi zostać skonfrontowany w cztery oczy, a jeśli okaże skruchę, otrzyma przebaczenie i nie będzie już pamiętany. Jeśli winowajca nie przyjmie nagany, nie mamy prawa porzucać sprawy. Miłość do Niego zmotywuje nas do szukania sposobów, aby mu pomóc.

Napominanie w cztery oczy nie jest konieczne, jeśli grzech został popełniony publicznie lub wielu już o nim wie. „Tych, którzy grzeszą, upominaj wobec wszystkich, aby i inni się bali” (1 Tm 5,20). Ale nawet w tym przypadku upominanie najpierw w cztery oczy jest korzystne, ponieważ w obecności jednej, dwóch lub trzech innych osób łatwiej jest dotrzeć do serca winnego i pomóc mu przyznać się do winy. Po takim zwycięstwie nad grzechem, winny powinien złożyć świadectwo o swojej skrusze i pokucie przed wszystkimi, którzy wiedzą o jego grzechu. Sam powinien być zainteresowany przywróceniem pokoju z tymi, którzy zostali zasmuceni lub urażeni jego grzechem. Duchowny może mu w tym pomóc, ale winny musi osobiście złożyć świadectwo o swojej skrusze.

Ale nawet jeśli grzesznik, którego grzech jest znany całej społeczności lub wielu osobom, nie zostanie upomniany prywatnie, nadal nie ma prawa oskarżać innych o naruszenie porządku upomnienia. Jeśli jednak oskarża, oznacza to, że nie żałuje swojego grzechu i nie osądza samego siebie. Jeśli ktoś jest świadomy swojego grzechu i pragnie się od niego uwolnić, czy porządek upomnienia będzie miał dla niego istotne znaczenie?

Napominanie jest naszym obowiązkiem. „Nie będziesz nienawidził swego brata w sercu swoim. Będziesz upominał swego bliźniego, a nie będziesz ponosił jego grzechu” (Kpł 19,17). Jeśli jednak czynimy to jedynie z poczucia obowiązku, wyraźnie nie osiągnęliśmy jeszcze stanu duchowego, do którego prowadzi nas Pan. On nas upomina, ponieważ nas kocha i pragnie uwolnić nas od grzechu. Pragnie, abyśmy kochali bliźnich. Nie tylko miłość prowadzi do upomnienia, ale otrzymane upomnienie prowadzi do miłości. „Upominaj mądrego, a będzie cię kochał” (Prz 9,8).

Przyjrzyjmy się możliwym ścieżkom w naszej relacji z bliźnim, u którego zauważyliśmy grzech. Jeśli z obawy przed kłopotami nie skonfrontujemy się z nim, grzech będzie powracał częściej lub rzadziej. Wiedza o jego grzechu będzie go w pewnym stopniu zrażać. Niektóre z jego działań będą wydawać się podejrzane. Czasami pomyślimy: „Mówisz tak, ale w rzeczywistości grzeszysz” lub coś podobnego. Wszystko to osłabi naszą miłość do niego. Dlatego: „Nie miej w sercu nienawiści do brata swego; upominaj bliźniego swego, a nie będziesz ponosił jego grzechu”.

Jeśli upominamy bliźniego i prowadzimy go do skruchy i żalu, to będziemy świadkami Jego sądu nad sobą, a wszelka wrogość wobec niego nie znajdzie miejsca w naszych sercach. Będziemy Go kochać, pamiętając, jak się uniżył. W ten sposób, poprzez upomnienie, uwalniamy nie tylko jego, ale i siebie od grzechu. Upomnienie prowadzi do większej miłości. To samo powiedziano o napominaniu: „Celem zaś napomnienia jest miłość płynąca z czystego serca i dobrego sumienia, i wiary nieobłudnej” (1 Tm 1,5). Zauważ, że w tym przypadku miłość nie jest przedstawiona jako przyczyna napomnienia, ale jako cel; to znaczy, napomnienie musi prowadzić do miłości.

Czasami pojawia się pytanie: czy wszyscy chrześcijanie mogą udzielać upomnienia, czy też jest to obowiązek duchownych i doświadczonych braci?

Słowo Chrystusa, wzywające nas do upominania tych, którzy grzeszą przeciwko nam, nie czyni żadnego rozróżnienia. Nakłada ten obowiązek na wszystkich, którzy są świadkami grzechu: młodych i starych, doświadczonych i niedoświadczonych. W przypadku całej serii grzesznych przewinień, wymagane jest mądre podejście do upominania, a takie przewinienia muszą być korygowane przez tych, którzy są duchowi (Gal. 6:1), „których zmysły przez ćwiczenie są wyćwiczone do rozróżniania dobra i zła” (Hbr. 5:14).

Aby upominać tych, którzy sprzeciwiają się zdrowej nauce, konieczna jest siła duchowa i dogłębna znajomość nauk Chrystusa (Tytusa 1:9). Dlatego upominanie takich osób nie jest zadaniem początkujących chrześcijan, lecz duchownych i doświadczonych braci.

Kiedy dostrzegamy potrzebę, by kogoś upomnieć i mamy zamiar to zrobić, musimy zwrócić uwagę na okoliczności. Nie powinniśmy zaczynać upominania kogoś na spacerze, w drodze powrotnej ze spotkania, ani po prostu na ulicy, w autobusie czy w jakimkolwiek innym miejscu publicznym. Okolica powinna sprzyjać szczerej rozmowie, abyśmy mogli rozpocząć od modlitwy. Powinna sprzyjać modlitwie, pokucie i żalowi na koniec rozmowy. Najlepiej, gdybyśmy mieli wystarczająco dużo czasu i niespiesznej rozmowy.

Aby kogoś upomnieć lub skorygować, musimy mieć pewność, że rzeczywiście zbłądził od prawdy. Dlatego warto rozpocząć rozmowę od wyjaśnienia, jak do tego doszło, co skłoniło winnego do takiego zachowania i jak teraz postrzega swoje postępowanie. Jest to szczególnie ważne, gdy podchodzimy do nagany. Jeśli od razu zaczniemy napominać, namawiając do skruchy, a w trakcie rozmowy okaże się, że osoba upominana nie jest tak winna, jak nam się wydawało, możemy nie mieć na nią pozytywnego wpływu. Jeśli jednak jest mniej winna, niż nam się wydawało, jej wina zostanie zmazana jedynie poprzez skruchę.

Jeśli w trakcie rozmowy pojawi się rozbieżność między tym, co usłyszeliśmy od innych, a tym, co mówi sprawca, nie powinniśmy pochopnie wyciągać wniosków. Powinniśmy dążyć do ustalenia prawdy. Dlatego, jeśli przewidujemy możliwość zaistnienia takiej sytuacji, warto od razu zabrać ze sobą kogoś, czyje zeznania mogą okazać się pomocne.

Zawsze dążymy do uzyskania szczerego, skruszonego samopotępienia od osoby, która zgrzeszyła, głębszego niż od osoby, która ją upomina, ale nie zawsze jest to możliwe od razu. Ważne jest, aby osoba upominana czuła, że ​​nie dążymy do jej pokonania, ale raczej do pomocy w przezwyciężeniu grzechu.

Pożyteczne lekcje napominania można znaleźć w umyciu stóp uczniów przez Chrystusa. Poprzez to działanie uczył On przede wszystkim pokory i gotowości do służenia sobie nawzajem, do wykonywania najbardziej nieprzyjemnych, podrzędnych zadań. Ten przykład odnosi się również do obmycia nieczystości, a obmycia dokonuje nie ten, kto jest skalany, ale ktoś inny, kto go kocha.

Panu chodziło o coś więcej niż tylko o obmycie fizyczne. Świadczą o tym następujące słowa: „Piotr rzekł: «Nie będziesz mi nóg umywał». Jezus mu odpowiedział: «Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną»” (J 13,8). Chrystus nigdy nie przywiązywał aż takiej wagi do czystości fizycznej. Zganił faryzeuszy za to, że chcieli podobać się Bogu, zachowując czystość zewnętrzną (Mt 23,25-26). Sam Jezus zasiadł do wieczerzy, nie obmywając rąk, chociaż faryzeusze ściśle tego przestrzegali (Łk 11,37-39).

Oczywiście, kiedy Pan powiedział, że ci, których On nie obmył, nie mają z Nim nic wspólnego, miał na myśli obmycie duchowe. Jest to jeszcze wyraźniejsze w następujących słowach: „Kto został obmyty, potrzebuje tylko umyć nogi, bo jest całkowicie czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: «Nie wszyscy jesteście czyści»”. Najwyraźniej zdrada nie jest nieczystością fizyczną.

Tak więc, obmywając nogi, Pan zapowiedział obmycie duchowe. „Kto został obmyty, potrzebuje tylko umyć nogi”. Pan całkowicie obmywa grzeszników, którzy przychodzą do Niego w pokucie, swoją Krwią. Oczyścił nas z grzechu, ale nasze stopy stają się brudne na tym świecie i muszą zostać obmyte. Chodząc w ciele, możemy grzeszyć. Musimy zostać oczyszczeni z grzechu poprzez spowiedź i samosąd (1 J 1,9). Jeśli tego nie uczynimy, Bóg z miłości do nas pośle brata lub siostrę, aby nas upomnieli, czyli obmyli nam nogi.

Ta służba wymaga przede wszystkim pokory. Nigdy nie będziemy w stanie „umywać nóg naszemu bratu”, jeśli będziemy górować nad nim, jak ktoś, kto stoi nad kimś, kto upadł. Musimy „zstąpić”, schylić się.

Pan najpierw przygotował się do obmycia stóp, a następnie przygotował wszystko, co było do tego niezbędne. Przepasanie się zawsze wskazuje na przygotowanie do tego zadania. Achab powiedział o tym Ben-Hadadowi: „Ten, kto się przepasuje pasem, niech się nie chełpi, jakby go już nie wykonał” (1 Krl 20,11). To znaczy, niech ten, kto ma zamiar wykonać to zadanie, nie chełpi się, jakby już je wykonał.

Musimy zatem przygotować się na napomnienie. Przygotowanie do każdej posługi obejmuje modlitwę. Musimy modlić się za grzesznika, aby Pan dotknął jego serca. „Jeśli ktoś widzi, że brat jego popełnia grzech, który nie sprowadza śmierci, niech się modli, a Bóg da mu życie…” (1 J 5,16). Musimy również modlić się za siebie, aby Pan prowadził nas podczas rozmowy i dał nam właściwe słowa, które dotkną serca osoby napominanej.

„Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne… do wykrywania błędów…” (2 Tm 3,16). Musimy znaleźć w Piśmie Świętym fragmenty mówiące o grzechu, który zamierzamy ujawnić, abyśmy mogli powiedzieć: „Tak mówi Pan!”

Aby umyć nogi, Jezus nalał wody do misy. W Piśmie Świętym woda często symbolizuje Słowo Boże. Pan zdjął szatę wierzchnią. Rozmowa z kimś, kto zgrzeszył, nie powinna odbywać się w chłodnej, formalnej atmosferze. Musimy być otwarci: dzielić się swoimi doświadczeniami, pragnieniami, a może nawet dać przykład z własnego życia. Grzesznik powinien widzieć przed sobą nie osobę odzianą w szatę sprawiedliwości, która jest dla niego zbyt święta, ale kogoś podobnego do niego, poddanego pokusom i ufającego Bożemu miłosierdziu.

Wróg naszego oczyszczenia nieustannie nam się przeciwstawia, dlatego zawsze toczy się ono w walce (Ef 6,12). Toczymy walkę o własną czystość, jak również o czystość naszych braci i sióstr.

Przekonywanie jest jedną z metod prowadzenia niezbędnej walki. Musimy stale pamiętać, że toczymy walkę nie przeciwko grzesznikowi, lecz o jego wyzwolenie. Naszym celem w przekonywaniu jest osiągnięcie jedności z grzesznikiem, abyśmy mogli wspólnie potępić przestępstwo i sprzeciwić się grzechowi. Jeśli osiągniemy ten cel, odniesiemy zwycięstwo. Oczywiście tylko „mocą Tego, który nas umiłował” (Rz 8,37).

Potrzeba upominania nie jest radosna. To nieprzyjemna posługa. Mamy do czynienia z „brudnymi stopami”. Toczymy walkę z diabłem o duszę, w której odniósł on pewne zwycięstwo. Ale miłość do brata lub siostry pociągnie nas do tej posługi.

Zwycięstwo nad grzechem zostanie osiągnięte tylko wtedy, gdy grzesznik go rozpozna i potępi. Ponieważ diabeł, kusząc nas, przekonuje nas, że grzech nie jest grzeszny, konieczne jest udowodnienie poprzez Słowo Boże, że popełniony grzech jest grzeszny. Jest to ważne, aby potępienie grzechu było rzeczywiste, a nie powierzchowne, i aby diabeł nie mógł nas nim kusić w przyszłości.

Czasami napomnienia Słowa Bożego wywierają potężny wpływ na podatne na wpływy dusze, zwłaszcza nowych chrześcijan. Diabeł próbuje przekonać ich, że ich grzech jest tak wielki, że nie ma dla nich przebaczenia. Takie osoby należy pokrzepiać, wskazując na wielką miłość Boga. Nie należy umniejszać znaczenia ich grzechu dla pocieszenia. Musimy wskazywać na wielkie miłosierdzie Boga i moc Krwi Chrystusa, która oczyszcza z wszelkiego grzechu (1 J 1,9). „Bracia, nawet gdyby ktoś został przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy jesteście duchowi, sprowadźcie takiego na właściwą drogę w duchu łagodności, bacząc na siebie, abyś i ty nie uległ pokusie” (Gal 6,1).

Rekryminacja

Następnego dnia, gdy niektórzy z nich walczyli, przyszedł do nich i nakłonił ich do zawarcia pokoju, mówiąc: Braćmi jesteście, czemu się wzajemnie gorszycie?

Dzieje Apostolskie 7:26

Niestety, konflikty między członkami Kościoła nadal występują. Duchowni i bracia duchowi muszą zgłębić te kwestie. W takich przypadkach nie powinniśmy skupiać się wyłącznie na przywracaniu pokoju. Konflikt może wynikać z grzesznego stanu jednego lub kilku członków Kościoła. Należy podjąć wysiłki, aby odkryć przyczynę konfliktu i pomóc winnej stronie w oczyszczeniu się. Tylko wtedy pokój będzie trwały i nic nie będzie hamować rozwoju duchowego.

Rozwiązywanie konfliktów nie zawsze jest łatwe, dlatego musimy podchodzić do nich z bojaźnią Bożą. „Sprawę, której nie znałem, dokładnie zbadałem” (Hi 29,16). Jeszcze trudniej jest przekonać winnych do pokory. Czasami słyszymy te same słowa, co Mojżesz: „Któż cię ustanowił przełożonym i sędzią nad nami?” (Wj 2,14). W takich okolicznościach jesteśmy niekiedy kuszeni, by prosić o przebaczenie osobę bardziej pokorną i uległą, aby rozwiązać konflikt. To pogarsza sytuację prawdziwie winnych i zamiast pomóc im się poprawić, utwierdzamy ich w ich grzesznym stanie.

W sporze rzadko winna jest tylko jedna osoba. Jednak wina jednej osoby może być znacznie większa niż drugiej. Jednocześnie mniejsza wina jest często jawna, oczywista i łatwo ją ujawnić. Wina osoby, która jest prawdziwą przyczyną sporu, jest jednak ukryta, zakorzeniona w duchowym brudzie i znacznie trudniejsza do ujawnienia. Tak właśnie dzieje się z dziećmi: jedno z nich po cichu znęca się nad drugim, podczas gdy drugie znosi, toleruje, a następnie bije to pierwsze. Wina tego drugiego jest oczywista i wydaje się większa niż pierwszego, ale czyny tego pierwszego są gorsze i wynikają z jego zepsutego charakteru.

Aby naprawdę zrozumieć prawdziwy stan rzeczy, konieczne jest wysłuchanie obu stron. W zależności od nastawienia serca, można rozmawiać z każdą ze stron indywidualnie lub w obecności obu. Należy wystrzegać się wyciągania pochopnych wniosków i nie zgadzać się z oskarżeniami wysuwanymi pod adresem drugiej strony. „Sąd jest dziełem Bożym” – mówi Mojżesz (Pwt 1,17). Konieczne jest słuchanie tego, co ma do powiedzenia Duch Święty. Sama ludzka mądrość nie wystarczy, aby uniknąć błędu.

Apostoł Paweł z najwyższą powagą ostrzega swojego wiernego ucznia: „Zaklinam cię przed Bogiem i Panem Jezusem Chrystusem, i wybranymi aniołami, abyś tego przestrzegał bezstronnie, nie czyniąc nic z uprzedzeń” (1 Tm 5,21). Ostrzeżenie to przekazuje po słowach: „Tych, którzy grzeszą, upominaj wobec wszystkich…”. Możemy podchodzić do konfliktu z przekonaniem, że ktoś jest winny. Przyczyn takiego uprzedzenia może być wiele, ale znacznie utrudnią nam one właściwe zrozumienie sprawy. Dlatego musimy prosić Pana ze szczerym pragnieniem w sercu, aby uwolnił nas od wszelkich uprzedzeń. Uprzedzenia mogą objawiać się na przykład w naszej skłonności do obwiniania bardziej młodej osoby niż starszej, lub szeregowego członka Kościoła niż duchownego, i odwrotnie. Takie uprzedzenia czynią nas stronniczymi i wypaczają sprawę.

Tylko sprawiedliwe rozwiązanie może naprawić sprawę. Oczywiście, aby nastąpiła prawdziwa naprawa, każdy musi zrozumieć swoją winę i szczerze się za nią potępić. Powierzchowne, wymuszone wyznanie rozwiązuje konflikt, ale nie resocjalizuje winnego. Nie możemy od niego wymagać więcej, ale to utrudni jego duchowy rozwój. Dlatego szczerze współczujemy tym, którzy w trakcie procesu interesują się jedynie oczyszczeniem się z zarzutów, zamiast uznać własną winę i pokutować. Może to doprowadzić ich do takiego stanu: „Niegodziwość niegodziwca mówi w moim sercu: «Nie ma bojaźni Bożej przed Jego oczami». Bo on sam sobie schlebia, jakby szukał własnej winy, aby ją znienawidzić. Słowa jego ust są przewrotne i zdradliwe; nie chce on pojąć, jak czynić dobro” (Psalm 36:2-4).

Jeśli znajdujemy się w konflikcie z kimś, powinniśmy szczerze dążyć do pojednania. Zgódźmy się, że żądanie: „Niech on przyzna się do winy, to ja też to zrobię” jest bardzo nierozsądne. Po co uzależniać nasze własne napomnienie od napomnienia kogoś innego? Spróbujmy zrozumieć swoją winę i potępić siebie! Doprowadzenie osoby, z którą mamy konflikt, do samopotępienia nie jest już naszą sprawą, lecz tych, którzy się nią zajmują. Prośmy Pana, aby uchronił nas przed powtórzeniem popełnionego grzechu; wtedy łatwiej będzie nam napomnieć osobę, z którą byliśmy w konflikcie.

Kara

Jawny grzech lub oczywiste odstępstwo od nauk naszego Pana nie mogą być tolerowane w Kościele. Jeśli napomnienia i upomnienia nie doprowadzą winnego do samopotępienia, zarówno prywatnie, jak i publicznie, konieczne staje się przedstawienie sprawy na zebraniu członkowskim (Mt 18,16-17). Słowa „nawet jeśli nie usłucha Kościoła” wskazują, że celem zebrania członkowskiego jest przede wszystkim zbiorowa konfrontacja z tym, kto odszedł od prawdy. Wspólne świadectwo Kościoła może przekonać i poruszyć serce winnego; zobaczy on siebie w prawdziwym świetle i sam się osądzi.

W odpowiednim stanie duchowym Kościół żałuje za to, co się stało, i pragnie pomóc grzesznikowi uwolnić się poprzez pokutę. Nienawiść do grzechu, ale nie do grzesznika (wyraża się to własnymi słowami), najlepiej ułatwia naprawienie. Poprzez szczery osąd samego siebie, winny zostanie oczyszczony z grzechu, a Kościół z radością mu przebaczy bez żadnego upomnienia.

Ta część spotkania członkowskiego jest zbiorowym upomnieniem i napomnieniem grzesznika, dlatego też mowa powinna być utrzymana w tym samym duchu, co prywatne upomnienie.

Opierając się na słowach: „Czyż mam odłączyć członki Chrystusa, aby uczynić je członkami nierządnicy?” (1 Kor 6,15), musimy zrozumieć, że poprzez nierząd, osoba winna oddziela się od ciała Chrystusa, czyli od Kościoła. Poprzez pokutę może zostać ponownie zjednoczona, ale oddzielenie od ciała nastąpiło i musi zostać uznane za fakt. Dlatego nierząd wymaga ekskomuniki. Będzie to miało wpływ na przyszłe prawa grzesznika w Kościele, jeśli zostanie on przywrócony.

Opierając się na słowach: „Ale rozpustników i cudzołożników sądzić będzie Bóg” (Hbr 13,4), niektórzy uważają, że takich ludzi w ogóle nie należy przyjmować do kościoła, ponieważ kościół nie może ich sądzić, tylko Bóg. Jednak takie rozumowanie jest błędne. Werset ten wskazuje, że Bóg potępia rozpustę tak samo, jak potępia każdy inny grzech.

Jeśli członek Kościoła popełnił grzech, za który wymagana jest ekskomunika, Kościół ma obowiązek podjąć decyzję po uprzedniej konsultacji ze sprawcą. Ekskomunika bez konsultacji jest dozwolona tylko wtedy, gdy sprawca odmawia uczestnictwa w spotkaniu członkowskim. Osoby, które zaprosiły sprawcę, muszą złożyć zeznania na tym spotkaniu.

Jeśli rozmowa Kościoła z winnym nie doprowadzi go do pokuty lub odmówi on uczestnictwa, Kościół musi podjąć decyzję o karze. To jest osąd Kościoła.

Niektórzy chrześcijanie niechętnie poddają się takiemu osądowi. Powołują się na słowa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” (Mt 7,1). Słowo Boże jednak wyraźnie stwierdza, że ​​jesteśmy powołani do sądu, do którego jesteśmy powołani, do sądu, za który jesteśmy odpowiedzialni. „Czyż nie sądzicie tych, którzy są w was?” (1 Kor 5,12). Na czym polega ten sąd? „Usuńcie spośród siebie tego człowieka niegodziwego” (1 Kor 5,13). Chrystus również wzywa do tego: „A jeśli Kościoła nie usłucha, niech będzie dla was jak poganin i celnik” (Mt 18,17).

W piątym rozdziale swojego pierwszego listu apostoł Paweł potępia Koryntian za ich niewłaściwe podejście do obecności rozpustnika pośród nich. Lekceważące podejście do grzechu w kościele w żaden sposób nie wskazuje na wielką miłość, która zakrywa wszelki grzech, jak niektórzy sobie wyobrażają. Ci, którzy tak myślą, źle rozumieją świętość Boga i nie wiedzą, co jest potrzebne, aby pozostać z Nim w społeczności.

Niektórzy za wszelką cenę unikają potępiania grzechów innych, mając nadzieję, że w ten sposób unikną potępienia. Być może jest to skuteczne dla tych, którzy żyją wśród podobnych im ludzi. Ale ktokolwiek jest uważny na Boże karcenie, nie znajdzie spokoju, dopóki nie potępi każdego znanego grzechu. Jeśli będzie świadkiem grzechu innego członka Kościoła, zareaguje na swój grzech w ten sam sposób. Taka jest Boża miłość do nas – uwolnić nas od grzechu. Jeśli winni nie osądzą samych siebie, zrobi to Kościół; a jego sąd ma na celu nakłonienie winnych do osądzania samych siebie. Zatem sąd Kościoła jest przejawem Bożej miłości.

Jeśli wina członka Kościoła jest oczywista i nie ma szczerej skruchy, należy go ukarać. Sprawca zostaje odesłany, aby przedyskutować sprawę i podjąć decyzję, ponieważ słuchanie różnych opinii w jego sprawie nie jest dla niego korzystne, a nie każdy będzie się swobodnie wypowiadał w jego obecności.

W praktyce stosuje się dwa rodzaje kar: upomnienie i ekskomunikę. Chcielibyśmy mieć jasne i jednoznaczne wytyczne, kiedy stosować jeden, a kiedy drugi. Jednak życie zgodne z nauką Chrystusa i Apostołów może odbywać się jedynie pod kierownictwem Ducha Świętego. „Ale wy nie jesteście w ciele, lecz w Duchu, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka” (Rz 8,9). Decyzja o karze musi zostać podjęta pod kierownictwem Ducha Świętego. Znaczenie Biblii przyczynia się do podjęcia właściwej decyzji, dlatego ważne jest, aby uważnie studiować fragmenty Pisma Świętego, które rzucają światło na tę kwestię.

Nagana jest wspomniana tylko raz: „Jeśli ktoś nie będzie posłuszny słowu naszemu w tym liście, naznaczcie go naganą i nie przestawajcie z nim, abyście go zawstydzili. Nie uważajcie go za wroga, lecz napominajcie jak brata” (2 Tes 3,14-15). Powyżej apostoł Paweł pisze o nieporządnych (w. 11), upominając ich i przekonując. Jeśli tego nie przyjmą, należy ich napomnieć. „Nie przestawajcie z nim” jasno wskazuje, że taka osoba nie ma już wszystkiego wspólnego z Kościołem; nie może uczestniczyć na równi z innymi w jego życiu, a tym bardziej w posłudze. Jej stan nie jest mile widziany i dlatego pozbawiona jest świętego pocałunku. Jednocześnie jednak nie powinno być wobec niej wrogości; musi być napominana jak brat.

Pan mówi, że jeśli ktoś, zgrzeszywszy, nie usłucha napomnienia Kościoła, będzie przez niego uważany za grzesznika i celnika – czyli za osobę światową. Oznacza to całkowite zerwanie więzi duchowej. To jest ekskomunika, czyli „wyrzucenie spośród was niegodziwca” (1 Kor 5,13). „Anatema” – niech będzie ekskomunikowany (1 Kor 16,22).

W rozdziale 5 swojego Pierwszego Listu do Koryntian apostoł Paweł opisuje, jak podejmowana jest ta decyzja. Po pierwsze, z żalem za grzesznika i z powodu faktu, że coś takiego mogło się wydarzyć pośród nas (w. 2). Po drugie, z silnym duchem, zdecydowanym potwierdzić prawdę w tej sprawie (w. 3). Po trzecie, decyzja zapada w zgromadzeniu, gdzie działa moc Pana Jezusa Chrystusa (w. 4). Po czwarte, obecni zgadzają się z Bożą prawdą: „z moim duchem” (w. 4).

Co oznacza „wydać szatanowi na zatracenie ciała” (w. 5)? „Anioł Pański zakłada obóz wokół tych, którzy się Go boją, i ratuje ich” (Psalm 34:7). Członkowie Kościoła znajdują się pod szczególną ochroną Pana. Nikt nie może ich wyrwać z Jego ręki (J 10:28-29). Jednak z powodu niewierności wobec Niego Pan uwalnia chrześcijanina ze swojej ręki, pozostawiając go bezbronnym wobec szatana.

Ekskomunika nie przypomina sytuacji Hioba, ponieważ sam Bóg dał mu bardzo pozytywny przykład charakteru (Hi 1,1). Szatan uzyskał do niego dostęp, aby mógł on zostać wystawiony na próbę i odkryć swoją wierność Panu nawet w trudnych chwilach. Jednak ta historia ilustruje, co oznacza dla człowieka otrzymanie dostępu od Szatana. Zewnętrzne i wewnętrzne przeciwności, choroby i rozpacz, które wyniszczają ciało – wszystko to musi doprowadzić ekskomunikowanego do uświadomienia sobie, co to znaczy być oddzielonym od Pana. To jak z synem marnotrawnym. Wyczerpany i głodny, znalazł się pośród stada świń, ale potem opamiętał się.

Trudności, choroby i smutki również dotykają wiernych dzieci Bożych, nawet dość często. Ale w tych trudnościach bycie z Panem lub oddzielenie od Niego jest tak różne jak dzień i noc. Ekskomunika nie ma na celu odcięcia grzesznika na zawsze, lecz ma go opamiętać, potępić jego grzech i powrócić do Kościoła łagodnego i pokornego. Nie jest on wydany szatanowi na zawsze, ale po to, aby zagłada ciała doprowadziła do „zbawienia ducha w dniu Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Kor 5,5).

W swoim 2. Liście Apostoł Paweł zachęca Koryntian, aby przyjęli skruszonego i pogrążonego w smutku człowieka, który został ukarany: „Wy zaś raczej przebaczcie mu i pocieszcie go, aby nie uległ nadmiernemu smutkowi” (2 Kor. 2:7).

Nagana ma na celu obudzić głos sumienia w grzeszniku: „aby go zawstydzić” (2 Tes 3,14). Kiedy sumienie przemówi, będzie go osądzać. Jeśli otwarcie potępi się, tak jak osądza je sumienie, doprowadzi go to do całkowitego uzdrowienia.

Musimy mieć jasność, że naszym celem jest doprowadzenie grzesznika do pokuty. Musimy być przekonani, że bez szczerej skruchy kara nie może zostać cofnięta; w przeciwnym razie nie ma sensu jej nakładać. Nagana udzielona na określony czas nie oznacza automatycznie jej cofnięcia po tym okresie. Nagana może zostać udzielona tylko wtedy, gdy po jej upływie Kościół ponownie nawiąże kontakt z osobą karaną. Tylko szczera skrucha może zmienić nastawienie do grzesznika.

Musimy porozmawiać z tym, którego zauważyliśmy i napomnieć go jak brata.

Kościół musi dążyć do nakłonienia winnego do poprawy, zanim podejmie decyzję, ale jeśli tego nie zrobi, jego decyzja musi być współmierna do zasłużonej kary. Nie może być miejsca na niezdecydowanie w dążeniu do właściwego wniosku.

Czasami ktoś cierpi na nieuleczalną chorobę, a jego śmierć jest bliska. Bezczynność w takim przypadku nie jest z naszej strony dobrocią, lecz tchórzostwem. Nie powinniśmy kierować się chwilowym dobrobytem. Najważniejsze jest przygotowanie się do wieczności. Jeśli ktoś był nieostrożny, będąc w dobrym zdrowiu, wiadomość o poważnej chorobie i rychłej śmierci może skłonić go do poważnego potraktowania kwestii wieczności. Dlatego troska o niego zobowiązuje nas do poinformowania go o jego prawdziwym stanie.

Podobnie decyzja Kościoła musi uświadomić winnemu powagę jego sytuacji.

Wielu wykazuje tchórzostwo, podejmując decyzje. Jeśli kara jest nieunikniona, ponieważ grzech jest oczywisty, starają się przynajmniej kogoś upomnieć, ale nie ekskomunikować. Należy pamiętać, że decyzja Kościoła nie czyni człowieka chorym ani zdrowym, ani go nie zabija. Ujawnia winnemu stosunek Kościoła do jego czynów. Nawet jeśli Kościół zdecyduje się przebaczyć grzesznikowi, nie otrzyma on przebaczenia od Boga, dopóki nie przyzna się do swojego grzechu. Dalibyśmy mu tylko fałszywą nadzieję. Apostoł Paweł woła: „Czy stałem się waszym wrogiem, mówiąc wam prawdę?” (Gal. 4,16).

Nadmierna surowość również nie jest usprawiedliwiona. Niedopuszczalne jest naleganie na ekskomunikę z powodu osobistej niechęci lub wrogości. Decyzja musi zostać omówiona z poczuciem odpowiedzialności przed Bogiem, aby odzwierciedlała prawdziwy stan winnego.

Twierdzimy, że żadna decyzja Kościoła, która nie jest zgodna z prawdą, nie zostanie uznana przez Boga. Po słowach: „Niech ci będzie jak poganin i celnik”, napisano: „Zaprawdę, powiadam wam: Cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 18,18).

Zostaliśmy powierzeni do pełnienia dzieła Bożego na ziemi. Jak tego dokonać, wskazuje Pismo Święte. Duch Święty nieustannie prowadzi nas do wypełniania woli Bożej. To, co osiągniemy na ziemi, będzie miało znaczenie w wieczności. Jeśli uda nam się nawiązać czyjąś relację z Bogiem na ziemi, będzie ona również w komunii z Nim w niebie. Kogokolwiek uda nam się uwolnić od grzechu, prowadząc go do samopotępienia, również będzie wolny od tego grzechu w niebie. Jeśli jednak ktoś trwa w grzechu i odmawia zerwania z nim, a my tchórzliwie ogłosimy go wolnym, nie będzie wolny w niebie. Będzie wolny od dyscypliny kościelnej, ale nie od grzechu; nie będzie miał „łatwego wejścia do wiecznego królestwa naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa” (2 P 1,11).

Kiedy kościół podejmuje decyzję w jakiejś sprawie, każdy członek powinien mieć możliwość wyrażenia swojej opinii i uzasadnienia jej. Jednak po podjęciu decyzji każdy członek powinien działać nie zgodnie z osobistymi poglądami wyrażonymi na spotkaniu, lecz zgodnie z decyzją kościoła, nawet jeśli sam nadal ma odmienne zdanie.

Każdy, kto mówi i działa wbrew decyzji Kościoła, sprzeciwia się jej, siejąc niezgodę wśród jego członków i służąc jako pokusa. Jeśli taka osoba nie odpokutuje za swoje postępowanie, doprowadzi to do zerwania z Kościołem, który będzie zmuszony podjąć decyzję wobec takiego członka.

Można działać wbrew decyzji kościoła tylko wtedy, gdy kościół wyraźnie obrał drogę odejścia od prawdziwej nauki Chrystusa, a ukarany członek kościoła został ukarany za działanie wbrew temu odstąpieniu.

Oprócz wpływu na winnego, napomnienie i decyzja o ukaraniu mają na celu wpłynąć na otoczenie. „Tych, którzy grzeszą, upominaj wobec wszystkich, aby i inni bali się” (1 Tm 5,20). Jest to szczególnie ważne, gdy chodzi nie o grzechy cielesne, powszechnie rozumiane, lecz o nieczystości duchowe (2 Kor 7,1), gdy grzesznik wypacza znaczenie Pisma Świętego. Tacy członkowie Kościoła zazwyczaj wpływają na innych. Chorzy na błędy, zarażają innych. Kiedy Kościół zauważa takie osoby lub je ekskomunikuje, wszyscy członkowie Kościoła otrzymują ostrzeżenie, aby nie zadawali się z tymi, którzy odeszli od prawdy. Decyzja dotycząca osoby, która odeszła, wskazuje tym, którzy poddali się jego wpływowi, jak należy rozumieć tę sprawę. Jeśli ktoś, nawet po tym ostrzeżeniu, nie zaniecha i nie uwolni się od wpływu ukaranego, to jego krew spadnie na jego głowę (Dz 18,6 i 20,26-27).

Powinniśmy również zastanowić się nad słowami: „Z takimi nie wolno wam jeść” (1 Kor 5,11). Definicja ta odnosi się do osoby, która jawnie grzeszy, a mimo to ogłasza się bratem, czyli członkiem Kościoła Chrystusowego. To nie ciężar grzechu, za który członek Kościoła został ekskomunikowany, uzasadnia takie postępowanie, lecz jego stosunek do decyzji podjętej w jego sprawie. Jeśli uznaje swoją ekskomunikę i nie nazywa siebie bratem, nie ma potrzeby odłączania się od niego. Jeśli jednak ktoś nie uznaje decyzji Kościoła, ale ogłasza się równym bratem, nie powinien z nim jeść, niezależnie od tego, za jaki grzech został ekskomunikowany. Właśnie takie rozumienie wynika ze słów 1 Kor 5,11.

Decyzja o wykluczeniu lub udzieleniu nagany członkowi może zostać podjęta wyłącznie na zebraniu członkowskim.

Nadwyżka dla innych

Dbanie o siebie nawzajem

Bo też w jednym Duchu wszyscy zostaliśmy ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało - czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni, i wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem.

1 Kor.12,13

Przynależność do lokalnego kościoła, bractwa czy związku nie zbawia. Pan nie powierzył mocy zbawiania ludzi widzialnym organizacjom chrześcijańskim według ich własnego uznania. Wszystko to jest w rękach Boga. Jesteśmy zbawieni w Jezusie Chrystusie (Dz 4,12). To zbawienie dokonuje się w nas przez Ducha Świętego. Polega ono na Jego odrodzeniu, obdarzającym nas duchową naturą Chrystusa, której nie można posiadać bez jedności z Bogiem.

„Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,11). Zbawienie to połączenie tej jedności: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno…” (J 17,21). Kiedy obraz Chrystusa objawia się nam wyraźniej i jesteśmy do Niego przyciągani, Duch Święty zanurza nas w ciele Chrystusa (chrzci nas, byśmy stali się jednym ciałem). Chrystus jest głową tego ciała (Ef 1,22), my jesteśmy ciałem Chrystusa, a indywidualnie jesteśmy członkami (1 Kor 12,27).

Nie możemy sobie wyobrazić, by członkowie naszego ciała żyli własnym życiem. To po prostu niemożliwe. Wszyscy żyją jednym życiem, dopóki są zjednoczeni. Podobnie ciało Chrystusa, złożone z wielu członków, żyje jednym życiem. Kiedy żyjemy z Chrystusem, jesteśmy pociągani do wspólnoty z innymi ludźmi. Jedność duchowa przejawia się również w życiu widzialnym.

Duchowa zależność od siebie nawzajem, jako członków jednego ciała Chrystusa, jest przekazywana naszym zmysłom. Dostrzegamy tę zależność również w życiu fizycznym. Członkowie ciała z natury troszczą się o siebie nawzajem. „Aby nie było rozdwojenia w ciele, lecz aby wszystkie członki jednakowo troszczyły się o siebie nawzajem” (1 Kor 12,25). Kiedy ktoś zostaje uderzony w twarz, jego ręce zakrywają ją, absorbując ciosy. Jest to przejaw jedności członków ciała. Taka troska o siebie nawzajem wśród członków Kościoła będzie tym bardziej widoczna, im bardziej obraz Jezusa Chrystusa będzie się w nas objawiał.

Słowo „troska” jest używane na dwa sposoby. Ma ono konotację negatywną, gdy wyraża dręczący niepokój o zapewnienie sobie bytu materialnego. Martwiąc się, nie ufamy Bogu, który zna nasze potrzeby (Mt 6,32). Pan nie uczy nas czekać w samozadowoleniu, aż wszystko, czego potrzebujemy, padnie nam do stóp. „Kto nie chce pracować, niech też nie je” (2 Tes 3,10). Musimy jednak podjąć wysiłek i zaufać, że Pan wszystko zarządzi i otrzymamy wszystko, czego potrzebujemy. „Wszelką troskę waszą złóżcie na Niego, gdyż On troszczy się o was” (1 P 5,7). Zaufanie Panu oznacza zadowolenie z tego, co On zsyła (1 Tm 6,6-8).

Troska o więcej skłoniła Martę do wyrzutu: „Panie! Czy Ci to obojętne, że moja siostra…?” Jezus jej odpowiedział: „Marto, Marto! Troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego” (Łk 10, 41-42).

Kiedy słowo „troska” wyraża niezbędne działanie polegające na zaspokajaniu potrzeb, zwłaszcza bliźnich, ma ono charakter pozytywny. Powinniśmy brać potrzeby innych do serca i starać się je zaspokajać, kiedy tylko jest to możliwe. Taka troska jest aprobowana przez Słowo Boże. Dotyczy to zarówno potrzeb fizycznych, jak i duchowych. Epafras z wielką gorliwością i troską troszczył się o mieszkańców Kolosów, Laodycei i Hierapolis, aby „stanęli doskonali i doskonali we wszelkiej woli Bożej” (Kol 4,12-13). Apostoł Paweł chwali Filipian za troskę o jego potrzeby materialne (Flp 4,10-18). Wszystko to jest cenne przede wszystkim dlatego, że jest owocem nowej natury dzieci Bożych. „Nie mówię tego, jakobym szukał daru, ale szukam owocu, który będzie obfitował na wasze dobro” (Flp 4,17).

Troska o innych ukazuje poczucie jedności ze wszystkimi odkupionymi. To boska zasada, która w jedności z Bogiem i ze wszystkimi świętymi czyni życie błogosławionym. I to nie tylko dlatego, że inni się o nas troszczą, ale także dlatego, że sami odczuwamy potrzebę czynienia czegoś dla innych. To szczególne błogosławieństwo: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35).

Często pojawia się pytanie: skoro troska o innych jest cechą odrodzonych, to powinna się ona objawiać automatycznie. Dlaczego więc apostoł Paweł napomina: „Niech każdy ma na oku nie tylko własne sprawy, ale i innych” (Flp 2,4)?

Całe nauczanie Chrystusa i Apostołów jest pełne podobnych wezwań: „Wierzcie w Boga, i we Mnie wierzcie” (J 14,1); „Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana” (Hbr 12,14); „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga” (1 J 4,7). Jak możemy zmusić się do miłości? Przecież miłość jest z Boga. Jeśli On obdarzy nas miłością, będziemy kochać; jeśli nie, jak możemy kochać?

Pokój, miłość, troska o innych i wszelkie pozytywne cechy pochodzą od Boga (Jk 1,17). Są nam one dane mocą naszej więzi z Chrystusem, nie z przymusu, lecz z naszej dobrowolnej akceptacji. Wezwania do okazywania tych cech, takie jak troska o innych, mają nam przypominać o możliwości służenia bliźnim i przybliżania ich do Pana, którego kochamy. Słuchając wezwania Słowa Bożego do troski o innych, badamy siebie – czy jest to widoczne w naszym życiu? Odkrywszy brak w tym względzie, zwracamy się do Boga z prośbą, aby objawił w nas Swój charakter. On chętnie odpowiada na taką prośbę, która wypływa ze szczerego pragnienia. Nie jest to przymus z Jego strony, ale błogosławieństwo w odpowiedzi na nasze pragnienie. „Jeśli komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i bez wypominania” (Jk 1,5). Najpierw musimy odkryć, czego nam brakuje. Słowo Boże pomaga w tym. A odkrywszy potrzebę, możemy prosić Pana, aby ją zaspokoił.

Im więcej miłości mamy do dzieci Bożych, tym bliżej będziemy ich potrzeb i tym bardziej będziemy zaangażowani w ich zaspokajanie. Apostoł Paweł troszczył się o wszystkie Kościoły (2 Kor 11,28) i był szczególnie zadowolony, widząc tę ​​troskę u innych wierzących: „Nie mam bowiem nikogo równie gorliwego, kto by się o was troszczył tak szczerze” (Flp 2,20).

Jak blisko jesteśmy potrzeb naszego lokalnego kościoła? Całej wspólnoty? Mieszkającej w pobliżu rodziny chrześcijańskiej? A potrzeb naszej własnej rodziny?

Odrzut

Prawdziwa troska o innych to gotowość do dawania. Bóg oddał swojego Syna z troski o zbawienie ludzkości. Im bliżej Boga jest człowiek, tym wyraźniej objawia się w nim Jego charakter.

Ważne jest, aby pamiętać, że Bóg daje to, co przyniesie korzyść obdarowanemu. Nie zawsze tak jest z ludźmi. Ludzka natura została skażona przez Upadek. To, co w nas jest widoczne i dobre, często jest niewidzialnie skażone egoizmem. „I choćbym rozdał całe moje mienie, żeby nakarmić ubogich, i choćbym ciało moje wydał na spalenie, a miłości bym nie miał, nic mi to nie pomoże” (1 Kor 13,3). Pan zganił uczonych w Piśmie i faryzeuszy: „Wszystkie swoje uczynki spełniają, żeby się ludziom pokazać” (Mt 23,5). Uczy nas dawać jałmużnę w ukryciu (Mt 6,3-4), abyśmy nie rozwijali w sobie poczucia satysfakcji z ludzkiej chwały, ale raczej, aby nasza radość wynikała z faktu, że potrzeby naszych bliźnich są zaspokojone. Ważne jest, aby mieć w sercu pragnienie dawania innym. Oto charakter Pana: „Nie mówię tego, aby wam przykazywać, lecz badam szczerość waszej miłości poprzez gorliwość innych. Znacie bowiem łaskę naszego Pana Jezusa Chrystusa, że ​​będąc bogatym, dla was stał się ubogim, abyście wy ubóstwem Jego ubogaceni zostali” (2 Kor 8,8-9).

Przykazanie o dziesięcinie w Prawie Mojżeszowym było obowiązkiem. Jednak celem nauczania Pana było przemienienie ludzi przez Ducha Świętego, aby mieli wewnętrzne pragnienie dawania. Pierwsi chrześcijanie w Jerozolimie, powodowani wewnętrznym pragnieniem, sprzedawali swoje majątki i ziemie, a uzyskane środki rozdawali na rzecz innych. Apostoł Paweł miał to samo pragnienie: „Chętnie poniosę i wyniszczę się za dusze wasze…” (2 Kor 12,15). I tylko dlatego, że niezmiernie ich kochał. Dla Pana liczy się nie to, ile dajemy, ale jak wielkie jest nasze pragnienie dawania (Mk 12,41-44).

Apostoł Jan wskazuje, że brak tej potrzeby świadczy o braku miłości Bożej w nas (1 J 3,17), a zatem o braku natury Boga. Posiadanie natury Boga – posiadanie miłości, nadziei, cierpliwości itd. – przynosi szczególną radość, najwyższe błogosławieństwo. Podobnie potrzeba dawania posiada to błogosławieństwo: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35).

Dotyczy to nie tylko potrzeby dawania dóbr materialnych. Apostoł Paweł pisze: „Gorąco bowiem pragnę was zobaczyć, aby wam udzielić nieco daru duchowego ku waszemu umocnieniu” (Rz 1,11). Apostoł Paweł chciał również dostrzec w innych pragnienie dzielenia się duchowym zbudowaniem lub objawieniem z bliźnimi: „Kiedy się schodzicie, a każdy z was ma psalm, naukę, języki, objawienie lub tłumaczenie – wszystko to niech służy zbudowaniu” (1 Kor 14,26).

Czy nasza postawa jest zgodna ze słowami Apostoła w tej sprawie? Czy chodzimy na spotkania przepełnieni pragnieniem dzielenia się z innymi zbudowaniem, które otrzymaliśmy od Boga? A może pragniemy słuchać innych? Otrzymywać, a nie dawać? Jeśli mamy w sercu hymn lub jeśli znaczenie jego słów objawiło się w nowy sposób, zaproponujmy, że go zaśpiewamy, albo sami zaśpiewajmy, jeśli mamy dar, a Duch Święty, który dał nam to zbudowanie, przekaże je innym poprzez śpiew. I nie tylko to. Radosne pragnienie dawania innym wzrośnie w nas do tego stopnia, że ​​będziemy gotowi „oddać życie za braci” (1 J 3,16). Podobnie jak wierzący w Macedonii, którzy „oddali siebie najpierw Panu, a potem i nam, według woli Bożej” (2 Kor 8,5), my również oddamy się służbie Kościołowi. W ten sposób nie kradniemy sobie czegoś, aby dać innym, jak jałmużnę dla ubogich; Wręcz przeciwnie, to komunia ze wszystkimi świętymi. To świadomość, że potrzeby Kościoła Chrystusowego i jego poszczególnych członków są naszymi potrzebami. Kościół potrzebuje miejsca spotkań – tu jest mój dom. Potrzebny jest pastor – tu jestem ja, mój mąż, moje dzieci, aby pracować na polu Bożym. To radość widzieć takich ludzi nawet dzisiaj. Jakże pragnę, aby to była cecha wszystkich wierzących!

Zaczyna się w naszym duchu. Najpierw Duch Święty wzbudza w nas chęć dawania, a potem sam akt. Bóg pragnie, aby to dawanie było dobrowolne. Od żadnego członka Kościoła nie można wymagać dawania czegokolwiek za wszelką cenę. „Bóg miłuje dawcę ochotnego” (2 Kor 9,7). Ta służba będzie wartościowa tylko wtedy, gdy zewnętrzne działanie będzie zgodne ze stanem wewnętrznym. Jakże słodkie jest to świadectwo: „Z całą gorliwością namawiali nas do przyjęcia daru łaski i do udziału w posłudze świętym” (2 Kor 8,4)!

Chociaż nie możemy wymagać od wierzących poświęcenia tego czy tamtego dziełu Bożemu, świadczymy i nauczamy, że brak chęci, a nawet brak potrzeby dawania, wskazuje na brak miłości do Pana i do bliźnich. „Jednego ci brakuje: idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną, biorąc swój krzyż” (Mk 10,21). Pan nie powiedział tego wszystkim, ale ten człowiek najwyraźniej był bardzo przywiązany do bogactwa.

Pragnienie dawania motywuje nas do szukania okazji, jak pokazuje Chrystus w przypowieści (Łk 11,5-8). Człowiek, którego przyjaciel odwiedził w podróży, mógł powiedzieć: „Z chęcią bym ci ofiarował poczęstunek, ale widzisz, że nic nie mam”. Ale on tego nie powiedział; poszedł szukać i znalazł okazję, by poczęstować przyjaciela. My również powinniśmy szukać takich okazji. „Pracujcie rękami, co pożyteczne, abyście mieli z czego udzielać potrzebującemu” (Ef 4,28). Dotyczy to również duchowych potrzeb Kościoła. Jeśli mamy silne pragnienie uczestniczenia w budowaniu innych, znajdziemy to, czego potrzebujemy, ponieważ znamy Źródło wszelkich błogosławieństw – naszego Pana.

W zborach często brakuje duchownych. Nierzadko zdarza się, że jeden starszy służy kilku grupom oprócz własnego zboru, który również ma wiele potrzeb. Pełnienie tej posługi wymaga dużo czasu i energii, a ponadto jest zajęty utrzymaniem rodziny. Dostrzeżenie tej wspólnej potrzeby zmotywuje nas do wzięcia odpowiedzialności za materialne potrzeby jego rodziny.

Słowo Boże jasno naucza, że ​​„Pan nakazał tym, którzy głoszą Ewangelię, aby z Ewangelii żyli” (1 Kor 9,14). „Kto uczy się słowa, niech dzieli się wszelkim dobrem z tym, który naucza” (Gal 6,6). Nie jest to nagroda za pracę, ale jedność interesów, wspólna sprawa, w którą każdy wnosi swój wkład. W ten sposób duchowni mają możliwość całkowitego poświęcenia się posłudze duchowej. Zależy nam na tym, aby troska o dobra materialne nie pozbawiała ich możliwości pełnienia posługi, do której powołał ich Pan. W tej kwestii duchowni nie powinni być przesadnie skromni, a zbór nie powinien być niedbały, ponieważ dobro zgromadzenia zależy od właściwej decyzji. Apostołowie widzieli, że nie tylko troska o dobra materialne, ale nawet dzielenie istniejących zasobów prowadzi do uszczerbku dla posługi słowa. „Niedobrze nam, gdybyśmy zaniedbywali słowo Boże, a usługiwali przy stołach” (Dz 6,2). Zaproponowali wybór diakonów. Diakon powinien dbać o materialne wsparcie nie tylko Kościoła, ale także starszych, aby mogli oni stale poświęcać się modlitwie i posłudze słowa (Dz 6,4). Będzie to miało pozytywny wpływ na całą wspólnotę.

Praca

Poczucie wspólnoty, pragnienie uczestnictwa w zaspokajaniu potrzeb świętych, które motywuje nas do dawania, wyraża się również w służeniu sobie nawzajem. Służyć oznacza czynić to, czego potrzebują inni.

Nie sposób wyobrazić sobie rodziny, w której każdy gotuje dla siebie, kupuje chleb, przynosi wodę i sam pierze. O ileż wygodniejsze i radośniejsze jest życie, gdy każdy robi coś dla innych!

Podobnie jest w rodzinie Bożej – życie duchowe jest spełnione, gdy wszyscy starają się uczestniczyć we wspólnym dziele. W kościele nie ma przymusu: tu wszystko dzieje się z gorliwością i pilnością.

Duch Święty wzbudza w nas potrzebę działania dla wspólnego dobra Kościoła i dobra każdego z jego członków. Może to być praca fizyczna, na przykład mycie podłogi w sali, w której odbywało się spotkanie, lub w domu chorej siostry. Może to być również służba duchowa, na przykład recytacja wiersza lub modlitwa.

Przyzwyczailiśmy się nazywać tych, których Kościół wybrał do posługi, „sługami”. To prawda. Są oni wybrani, aby służyć Panu i Kościołowi. Ale nawet ci, którzy nie zostali wybrani do szczególnej posługi, są powołani do służby w Kościele, do wykonywania pracy dla dobra wszystkich: „Usługujcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał, jako dobrzy szafarze rozlicznej łaski Bożej” (1 Piotra 4:10).

Pan mówi: „Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10,45). Trwać w Chrystusie oznacza mieć Jego życie w sobie: te same uczucia, te same potrzeby i te same pragnienia. W tym przypadku, mieć ten sam cel w życiu – służyć bliźnim: mężowi, dzieciom, Kościołowi, przyjaciołom.

Pragnienie służenia bliźnim pozwala nam rozpoznać ich potrzeby i znaleźć sposoby, aby im pomóc. Dobry Samarytanin nie ominął rannych. Podobnie, jeśli będziemy mieli wewnętrzne pragnienie służenia, odkryjemy możliwości pomagania innym.

Nasza cielesna natura pociąga nas do widocznej służby. Lubi być widziana przez innych. Człowiek cielesny myśli o sobie: „Nie jestem jak inni ludzie” (Łk 18,11). Chce również przekonać o tym innych. W tym celu jest gotów czynić coś dla innych, ale tylko po to, by ludzie to widzieli. Nie jest to jednak służba innym, lecz sobie samemu, dla własnej władzy. To jest „podobanie się ciału” (Ga 5,13). A przeciwieństwem tego jest: „w miłości służcie sobie nawzajem”. Bardzo pożyteczne jest badanie i sprawdzanie siebie – co motywuje nas do robienia tego czy tamtego. Czy robimy to, ponieważ widzimy taką potrzebę u tych, których kochamy, czy dlatego, że dostrzegamy w tym korzyść dla siebie?

Wiemy, że sednem chrześcijaństwa jest miłość. Bez miłości nic nie da się zrobić w sposób pobożny. Bez miłości do bliźniego nie będzie właściwego upomnienia, autentycznej troski o innych, bezinteresownego ofiarowania. Kiedy szczerze kochamy naszych braci i siostry, z taką samą chęcią będziemy prać czy szyć ubrania dla dużej rodziny, jak i śpiewać solo w kościele. Nigdy nie będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, aby zrobić wszystko, co byśmy chcieli.

Miłość bliźniego jest nierozerwalnie związana z miłością do Pana. Kochamy Boga i braci, albo nie kochamy ani Boga, ani braci (1 J 4, 20-21; 5, 1-2). Dlatego każda służba bliźnim z miłości do nich jest służbą Panu, którego kochamy. „Różne są rodzaje służby, ale ten sam Pan” (1 Kor 12, 5).

Każdą służbę postrzegamy jako zadanie od Pana i wykonujemy ją dla Niego. „A cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie, jak dla Pana, a nie dla ludzi, wiedząc, że od Pana otrzymacie dziedzictwo, jako zapłatę, bo Chrystusowi Panu służycie” (Kol 3,23-24). Słowo Boże wzywa nas do służenia sobie nawzajem i chwali tych, którzy poświęcili się służbie świętym (1 Kor 16,15). Wszystko to jest służbą innym, a nie ich zadowalaniem.

Czyż nie ma dziś chrześcijan, którzy sprzeciwiają się głoszeniu ukrzyżowanego Chrystusa? Nikt nie będzie twierdził, że jesteśmy odkupieni przez Chrystusa i że dzięki Jego ukrzyżowaniu otwiera się przed nami wejście do niebiańskiej Jerozolimy. Jednak głoszenie, że ukrzyżowany Chrystus jest dla nas przykładem i dlatego lepiej iść na Golgotę niż ulegać współczesnym uczonym w Piśmie i faryzeuszom, Herodom i Piłatowi, spotka się ze sprzeciwem tych, którzy szukają „mądrych” rozwiązań w relacjach z osobami z zewnątrz.

Są też tacy, którzy sprzeciwiają się temu, że Chrystus umarł za nas i że dzięki ukrzyżowanemu Chrystusowi jesteśmy wybawieni od śmierci wiecznej. Poniósł naszą karę. Lecz głoszenie, że nasz stary człowiek został ukrzyżowany z Chrystusem, że „ci, którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali ciało z jego namiętnościami i pożądaniami” (Ga 5,24), i że „Chrystus umarł za wszystkich, aby ci, którzy żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał” (2 Kor 5,15), spotka się z wrogością ze strony tych, dla których osobiste dobro, organizacja życia doczesnego i troska o ciało są najważniejsze, a dopiero potem, jeśli to możliwe, służba w Kościele.

Każdy, kto może powiedzieć za apostołem Pawłem: „Z Chrystusem zostałem ukrzyżowany” (Ga 2,19), będzie żył w interesie Boga i Jego ludu. Dla takiej osoby pytania o to, gdzie mieszkać i gdzie pracować, będą zależeć od pytania o to, gdzie służyć Panu i jaką służbę dla Niego pełnić. Apostoł Paweł otrzymał swoją posługę od Pana, a jej wypełnienie było dla niego cenniejsze niż życie (Dz 20,24). Czy możemy wymagać takiego nastawienia do służby od każdego? Kazanie o ukrzyżowanym Chrystusie głosi, że „wyzwolenie nas z obecnego złego wieku” (Ga 1,4) było dla Boga sprawą najwyższej wagi i zapłacił za to wysoką cenę. Jak możemy mówić o jednomyślności, o jedności z Bogiem, jeśli opieramy się poświęceniu osobistego dobrobytu w tym złym świecie?

Bóg zapytał: „Kogo mam posłać? Kto pójdzie do Nas?”. Izajasz odpowiedział: „Oto ja, poślij mnie” (6,8). W dzisiejszych czasach często zadawane są podobne pytania: „Kogo mam posłać, żeby ewangelizował? Kto oprawi literaturę? Kto odwiedzi taką a taką rodzinę? Kto wyremontuje dom członka Kościoła? Kto uda się do takiego a takiego miasta?”. Czy chętnie odpowiadamy: „Oto ja!”.

Przed swoją męką Pan posłał swoich uczniów z pytaniem: „Gdzie jest izba, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami?” (Mk 14,14). A dziś pojawiają się pytania: Gdzie odbędzie się Święto Plonów i wspólnota duchownych? Kto przyjmie gości, którzy przybyli, by się z nimi spotkać? Kto będzie jak Gajus, „gospodarz mój i całego Kościoła” (Rz 16,23)?

Dobrze jest mieć w kościele konkretną posługę i wiedzieć, że Pan nas do niej powołał. Ale nawet jeśli nam tego brakuje i jesteśmy zaangażowani w to czy inne zadanie, pomagając powołanym do konkretnej posługi, to również to jest zatwierdzone przez Słowo Boże. „Oni poświęcili się posłudze świętym; i wy okazujcie szacunek takim i każdemu, kto z nimi współpracuje i pracuje” (1 Kor 16,15-16). Apostoł Paweł z miłością świadczy o Tymoteuszu: „On mi służył w Ewangelii jak syn ojcu” (Flp 2,22). Jakże wzruszające jest to „jak syn ojcu”. Oto miłość i troska, nie wymuszona służba, lecz dobrowolność. Ci, którzy zostali powołani do tak szerokiej posługi, jak Apostoł Paweł, potrzebują pomocników, aby móc ją skuteczniej pełnić. „Weź Marka i przyprowadź go ze sobą, bo jego potrzebuję do posługi” (2 Tm 4,11). Apostoł Paweł cenił taką pracę: „A ile mi wyświadczył w Efezie, ty wiesz najlepiej” (2 Tym. 1:18).

Wzór do naśladowania dla siebie nawzajem

Naśladownictwo jest dla ludzi bardzo ważne. Przyzwyczailiśmy się do patrzenia na siebie: jak się ubieramy, jak się zachowujemy. Ludzie często mówią: „Tak się to przyjmuje, tak wszyscy robią”. Jeśli zamierzamy zrobić coś nietypowego, mówimy lub myślimy: „Co ludzie powiedzą?”.

Nie potępia się skłonności do naśladowania. Wręcz przeciwnie, daje się nam przykłady do naśladowania. To bardzo jasny i pouczający sposób rozmowy Boga z nami.

Pan jest dla nas doskonałym i wzniosłym przykładem: „Bądźcie więc naśladowcami Boga, jako dzieci umiłowane” (Ef 5,1); „Boga nikt nigdy nie widział; jednorodzony Syn, który jest w łonie Ojca, On Go objawił” (J 1,18); „Który jest obrazem Boga niewidzialnego…” (Kol 1,15). Doskonały stan ducha obserwujemy, gdy nasz duch jest podobny do Boga, to znaczy, gdy trwają w nim miłość, pokój, radość, cierpliwość i łagodność… Aby obraz Boga stał się nam bliższy i bardziej zrozumiały, Pan Jezus objawił Ojca w ludzkim ciele. „W Nim bowiem mieszka cała pełnia Bóstwa, cieleśnie” (Kol 2,9). Nasza potrzeba wzorca do naśladowania została zaspokojona przez Boga w Chrystusie Jezusie. Podobać się Bogu oznacza naśladować Chrystusa. „Kto mówi, że w Nim trwa, powinien sam tak postępować, jak On postępował” (1 J 2,6).

Aby jasno pokazać nam, jacy powinniśmy być i jak postępować, Pan ukazuje nam w Swoim Słowie zarówno pozytywne, jak i negatywne przykłady. Nie mógł On pokazać nam rozwoju zła w człowieku poprzez Swoje życie, ani też okazać żalu za grzechy i pokuty, ponieważ był bezgrzeszny. Z tego powodu Biblia opisuje czyny ludzi. Apostoł Paweł znał swoje powołanie: „Gdyż spodobało się Bogu objawić Syna swego we mnie…” (Ga 1,15-16), dlatego wielokrotnie powtarza: „Napominam was zatem, bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa” (1 Kor 4,16; 11,1).

Przykłady z przeszłości są wymowne, ponieważ widzimy nie tylko czyny ludzi, ale także ich konsekwencje. Aby naprawdę poznać człowieka, trzeba również poznać jego koniec. „Bracia moi, bierzcie proroków, którzy przemawiali w imieniu Pana, za przykład cierpienia i cierpliwości. Oto błogosławieni jesteśmy ci, którzy wytrwają. Słyszeliście o cierpliwości Hioba i widzieliście koniec Pana, bo Pan jest wielce litościwy i miłosierny” (Jk 5,10-11).

Ileż siły i otuchy można znaleźć w przykładach mężczyzn i kobiet wiary: Gedeona z trzystu dzielnymi ludźmi; Dawida stawiającego czoła Goliatowi; Daniela śmiało otwierającego okno na modlitwę pomimo królewskiego dekretu; Anny, matki Samuela, klęczącej przed Panem. W swoich naukach Bóg uczy nas, kim pragnie, abyśmy byli, a poprzez te żywe przykłady pokazuje, co osiągnął w ludziach, którzy Mu zaufali. Bez tych przykładów nasze nauczanie byłoby niepełne.

Ukazano nam nie tylko pozytywne przykłady. Bóg, za pośrednictwem Mojżesza, wielokrotnie ostrzegał Izraelitów, aby po wejściu do Ziemi Obiecanej nie naśladowali bałwochwalstwa mieszkańców tej ziemi. Historia Izraela jest jednak pełna negatywnych przykładów. Apostoł Paweł wspomina wiele z nich i ostrzega: „A to wszystko stało się dla nas przykładem, abyśmy nie pożądali złego, tak jak oni pożądali” (1 Kor 10,6-11).

Szczególnie wymowne są dla nas przykłady wiary pozostawione przez tych, których znaliśmy osobiście. Ich wierność Bogu aż do końca nosi na nich pieczęć godnego naśladowania. „Pamiętajcie o tych, którzy wam przewodzą i którzy głosili wam słowo Boże, a rozważając wynik ich postępowania, naśladujcie ich wiarę” (Hbr 13,7). Musimy jednak mądrze rozważyć, kogo naśladować.

Pewien szanowany brat miał taki zwyczaj: przed wyjściem z mieszkania modlił się na stojąco, kładąc jedną rękę na sercu (drugą mógł trzymać torbę lub kapelusz). Dla niego było to naturalne. Ale potem zobaczyłem bardzo młodego brata, który dokładnie naśladował ten sposób postępowania. Coś w tym wydało mi się nieuprzejme. Musimy naśladować wiarę, pokorę, odwagę i cierpliwość, a nie intonację w kazaniu, nie wymowę poszczególnych słów, nie pochylenie głowy. Nasze ruchy muszą być naturalne. Musimy okazywać w życiu śmiałość, pilność i poświęcenie, które widzieliśmy u godnych chrześcijan. Do tego wzywa Słowo Boże.

Przykłady z przeszłości są bardzo pomocne, ale aby model był kompletny, potrzebne są przykłady współczesne. Chrześcijanie żyjący w czasach apostoła Pawła mieli takie przykłady: „Naśladujcie mnie, bracia, i zważajcie na tych, którzy postępują według wzoru, jaki macie w nas” (Flp 3,17). Pozostanie on przykładem dla wszystkich pokoleń, jak napisał: „Aby we mnie, pierwszym, Jezus Chrystus okazał wszelką cierpliwość jako wzór dla tych, którzy w Niego uwierzą dla życia wiecznego” (1 Tm 1,16).

Pan zna nasze potrzeby. Widać to wyraźnie w życiu tych, którzy znajdują się w podobnych okolicznościach, w podobnym otoczeniu, w obliczu współczesnych praw.

Ludzie często pytają: „Dlaczego Pan pozwala wiernym, kompetentnym sługom pozostawać w więzieniu przez długi czas? Dlaczego ci, którzy wiernie służą Panu, doświadczają głębokiego smutku i przeciwności?”. Jednym z powodów jest to, że Pan stawia ich za wzór, demonstrując ich wytrwałość, poświęcenie, nadzieję w Nim we wszystkich udrękach i wierność Jemu, bez względu na cenę. Te przykłady wytrwałości w prawdzie zachęcają wielu chrześcijan bardziej niż zwykłe napomnienia do wytrwałości i wierności. Apostoł Paweł zaświadczył: „Większa część braci w Panu, zachęcona moimi więzami, zaczęła głosić słowo Boże z większą śmiałością i bez lęku” (Flp 1,14). Nawet z innych krajów docierały do ​​naszych więźniów listy ze słowami: „Wasza wytrwałość i odwaga nas zachęcają, umacniają i radują”.

Czy jesteśmy gotowi być dobrym przykładem dla ludu Bożego? Być wiernymi Panu, trwać w prawdzie, nawet znosząc „szyderstwa i biczowania, a nawet więzy i więzienie” (Hbr 11,36)? Uwielbiamy świadczyć o wierzących: „Staliście się wzorem dla wszystkich wierzących w Macedonii i Achai” (1 Tes 1,7). Siła tkwi jednak nie tylko we współczuciu dla tych chrześcijan, ale także w ich naśladowaniu. Dany jest nam wzór, abyśmy mogli go naśladować.

Może pociąga nas chwała, która towarzyszy tym obrazom? To nie jest właściwy powód. Ważne jest, aby pragnąć wierności Panu w sprawach wielkich i małych, postępować święcie, uczciwie i z miłością, być dobrym przykładem dla otoczenia. Łatwo jest zrobić dobre wrażenie na obcych. Ale bycie świętym w codziennych czynach, nawet tych najdrobniejszych, jest możliwe tylko pod przewodnictwem Ducha Świętego.

Pamiętajmy, że jesteśmy postrzegani przede wszystkim takimi, jakimi jesteśmy, a nie takimi, jakimi chcielibyśmy być postrzegani. Możemy powiedzieć o sobie, jak przystało chrześcijanom: „Jesteśmy niewolnikami, nic niewartymi”. Ale te słowa zabrzmią z dumą, jeśli będziemy dumni. Możemy oświadczyć: „Wierzę, że Bóg to uczyni”. Ale ci, którzy nas dobrze znają, dostrzegą w tym jedynie górnolotne słowa, a nie prawdziwą wiarę.

Czy świadectwo ludzi o sobie nie jest bezwartościowe? Świadectwo potwierdzone codziennym życiem jest o wiele cenniejsze. Ludzie zawsze wolą to, co widzą w naszym życiu, od tego, co mówimy. Musi istnieć związek między słowami a życiem. Chrystus musi mieszkać w naszych sercach; wtedy z tego dobrego skarbu będziemy wydobywać dobre słowa i dobre uczynki (Łk 6,45).

Im jesteśmy starsi lub im bardziej widoczna staje się nasza służba w kościele, tym bardziej nasi bracia i siostry będą nas naśladować. Ważne jest, aby nie dawać negatywnego przykładu ani nie być przyczyną zgorszenia. Pan ostrzega: „Lecz kto by się stał powodem zgorszenia dla jednego z tych małych, którzy we Mnie wierzą, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza” (Mt 18,6).

Duchowni wybrani przez Kościół muszą szczególnie pamiętać, że są postrzegani jako wzór do naśladowania. Dlatego muszą postępować ze szczególną świętością przed Bogiem. Duchowny, który kocha Kościół i wszystkich swoich braci i siostry, zawsze pragnie wywierać na nich dobry wpływ, prowadzić ich do świętości, zachęcać w smutku i nauczać prawdy i właściwego życia. Głoszenie kazań w znacznym stopniu się do tego przyczynia, ale jeśli życie osobiste duchownego nie jest zgodne z jego naukami, wówczas posługa ta bardziej przyczyni się do tego, że słuchacze staną się hipokrytami niż szczerymi chrześcijanami. Dobry przykład w życiu zrekompensuje brak szczególnych darów kaznodziejskich. Apostoł Paweł nigdy nie przegapił okazji, by przypomnieć swoim współpracownikom: „Bądź dla wierzących wzorem w mowie, w postępowaniu, w miłości, w duchu, w wierze, w czystości” (1 Tm 4,12). „We wszystkim okazuj siebie samego jako wzór dobrych uczynków, w nauczaniu czystości, powadze, prawości” (Tt 2,7).

Modlitwa

Módlcie się o każdym czasie w Duchu, modląc się i prosząc, i bądźcie w tej sprawie gorliwi z całą wytrwałością i błaganiem za wszystkich świętych.

Efezjan 6:18

Pan w swoich rozmowach, a Apostołowie w swoich listach, poświęcają modlitwie wiele uwagi. Sam Pan modlił się bardzo dużo. Do tego samego wzywa swoich naśladowców.

Po co prosić Boga o to, co On sam pragnie dla nas uczynić? Po co mówić Mu o tym, co On wie lepiej od nas? Sałow-Astachow trafnie odpowiada na te pytania w swojej książce „Sekret i moc modlitwy”.

Człowiek został stworzony przez Boga do panowania nad światem, dlatego Bóg bierze pod uwagę jego wolę, ingerując w ziemskie wydarzenia. Zdumiewające jest, że działanie Pana wśród ludzi zależy od wiary człowieka. Niewiara ogranicza Jego działanie (Mt 13,58; Mk 6,5), podczas gdy żarliwa prośba w modlitwie usuwa wszelkie przeszkody.

Ale nawet jeśli nie potrafimy wyjaśnić sensu modlitwy, sam fakt, że Bóg nas do niej wzywa, jest wystarczającym powodem, abyśmy byli w niej gorliwi. Z doświadczenia wiemy, jak wiele pocieszenia przynosi świadomość, że możemy powiedzieć Panu o wszystkim, co nas trapi. Jakże uspokaja się serce, gdy w modlitwie oddajemy wszystko kochającemu i wszechmocnemu Bogu! Mamy prawo wyznać Mu wszystkie nasze pragnienia, lęki i potrzeby i odnaleźć spokój. W ten sposób sprawiamy radość Panu, a to jest klucz do sukcesu w każdym dobrym uczynku.

Mając takie doświadczenie w życiu osobistym, z pewnością będziemy się modlić za naszych bliźnich lub za cały lud Boży. To samo poczucie jedności ze wszystkimi świętymi, pragnienie niesienia im pomocy w ich potrzebach, które motywuje nas do służenia im i troski o nich, będzie nas również skłaniać do modlitwy za nich. Szczere pragnienie niesienia pomocy zmotywuje nas do sięgnięcia po wszelkie dostępne środki. Nie zawsze możemy dać ludziom to, czego potrzebują. Ale zawsze możemy modlić się o ich potrzeby, jeśli tylko będziemy ich kochać w naszych sercach.

Pan pragnie, abyśmy znając specyficzne potrzeby naszych bliźnich, modlili się za nich w szczególny sposób. Prawdziwa miłość do wszystkich świętych skłoni nas do modlitwy za nich, nawet jeśli nie znamy wszystkich szczegółów ich życia. Wiemy, czego potrzebują naśladowcy Chrystusa i będziemy nieustannie prosić Pana o pocieszenie, wytrwałość, cierpliwość, wiarę itd. Ponieważ dzięki modlitwie wstawienniczej Bóg otrzymuje prawo do okazania nam swojej dobroci, bądźmy wytrwali w takich modlitwach.

We wszystkich swoich listach do kościołów apostoł Paweł wspomina, że ​​modli się za nie i dziękuje Bogu za łaskę, którą je obdarza. To przykład dla nas. Z tą samą konsekwencją Apostoł prosi o modlitwę za siebie. Modląc się za wszystkie kościoły, Paweł niewątpliwie modlił się również za siebie. Jednak jego prośba o modlitwę za siebie pokazuje, jak ważne jest wstawianie się za siebie nawzajem w modlitwie.

Szczególnie cenne jest to przed Bogiem, gdy prosimy o innych. To przejaw miłości, przejaw natury Chrystusa, który dla dobra innych poddał się cierpieniu i śmierci, ucząc nas: „Czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tych, którzy was znieważają i prześladują, abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,44-45).

Najwspanialszym wydarzeniem na ziemi jest przemiana człowieka na obraz Boga, przyjęcie przez niego Jego natury. Dzieje się to przede wszystkim w naszym wnętrzu. Ale ten stan ducha musi również przejawiać się w widocznych czynach i działaniach.

Boża natura z natury troszczy się o wszystkich. Wyraża się to w Jego nakazie, aby słońce świeciło nad nami i nas pożywiało, „dając nam deszcz z nieba i urodzajne lata, napełniając nasze serca pokarmem i radością” (Dz 14,17). Otrzymawszy Bożą naturę, my, w naszym duchu, mamy taką samą relację ze wszystkimi ludźmi, jaką ma Bóg. I chociaż nie jesteśmy w stanie wykonywać wszystkich Bożych działań w świecie widzialnym, takich jak zsyłanie deszczu na ziemię, Jego natura w nas skłania nas do proszenia o te błogosławieństwa w naszych modlitwach. W ten sposób uczestniczymy we wszystkich dziełach Boga, a modlitwa jest otwartym przejawem Jego natury. Dzieje się tak, gdy modlimy się w duchu (Ef 6,18), w Duchu Świętym (Jd 1,20). Taka modlitwa wznosi się do Boga, dając Mu prawo do wykonywania Jego dzieła wśród ludzi. Często jednak modlitwa pochodzi z ciała. Jak wszystko, co cielesne, nie podoba się Bogu. Posłuchajmy słów Pana: „Bo nie myślicie o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie” (Mt 16,23). W tym przypadku to, co ludzkie, i to, co boskie, nie łączą się, lecz wręcz przeciwnie.

Powszechnie wiadomo, że człowiek cielesny gloryfikuje siebie, stawia swoje ego w centrum i robi wszystko dla własnej korzyści. To nie podoba się Bogu. Dlatego obłudnicy lubili modlić się o pożytek publiczny w synagogach i na rogach ulic (Mt 6,5). Najwyraźniej modlitwy te nie wynikały z troski o innych ani z chęci potwierdzenia wiary w Boga. Ci ludzie starali się utwierdzić swoją pozycję, zwracając na siebie uwagę.

W dzisiejszych czasach modlitwa na rogach ulic nie spotka się z aprobatą ani uznaniem innych, więc nikt już tego nie robi. Ale czyż nie ofiarowujemy naszych modlitw na spotkaniach na pokaz? Niech Pan chroni nas przed podejrzliwością i osądzaniem innych w ten sposób! Przyjrzyjmy się naszym własnym motywom modlitwy: „…dążność ciała jest wroga Bogu” (Rz 8,7).

Kiedy modlitwa pochodzi z ciała, nie łączy nas z Bogiem. Pozostajemy od Niego oddzieleni, mimo że ma to, czego pragniemy. Podchodzimy do Niego jak do sprzedawcy czy sprzedawcy z listą niezbędnych rzeczy. Chcemy szybko zdobyć to, czego pragniemy i zająć się swoimi sprawami. Podczas takiej modlitwy nie martwimy się o to, że pozostaniemy oddzieleni od Boga, ponieważ jesteśmy zajęci czymś innym: tym, aby modlitwa była odpowiednio sformułowana, aby odsłaniała nasz umysł, zdolny do zręcznego przypomnienia sobie wszystkiego, o czym wcześniej rozmawialiśmy.

Kiedy nasza modlitwa pochodzi z ducha, jednoczy nas przede wszystkim z Panem. To sprawia, że ​​modlitwa jest słodka, nawet jeśli bywa niezdarna. Czujemy tęsknotę za Bogiem, przepojoną pragnieniem, aby Jego wola wypełniła się we wszystkim. Zjednoczeni z Panem, staramy się umacniać naszą wiarę i wiarę naszych bliźnich, pragnąc, aby imię Boże było przez to uwielbione. Nie błagamy o łaski dla siebie, lecz dostrzegając potrzeby Bożego dzieła, przyjmujemy je za nasze i prosimy Boga, aby posługiwał się nami w swoim trudzie. Taka modlitwa, przez Ducha Świętego, zachowuje nas w miłości Bożej (Jud 1,20), ponieważ jednoczy nas ze Źródłem miłości, z samą Miłością.

Modlitwa, z jednej strony, jest pracą wymagającą pilności, z drugiej zaś, okazją do tego, by zawsze, w każdych okolicznościach, uczestniczyć w dziele Bożym. Ktoś, kto przywykł do życia z całym ludem Bożym, biorąc sobie do serca jego smutki i radości, byłby bardzo wyczerpany, gdyby pozbawiono go możliwości współpracy z innymi, na przykład w więzieniu lub w związku z chorobą. Modlitwa jednak czyni nas uczestnikami wspólnej sprawy nawet w takich okolicznościach. Wewnętrzna potrzeba dzielenia się troskami wszystkich dzieci Bożych jest zaspokajana w modlitwie (przynajmniej częściowo). Praktykowanie modlitwy chroni naszą siłę duchową, naszą zdolność do działania i naszą zdolność do przyjmowania wszystkich doświadczeń ludu Bożego.

Jeśli jesteśmy na właściwym poziomie duchowym, wszystkie nasze obowiązki są dla nas jednocześnie koniecznością i radością. Musimy czytać Słowo Boże, a jednocześnie zawsze go pragniemy. Musimy się nieustannie modlić, ale też nie możemy się bez niej obejść.

Chciałbym zwrócić uwagę na polecenie: „Trwajcie gorliwie na modlitwie, czuwając na niej z dziękczynieniem” (Kol 4,2). Powszechnie uważa się, że ten werset wzywa nas do nieustannej modlitwy – od rana do wieczora, w dzień i w nocy. Nie mówi jednak „nieustannie”, lecz „nieustannie” – to znaczy, aby nie być gorliwym, a potem biernym.

W naszych nieustannych modlitwach nie powinniśmy ustawać w modlitwie o potrzeby naszej rodziny i Kościoła, dopóki nie otrzymamy tego, o co prosimy. Na przykład, powinniśmy wytrwale prosić o nawrócenie naszych dzieci do Pana, aż do jego spełnienia. Takie jest również rozumienie Listu do Rzymian 12:12. Apostoł Paweł wzywa nie do ciągłej modlitwy, lecz do wytrwałości w modlitwie.

Mówi również: „Módlcie się nieustannie” (1 Tes 5,17), co oznacza: nie przestawajcie się modlić, tak jak Daniel nie przestawał się modlić, mimo że zabraniał mu tego dekret królewski. Modlił się nie dniem i nocą, ale trzy razy dziennie.

Czyż nie lepiej modlić się całą dobę? Czyż nie tak powinniśmy rozumieć „modlić się nieustannie”? Po co oszukiwać samych siebie i wymagać od innych nierealnych rzeczy? Kogo nie odciąga od modlitwy mnogość zadań, które sami musimy wykonać? Taka interpretacja Pisma Świętego prowadzi do przekonania, że ​​praktyczne życie chrześcijanina znacząco różni się od nakazów Słowa Bożego. To z kolei prowadzi do lekkomyślnego przestrzegania innych nauk biblijnych.

Chcę również wspomnieć o wdzięczności. Jeśli wszystkie błogosławieństwa życia przyjmiemy nie jako zjawisko naturalne, lecz jako dary z miłującej ręki Pana, to wdzięczność Bogu z pewnością wzrośnie w naszych sercach. Będziemy chcieli wyrazić tę wdzięczność w modlitwie, ukazując ją całemu wszechświatowi. Będziemy jeszcze bardziej wdzięczni, gdy otrzymamy to, o co prosiliśmy w naszych modlitwach. „Aby za dar, który nam łaskawie dano, dzięki wstawiennictwu wielu, składano z dziękczynieniem za nas” (2 Kor 1,11).

Szybko

Rozważmy najpierw, czym jest post z zewnątrz. „A dla mnie pościć będziecie i nie jeść, i nie pić przez trzy dni, dniem i nocą” (Est 4,16). Podczas postu powstrzymujemy się od jedzenia i picia. Widać to również w Księdze proroka Jonasza (3,5-9). Porównajmy wersety z Ewangelii Łukasza 4,2 i Mateusza 4,2: „Nie jadłem nic w owe dni…” i „A pościłem przez czterdzieści dni…”. Wydaje się oczywiste, że właśnie na tym polega post. Ważne jest jednak, aby o tym pamiętać, gdy werset Izajasza 58 jest kwestionowany.

Co Bóg mówi przez Izajasza? Że postu nie można łączyć z przemocą wobec innych, z niesprawiedliwymi czynami. To nie jest post, ale bezsensowna głodówka. Mieszkańcy Niniwy dobrze to rozumieli. Nie tylko nie jedli ani nie pili, ale powiedziano im również, „aby każdy odwrócił się od swojej złej drogi i od przemocy, którą popełnia” (Jon 3,8).

Przyjrzyjmy się rozdziałowi 58 Księgi Proroka Izajasza. Najpierw Bóg mówi, że Izraelici oskarżają Go o brak reakcji, o to, że nie zwracają uwagi na ich posty. Następnie (wersety 3-4) gani ich za dopuszczanie się przemocy wobec innych w dniu postu, wybierając samowolę jako cel postu. Następnie (w wersecie 5) konkluduje: „Czy to jest post, który wybrałem?” i wyjaśnia, czym jest post i co się czyni w dniu postu: „dzień, w którym człowiek umartwia swoją duszę…”. Znak zapytania na końcu tego zdania odnosi się do pierwszej części zdania. Następne zdanie w tym samym wersecie również odnosi się do początku wersetu 5: „Czyż mamy to nazwać postem i dniem miłym Panu?”. Słowa z wersetu 6: „To jest post”, nie oznaczają, że podczas postu nie należy nic innego robić. Niejedzenie i niepicie jest oczywiste. Ale post, który wybrał Pan, koniecznie wiąże się z tym, co wymieniono w wersetach 6 i 7: „To jest post, który wybrałem: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać. Podziel swój chleb z głodnym i przyprowadź do domu ubogich, których wygnano; nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie chowaj się przed własnym ciałem”. Jeśli te wersety mają oznaczać, że Bóg nazywa wymienione działania postem, a nie powstrzymywaniem się od jedzenia, to dlaczego Jezus Chrystus nie jadł przez czterdzieści dni?

Powtarzam słowa klucze: „dzień, w którym człowiek trapi swoją duszę, gdy pochyla głowę jak trzcinę i rozkłada pod sobą wór i popiół”. To koniecznie musi towarzyszyć postowi, a zatem czy można powiedzieć, że ktoś pości, jeśli dopuszcza się przemocy i obraża innych? Takie działania wskazują, że człowiek nie pochyla głowy, lecz jest samowolny; trapi nie swoją duszę, lecz dusze innych, a zatem nie można nazwać tego postem, nawet jeśli w tym czasie nie je ani nie pije.

Czy powinniśmy pościć i kiedy? Prorokowi Zachariaszowi zadano mniej więcej to samo pytanie (7:3-6): „I zapytam kapłanów, którzy są w domu Pana Zastępów, i proroków, mówiąc: Czy mam smucić się w piątym miesiącu i pościć, jak to czyniłem przez wiele lat? Wtedy Pan Zastępów skierował do mnie słowo tej treści: Powiedz całemu ludowi kraju i kapłanom: Kiedy pościliście i smuciliście się w piątym i siódmym miesiącu, przez te siedemdziesiąt lat, czy to dla mnie pościliście? Czy to dla mnie? A kiedy jecie i pijecie, czyż nie dla siebie jecie i czyż nie dla siebie pijecie?”

Po pierwsze, zgodnie ze Słowem Bożym, post oznacza powstrzymywanie się od jedzenia i picia. Po drugie, Bóg wskazuje, że nie jest to konieczne dla Niego, ale dla ludzi. Uczniowie Chrystusa, będąc z Nim, nie pościli, za co byli ganieni (Mk 2,8-20). Chrystus odpowiada na to pytanie, mówiąc, że post nie jest konieczny w Jego obecności, ale że gdy wstąpi, wtedy będą pościć. Gdybyśmy mieli interpretować te słowa inaczej – to znaczy odnieść je nie do okresu między wniebowstąpieniem a powtórnym przyjściem, ale do tych momentów w życiu, w których tracimy obecność Chrystusa – to czy wydarzenia opisane w Dziejach Apostolskich (13,2-3 lub 14,23) naprawdę można wytłumaczyć w ten sposób?

Pan powiedział, że Jego uczniowie będą pościć po Jego wniebowstąpieniu. Jednak nigdzie Pan nie daje takiego nakazu. Mówi: „Ten rodzaj (to jest złe duchy – NIV) wypuszcza się tylko modlitwą i postem” (Mt 17,21). Ale to, czy skorzystać z tego środka, czy nie, jest kwestią osobistą.

Apostoł Paweł pisze o sobie: „…w głodzie i pragnieniu, często w poście” (2 Kor 11,27). Głód i pragnienie spowodowane brakiem pożywienia nie mogą być nazywane postem. Apostoł Paweł rozróżnia je od postu. Post to świadome, dobrowolne powstrzymanie się od jedzenia. Pościł Korneliusz (Dz 10,30), Ezdrasz (Dz 8,21), Nehemiasz (Dz 1,4), Estera, mieszkańcy Niniwy, Chrystus i duchowni w Antiochii (Dz 13,2-3). Wszyscy oni wiedzieli o poście, chociaż prawo Boże o nim nie wspominało.

Czy powinniśmy pościć? Ci, którzy nie czują takiej potrzeby, nie muszą pościć. Nie ma takiego nakazu. Ale brak takiej potrzeby u chrześcijanina pokazuje, jak bardzo jest on daleki od cierpienia ludu Bożego, odczuwanego przez Nehemiasza i Daniela; jak mało odczuwa tęsknotę za większymi błogosławieństwami dla chrześcijan, odczuwaną przez apostoła Pawła. Jeśli nie mamy zamiaru niczego robić, nie jesteśmy zaangażowani w żadne przedsięwzięcie i dlatego nie troszczymy się o sukces w przyszłości, jak Ezdrasz, Estera czy Mardocheusz, to oczywiście nie będzie bodźca do postu.

Co oznacza post dla człowieka wewnętrznego, gdy nie jemy i nie pijemy zewnętrznie? Co dzięki niemu osiągamy? Uważam za istotne, że post nie jest nakazem. Człowiek musi sam zrozumieć, że musi pościć. Bóg, poprzez Ducha Świętego, zachęca do tego. Faryzeusze pościli dwa razy w tygodniu, ale tylko po to, by się tym chwalić. Mieszkańcy Niniwy uciekali się do postu jako ostatniej deski ratunku, by zyskać Boże miłosierdzie i ukorzyli się.

Post jest nierozerwalnie związany z pokorą przed Bogiem. Potrzebujemy pożywienia. Nie jest to grzeszne, lecz normalna potrzeba podtrzymywania ziemskiego życia. Istnieją jednak również potrzeby duchowe. W normalnym stanie dusza poddaje się duchowi. Upadek zmienił ten stan rzeczy. Dusza stała się dominująca. To daje początek życiu cielesnemu. Poprzez zwrócenie się do Pana, przywrócona zostaje w nas dominacja ducha. Jednak cielesna natura domaga się swojej. Rozpoczyna się walka. Poszcząc, uniżamy duszę mocą ducha. Tak jak ćwiczenia fizyczne wzmacniają ciało, tak post ćwiczy ducha. Czyniąc to, uczymy się stawiać sprawy duchowe ponad ziemskie.

Po co pozbawiać się tego, co najważniejsze – czyli pożywienia? Czyż nie lepiej ćwiczyć ducha w pokonywaniu grzesznych impulsów? Prawda jest taka, że ​​pokusy czyhają na nas w każdej chwili i przy każdym przedsięwzięciu, ponieważ to wróg wybiera czas i pokusę. My wybieramy czas postu. A to, co dobrowolne, jest silniejsze od tego, co nieuniknione. Poszcząc, atakujemy, a nie bronimy się, jak to robimy w obliczu pokus. W ten sposób zyskujemy coś dla siebie.

A co z postem za innych? Na przykład, w kontekście wyboru duchownych. Jakie jest zatem znaczenie postu? To tak, jakby zapytać: po co w ogóle się modlić, skoro sam Bóg zna nasze potrzeby i wie, jak nam pomóc.

W niewidzialnym Kościele, ciele Chrystusa, wszyscy członkowie są ze sobą bezpośrednio połączeni. Jeśli jeden członek jest chory, całe ciało jest chore. Bóg mówi do szatana: „Czy zwróciłeś uwagę na mojego sługę Hioba?”. Stan Hioba potwierdzał triumf ducha. Jego upadek doprowadziłby do triumfu diabła. Nie chcę przez to sugerować, że moc Boga i wieczny triumf dobra są tu kwestionowane. Nie. Ale w historii ludzkości diabeł jest przekonany o słuszności odrzucenia jego istoty, jego natury i potępienia go w jeziorze ognia.

Bóg objawia się w duchu, w tym, co duchowe; Szatan objawia się w tym, co ziemskie, w tym, co cielesne. Kiedy potwierdzamy przed całym wszechświatem, że interesy ducha są dla nas cenniejsze niż nawet naturalne interesy duszy, nie wspominając o grzesznych popędach, to jest to triumf ducha, to jest obecność Boga w nas, to jest postęp ducha i osłabienie naszego wroga. Ten triumf jednego członka Kościoła daje duchową siłę innym. Moc Boża objawia się w nas nawet w sprawach, o które nie prosimy.

To rozumowanie oczywiście nie wyczerpuje kwestii znaczenia postu. W duchowym, niewidzialnym świecie niewiele rozumiemy; widzimy rzeczy niejasno, a jednak sami coś odczuwamy. Pismo Święte mówi, że post istniał przed Chrystusem. Sam Pan pościł, a po Nim pościli również uczniowie.

Kiedy niektórzy w Antiochii pościli, Duch Święty nakazał im wysłać Barnabę i Szawła na misję. Z tego możemy wywnioskować, że Bóg komunikuje się z nami łatwiej podczas postu. Oczywiście, nie liczy się pusty żołądek, ale triumf ducha nad duszą. Przede wszystkim Królestwo Boże, a wszystko inne przyjdzie samo. Jest to wolny akt naszej woli, nie bez wpływu Ducha Świętego mieszkającego w nas, ponieważ możemy żyć Duchem tylko w Jego obecności. „Ale wy nie jesteście w ciele, lecz w Duchu, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka” (Rz 8,9). Aby post był prawdziwym triumfem ducha, udział w nim musi być dobrowolny.

Post jest przejawem naszej pokory, a nie sposobem na przekonanie Boga do wypełnienia naszej woli. Poszcząc, nie zyskujemy niczego od Boga, lecz otwieramy Mu drogę do okazania nam i naszym bliskim swojego miłosierdzia.

Korzystając z okazji, troszcząc się o duchowe dobro Kościoła i jego wiernych, podejmijmy post, aby wywrzeć dobry wpływ na ich życie.

SŁUŻBA SŁOWA

Gorliwość w posłudze słowa

I będziemy nieustannie trwać na modlitwie i posłudze słowa.

D.Ap.6,4

Posługa poprzez Słowo zajmuje szczególne miejsce w życiu wspólnoty. Tak jak świat materialny został stworzony słowem Bożym: „Bóg rzekł, i stało się”, tak samo duchowy, wewnętrzny świat został stworzony pod wpływem Słowa Bożego na nas.

Słowo Boże rodzi wiarę: „Wiara tedy rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Boże” (Rz 10,17); „On to ze swojej woli zrodził nas przez słowo prawdy…” (Jk 1,18).

Pan mówi do swoich uczniów: „Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wam głosiłem” (J 15,3). Poprzez swoje Słowo Pan oddziałuje na nas pod każdym względem: objawia nam swoją wolę, naszą grzeszność i drogę do zbawienia. Swoim Słowem Bóg nas umacnia, karmi i poucza. Ono rodzi w nas życie i je podtrzymuje. „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4).

Wpływ Słowa Bożego na nas jest ogromny. Bóg powierzył nam, abyśmy byli pośrednikami tego Słowa dla siebie nawzajem. To wielkie zaufanie i powinniśmy je pielęgnować. Bóg dał nam Pismo Święte. To wielki dar. Potrzebujemy jednak samego Boga, Ducha Świętego, aby objawił nam pełnię Pisma Świętego, pomógł nam je zrozumieć i zastosować w praktyce. Czyni to poprzez głoszenie, rozmowę i dyskusję. To jest posługa słowa powierzona nam przez Pana.

Chciałbym mówić nie o obowiązku uczestnictwa w tej posłudze, ale o szczerym pragnieniu jej. Choć istnieje również obowiązek: „Bo jeśli głoszę Ewangelię, nie mam się czym chlubić, gdyż ciąży na mnie obowiązek. I biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9,16).

Prorok Jonasz chciał uchylić się od odpowiedzialności, która na niego spadła, ale Bóg pokazał mu swoją suwerenność i upokorzył się. Bóg powiedział do proroka Jeremiasza: „Bo pójdziesz do każdego, do kogo cię poślę, i będziesz mówił wszystko, co ci rozkażę” (Jeremiasz 1:7).

Nawet dzisiaj Bóg może przemawiać w ten sposób do tych, którzy z jakiegokolwiek powodu uchylają się od posługi słowa, do której ich powołuje. Musimy o tym pamiętać, gdy chodzi o naszą własną, osobistą posługę. Gdy chodzi o posługę wobec innych, nikogo nie przymuszamy i nie mówimy o obowiązku, lecz o gorliwości w tej posłudze.

Apostoł Paweł rozumiał, że jest zobowiązany do ewangelizacji, ale kierował się nie poczuciem obowiązku, lecz żarliwym pragnieniem służenia darem, który otrzymał od Pana. „Gorąco bowiem pragnę was zobaczyć, aby wam udzielić nieco daru duchowego ku waszemu umocnieniu” (Rz 1,11).

Wiele smutków i trudnych pytań pojawia się w życiu naszych bliźnich, z którymi tworzymy jedno ciało. Niektórzy ogarnia przygnębienie w zmaganiach życiowych. Potrzebują zachęty, pouczenia i pocieszenia. Potrzebują światła Słowa Bożego. Jeśli nasze serca są przepełnione troską o nich jako członków naszego ciała, będziemy chcieli ofiarować im słowo pocieszenia, mówić o miłości Boga i przypominać im o cudownych prawdach objawionych nam w Jego Słowie. A nawet jeśli brakuje nam niezbędnych słów, prośmy o nie Pana, abyśmy mieli czym pokrzepiać innych. Miłość do naszych braci i sióstr będzie nas do tego motywować.

„Dążcie do miłości, starajcie się o dary duchowe, a zwłaszcza o to, aby prorokować” (1 Kor 14,1). Obecnie słowo „prorokować” jest zazwyczaj rozumiane jedynie jako przepowiadanie przyszłości. Oznacza ono jednak mówienie w imieniu Boga. Obejmuje ono zarówno przepowiadanie przyszłości, jak i pouczanie na teraźniejszość. Wynika to ze słów apostoła Pawła: „A kto prorokuje, mówi ludziom ku zbudowaniu, napomnieniu i pocieszeniu” (1 Kor 14,3).

Komfort

Który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, abyśmy i my mogli pocieszać tych, którzy są w jakimkolwiek utrapieniu, tą pociechą, którą sami jesteśmy pocieszani przez Boga.

2 Kor.1:4

Jakże potrzebujemy pocieszenia w chwilach smutku! I choć nie usuwa ono przyczyny smutku, to jednak bardzo nas pociesza.

Bóg dopuszcza smutek w konkretnym celu, być może po to, by nauczyć cierpliwości, uczynić nas bardziej doświadczonymi, dać nam nadzieję, napełnić nas miłością (Rz 5,3-5). Dopóki smutek nie osiągnie zamierzonego celu, Bóg nie usunie przyczyny, która go wywołała. Istnieją jednak różne sposoby, by go przetrwać. Kiedy przygnębienie bierze górę i ogarnia nas ciemność, czujemy się zniechęceni, brakuje nam sił, by pokonać trudny odcinek drogi. Jakże cenne są w takich chwilach słowa zachęty i pocieszenia, które zdają się napełniać pogrążonych w żałobie nową siłą! Pocieszenie nie zdejmuje ciężaru z ramion, lecz łączy nas ze Źródłem siły, udzielając duchowej siły, dzięki której ciężar staje się lżejszy do uniesienia.

Pan, przez proroka Izajasza, mówi o sobie: „Pan Bóg dał mi język uczonych, abym umiał mówić do znużonego. On budzi mnie każdego ranka, budzi moje ucho, abym słyszał jak ci, którzy się uczą” (Izajasz 50,4). O ileż więcej możemy znieść, gdy czujemy się zachęceni, gdy wierzymy w osiągnięcie wielkiego celu, gdy w naszych sercach jest nadzieja. Słowo Pańskie daje nam to wszystko. Jezus otrzymał te słowa od swojego Ojca; Bóg umacniał Go i uczył każdego ranka.

Jesteśmy uczniami Jezusa Chrystusa. To, czego nauczył Go Ojciec Niebieski, On uczy nas. To, co uczynił na ziemi, nakazał nam czynić.

Czy cieszymy się, gdy ktoś odwiedza pogrążonych w żałobie, przemawia do nich słowami współczucia, przypomina im o Panu i Jego miłości i sprawia, że ​​czują się lepiej? Czy sami chcemy być tym pocieszycielem? Podejdźmy do tej posługi z ufnością w Panu; On da nam niezbędne, żywe słowa! Pan nauczy nas pocieszać innych. W tym celu przeprowadzi nas przez próby, abyśmy z własnego doświadczenia wiedzieli, co jest szczególnie pocieszające w chwilach smutku (2 Kor 1,4). Smutek na tym świecie jest nieunikniony. Słowo Boże wiele o nim mówi. Pan ostrzega: „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Apostoł Paweł, po ukamienowaniu, naucza: „Przez wiele ucisków musimy wejść do królestwa Bożego” (Dz 14,22). Dlatego Chrystus nazywa Ducha Świętego, który prowadzi nas przez wszystkie te smutki, Duchem Pocieszenia (J 14,16).

Źródłem pocieszenia jest Bóg. Apostoł Paweł nazywa Go Bogiem wszelkiej pociechy (2 Kor 1,3). Nie ma prawdziwego pocieszenia poza Bogiem. Każde pocieszenie, które nie pochodzi od Boga, jest tymczasowe. Na przykład, chory człowiek znajduje pocieszenie w fakcie, że operacja zakończyła się sukcesem i uniknął grożącej mu śmierci. Ale minie trochę czasu i znów stanie w obliczu śmierci, której ostatecznie nie uniknie. Prawdziwe pocieszenie od Boga zapewnia wieczne wybawienie od śmierci, kładąc kres wszelkiemu smutkowi. „I otrze Bóg wszelką łzę z ich oczu, i śmierci już odtąd nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani boleści już odtąd nie będzie; bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,4). I choć pierwsze rzeczy jeszcze nie przeminęły, zawsze może się wydarzyć coś, co sprawi, że zapłaczemy. W końcu Bóg może otrzeć łzy tylko tym, którzy płakali!

Nie mamy powodu, by obiecywać naszym przyjaciołom życie bez smutku, cierpienia, trudnych doświadczeń. Pan też tego nie obiecał. Dawid mówi: „Pan jest moim pasterzem”, a jednak zdaje sobie sprawę, że Bóg nie oszczędza mu drogi przez dolinę cienia śmierci. Troska Pana o nas, Jego owce, nie ma na celu oszczędzić nam cierpienia, ale umocnić nas, dać nam siłę do przezwyciężania i triumfu (Rz 8,35-37).

Jesteśmy powołani, by pocieszać naszych przyjaciół naszą wiarą w Pana. Pocieszamy ich świadomością, że każdy smutek kiedyś się skończy, ale zaufanie do Pana, którego nauczyliśmy się w smutku, pozostanie wiecznym skarbem. Smutek przeminie, ale zdolność czerpania wewnętrznej siły od Pana, nabyta w smutku, pozostanie na zawsze. Ale wszystko to się wydarzy, jeśli wytrwamy w smutku. Możemy pomóc wielu wytrwać w smutku, przychodząc do nich na czas z pocieszeniem od Pana. Och, gdyby tylko wielu zechciało ofiarować się do tej służby!

Przyczyny smutku są różne, podobnie jak pocieszenia, jakie przynoszą. Ale pocieszenie zawsze płynie z ufności w Panu.

Wielką pociechę znajdujemy w tym, że Pan nas kocha. Nigdy nas nie zostawia samych. Jest szczególnie blisko, gdy ogarnia nas wielki smutek. Pociesza nas fakt, że smutek nie spadł na nas przez ślepy przypadek, ale został dopuszczony przez Pana w konkretnym celu. Ma On wobec nas dobre zamiary. Wie, ile jesteśmy w stanie znieść i nigdy nie narzuci nam więcej (1 Kor 10,13).

Wszelka pociecha dla nas leży w Chrystusie, w Jego doskonałym dziele zbawienia. Dlatego ogłaszając uczniom przyjście Pocieszyciela, Pan mówi: „On Mnie uwielbi, bo z mojego weźmie i wam objawi” (J 16,14).

Pastor zmagał się z przygotowaniem kazania na nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Zasnął, zasmucony tym faktem, i śnił o świecie, w którym Chrystus nie przyszedł i nie dokonał swojego dzieła zbawienia. Pastor zobaczył rodzinę opłakującą zmarłego i, jak zawsze, chciał ich pocieszyć. Pamiętał jednak, że na tym świecie brakuje Chrystusa i dlatego nie ma pocieszenia dla pogrążonych w żałobie. W snach widział innych cierpiących ludzi i za każdym razem potrzebował Chrystusa, aby ich pocieszyć, ale On nie był na tym świecie. Po przebudzeniu zrozumiał, co musi głosić. Uchwycił wielkie znaczenie przyjścia Chrystusa na ten świat.

Pocieszenie tych, którzy opłakują swoją grzeszność, tkwi w odkupieńczej ofierze Chrystusa, w Jego przelanej Krwi. Ci, którzy są przygnębieni, ponieważ cały świat powstaje przeciwko wiernym dzieciom Bożym, znajdują pocieszenie w bliskości Boga, w Jego silnej, podtrzymującej dłoni. Ci, których dręczy powtarzające się przejawy ich cielesnej natury, znajdują pocieszenie w ukrzyżowaniu z Chrystusem i w życiu w Chrystusie. Ci, którzy smucą się, ponieważ śmierć rozdzieliła ich z ukochanym przyjacielem, znajdą pocieszenie w myśli o spotkaniu z nim ponownie w wieczności. Bóg przygotował dla nas wieczne przybytki i On przygotuje nas do tych przybytków.

Aby właściwie pocieszyć osobę pogrążoną w żałobie, trzeba okazać jej współczucie i zrozumieć jej smutek. W życiu ludzi jest wiele hipokryzji. Niektórzy chcą pocieszać innych dla pozoru i szukają odpowiednich słów, by wypełnić swój obowiązek wobec osoby pogrążonej w żałobie. Ale jakże dalekie jest to od prawdziwego pocieszenia!

Osoby pogrążone w żałobie potrzebują przede wszystkim empatii i współczucia. Ciche, pełne współczucia spojrzenie jest bardziej pocieszające niż piękne, mądre, lecz nieszczere słowa. Dlatego, jeśli chcemy pocieszyć osoby pogrążone w żałobie, musimy najpierw spróbować je zrozumieć, wczuć się w ich sytuację i zrozumieć, co je najbardziej boli. To pomoże nam powiedzieć im, czego najbardziej potrzebują. Słowa nadziei dla mało prawdopodobnych są mało pocieszające. Na przykład, gdy dziecko umiera, nie jest dobrym pomysłem pocieszanie rodziców, mówiąc im, że wyzdrowieje. Oczywiście, Bóg może wskrzesić umarłych, ale to nie zdarza się często. Bez świadectwa Boga nie powinniśmy wpajać innym tego, w co sami nie wierzymy. Musimy mówić o tym, co jest mocne i niezachwiane – to znaczy, że nawet jeśli dziecko trafi do Pana, będzie mu tam nieporównanie lepiej.

Czasami, gdy wydaje się, że ludzie powinni pogrążyć się w żałobie, Pan już ich pociesza. W takim przypadku nie zamęczaj ich przygotowanymi słowami, ale po prostu spróbuj podzielić się ich pocieszeniem.

Ważne jest, aby osoby pogrążone w żałobie nie narzekały na swój los. Ukojenie znajdą jedynie w serdecznej bliskości z Bogiem, w całkowitym zaufaniu do Niego. Dlatego, pragnąc pocieszyć osoby pogrążone w żałobie, należy pomóc im nawiązać bliską więź z Panem. Ułatwia to wspólna modlitwa, ofiarowana z całego serca.

W tym życiu zawsze jest wielu ludzi pogrążonych w żałobie. Czy znajdzie się ktoś, kto przyniesie pocieszenie każdemu z nich? Czy chciałbyś stać się dla nich źródłem pocieszenia od Pana, stając się współpracownikiem Boga, Boga wszelkiego pocieszenia?

Pozytywny wpływ

Dlatego zachęcajcie się wzajemnie i budujcie jedni drugich, jak to zresztą czynicie.

1 Tesaloniczan 5:11

Jak widzimy, Słowo Boże zawiera bezpośrednie wezwanie do wzajemnego budowania. Czy to czynimy? Czy często ignorujemy takie wezwania? Utwierdzeni w pokucie, myślimy, że żyjemy jak wszyscy chrześcijanie, czyli robimy wszystko, co chrześcijanie powinni robić, więc nie ma powodu do obaw. Ale kiedy czytamy takie wezwanie, powinniśmy od razu zastanowić się: „Czy ja to robię?”. Jeśli okaże się, że nawet nie wiemy, co to znaczy budować, powinniśmy być jeszcze bardziej zaniepokojeni.

Pan pragnie dać nam coś więcej niż tylko wypełnianie naszych obowiązków. Napełnia nas tym samym umysłem, który jest w Nim (Flp 2,5). Oznacza to, że będziemy pragnąć wywierać dobry wpływ na otaczających nas ludzi. Będziemy dostrzegać ich potrzeby, w tym potrzebę budowania, i będziemy żarliwie pragnąć uczestniczyć w ich zaspokajaniu. Będziemy się radować z możliwości budowania ich. „Dążmy więc do tego, co służy pokojowi i wzajemnemu zbudowaniu” (Rz 14,19).

Przede wszystkim musimy wiedzieć, co znaczy budować, abyśmy mogli czynić to świadomie i szukać tego, co służy budowaniu.

Jezus mówi swoim uczniom: „A Ja wam prawdę mówię: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeśli odejdę, poślę Go do was” (J 16,7). Lepiej jest dla nas mieć Ducha Świętego w sobie niż Syna Bożego w ludzkim ciele. Tylko zamieszkanie Ducha Świętego nas odradza, czyni nas duchowymi i pozwala nam żyć nie według ciała, lecz według Ducha (Rz 8,9).

Istnieje ogromna różnica między tym, co Pan czyni dla nas, a tym, co czyni w nas. Bardzo często bardziej zależy nam na tym, aby Chrystus robił dla nas więcej – to znaczy tworzył spokojną atmosferę, uzdrawiał chorych, dawał znaki, przesyłał nam mnóstwo duchowej literatury. Prosimy Go, aby zapewnił nam schronienie, ubranie, pożywienie i ochronę. Wszystko to jest konieczne. Nie ma w tym potępienia. Pan nie jest bezsilny, by to czy tamto dla nas zrobić, i to robi. Ale wszystko to ma znaczenie dla tego doczesnego życia.

Dla życia wiecznego liczy się to, co Chrystus w nas czyni, co może w nas zdziałać. On uczyni nas łagodnymi, kochającymi, cierpliwymi, silnymi w wierze, wiernymi w służbie, szczerymi w naszej relacji z Bogiem – wszystko to jest o wiele ważniejsze niż to, co zewnętrzne. Pan jest wystarczająco potężny, by dokonać tego wszystkiego w nas, jeśli tylko tego pragniemy.

Co to wszystko ma wspólnego z budowaniem? Budowanie to to, co pozytywnie wpływa na naszą wewnętrzną istotę i ją buduje. „Aby sprawił, abyście według bogactwa chwały swojej, zostali przez Ducha swego umocnieni mocą w wewnętrznym człowieku, aby Chrystus zamieszkał w sercach waszych przez wiarę” (Ef 3,16-17).

Zatem wzajemne budowanie oznacza wspieranie rozwoju człowieka wewnętrznego. Tak jak nasz człowiek zewnętrzny nieustannie potrzebuje pożywienia, tak nasz człowiek wewnętrzny potrzebuje pokarmu duchowego, aby ukształtować się na obraz Tego, który go stworzył (Kol 3,10). To tak, jakby człowiek wewnętrzny był budowany. Nie może się to wydarzyć bez udziału Ducha Świętego. Wszelkie budowanie pochodzi od Niego. „A teraz polecam was, bracia, Bogu i słowu Jego łaski, które ma moc zbudować was i dać wam dziedzictwo ze wszystkimi uświęconymi” (Dz 20,32). Ale tak jak w pocieszeniu, mamy możliwość bycia współpracownikami Boga – otrzymywania od Niego zbudowania i przekazywania go innym w rozmowie, w kazaniu, w śpiewie.

Dążenie do tego, co prowadzi do zbudowania, nie oznacza narzucania innym swoich koncepcji i poglądów. Prawdziwe koncepcje są niezbędne; prawdy trzeba nauczać, ale wielką wiedzę można zdobyć bez zbudowania. Dążenie do zbudowania oznacza poszukiwanie sposobów, aby wpłynąć na ducha słuchacza słowami, wzmocnić jego postanowienie, by postępować zgodnie ze znaną mu prawdą. Zbudowanie pomaga przyoblec się w „miłosierdzie, dobroć, pokorę, łagodność, cierpliwość” i tak dalej (Kol 3,12).

„Niech żadna mowa nieprzyzwoita nie wychodzi z waszych ust, ale tylko dobra, która może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosła łaskę słuchającym” (Ef 4,29). Zbudowanie to słowa, które przynoszą łaskę słuchaczom, to znaczy utwierdzają w nich naturę Chrystusa. Głosząc kazania, musimy nie tylko przekazywać prawdziwą wiedzę i przypominać ludziom prawdy ze Słowa Bożego, ale także starać się dotrzeć do ich serc, aby byli otwarci na łaskę Bożą, aby duchowymi oczami dostrzegali piękno Chrystusa i żarliwie pragnęli być przemienieni na Jego obraz. Jeśli nasze kazanie, rozmowa, modlitwa lub pieśń przyczyniają się do tego, to znaczy, że ich zbudowały.

Nauczanie

Jednemu dane jest przez Ducha słowo mądrości, drugiemu przez tego samego Ducha słowo wiedzy.

1 Kor.12:8

Głoszenie Słowa Bożego zajmuje centralne miejsce w posłudze Kościoła chrześcijańskiego. Wzywa grzeszników do pokuty, niosąc pocieszenie i zbudowanie. Poprzez głoszenie przekazywane jest również wierne nauczanie Jezusa Chrystusa. Bez głoszenia Chrystusa ludzie nie mogą dojść do wiary (Rz 10,14). Szczególne miejsce w Słowie Bożym zajmuje przekazywanie wiernego nauczania naszego Pana z pokolenia na pokolenie. „A to, co usłyszałeś ode mnie wobec wielu świadków, powierz ludziom godnym zaufania, którzy będą zdolni nauczać i innych” (2 Tm 2,2). „Trwaj jednak w tym, czego się nauczyłeś i co ci powierzono, wiedząc, od kogo się tego nauczyłeś” (2 Tm 3,14).

Wielu głosi kazania, ale nie wszyscy kaznodzieje posiadają głębokie zrozumienie nauk Jezusa Chrystusa. Aby być nauczycielem w kościele, trzeba mieć Słowo mądrości i wiedzy pochodzące od Ducha. Apostoł Paweł napomina takich ludzi: „Jeśli masz służbę, trwaj w niej, albo nauczyciel – w nauczaniu” (Rz 12,7).

Pan powiedział do swoich uczniów: „Wy nazywacie Mnie Nauczycielem i Panem, i dobrze mówicie, bo nim jestem” (J 13,13). Wszelka zdrowa nauka pochodzi od Pana; On jest twórcą prawdziwego nauczania. Wszyscy późniejsi nauczyciele wśród ludu Bożego nie tworzyli własnych nauk, lecz nauczali innych tego, czego nauczyli się od jedynego Nauczyciela – Jezusa Chrystusa. W tym sensie Chrystus mówi do swoich uczniów: „Ale nie dajcie się nazywać nauczycielami, bo jeden jest tylko Nauczyciel wasz, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi” (Mt 23,8). Podobnie apostoł Paweł, który nazywa siebie „nauczycielem pogan w wierze i prawdzie” (1 Tm 2,7), zauważa, że ​​przekazuje Kościołowi to, co sam otrzymał od Pana (1 Kor 11,23).

Niezbędne jest, aby zawsze byli gorliwi w wiernym nauczaniu ludu Bożego. Pragnienie tej posługi musi być szczere. Niektórzy kochają nauczać, aby wywyższyć się nad innych. Pan zganił za to uczonych w Piśmie i faryzeuszy (Mt 23,7). Apostoł Paweł świadczy o niektórych: „Chcą być nauczycielami Prawa, lecz nie rozumieją ani tego, co mówią, ani tego, co twierdzą” (1 Tm 1,7). Smutna sytuacja! Zarówno dla samych nauczycieli, jak i dla tych, którzy ich słuchają.

Aby nauczać innych, trzeba samemu mieć właściwe zrozumienie. Dla kaznodziei, a zwłaszcza nauczyciela, ważne są następujące słowa: „Uważaj na siebie i na naukę, trwaj w tym, bo tak czyniąc, zbawisz i siebie, i tych, którzy cię słuchają” (1 Tm 4,16). Kluczowe jest pamiętanie o napomnieniu: „Zaufaj Panu całym sercem i nie polegaj na własnym rozumie” (Prz 3,5). Obserwowałem, jak ludzie z wyższym wykształceniem, zwróciwszy się do Pana, szybko stawali się nauczycielami wyłącznie w oparciu o wiedzę zdobytą w świeckich szkołach. Nie odrzucamy korzyści płynących z wykształcenia. Jednak aby prawidłowo nauczać nauk Chrystusa, trzeba mieć objawienie od Boga (Mt 16,15-17; 1 Kor 2,6; 1 Kor 2,12-13).

Praktykujemy pod nadzorem i kierownictwem Nauczyciela – Jezusa Chrystusa. Tracąc z Nim więź, tracimy również prawdziwe zrozumienie, jak stosować Jego Słowo w życiu współczesnym. Poleciwszy swoim uczniom: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem”, Jezus natychmiast obiecuje: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,19-20). Bez obecności i kierownictwa Nauczyciela nie możemy nauczać ludzi prawidłowo.

Jednocześnie nie możemy być lekkomyślni, zakładając, że Pan przekaże nam wiedzę o Swoich naukach we śnie. Musimy pilnie studiować w szkole Chrystusa. Przypomnijmy sobie raz jeszcze słowa: „Uważaj na siebie i na naukę i trwaj w tym”. Apostoł Paweł pisze z goryczą do Hebrajczyków: „Ze względu na czas powinniście być nauczycielami; lecz potrzeba wam, abyście byli nauczani o pierwszych zasadach słów Bożych” (Hbr 5,12).

O STANIE KOŚCIOŁA

Rozdzielenie

Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam.

Łukasza 12:51

Te słowa naszego Pana niektórych zastanawiają, a nawet wywołują oszczerstwa wśród wrogów Boga. Wszyscy są przekonani, że pokój, harmonia i jedność są dobre, a dobro pochodzi tylko z nich. Sam Chrystus naucza: „Błogosławieni pokój czyniący” (Mt 5,9). Jak to możliwe, że Ten, który przyniósł dobro i błogosławieństwo, który modlił się o jedność i uczył swoich uczniów pozdrawiać ludzi słowami: „Pokój wam!”, nagle twierdzi, że przyniósł nie pokój, lecz podział?

We wszechświecie panowała jedność. Bóg był wszystkim we wszystkim. Diabeł wprowadził podział w tę spokojną jedność, knując, by stać się równym Bogu i przyciągnąć do Niego ludzi. Diabeł zwiódł człowieka grzechem, oddzielając go w ten sposób od Boga. Poprowadził ludzkość ścieżką buntu przeciwko Bogu, czyniąc z nich synów nieposłuszeństwa (Ef 2,2). A my byliśmy wśród nich. „Z ich powodu nadchodzi gniew Boży na synów nieposłuszeństwa, do których i wy niegdyś postępowaliście, gdy żyliście wśród nich” (Kol 3,6-7).

Jezus Chrystus przyszedł na ziemię, aby wyprowadzić całą ludzkość ze stanu buntu przeciwko Bogu. Zachęca ludzi do skorzystania z Jego ofiary odkupienia, otrzymania przebaczenia i stanięcia po stronie Boga. Świat jako całość nie przyjął Chrystusa i nie pojednał się z Bogiem. Chrystus wzywa tych, którzy pragną przyjąć Jego ofiarę i zjednoczyć się z Nim. Ci, którzy przyjmują to wezwanie, naturalnie naruszają swoją jedność ze światem. Chrystus przyniósł podział między swoimi przeciwnikami i zwolennikami, ponieważ świat nie chciał porzucić oddzielenia od Boga, to znaczy pozostał po stronie diabła, który zbuntował się przeciwko Bogu. Dlatego przyjaźń ze światem jest wrogością wobec Boga (Jk 4,4).

Chrystus czyni rozróżnienie: „Cóż bowiem ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością? Cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Jakiż układ Chrystus z Belialem? Albo co ma wspólnego wierzący z niewierzącym? Jakiż układ świątynia Boga z bożkami? Wy bowiem jesteście świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem…” (2 Kor 6,14-16).

Nie da się pozostać w harmonii z diabłem i jednocześnie pojednać się z Bogiem. Ludzie na ogół nie chcą otwarcie popierać diabła; niewielu przyznaje się do jego wpływu, choć niektórzy go czczą. Chrystus objawia gorzką prawdę: „Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca” (J 8,44). Jezus wypowiedział te słowa nie do jawnych czcicieli diabła, lecz do ludzi pobożnych, przywódców religijnych, którzy mówili: „Mamy jednego Ojca – Boga” (J 8,41).

Biblia objawia, że ​​cały świat żyje według woli diabła (Efezjan 2:2). Wielu uważa, że ​​spełnianie jego woli oznacza popełnianie obrzydliwości, które wydają się odrażające nie tylko w oczach Boga, ale także w oczach innych. Obrzydliwości są wpisane w naturę diabła i jego ścieżki do nich prowadzą, ale oferuje on również coś innego: drogę do doskonałości bez Boga.

Kiedy diabeł kusił ludzi w Ogrodzie Eden, nie oferował im niemoralnego życia, lecz przekonywał, że będą jak bogowie, znając dobro i zło, a zatem zawsze zdolni do wyboru dobra. Zaoferował wywyższenie, drogę ku górze, prowadzącą do upodobnienia się do Boga. Wszak taka jest jego natura: „Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym” (Izajasz 14,14).

Aby „wychować” człowieka, uczynić go „przyzwoitym” w stanie oporu wobec Boga – tego właśnie potrzebuje diabeł, aby usprawiedliwić swój bunt przeciwko Bogu i rościć sobie prawo do istnienia we Wszechświecie niezależnie od Boga.

Obrzydliwość jest esencją natury diabła, dlatego jego próby „wywyższenia” ludzi są nieskuteczne. Dlatego też, w wielkiej wściekłości, atakuje tych, którzy żyją w pokoju z Bogiem, aby pokazać, że w istocie nie są lepsi od tych, których zniewolił swoją wolą. Widać to wyraźnie w jego postępowaniu wobec Hioba. Diabeł oskarża Boga o to, że kupił pobożność i prawość Hioba za przysługi, dary i bogactwo. Zabierz mu to, a będzie tak samo bezprawny, jak wszyscy inni. Nawet dzisiaj ateiści często twierdzą, że wierzący czczą Boga nie dlatego, że Go lubią, ale dlatego, że boją się piekła lub kusi ich miejsce w niebie. Nie możemy ich przekonać, że jest inaczej, ale ważne jest, abyśmy wiedzieli, dlaczego jesteśmy po stronie Chrystusa. Oczywiście rozsądne jest, aby starać się uniknąć piekła i dostać się do nieba, ale to już jest konsekwencją naszej miłości do Chrystusa, naszego zafascynowania Jego cudownym obrazem.

Zatem przyczyna podziału, który Chrystus przyniósł na ziemię, leży w przyjęciu przez Jego naśladowców natury Chrystusa, która nie może być w jedności ze światem, który toczy wojnę z Bogiem wraz z diabłem. Przyczyna tego podziału jest duchowa. Aby należeć do Chrystusa, trzeba posiadać Ducha Chrystusowego (Rz 8,9). Różnice w duchu znaczą o wiele więcej niż więzy pokrewieństwa w ciele. „Ojciec będzie przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej” (Łk 12,53). Każdy człowiek wyraża naturę, która w nim tkwi.

Podział spowodowany przez Chrystusa został ułatwiony dzięki głoszeniu o Nim bez wywoływania podziałów. „Mieszkańcy miasta byli podzieleni: jedni stali po stronie Żydów, inni po stronie apostołów” (Dz 14,4). Takie konsekwencje stale towarzyszą głoszeniu Chrystusa. Można tego uniknąć jedynie poprzez odmowę pozyskiwania dusz dla całkowitego oddania się Bogu.

Jeśli głoszenie o Chrystusie jedynie promuje moralne wychowanie słuchaczy, zamiast odwodzić ich od wpływu świata i wyodrębniać jako lud szczególny, wzięty na własność Pana, to nie służy już Chrystusowi, lecz interesom świata. Ci, którzy są zjednoczeni z Chrystusem, nie mają nic wspólnego ze światem (J 17,16).

Apostoł Paweł ostrzega: „Nie łudźcie się: złe towarzystwo psuje dobre obyczaje. Ocknijcie się, jak należy, i nie grzeszcie. Mówię bowiem ku waszemu zawstydzeniu: Niektórzy z was nie znają Boga” (1 Kor 15,33-34). A w swoim drugim liście wyraźnie i jednoznacznie wzywa Koryntian: „Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan, i nie dotykajcie tego, co nieczyste, a Ja was przyjmę i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący” (6,17-18).

Bóg tak umiłował całą ludzkość, że posłał swojego Syna na świat. Ale nie po to, by zaakceptować jej grzeszny stan. O nie! Nigdy! Ale po to, by zbawić ludzi. Częścią misji Chrystusa było zaświadczenie światu, że jego uczynki są złe” (J 7,7).

Zbawienie Chrystusa polega na „wyzwoleniu nas z obecnego złego wieku, zgodnie z wolą Boga i Ojca naszego”. Za to drogo zapłacił – „wydał samego siebie za nasze grzechy” (Gal. 1,4). Apostoł Piotr napominał: „Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia” (Dz. Ap. 2,40). Zbawienie Chrystusa polega na oddzieleniu nas od świata, zjednoczeniu nas z Jego ludem i, pośród nich, przygotowaniu nas do Jego wiecznego Królestwa. Celem Kościoła na ziemi nie jest służenie interesom tego świata, lecz przygotowanie dusz do wieczności – „aby udoskonalić świętych” (Ef. 4,12).

Mówiąc o podziałach, nie sposób nie przypomnieć słów: „A proszę was, bracia, strzeżcie się tych, którzy wywołują rozłamy i zgorszenia wbrew nauce, którą poznaliście, i unikajcie ich. Tacy bowiem nie służą naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi, ale własnemu brzuchowi, a pochlebstwami i wymową zwodzą serca prostaczków” (Rz 16,17-18).

Wcześniej mówiliśmy o podziale między światem a Kościołem, a raczej o oddzieleniu Kościoła od świata. Te wersety mówią teraz o podziale wewnątrz Kościoła. Są to różne zjawiska, ale łączy je wspólna cecha: dochodzi do podziału między tymi, którzy należą do Chrystusa, a tymi, którzy zbaczają z Jego drogi.

Pamiętajmy, że wszyscy Izraelici opuścili Egipt, ale wielu pozostało tam w sercach, nieustannie tęskniąc za powrotem. „Mojżeszowi – I.P.P. – nasi ojcowie nie chcieli być posłuszni, odrzucili Go i zwrócili swe serca ku Egiptowi” (Dz 7,39).

Egipt jest prototypem świata. Często zdarza się, że Kościół oddzielony od świata jest infiltrowany przez ludzi, których serca są w świecie. Nie lubią oni oddzielenia od świata i gdy nadarza się okazja, starają się znieść podział ustanowiony przez samego Chrystusa. Jeśli nie uda im się przekonać większości członków Kościoła do tej drogi, oddzielają część Kościoła, pociągając ją za sobą. „A spośród was samych powstaną ludzie, którzy będą głosić przewrotne nauki, aby pociągnąć za sobą uczniów” (Dz 20,30). Taki podział jest „sprzeczny z nauką, której się nauczyliście”. Ci, którzy dopuszczają się takich podziałów, „nie służą Panu, ale własnemu brzuchowi”. Stawianie siebie w centrum jest przejawem cielesnej natury.

Co Apostoł radzi nam czynić, jeśli tacy ludzie pojawią się w kościele lokalnym lub poza nim? Strzeżcie się ich i unikajcie. „Unikajcie ich” oznacza postępowanie z nimi zgodnie z podziałem przyniesionym przez Chrystusa. Ci ludzie nie działają w duchu Chrystusa, co oznacza, że ​​podział Chrystusa stawia ich po stronie przeciwników Boga. „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie, a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza” (Łk 11,23).

Apostoł Paweł rozumie podział wprowadzony przez Chrystusa nie jako podział ludzi na wierzących i niewierzących, ale jako podział oparty na ich stanie wewnętrznym; dzieli on ludzi nie ze względu na wygląd zewnętrzny, ale na ich wewnętrzną naturę. „Przybierają pozór pobożności, ale wyrzekają się jej mocy. Od takich się stroń” (2 Tm 3,5).

Co to znaczy dystansować się od kogoś? „Jeśli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy społeczność między sobą” (1 J 1,7). Zbliżamy się coraz bardziej do wszystkich, którzy postępują jak Chrystus, którzy podzielają Jego naturę i cieszą się wzajemną społecznością. Jednak „od takich się odwracamy” to narastające oddzielenie. Ci ludzie mogą uważać się za pobożnych, ale to tylko pozory. Oddzielenie dokonane przez Chrystusa następuje w zależności od ich stanu wewnętrznego. Jeśli ci ludzie nie pozwolili, aby pobożność objawiła swoją moc w przemianie ich wnętrza, to nie są po stronie Chrystusa. Dlatego musimy się od nich dystansować.

Tę samą myśl znajdujemy w 2. Liście do Tesaloniczan: „Nakazujemy wam, bracia, w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa, abyście stronili od każdego brata, który postępuje nieporządnie, a nie według nauki, którą od nas otrzymał” (3,6). Chociaż taka osoba jest nazywana bratem, to skoro jej zachowanie jest niezgodne z nauką, należy się od niej odsunąć i nie zacieśniać z nią więzi. Apostoł Paweł wzywa do odejścia od prawdy tych, którzy udają wierzących (1 Tm 6,5). On sam nie tylko ostrzegał przed separacją, ale wręcz świadomie ją powodował, jeśli wspólne przebywanie prowadziło do zniesławiania drogi Pana, a nie do prawdziwego trwania w Chrystusie. „Gdy jednak niektórzy utwierdzali się w zatwardziałości i nie wierzyli, zniesławiając drogę Pana przed ludem, On odszedł od nich, odłączył uczniów i nauczał codziennie w szkole pewnego Tyrannusa” (Dz 19,9).

Kiedy w Kościele dochodzi do podziałów, wielu zadaje sobie pytanie: Po czyjej stronie jest prawda? Kogo Pan uznaje? Niektórzy przypominają fragment: „Wyszli spośród nas, lecz nie byli z nas. Gdyby bowiem byli z nas, pozostaliby z nami” (1 J 2,19) i z tego wywnioskowują, że to zawsze niewierzący odchodzą. Inni cytują słowa: „Wyjdźcie z niej, ludu mój, abyście nie mieli udziału w jej grzechach i aby was nie dotknęły plagi na nią spadające” (Ap 18,4). Musimy jasno powiedzieć, że kwestia tego, kto jest z Chrystusem, nie jest rozstrzygana przez to, kto pozostaje, a kto odchodzi. Czasami warto pozostać, a czasami odejść. Zależy to od tego, na ile czyjeś życie i posługa są zgodne z naukami Pana i Apostołów.

Skandaliczny

Oby ci, którzy was niepokoją, zostali usunięci!

Gal.5:12

Apostoł Paweł widział, że chrześcijanie w Galacji odeszli od prawdy, ponieważ byli wśród nich tacy, którzy ich niepokoili i chcieli wypaczyć ewangelię Chrystusa (Gal. 1:7). Wziął sobie do serca niedolę chrześcijan i pragnął, aby ci wichrzyciele zostali usunięci spośród nich. Ale najwyraźniej nadal pozostali w kościele. Dlaczego? Skoro Paweł nie mógł ich usunąć z kościoła, to z pewnością Bóg mógł! Czyż Bóg mniej niż Paweł troszczył się o los chrześcijan mieszkających w tym rejonie? Czyż Duch Święty nie wzbudził w Pawle płomiennego pragnienia uwolnienia dzieci Bożych od obecności wichrzycieli wśród nich? Skoro Bóg pragnął usunięcia takich ludzi z kościoła, to dlaczego tego nie uczynił?

Podobnie, nawet dzisiaj, w kościele często pojawiają się wichrzyciele. Chcemy ich usunąć z kościoła. Prosimy o to Pana, ale sytuacja pozostaje niezmienna przez długi czas. Jest to szczególnie trudne, gdy ci ludzie, zadomowiwszy się w kościele, biorą nad nim górę, jak Diotrefes, odmawiając przyjęcia prawdziwych braci i wypędzając tych, którzy pragną ich przyjąć. W takich przypadkach często pragniemy, aby sam Pan ich w jakiś sposób usunął. Ale On rzadko tak postępuje. Pragnie ich usunąć przez nas, wzmacniając nas duchowo, abyśmy Jego mocą mogli usunąć ich z kościoła. Mamy możliwość gorliwego trwania w prawdzie. Bóg nie uderzył piorunem w złotego cielca uczynionego przez Aarona. Mojżesz zniszczył go, działając z mocą i autorytetem Boga. Goliat maszerował przez czterdzieści dni, szydząc z armii ludu Bożego. Pan pokonał go dopiero po przyjściu Dawida, silnego w wierze i zaufaniu Panu.

Bóg wyraźnie świadczy aniołowi kościoła w Pergamonie, że nienawidzi nauki nikolaitów, którą niektórzy wyznawali. Pan jednak nie odbiera życia tym ludziom; wręcz przeciwnie, pragnie, aby anioł kościoła zajął wobec nich właściwe stanowisko i usunął ich spośród dzieci Bożych.

Kiedy odpowiedzialni duchowni Kościoła są nieczuli lub małoduszni, pojawiają się odchylenia od prawdziwej drogi Pana. Wierne dzieci Boże zaczynają o tym mówić, najpierw nieśmiało, nie chcąc depersonalizować duchownych, a potem coraz bardziej natarczywie, ponieważ nie tolerują niewierności. W ten sposób narastają wewnętrzne napięcia. Spokój i cisza zgromadzenia zostają zakłócone, czego oczywiście nikt nie lubi. Ponieważ wierni wypowiedzieli się na temat apostazji, ci, którzy się z nimi nie zgadzają, oskarżają ich o sianie niepokoju i zakłócanie pokoju w Kościele, o brak miłości.

Należy pamiętać, że głoszenie prawdy jest ważniejsze niż zachowanie pokoju. Cenimy pokój w kościele; zawsze dążymy do zgody między członkami, ale nigdy, dla harmonii i pokoju, nie powinniśmy odchodzić od prawdy jasno objawionej w Słowie Bożym. Bóg stawia czystość ponad pokojem. „Mądrość zaś, która jest z góry, jest przede wszystkim czysta, następnie skłonna do pokoju, łagodna, łatwa do posłuszeństwa…” (Jk 3,17). Ten, kto kieruje się mądrością Bożą, nie naruszy nauk Jezusa Chrystusa; nie będzie dbał o pokój bardziej niż o czystość. Kiedy domowi zagraża pożar, kto będzie dbał o zachowanie ciszy i spokoju?

Kiedy niektórzy zaczęli nauczać, że poganie powinni przestrzegać Prawa Mojżeszowego i być obrzezani, Paweł i Barnaba mieli z nimi odmienne zdanie (Dz 15,2). Apostoł zaświadcza: „Co się zaś tyczy fałszywych braci, którzy się wkradli i potajemnie przyszli, aby wybadać naszą wolność, którą mamy w Chrystusie Jezusie, aby nas zniewolić, nie ustąpiliśmy ani nie poddaliśmy się ani na chwilę, aby prawda Ewangelii pozostała u was” (Gal 2,4-5).

Zazwyczaj większość członków zgadza się, że to właściwy sposób obrony prawdy. Ale po czyjej stronie stoi? Czy można jednoznacznie odpowiedzieć, że po stronie większości, po stronie starszego zboru, czy po stronie pastora bractwa?

W tym miejscu warto zastanowić się nad słowami: „Piszę ci to, spodziewając się przybyć do ciebie niebawem, abyś, jeśli się opóźnię, wiedział, jak należy postępować w domu Bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i podporą prawdy” (1 Tym. 3:14-15).

Przede wszystkim zauważmy, że kościół jest domem Bożym; należy do Boga. Oczywiście, gospodarz domu ustala porządek w domu. Nikt nie zaprzeczy, że sprawy w kościele muszą być rozstrzygane zgodnie z wolą Bożą. Jednak nie zawsze się o tym pamięta. Czasami demokracja w kościele jest mocno promowana, zapominając, że sprawy muszą być rozstrzygane nie przez wolę jego członków, ale przez wolę Boga.

Źródłem prawdy jest Bóg, a nie ludzie. Kościół jest filarem i fundamentem prawdy, gdy jest prowadzony przez Boga. Odpowiedzialność za utrzymanie Kościoła w ramach Boskiego kierownictwa spoczywa na duchownych. Kościół powszechny zawsze pozostanie fundamentem prawdy, ale nie zawsze tak jest w przypadku kościoła lokalnego. Rozważmy te słowa: „Przyjdzie bowiem czas, gdy zdrowej nauki nie ścierpią, ale według własnych pożądliwości, żądni tego, co ucho łechce, będą sobie mnożyli nauczycieli. I odwrócą uszy od prawdy, a zwrócą się ku baśniom” (2 Tm 4,3-4). W tym przypadku kościół lokalny wybiera duchownych. Oznacza to, że zdarzają się chwile, gdy całe zgromadzenia odwracają uszy od prawdy.

Co powinny zrobić prawdziwe dzieci Boże w takiej sytuacji? Apostoł Paweł poucza Tymoteusza, jak postępować właśnie w takiej sytuacji: „Głoś słowo Boże, bądź natarczywy w porę i nie w porę; karć, strofuj, napominaj – z wszelką cierpliwością i nauką” (2 Tm 4,2).

Zdarza się, że „wilki drapieżne” (Dz 20,29) napadają na lokalny kościół. „Ci bowiem są fałszywymi apostołami, podstępnymi działaczami, podającymi się za apostołów Chrystusa” (2 Kor 11,13). „Niektórzy, którzy przybyli z Judei, nauczali braci: «Jeśli nie dacie się obrzezać według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni»” (Dz 15,1). Co kościół powinien zrobić w takim przypadku? „Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba głosił wam ewangelię odmienną od tej, którą wam głosiliśmy, niech będzie przeklęty” (Gal 1,8).

Pan Jezus jest prawdą. Ten, kto potwierdza Jego naukę, Jego wolę, Jego prawdę, podoba się Bogu i działa w Jego imieniu. Źródłem prawdy jest Pan, a nie ludzie, dlatego kwestie prawdy i fałszu nie są rozstrzygane głosami większości. Bóg nauczał tego swój lud dawno temu: „Nie będziesz szedł za tłumem, aby czynić zło, ani nie będziesz rozstrzygał sprawy, idąc za tłumem, aby odstąpić od tego, co słuszne” (Wj 23,2).

Widzimy więc, że tymi, którzy podburzają kościół przeciwko prawdzie, mogą być odwiedzający duchowni, którzy podają się za apostołów Chrystusa, oraz lokalni bracia wybrani przez kościół, aby łechtać uszy, jak również poszczególni członkowie kościoła lub nawet większość z nich.

„Dlatego tym pilniej zwracajmy uwagę na to, co usłyszeliśmy, abyśmy nie zbłądzili” (Hbr 2,1). Oznacza to, że musimy uważnie słuchać Słowa Bożego, zgłębiając je z modlitwą, aby je zrozumieć. Musimy być uważni na to, co mówi Duch Święty. Pan mówi do każdego anioła z siedmiu Kościołów: „Kto ma uszy, niechaj słucha, co Duch mówi do Kościołów”. Musimy mieć uszy, które słyszą, co Duch mówi do Kościołów dzisiaj, w naszych czasach, i na jakie zagrożenia wskazuje poprzez Swoich wiernych sług. Tylko wtedy będziemy w stanie rozeznać, kto niepokoi Kościół, a kto wzywa go do działania zgodnie z Bożą prawdą.

Najtrudniejsza sytuacja pojawia się w kościele, gdy duchowni odchodzą od prawdy. Zazwyczaj mają oni zwolenników. Stopniowo w kościele rozwija się sytuacja, w której ten, kto narodził się według ciała, prześladuje tego, kto narodził się według Ducha (Gal. 4:29). Wewnątrz kościoła nie ma już siły, by przywrócić właściwy porządek, a duchowni wspólnoty spotykają się z oskarżeniem o ingerowanie w kościół, który powinien być niezależny od wspólnoty i którego decyzje są ważniejsze od opinii duchownych z zewnątrz.

Ta sytuacja nie powinna jednak zniechęcać sług Bożych. Apostoł Jan pisze, że przyjdzie do kościoła, w którym Diotrefes nie przyjmuje Apostołów, wykluczając z niego nawet tych, którzy pragną ich przyjąć. Jan nie rozumuje: „To jest kościół lokalny; jeśli nas nie przyjmą, nie możemy ingerować w ich posługę”. Przeciwnie, mówi: „Jeśli przyjdę, upomnę go o jego czyny, o znieważanie nas złymi słowami…” (3 J 10). Apostoł Paweł pisze: „Ale ja przyjdę do was wkrótce, jeśli Pan zechce, i wypróbuję nie słowa pysznych, ale ich moc…” (1 Kor 4,19).

Dla prawdziwego sługi Bożego zawsze pozostaje przypomnienie: „Pójdziesz do każdego, do kogo cię poślę, i będziesz mówił wszystko, co ci rozkażę. Nie bój się ich, bo Ja jestem z tobą, aby cię ratować, mówi Pan” (Jr 1,7-8).

Bramy piekielne go nie przemogą.

Na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą.

Ewangelia Mateusza 16:18

Ileż pociechy i zachęty zawierają te słowa Pana dla wszystkich wiernych dzieci Bożych! Jeśli pierwsi chrześcijanie wierzyli, że to się stanie, to mówimy o spełnieniu się tych słów w każdym wieku. Toczyła się walka. Przeciwnicy atakowali z zewnątrz i powstali od wewnątrz, ale zawsze istnieli wierni świadkowie Chrystusa, którzy opierali się światu i pokusom diabła, i którzy zwycięsko przeszli do innego świata, gdzie budowany jest czysty, nieskalany Kościół Chrystusa, Jego Oblubienicy. Ale na ziemi walka trwa. Wierni świadkowie Chrystusa nie mogą pozostać na uboczu. Ze słów naszego Pana: „bramy piekielne go nie przemogą”, możemy wnioskować, że bramy piekielne będą walczyć ze wszystkich sił, aby zwyciężyć. Kościół nadal doświadcza tego ataku nawet dzisiaj.

Diabeł działa przeciwko Kościołowi za pośrednictwem ludzi. Pismo Święte wielokrotnie to podkreśla. „Ci bowiem są fałszywymi apostołami, podstępnymi działaczami, podszywającymi się pod apostołów Chrystusa. I nic dziwnego, bo sam szatan przybiera postać anioła światłości. Nic więc wielkiego, jeśli jego słudzy przybierają postać sług sprawiedliwości; lecz koniec ich będzie według ich uczynków” (2 Kor 11,13-15).

Nigdy nie wolno nam lekceważyć niebezpieczeństwa, jakie dla Kościoła stanowią ludzie diabła. Pan ostrzega: „Uważajcie, żeby was kto nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem, mówiąc: «Ja jestem Chrystusem», i wielu zwiodą” (Mt 24, 4-5). Pan nigdy nie będzie ostrzegał na próżno. Jeśli powie: „Uważajcie”, to postępowanie w inny sposób doprowadzi jedynie do własnej zguby. Pan mówił o niezwyciężoności Kościoła, aby nas pokrzepić, dać fundament naszej wierze, ożywić nasze zaufanie do Niego, ale nie po to, abyśmy popadli w samozadowolenie, mając nadzieję, że zwycięstwo przyjdzie samo z siebie. Bramy piekielne nie przemogą Kościoła jako całości, ale zwiodą wielu jego członków. Jakże czujni musimy być, aby nie znaleźć się wśród tych wielu, aby diabeł nie wyrządził szkody naszemu lokalnemu kościołowi, aby nie zwiódł naszych bliskich!

Przydatne jest prześledzenie drogi, jaką słudzy Szatana przedostali się do Kościoła i ich niszczycielskiej działalności na podstawie przesłań przekazanych aniołom siedmiu Kościołów zapisanych w Księdze Objawienia.

W Kościele w Efezie panuje nienawiść do uczynków nikolaitów. Nie ma dla nich miejsca w Kościele. Pan to pochwala (Ap 2,6).

Ich wpływy nasiliły się w kościele w Smyrnie. Ci, którzy nazywają siebie Żydami, czyli ci, którzy wyznają prawdziwego Boga, są w rzeczywistości synagogą szatana. Oczerniają kościół i podżegają do prześladowań. Ale błąd jeszcze nie przeniknął do kościoła.

W Kościele w Pergamonie większość chrześcijan jest wierna, wyznaje imię Pana i nie wyrzekła się Jego wiary, nawet gdy wiernego świadka Antypasa uśmiercono. Niektórzy jednak już wyznają nauki Balaama i nikolaitów. Zło przeniknęło do Kościoła.

W kościele w Tiatyrze fałszywa prorokini naucza i zwodzi sługi Pana. To poważne ostrzeżenie dla nas, abyśmy nie znaleźli się wśród tych, którzy cudzołożą i spożywają ofiary składane bożkom. Takie narastanie zła prowadzi do śmierci, jak zauważa kolejny kościół.

Do anioła Kościoła w Sardes Pan mówi: „Masz imię, że żyjesz, a jesteś umarły” (Ap 3,1). Jaki pożytek z fałszywego imienia? Jaki pożytek z nazywania siebie chrześcijanami, jeśli nie mamy w sobie życia Chrystusa? Ale nawet w tym Kościele nie wszyscy są umarli. Bramy piekielne go nie przemogą, a są tacy, którzy zwyciężają.

W kościele w Filadelfii trwa przebudzenie. Pan mówi: „Oto sprawię, że ci z synagogi szatana… przyjdą i pokłonią się przed twoimi stopami, i poznają, że cię umiłowałem” (Obj. 3:9).

Słowa Pana są powszechnie znane: „Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mt 5,39). Ludzie tego świata uważają takie zachowanie za absurdalne. Jednocześnie jednak wielu postrzega chrześcijan jako ludzi uległych, których można zwieść w dowolnym kierunku. Musimy wyraźnie rozróżnić, gdzie mamy być potulni, nie sprzeciwiając się złu, znosząc milczenie jak owce skazane na rzeź, a gdzie mamy stać jak nieprzebyty mur, wojowniczy, udaremniać intrygi i niezłomnie stawiać opór złu.

Możemy pokornie tolerować niesprawiedliwość, ale nigdy nie wolno nam jej aprobować ani się z nią zgadzać, a tym bardziej w niej uczestniczyć. Tym, którzy prześladują Kościół, dajemy wyraźne świadectwo ich niesprawiedliwości wobec nas i Boga.

Pierwszy męczennik Szczepan umarł pokornie, bez złości wobec swoich morderców. Prosił Boga o przebaczenie. Lecz jaka moc, jaka niezłomna stanowczość wypełniała jego mowę! Szczepan śmiało przemówił do tych, od których w tym momencie zależało jego życie lub śmierć: „Ludzie twardego karku i opornego serca i uszu, zawsze sprzeciwiacie się Duchowi Świętemu. Jak ojcowie wasi, tak i wy. Któregoż z proroków nie prześladowali ojcowie wasi? Wymordowali tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego, którego wy teraz staliście się zdrajcami i mordercami” (Dz 7,51-52).

Obraz pokornego, łagodnego i życzliwego chrześcijanina stał się dla nas nie bez powodu ideałem. O naszym Nauczycielu powiedziano: „Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy Jego głosu na ulicach. Trzciny nadłamanej nie złamie, ani lnu tlącego się nie zgasi, aż zwycięży sąd. I w Jego imieniu narody będą ufać” (Mt 12,19-21). Poruszają nas słowa apostoła Pawła: „Byliśmy łagodni wśród was, jak żywicielka, która pielęgnuje swoje dzieci. Dlatego gorliwie zabiegając o was, pragnęliśmy nie tylko przekazać wam Ewangelię Bożą, ale i nasze życie, bo staliście się nam drodzy” (1 Tes 2,7-8). Tak Paweł traktował tych, którzy potrzebowali jego opieki. Nie panował nad nimi, ale prosił, przekonywał i błagał, aby postępowali godnie Boga (1 Tes 2,12). Ale kiedy napotkał przeciwników dzieła Bożego, okazał się odważnym wojownikiem: „Chociaż bowiem postępujemy w ciele, nie walczymy według ciała” (2 Kor 10,3). I wzywa swoich współpracowników: „Abyście w zgodzie z nimi toczyli dobrą walkę” (1 Tm 1,18).

Według niektórych wierzących chrześcijanin nigdy nie może się sprzeciwiać czemuś. Zawsze musi się zgadzać, zwłaszcza gdy żądanie pochodzi od osób sprawujących władzę, ponieważ wszelka władza pochodzi od Boga. Postrzegają to jako odstępstwo od właściwej pokory, gdy mówimy wprost o okrucieństwach popełnianych przez władców i sędziów wobec ludu Bożego. Gdyby Apostołowie postępowali zgodnie z tą zasadą, nie powiedzieliby: „Czy słuszne jest w obliczu Boga słuchać was bardziej niż Boga? My nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy” (Dz 4,19-20). Powiedzieliby: „Wy jesteście władzą, a wszelka władza pochodzi od Boga, ale my zostaliśmy posłani, aby głosić, dlatego prosimy was, abyście pozwolili nam to czynić”. I z pewnością nie powiedzieliby: „Niech będzie wiadome wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że ​​w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, którego wy ukrzyżowaliście…” (Dz 4,10).

Władze jednego z lokalnych kościołów próbowały nakłonić ich do zboczenia z prostej drogi Pana, a ja radziłem prezbiterowi, żeby odpowiedział im stanowczo i stanowczo, ale on powiedział: „Nie mam nawet takich słów! Nie mogę tak rozmawiać z władzami”.

Nieśmiałość i tchórzostwo należy odróżnić od potulności i uprzejmości. Niektórzy ukrywają swoje tchórzostwo pod płaszczykiem potulności. Inni natomiast maskują niegrzeczność i bezczelność nieustraszonością i stanowczością.

Jesteśmy powołani do walki o wiarę Ewangelii i w żaden sposób nie lękamy się naszych przeciwników (Flp 1,27-28). W starciu z przeciwnikami musimy okazać się wojownikami. Lecz „broń naszego boju nie jest cielesna, lecz ma moc burzenia warowni, a przez nią i zamysłów” (2 Kor 10,4).

Broń cielesna to czyny pochodzące z ciała, takie jak kłamstwo, przebiegłość, bezczelność, niegrzeczność i nienawiść. Apostoł Paweł mówi, że nie używa takiej broni. Pan obiecał również swoim naśladowcom: „Bo nie wy będziecie mówić, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił w was” (Mt 10,20).

Boże dzieło w nas zaczyna się od naszego ducha. On go budzi i doprowadza do właściwego stanu. W zależności od stanu naszego ducha, będziemy prowadzić wojnę poprawnie lub niepoprawnie. Kiedy Jakub i Jan chcieli sprowadzić ogień z nieba, aby zniszczyć tych, którzy nie przyjęli Chrystusa, Jezus powiedział im: „Nie wiecie, jakiego ducha jesteście” (Łk 9,55).

Nasz duch musi być wolny od nienawiści do ludzi, wolny od pragnienia zemsty za ich sprzeciw wobec prawdy. Nasz stosunek do ludzi zależy od stanu naszego ducha. Nie pomożemy im uwolnić się od nienawiści, jeśli sami będziemy nią przepełnieni. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21).

Aby walczyć zgodnie z wolą Bożą, „nie dał nam Bóg ducha bojaźni, lecz mocy i miłości, i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7). Aby przezwyciężyć cielesne pragnienia w sobie i innych, musimy mieć silnego ducha. Apostoł Paweł pisze, że toczymy nieustanną walkę: „Albowiem nie toczymy boju przeciw krwi i ciału, lecz… przeciw duchowym siłom zła w okręgach niebieskich” (Ef 6,12). Apostoł nie pisze, że może się to zdarzyć lub że czasami się zdarza. Nie, jest to naturalne dla naszego życia; nieustannie zmagamy się z duchowym siłami zła w okręgach niebieskich, które nas atakują.

Jakże często zdarza się, że choć wiemy, jak powinniśmy postępować, brakuje nam sił, by to uczynić! Bóg pragnie i może nas z tego stanu wyzwolić. Napomina nas: „Wreszcie, bracia moi, bądźcie mocni w Panu i w potędze Jego mocy. Przywdziejcie pełną zbroję Bożą, abyście mogli stawić czoła zasadzkom diabła” (Ef 6,10-11). Apostoł Paweł szczegółowo omawia tę zbroję. Warto, abyśmy się nad nią zastanowili i zbadali samych siebie, aby zobaczyć, jak jesteśmy wyposażeni w tę niezwykłą zbroję.

W zbroi Bożej prawda jest na pierwszym miejscu. Pan nazywa siebie prawdą (J 14,6). O diable natomiast powiedziano: „Od początku był zabójcą i nie wytrwał w prawdzie, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, mówi z własnego źródła, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44). Prawda albo kłamstwo – to Chrystus albo diabeł. Dlatego apostoł Paweł wzywa wierzących: „Odrzuciwszy kłamstwo, mówcie prawdę, każdy z bliźnim swoim, bo jesteśmy członkami jedni drugich” (Ef 4,25). I wzywa sługi Boże, aby trwali „w słowie prawdy, w mocy Bożej, mając zbroję sprawiedliwości po prawej i lewej stronie” (2 Kor 6,7).

Pogląd, że można uciekać się do kłamstw w obronie dzieła Bożego, jest błędny. Nasza siła tkwi w prawdzie, a nie w kłamstwie. Nie oznacza to jednak, że podczas przesłuchań musimy ujawniać wszystko, co wiemy o życiu Kościoła i jego duchownych. Sam Pan daje przykład, jak reagować na prześladowców Kościoła Bożego: „Zadawał Mu wiele pytań, lecz On mu nic nie odpowiedział” (Łk 23,9); „Lecz On milczał i nic nie odpowiedział” (Mk 14,61); „Lecz i na to Jezus nic nie odpowiedział, tak że Piłat się dziwił” (Mk 15,5). Mamy wszelkie prawo, a nawet obowiązek, zachować milczenie, gdy zadawane są pytania z zamiarem wykorzystania odpowiedzi do zaszkodzenia dziełu Bożemu. A w sprawach, w których jesteśmy powołani do obrony Ewangelii (Flp 1,17), powinniśmy mówić tylko prawdę. Prawdy nie broni się kłamstwami. Dotyczy to zarówno tych, którzy prześladują Kościół Chrystusowy, jak i tych, którzy buntują się przeciwko prawdzie w Kościele.

Ileż stanowczości i niezłomności tkwi w prawdzie! Jeśli milczymy lub mówimy tylko prawdę, to niezależnie od tego, z której strony nadciąga do nas wróg, pozostajemy wobec niego prawi i nietykalni. „Dlatego nie wstydziłem się, jeśli w czymkolwiek się przed nim chlubiłem wami; lecz jak mówiliśmy wam całą prawdę, tak i nasza chluba wobec Tytusa okazała się prawdziwa” (2 Kor 7,14).

Nie tylko ci, którzy zostali wybrani do służby w Kościele, muszą mówić prawdę, ale także wszyscy, którzy należą do Ciała Chrystusa: „I przyobleczcie się w nowego człowieka, stworzonego według Boga w sprawiedliwości i prawdziwej świętości. Dlatego odrzuciwszy kłamstwo, mówcie prawdę każdy z bliźnim swoim, bo jesteśmy członkami jedni drugich” (Ef 4,24-25). Podobnie pisze apostoł Piotr: „Jeśli ktoś mówi, niech mówi jak słowa Boże” (1 P 4,11). Nie sposób wyobrazić sobie Boga mówiącego nieprawdę. Mówi On tylko słowa prawdy i mocą swojego autorytetu może jedynie potwierdzać prawdę. Dlatego jesteśmy silni w Bogu tylko wtedy, gdy, jak apostoł Paweł, mówimy słowa prawdy i zdrowego rozsądku (Dz 26,25).

Zbroja sprawiedliwości czyni nas niezniszczalnymi. Przeciwnicy Boga są bezsilni wobec prawdy. Są bezsilni wobec samego Boga, dlatego szukają powodów, by oskarżyć nas, wyznających nauki Jezusa Chrystusa, o wszystko. Gdy tylko stajemy po stronie Boga, diabeł natychmiast wzmaga swoje wysiłki, by nakłonić nas do wszelkiego rodzaju niesprawiedliwych czynów, oskarżając nas, wskazując na nasze zachowanie lub stan duchowy. Jeśli przeciwnik oczernia nas dniem i nocą (Obj. 12:10), to znaczy oskarża nas o rzeczy, których nie jesteśmy winni, to z pewnością nie przegapi okazji, by oskarżyć nas o zachowanie, które jest prawdziwie niesprawiedliwe.

Zwycięstwo w walce z podstępami diabła jest niemożliwe bez zbroi sprawiedliwości. Zwycięstwo wymaga, „aby przeciwnik został zawstydzony, nie mając nic złego do powiedzenia o nas” (Tt 2,8). Przeciwnicy Boga zawsze będą nas krytykować i oczerniać. Ale gdy jesteśmy odziani w sprawiedliwość Chrystusa i mamy czyste sumienie, nasi przeciwnicy zostaną zawstydzeni, bo zobaczą, że krytykowali dobre postępowanie (1 P 3,16). Niektórzy z nich nawet będą chwalić Boga, widząc nasze dobre uczynki (1 P 2,12).

Musimy pamiętać, że zbroja sprawiedliwości musi być prawdziwa, a nie namalowana na papierze. Wróg zada poważne ciosy. Tylko prawdziwa sprawiedliwość je oprze. „Pozór pobożności” (2 Tm 3,5) nie ostoi się w dniu bitwy. Nasza sprawiedliwość musi wypływać z czystego serca, w którym Chrystus zamieszkał przez wiarę (Ef 3,16-17), a nie z pragnienia, by uchodzić za sprawiedliwych przed innymi. Prawdziwa sprawiedliwość nie leży w naszej zdolności ukrywania urazy przed innymi, ale w jej braku. Źródłem zła nie jest krzyk ani obraźliwe słowa, ale nienawiść i gniew, które skłaniają nas do krzyczenia i wypowiadania takich słów. Chociaż dobrze wychowani ludzie mogą powstrzymać się od krzyku, tylko Pan może uwolnić ich od cielesnej nienawiści.

„Któż będzie oskarżał wybranych Bożych? Bóg ich usprawiedliwia” (Rz 8,33). Nie powinniśmy sądzić, że Boże usprawiedliwienie Jego wybranych polega jedynie na uznaniu ich za sprawiedliwych, podczas gdy w rzeczywistości pozostawia ich niesprawiedliwymi. Bóg nie tylko uznaje nas za sprawiedliwych, ale także nas takimi czyni. Na tym polega wielkość Bożego dzieła w nas.

Gotowość do głoszenia ewangelii pokoju jest również częścią Bożej zbroi, niezbędnej do zwycięstwa. Nie wolno nam zamykać się w sobie, broniąc się przed atakami bez ruchu. Pan mówi: „Oto daję wam władzę, abyście wystąpili przeciwko wszelkiej potędze wroga, a nic wam nie zaszkodzi” (Łk 10,19). Jesteśmy powołani, aby głosić wszystkim ludziom potrzebę pojednania z Bogiem. Prawdziwe zwycięstwo polega nie tylko na obronie własnego zbawienia, ale także na dzieleniu się nim z innymi. To zawsze prowokuje gniew diabła i ogranicza jego działania.

Słowo Boże świadczy: „A oni zwyciężyli go (diabła – NIV) przez krew Baranka i przez słowo świadectwa swojego, i nie umiłowali życia swego aż do śmierci” (Ap 12,11). Przez krew Baranka osiągamy sprawiedliwość, ale zwycięstwo wymaga również słowa świadectwa. Żyjemy w świecie materialnym. To, co Bóg czyni w naszym duchu, musi zostać objawione czynami i słowami. Abraham uwierzył Bogu i poczytano mu to za sprawiedliwość. Ale to musiało zostać udowodnione: posłuszeństwem w wejściu do wyznaczonej ziemi, gotowością złożenia w ofierze Izaaka. „Sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje się ku zbawieniu” (Rz 10,10). Pan mówi: „Do każdego, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32). Pan mówi z uznaniem do swego wiernego sługi: „Bądź dobrej myśli, Pawle! Jak bowiem dałeś o mnie świadectwo w Jerozolimie, tak musisz i w Rzymie świadczyć” (Dzieje Apostolskie 23:11).

Tarcza wiary chroni nas przed wszelkimi wątpliwościami. Wróg atakuje nie tylko nasze zewnętrzne działania, ale także nasz stan wewnętrzny. Jeśli uda mu się zasiać w nas zwątpienie w którąkolwiek z Bożych prawd lub obietnic, pogrąży nas w przygnębieniu, rozczarowaniu i zagubieniu. W takim stanie nie jesteśmy już w stanie walczyć o prawdę. Aby uniknąć zranienia ognistymi strzałami Złego, musimy zawsze mieć przed sobą tarczę wiary.

Po prośbie Szatana dotyczącej uczniów, Pan Jezus modlił się do Ojca, aby wiara Piotra nie ustała (Łk 22,31-32). Było to konieczne nie tylko dla zbawienia Piotra, ale także dla umocnienia jego braci. Wiara jednego chrześcijanina umacnia wiarę drugiego. Wierzymy „według działania Jego potężnej mocy” (Ef 1,19). W tej wierze musimy się wzajemnie umacniać, tak jak ci, którzy podążają trudną, niebezpieczną drogą, podtrzymują się nawzajem za ręce, aby nikt nie spadł z krawędzi, wyczerpany stromymi podejściami.

Hełm zbawienia okrywa głowę wojownika. Musimy zawsze cenić zbawienie. „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,26). Nic doczesnego, co wiąże się z tym życiem, nie powinno być dla nas cenniejsze niż zbawienie. Dotyczy to nie tylko ziemskich błogosławieństw, ale także takich rzeczy, jak wolność głoszenia, swobodne prowadzenie spotkań i obfitość literatury duchowej. Wszystkie te rzeczy są nam drogie, ale zbawienie jest jeszcze cenniejsze. Pan dał nam przykład, „stając się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,8). Tylko dla tych, którzy podążają za Nim w posłuszeństwie, stał się On „sprawcą zbawienia wiecznego” (Hbr 5,9). Jeśli zbawienie naszych dusz wymaga porzucenia wszystkiego i ucieczki w góry, to nie możemy mówić Bogu: „Nie, Panie!”, jak Lot, ofiarowując swoje drogi Bogu (Rdz 19,17-20).

Hełm zbawienia okrywa głowę, abyśmy nie stali się „dziećmi, którymi miotają się i które unoszą się każdym wiatrem nauki, wskutek oszustwa ludzkiego, w przebiegłości w oszustwie” (Ef 4,14). Apostoł Paweł ze łzami w oczach mówi o wielu: „Myślą bowiem o tym, co ziemskie” (Flp 3,18-19), a o nielicznych, że myślą nie o tym, co ziemskie, lecz o ojczyźnie niebieskiej (Hbr 11,15-16). Słowo Boże wzywa nas do myślenia o Panu, wyśmiewanym na tym świecie, abyśmy nie znużyli się i nie znużyli w walce z grzechem (Hbr 12,3-4). Pan poucza nas nie tylko o tym, co powinniśmy czynić i mówić, ale także o tym, o czym powinniśmy myśleć. Dotyczy to samego źródła, z którego wypływają słowa i czyny.

Miecz Ducha, Słowo Boże, jest używany jako broń do obrony prawdy, do burzenia twierdz i udaremniania planów wroga przeciwko Kościołowi (2 Kor 10,4). Aby rozróżnić plany przeciwko Kościołowi z zewnątrz i od wewnątrz, ponieważ zewnętrzne i wewnętrzne siły wroga zjednoczą się w „dniu zła”, musimy być dobrze obeznani ze Słowem Bożym. Niezależnie od tego, jak niezdobyte mogą się wydawać twierdze wzniesione przeciwko prawdzie, nie ostoją się one, jeśli będziemy ściśle przestrzegać nakazów Słowa Bożego. Zwycięstwo Chrystusa podczas kuszenia na pustyni jest żywym przykładem nieodpartej mocy Słowa Bożego. Pamiętajmy, że to, co mówi Bóg, zawsze niezmiernie przewyższa to, co możemy powiedzieć. Dlatego, gdy zajdzie potrzeba mówienia, starajmy się przypomnieć sobie, co Pismo Święte mówi na ten temat.

Modlitwa również należy do zbroi Bożej, choć nie jest tu porównywana do broni żadnego wojownika. Nawet gdybyśmy pokusili się o porównanie, nie byłoby to takie proste. Po pierwsze, jest to wołanie o pomoc do wszechmocnego Sprzymierzeńca, który uzbroił nas we wszystkie wymienione wyżej zbroje, który obiecał natychmiastową pomoc w każdym niebezpieczeństwie. Modlitwa jest połączeniem ze źródłem siły. Bez witalności cała zbroja wojownika jest bezużyteczna. Śpiący wojownik, pomimo swojej zbroi, łatwo zostaje pokonany przez wroga. Czujność jest ściśle związana z modlitwą: „Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście byli godni uniknąć tego wszystkiego, co was spotka, i stanąć przed Synem Człowieczym” (Łk 21,36); „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe” (Mt 26,41).